Zasłużył sobie na to pierwsze krytyczne spojrzenie. Obserwowanie cudzego przejazdu, zwłaszcza tak surowego z charakteru, było z całą stanowczością godne potępienia. To nie był występ dedykowany jakimkolwiek widzom, a już na pewno nie takim przypadkowym, co z racji braku fachowej wiedzy nie ocenią właściwie wszystkich jego walorów. Techniczne aspekty łyżwiarstwa figurowego zasadnie porządkowały system wystawiania not sędziowskich, jednak długie serie najbardziej skomplikowanych skoków, spirali i piruetów na niewiele się zdadzą, jeśli nie przeleje się w nie choćby skrawka duszy. Publika pozostawała złakniona wrażeń, ponad mechaniczną powtarzalność perfekcyjnych wyskoków ceniła sobie szeroko pojmowany artyzm, ten najbardziej enigmatyczny składnik każdego widowiska.
Paradoksalnie niedoskonałości przy najazdach i wyskokach Moreau ujęły Johna najmocniej, bo chociaż nie pojmował ich technicznej natury, to wciąż pozwalały mu
współodczuwać wypływającą z nich falę zaangażowania, a nawet desperacji. Brak pełnego zrozumienia nie czynił go ślepym, był w stanie dostrzec jak wyćwiczone odruchy w mgnieniu oka traciły impet, a mięśnie tężały, gdy tylko ciału na drodze stawał umysł. Mimo to ruch nie ustawał całkowicie, zaburzony rytm wcale nie kończył jazdy. Wszystkie momenty zawahania rezonowały w nim szczególnie, ponieważ kiedyś sam uczył się od nowa zaufania do własnych łyżew, co utrudniała na każdym kroku nieustanna plątanina myśli. Determinacja wciąż jednak była zauważalna i wygrywała za każdym razem nad niepewnością czy lękiem.
Ostre świsty towarzyszące gwałtownym zwrotom hokejówek nagle nie odbiegały tak bardzo od eleganckiego szmeru figurówek. Wątpliwym było, aby tak różne płozy mogły idealnie ze sobą współbrzmieć, ale ostatecznie zawsze będzie je łączyć lodowa tafla. Jedni na lodzie szukają brutalnej rywalizacji, drudzy pragną wplatać sztukę pomiędzy fizyczne zmagania. Tutaj preferencje rozbijały się o meandry indywidualnej wrażliwości.
Moc błękitnego spojrzenia zelżała, najwidoczniej narażony na wysiłek organizm nie był skłonny do konfrontacji. John mógł zrozumieć szybsze uderzenia serca, nierówny oddech i gorąco rozlewające się wzdłuż rozbudzonych mięśni. Jawnie przyglądał się blondynowi i to z powodu tej głupiej, jakże zgubnej ciekawości, ponieważ nie mógł spytać wprost czy intensywny trening przyniósł mu ulgę, pozostawił z niedosytem, czy może wywołał tylko większą frustrację. Obawiał się słów, zarazem nosił w sobie wystarczające pokłady odwagi, aby doszukiwać się emocji na czyjejś twarzy.
Już po kilku sekundach poczuł się skrępowany tym aktem śmiałości, poszukiwanie odczuć w cudzej mimice najwidoczniej było dla niego zbyt ambitnym przedsięwzięciem. Spojrzenie Johna ześlizgnęło się na męski tors, a widok ubrania przylegającego do spoconego ciała mimowolnie uznał za
intrygujący. Ten pot był dowodem wysiłku włożonego w trening, więc rzeczywiście mógł budzić w nim coś na kształt zainteresowania, może nawet podziwu. To nie było nic
dziwnego, ot, uznanie dla innego sportowca.
Prawa dłoń dzierżąca bidon utknęła w zawieszeniu, zbyt szybkie jej opuszczenie wydawało się równoznaczne z cofnięciem propozycji podzielenia się wodą. Z drugiej strony Lazare nie kwapił się, aby po niego sięgnąć, a potem wspomniał o kawie, więc dylemat Johna rozwiązał się sam. Opuścił rękę i znów spojrzał na blondyna, nieco spokojniejszy, bo jednak nie otrzymał żadnej bury za pojawienie się znienacka. Przez chwilę naprawdę czuł się jak mały dzieciak przyłapany przez rodziców na oglądaniu strasznych filmów w środku nocy.
–
Przy głównym wejściu jest automat z czymś kawopodobnym – podpowiedział usłużnie, dzieląc się przy okazji własną opinią na temat tworów tej maszyny. Bladoszara mieszanina wody, mleka i kilku kropel kawowego ekstraktu zwieńczona masą cukru, mającą na celu oszukać kubki smakowe. Dał się skusić dwa razy; po pierwszej degustacji stworzył teorię o niedobrej mieszance z powodu zepsutej maszyny, zaś po drugiej z rozczarowaniem obalił własną hipotezę. Wcale nie kwapił się, aby dać kawie z automatu kolejną szansę, choć znał powiedzenie, że do trzech razy sztuka.
–
John Myers – przedstawił się prawie odruchowo, choć podejrzewał, że za zadanym pytaniem nie kryje się chęć poznania jego tożsamości co bardziej powodu jego obecności. –
Mam rezerwację na to lodowisko od ósmej. – Również powędrował wzrokiem do zegara, który informował, że pozostało dwadzieścia osiem minut do wspomnianej godziny. Czas mógł być wrogiem lub sprzymierzeńcem w zależności od tego, w jakim tempie im upłynie. –
Zazwyczaj nikogo tu przede mną nie ma. – Był nawet gotów złożyć bardziej szczegółowe wyjaśnienia, wytłumaczyć swoją przedwczesną obecność cichą aprobatą personelu i szczytną ideą trenowania młodych hokeistów, ale coś mu podpowiadało, że łyżwiarz wolałby nie tracić swojego cennego czasu na lodzie na dłuższe pogawędki.
–
Dobrze wiedzieć, że nawierzchnia sprawuje się bez zarzutu. – Chciał zająć blondynowi jeszcze minutę, może nawet dwie, ponieważ wciąż uparcie towarzyszyło mu przeświadczenie, że skądś go zna. Nie, trudno było zakładać jakąkolwiek znajomość, po prostu kojarzył tę twarz, co uznawał za prawie niepokojące, gdy nie mógł przypomnieć sobie żadnego szczegółu z jakiegokolwiek spotkania, które mogło odbyć się kiedyś w przeszłości. John zaczął przypuszczać, że ich ścieżki mogły skrzyżować się ze sobą w czasie jakiejś sportowej gali, grubo ponad dekadę temu, gdzie może nawet nie zostali sobie oficjalnie przedstawieni. –
I ty też – powiedział spokojnie, ale bez pomyślunku, próbując ukraść uwagę rozmówcy na kilka kolejnych sekund, jakby w ich trakcie mógł rozwiązać zagadkę tego nagłego rozpoznania obcego człowieka. Sam zamrugał z zaskoczenia, gdy koślawe brzmienie wypowiedzianych słów uderzyło go w twarz.
I ty też? Poważnie? John, na litość boską! –
W tym sensie, że twój ostatni skok był niesamowity – dodał prędko, chyba tylko bardziej się pogrążając.
lazare moreau