Trzecie piętro opuszczonego parkingu przy Coxwell pachniało wilgotnym betonem i benzyną, która nigdy do końca się nie ulotniła, niezależnie od tego, jak długo budynek stał pusty. Cree szedł tuż za dwoma operatorami ETF, trzymając latarkę taktyczną nisko przy broni, snop światła cięty na plastry przez kolejne betonowe filary. Cisza była gęsta, przerywana tylko trzaskiem radiotelefonów spiętych na piersiach i miarowym oddechem ludzi, którzy robili to setki razy wcześniej.
Znaleźli go dzięki rozmowie z sąsiadem oraz zdjęciu z monitoringu stacji benzynowej. Trzy tygodnie polowania na kogoś, kto zostawiał po sobie tylko ciało i ani jednego świadka, w końcu doprowadziły ich do jednego opuszczonego budynku. Detektyw czuł to szczególne napięcie w karku, które zawsze towarzyszyło mu tuż przed końcem sprawy – mieszankę adrenaliny i czegoś cięższego, bliższego złości, niż był skłonny przyznać.
Posuwali się kondygnacja po kondygnacji, sprawdzając każdy kąt, każdy zaparkowany od miesięcy samochód, za którym mógł się ktoś skulić. Owczarek – Rex, jeden z najlepszych psów tropiących w jednostce – szedł na krótkiej smyczy przy swoim ludzkim partnerze, uszy postawione, nozdrza pracujące bez przerwy. Bellerose obserwował go kątem oka. Pies wyczuwał coś, czego oni jeszcze nie dostrzegali.
Na czwartym poziomie Rex nagle spiął się cały, warknął nisko, gardłowo, i zanim przewodnik zdążył go osadzić, szarpnął się w stronę ciemnego kąta za betonowym słupem.
–
Kontakt! – krzyknął ktoś z przodu.
Wszystko wydarzyło się w ciągu kilku sekund, które w pamięci detektywa zawsze wydawały się rozciągać, jakby czas spowalniał. Cień odbił się od ściany, coś błysnęło w dłoni – nóż, długi, prowizoryczny – a czworonożny członek jednostki, spuszczony ze smyczy, rzucił się na mężczyznę z furią, która miała go powstrzymać, zanim ten zdąży kogokolwiek skrzywdzić. Ale ostrze poszło pierwsze. Cree usłyszał skowyt, ostry, przeraźliwy, zupełnie inny od warczenia, i w tej samej chwili uniósł broń, wycelował w ułamku sekundy i pociągnął za spust.
Sprawca padł na beton z krzykiem, chwytając się za ramię, a operatorzy ETF byli przy nim, zanim echo strzału zdążyło ucichnąć w pustej przestrzeni parkingu. Ktoś krzyczał procedurę, ktoś inny już zakuwał mężczyznę w kajdanki, dociskając go kolanem do zimnej podłogi.
On jednak nie patrzył już na sprawcę. Klęczał przy psie, którego bok, jasna sierść, ciemniała szybko, zbyt szybko, krwią wypływającą z rany na łopatce. Pies skomlał cicho, próbując się podnieść, ale nogi mu się plątały.
–
Zamknijcie go i wezwijcie kogoś, żeby opatrzył ranę postrzałową – rzucił do najbliższego operatora głosem, który nie zostawiał miejsca na dyskusję. –
Ja biorę psa do kliniki. Przyjechałem drugim samochodem. Będę tam szybciej.
Nie czekał na potwierdzenie. Podniósł futrzastego funkcjonariusza najostrożniej, jak potrafił, czując pod dłońmi cały ciężar uprzęży, kamizelki taktycznej i mokrej, ciepłej sierści, i ruszył biegiem w stronę wyjścia, przeskakując po dwa stopnie na klatce schodowej, z psem przyciśniętym do piersi jak rannym dzieckiem.
Samochód – po cywilnemu, ale służbowy, bez oznaczeń, z silnikiem, który w przeciwieństwie do ciężkiego SUV-a ETF potrafił naprawdę przyspieszyć – czekał tam, gdzie go zostawił. Cree ułożył go na tylnym siedzeniu tak delikatnie, jak tylko mógł w tym pośpiechu, wsunął pod niego złożoną kurtkę i wskoczył za kierownicę, zanim drzwi zdążyły się dobrze zamknąć.
Godzina sprzyjała mu jak nigdy. Ulice były niemal puste, tylko pojedyncze taksówki i nocne autobusy, a on nie zamierzał zwalniać dla żadnego z nich. Przejeżdżał na czerwonym świetle raz, drugi, trzeci, nie zastanawiając się nad tym ani przez chwilę, z ręką na klaksonie na skrzyżowaniach, gdzie widoczność była gorsza. Na dłuższych prostych wciskał gaz do dechy, silnik wył, a miasto przelatywało za szybami w rozmytych smugach ulicznych świateł. Za sobą, na tylnym siedzeniu, słyszał ciężki, płytki oddech psa, i to było jedyne, co się teraz dla niego liczyło.
Leslieville Animal Hospital wyłonił się z ciemności po kilku minutach, które wydawały się dłuższe niż cała reszta tej niechlubnej nocy. Cree zaparkował w poprzek, nie zawracając sobie głowy równym ustawieniem samochodu, wyskoczył i otworzył tylne drzwi. Wyjął psa z siedzenia najostrożniej, jak potrafił, czując, jak ciepła krew przesiąka przez rękaw jego koszuli, i ruszył biegiem w stronę wejścia.
Drzwi otworzył łokciem, popychając je z całej siły, i wparował do środka z czworonogiem w ramionach, oddychając ciężko, z sercem walącym mu w piersi mocniej niż podczas samej akcji.
–
Przepraszam?! – krzyknął w głąb budynku, głosem ochrypłym, na wpół błagalnym. –
Potrzebuję pomocy. Nie wiem, ile mu jeszcze zostało!
Zoya Weasley