ODPOWIEDZ
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

05.


Życie tylko z pozoru było bez przerwy w biegu; o wiele częściej ulegał jednak wrażeniu, że stoi okrutnie w miejscu, że czas jest woskiem topiącym się mozolnie bez żadnych przejawów wdzięku; że tkwi tak naprawdę zawieszony, przebierając nogami, myśląc, że w szarpiących się, desperackich odruchach będzie mógł udać się do przodu; ale to nic, mimo działań stał w miejscu, ścigając postęp jak zwierzę które stara się żałośnie dogonić własny ogon, kręcąc się niczym gryzoń w kołowrotku dla wspaniałej rozgrywki nawet nie wiedział k o g o , bo przecież sam w nic nie wierzył, bo przecież nie umiał na to tak, jak niektórzy, całkowicie beztrosko odpowiedzieć. Zdarzenia, nawet, gdy przechodziły burzliwie, wyglądały podobnie; identyczny rytuał, praca, kilka momentów przerwy i znowu te same ściany, znowu ci sami ludzie których sylwetki widział na korytarzach. Czuł, że mógł utknąć w czymś mdłym, pozbawionym smaku; nawet gdy tolerował bez przeszkód tę rutynę, której główną zaletą stała się trudność do przewidzenia co wydarzy się w ciągu najbliższych kilku godzin, bo mogło się nic nie zdarzyć i mogło się zdarzyć wszystko. Zawsze, jeśli uważał że nic już nie zdoła go zaskoczyć świat serwował mu siarczyste uderzenie, w którym mu udowadniał, jak wielki popełnił błąd. Mimo wszystko wciąż uwierała go jedna, niezwykle prosta wątpliwość; że w jego życiu zwyczajnie czegoś jeszcze brakowało. Jest układanką pozbawioną ważnego elementu. Jest dymem, który zupełnie nagle wymyka się z jego rąk.
- Jasne. Wiem, że ma tam powietrze, ale zanim zaczniemy, musi mieć tomografię. Z kontrastem przecież, a z czym? - rzucał wartko i migrował przez następujące po sobie węzły korytarzy, przeklinając w myślach, że dał jednemu z młodych prywatny numer telefonu komórkowego. Powstrzymał się od prychnięcia, odetchnął jedynie głośniej, tłumiąc pierwsze z emocji zanim mogły na dobre opuścić jego gardło. - Pisz, że ze wskazań życiowych. Na gówno mu TSH - nie pamiętał już ile razy to powtarzał. Niektórzy ludzie kochają niezwykle czekać; czekanie jest mimo tego przywilejem jakiego nie zawsze będą w stanie pojąć. W tym kryło się całe sedno medycyny ostrej. Na Oddział Ratunkowy szedł z nieco innych przyczyn niż zazwyczaj, mniej formalnych na pewno, wiedział, że musi zamienić kilka słów z jednym z pracowników. Zatrzymał się mimo tego, pozwalając sobie na moment konsternacji. Czy to nie ta dziewczyna, której wskazywał drogę? Nie spodziewał się, że ją spotka, dokładnie w obecnym miejscu.
- Nie miałaś iść do szpitala - wytknął, zupełnie jakby zabronił jej wypadków jakie mogły wydarzyć się po drodze, w trakcie krótkiego czasu, który dzielił ich dwa kapryśne, przypadkowe zetknięcia, jakby może w ogóle chciał jej czegoś zabronić, uprawiając wspaniały, znany sposób myślenia magicznego niech nie chorują-i niech nie przychodzą wcale, który równał się temu, że choć przez chwilę mógł trwać upragniony spokój… albo chociaż nadzieja, że kiedyś wreszcie nastanie.

Charly Hayes
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
21 y/o
Welkom in Canada
174 cm
workin' nine to five Szukam
Awatar użytkownika
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjiTrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Jeszcze kilka godzin temu była przekonana, że największym upokorzeniem dzisiejszego dnia było pytanie przypadkowego mężczyzny o metro w mieście, które najwyraźniej nie posiadało metra. Co gorsza, zrobiła to z pełnym przekonaniem osoby, która uważa się za doskonale przygotowaną do życia w nowym miejscu. Toronto bardzo szybko zweryfikowało jej pewność siebie. Teraz jednak zaczynała podejrzewać, że los przygotował dla niej znacznie bardziej widowiskowy finał.— To nie jest moja wina. — oznajmiła niemal natychmiast, jeszcze zanim zdążył dokończyć zdanie. Stała pośrodku oddziału ratunkowego z miną człowieka, który sam nie jest pewien, czy właśnie wydarzyło się coś bardzo poważnego, czy może tylko dramatyzuje. Prawa dłoń była owinięta kilkoma warstwami papierowych ręczników, które dawno przestały spełniać swoją funkcję. Na jasnej bluzce widniało kilka niepokojąco czerwonych plam, a Charly konsekwentnie unikała patrzenia zarówno na własną rękę, jak i wszystko, co mogło znajdować się pod prowizorycznym opatrunkiem.
— Po pierwsze, nie planowałam odwiedzać szpitala. Po drugie, gdybyś zobaczył ten nóż, też byś mi uwierzył, że próbował mnie zamordować. — dodała całkowicie poważnym tonem. Dopiero po chwili zmrużyła oczy, przyglądając mu się uważniej. Rozpoznanie przyszło nagle i wywołało cichy jęk zażenowania.— O nie. — westchnęła. — [/b]Oczywiście, że to ty. Na moment opuściła głowę, jakby naprawdę rozważała możliwość zawrócenia i ucieczki z budynku.— Wiesz, ile wynosiło prawdopodobieństwo, że spośród wszystkich lekarzy w Toronto trafię akurat na tego samego człowieka, przy którym kilka godzin temu zrobiłam z siebie idiotkę?
Nie czekała jednak na odpowiedź. Nerwowo przesunęła ciężar ciała z jednej nogi na drugą.— I zanim cokolwiek powiesz, chciałabym oficjalnie zaznaczyć, że tym razem przynajmniej wiem, gdzie jestem. — uniosła lekko brodę, jakby był to znaczący sukces. — Natomiast nie jestem już taka pewna, ile dokładnie palców nadal posiadam. Przełknęła ślinę i natychmiast odwróciła wzrok od własnej dłoni.— Tak między nami… jeśli hipotetycznie odcięłabym sobie kawałek palca, to chyba byś mi tego teraz nie powiedział od razu, prawda? Bo jestem na granicy paniki i bardzo zależy mi na odpowiedzi, która pozwoli mi jej nie przekroczyć.



Jude Iverson
wanilia
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

trigger warning
opinie o postrzeganiu personelu medycznego
Wiedział, co zazwyczaj m ó w i ł o się na ich temat. Chłód oraz brak empatii, docinki, nieodpowiednie, kaleczące raptownie jak nagle rozbite szkło. Wiedział i bardzo często czuł z tego wielką frustrację, chciał krzyczeć, chciał spalić gardło - zmielony przez maszynkę tych wszystkich dramatów ludzkich, na których temat nie można nawet powiedzieć że stały się odegrane na wielkiej scenie szpitala, bo wszystko to jest prawdziwe, tak jak prawdziwa jest krew która bezustannie wypełnia korzenie naczyń. Wiedział, że już nie będzie tym samym człowiekiem co na studiach, miał wrażenie że sprzedał się gdy próbował jedynie ujarzmić gniew pełgający pod skórą, utkwiony w nim od dzieciństwa. Zupełnie jakby coś go zmusiło by całkowicie zmienić tę tożsamość, by stać się innym człowiekiem, w odmiennym skafandrze ciała i emocji. Tak bardzo ich nienawidził, ich zarzutów, ich krzyków, tak bardzo chciał im powiedzieć, tak bardzo chciał ich zapytać czego więc do cholery obecnie potrzebują. Chcą precyzji, chcą działań czy chcą żeby się obok nich położył? Czy chcieliby żeby płakał? To nigdy nie idzie w parze.
Nikt z nich nie jest robotem. Nikt z nich nie jest... Większość z nich tak naprawdę próbuje im zawsze pomóc. Czy rozumieją? Pewnie nie.
Rozumieją?
Dziewczyna, wetknięta w przestrzeń oddziału ratunkowego wyglądała jak zwierzę, zaszczute i osaczone, trzymając się rozpaczliwie legowiska materiału który osłaniał uraz. Zawsze gdy widział te rodzaje przypadków, miał w głowie tę samą myśl - albo przesadza albo sprawa jest poważna i nigdy nie było nic pomiędzy. Coś się ruszyło, coś pękło więc w jego środku, ta dziwna, cudaczna słabość nakazująca aby nie przeszedł obok obojętnie, podobna która nawiedziła go wcześniej gdy starał się jej wyjaśnić jak bezpiecznie dojechać w dane miejsce. Nie rozumiał tego fenomenu, jednak oddawał mu się całkowicie i bez zadawanych pytań.
- Nóż? Co się w ogóle stało? - uniósł brwi w momentalnym zdziwieniu. Co zdążyło się stać przez ten czas kiedy się nie widzieli? - Opowiedz mi od początku - powiedział, wiedząc że strzępy tej historii nie będą w stanie go doprowadzić do określonych wniosków. Nie myślał jednak pochopnie, oczekując cierpliwie aż będzie mogła się wypowiedzieć, jak liczył, rzucając światło na całą doświadczoną sytuację.
- To twoje zdanie, nie moje - odparł sucho. Tak, jej pytanie nie należało do najmądrzejszych ale miał wtedy ważniejsze rzeczy niż rozważanie na temat czyjejś inteligencji. Nie oceniał jej. Nie znał jej. Nie oceniał ludzi jeśli najzwyczajniej nie musiał tego robić. Wzruszył jedynie ramionami, skupiając się na czymś innym.
Na jej stanie.
- Chodź. Obejrzymy ranę - zaproponował choć tak naprawdę nie oczekiwał od niej żadnej odmowy. Skoro była tutaj, liczyła że ktoś się nią zajmie, nawet jeśli nie była to osoba pracująca stale na oddziale ratunkowym. Ruszył przed siebie szukając niezajmowanej sali, nie potrzebował wiele na sam początek, jedynie podstawowych narzędzi i miejsca, gdzie mogli usiąść. Wsunął się do jednego z ambulatoriów, na całe szczęście pustego i bez pacjentów. Skinął na przywitanie pielęgniarce.
- Zajmę sobie na chwilę - oznajmił tylko. Kobieta uśmiechnęła się, być może nieco drapieżnie i złośliwie. No co tam? Chcesz może pozostać u nas? - zadała nagle pytanie, śmiejąc się, tak jak za każdym razem śmiał się każdy pochłonięty przez czarną dziurę jaką był oddział ratunkowy. Nie miał do tego siły. Zabrakło mu cierpliwości do stania przy takim sicie, na pierwszej linii w smrodzie krzyków i w drgawkach uzależnień. Czasami czuł się jakby mógł tych ludzi zwyczajnie pozabijać. Ból brzucha od dwóch miesięcy. Wspaniale?
- Chyba śnisz - odparł. - Daj spokój, coraz bardziej się starzeję - przechylił głowę odprowadzając pielęgniarkę wzrokiem gdy wyszła z gabinetu. Zostali obecnie sami, co przyznał, że nawet go ucieszyło bo nie zamierzał się tłumaczyć skąd tak naprawdę znał tę dziewczynę i dlaczego postanowił ją obsłużyć. Wiedział, że mogłoby to prowadzić do niewygodnych pytań, na które zresztą nie miał zamiaru odpowiedzieć.
- Mdlejesz na widok krwi? - dopytał, zakładając obecnie rękawiczki.

Charly Hayes
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
21 y/o
Welkom in Canada
174 cm
workin' nine to five Szukam
Awatar użytkownika
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjiTrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Charly nie miała w zwyczaju oceniać ludzi przez pryzmat wykonywanego zawodu. Tym bardziej nie przyszłoby jej do głowy, aby oceniać ich podczas wielogodzinnej, ciężkiej pracy, której charakter wymagał nie tylko wiedzy, ale także pokładów cierpliwości, jakich sama prawdopodobnie nie zdołałaby w sobie odnaleźć nawet wtedy, gdyby bardzo się starała. Nie wiedziała zresztą, co właściwie działo się w głowie Jude’a, gdy przemierzał kolejne korytarze szpitala, ani ile razy dziennie musiał mierzyć się z ludzkim bólem, strachem czy zwyczajną głupotą. Nie zamierzała więc przypisywać mu chłodu tylko dlatego, że nie próbował owijać wszystkiego w delikatne słowa. Być może właśnie tego nauczyła go praca — że czasami człowiek potrzebował konkretnej odpowiedzi znacznie bardziej niż pocieszenia.
Zresztą, w jej przypadku nie musiał się szczególnie wysilać, aby dostrzec, że nie była najlepszą pacjentką.
Nie dlatego, że zamierzała robić sceny czy utrudniać mu pracę, wręcz przeciwnie - Charly najchętniej usiadłaby gdzieś z boku, pozwoliła komuś opatrzyć jej rękę i wróciła do domu, zanim ktokolwiek zdążyłby dokładniej przyjrzeć się temu, co właściwie sobie zrobiła. Problem polegał na tym, że sama nie miała najmniejszego pojęcia, jak wyglądała rana. Od chwili, w której poczuła ostrze noża przecinające skórę, jej uwaga skupiła się wyłącznie na jednym — krwawiło. To wystarczało, by uznała sytuację za zdecydowanie bardziej dramatyczną, niż być może była w rzeczywistości.
Dlatego też, gdy mężczyzna w białym kitlu zaprowadził ją do względnie spokojniejszego miejsca i zapytał ją, czy mdleje na widok krwi, spojrzała na niego z miną człowieka, który właśnie został postawiony przed wyjątkowo trudnym pytaniem. — Nie wiem — przyznała po chwili całkowicie szczerze.

Mimochodem przeniosła wzrok na własną dłoń, jednak zrobiła to z wyraźnym wahaniem, jakby sama świadomość, że mogłaby zobaczyć coś, czego do tej pory skutecznie unikała, była wystarczającym powodem, by jednak tego nie sprawdzać. — Nigdy specjalnie nie próbowałam się tego dowiedzieć. - kącik jej ust drgnął nerwowo, bo tym razem trudno było nazwać to uśmiechem. — Ale jeśli pytasz, czy mam ochotę teraz spojrzeć na swoją rękę i przekonać się, ile właściwie ze mnie wypłynęło, to zdecydowanie nie.
Dopiero teraz uniosła wzrok na Jude’a, próbując wyczytać z jego twarzy coś, co pozwoliłoby jej ocenić powagę sytuacji. Bezskutecznie. Nie miała pojęcia, czy jego spokój oznaczał, że rana była błaha, czy może właśnie tak wyglądała praca lekarza; człowiek mógł przyjść z ręką niemal odciętą, a on i tak najpierw zakładał rękawiczki, jak gdyby właśnie przystępował do najzwyklejszej czynności na świecie.
— Wiem tylko, że krwawi — dodała, jakby to była informacja wystarczająca do postawienia diagnozy. — I że nie chcę tego oglądać. Przez moment milczała, po czym zmarszczyła lekko brwi. — Właściwie to chyba nie jestem pewna, czy bardziej boję się krwi, czy tego, co ty zaraz powiesz, kiedy już zobaczysz, co sobie zrobiłam.

Palce zdrowej dłoni zacisnęły się nieco mocniej na materiale, którym do tej pory osłaniała ranę, jakby sam ten gest mógł jeszcze przez chwilę uchronić ją przed nieuniknionym. — Bo jeśli powiesz mi, że trzeba będzie to szyć, uprzedzam, że będę bardzo niezadowolona. - na jej twarzy pojawiło się coś na kształt ostrzegawczego spojrzenia. — A jeśli powiesz, że nie trzeba, to też nie będę zachwycona, bo oznaczałoby to, że przez ostatnią godzinę robiłam z siebie idiotkę, przejmując się czymś, co prawdopodobnie jest tylko małym rozcięciem. - westchnęła cicho, po czym pozwoliła, by dłoń zsunęła się nieco niżej. — Więc może po prostu powiedz mi najpierw, czy przeżyję. Spojrzenie ponownie spotkało jego jasne tęczówki. — Resztę informacji możesz dawkować stopniowo. Najlepiej w małych ilościach. Jak lekarstwo.
Zdecydowanie nie była idealną pacjentką.




Jude Iverson
wanilia
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Było mu nawet szkoda tej dziewczyny; nie wiedział jednak, dlaczego, z jakiego dostępnego powodu nie użył wobec niej zasady która towarzyszyła mu przez większość czasu w podobnych sytuacjach. Zazwyczaj młode osoby budziły pierwsze odczucie że przyszły z czymś nieistotnym, budziły niechęć wczepioną niemal podejrzliwie pod powierzchnię naskórka, chociaż należało pamiętać że każdy, kto pozwolił aby to wrażenie zupełnie go zaślepiło tracił profesjonalizm i możliwość oceny ponad taka pani uroda. Czuł jednak pewną sympatię, pewną, jak zdążył zauważyć odpowiedzialność że skoro ją wcześniej spotkał, przestali już być dla siebie zupełnie nieznajomi. Pomyślał, że to naprawdę duża ironia losu. Ze wszystkich ludzi mógł trafić na nią, a ona znowu na niego. Świat potrafił być złośliwy i przewrotny, śmiejąc się wszystkim w twarz.
- Będziesz żyła - oznajmił - do samej śmierci - dokończył słynnym powiedzeniem, bo nawet w takiej sytuacji zapewnienie kogoś o przeżyciu nie mogło mu przejść przez gardło. - Czy jesteś zadowolona? - upewnił się z odrobiną zaczepności i słuchał jej różnych słów. Jedna i druga opcja wydawały się w jej odczuciu niekorzystne. Gdyby miał wybrać lepszą, stwierdziłby, że na pewno był to wariant bez żadnych interwencji. Leczenie zachowawcze, nic więcej. Odchylił w końcu materiał, spoglądając na krawędź skaleczenia, gdzie zdążył już uformować się pierwszy, prowizoryczny skrzep. Ocenił całą głębokość.
- To maleństwo? - zapytał. - Możesz o nim zapomnieć. Zrobiło więcej szumu niż wartuje, bo dłoń jest dobrze ukrwiona. Nie ma tu czego szyć - podał teraz swój werdykt. Uznał, że taka opcja jest znacznie bardziej korzystna też dla niego, same plusy, bez żadnych, możliwych do znalezienia mankamentów. Przysunął bliżej siebie aerozol służący do dezynfekcji.
- Oczyszczę i opatrzę tę ranę. Wybrudziłaś ją czymś? Jakaś ziemią, na przykład? - postanowił dopytać, bo dziewczyna z jakiegoś powodu kręciła się po mieście i nie był pewien co sądzić na ten temat; uciekła z domu? Była na wakacjach? Toronto z całą pewnością nie było jej rodzinnym miastem. - Kiedy ostatnio szczepili cię na tężec? - pytał się w międzyczasie, nie przerywając tego, co wcześniej zadeklarował. W momencie, kiedy wszystko było gotowe wyjął z opakowania plaster do wenflonów, bo był najbardziej miękki, zastanawiając się jeszcze, jak najlepiej go przyciąć i ułożyć z uwagi na jego dość specyficzny kształt.
- Nie wiem, czy po tym wszystkim chciałbym się przekonać - rzucił - co będzie następnym razem, kiedy się zobaczymy - nie wiedział już czy żartuje, czy naprawdę się martwi, czy może ją prowokuje. Przyjrzał się jej uważniej. Nie mieli szczęścia, na pewno; nie mieli szczęścia już od pierwszego momentu ich spotkania. A może, całkiem prawdopodobne, nigdy się nie zobaczą? Gdyby z każdą rozmową miało być coraz gorzej, mógłby wybrać tę opcję. Nie lubił takich kłopotów.

Charly Hayes
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
21 y/o
Welkom in Canada
174 cm
workin' nine to five Szukam
Awatar użytkownika
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjiTrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Charly przez chwilę milczała, wpatrując się w znajomego - jak się okazało - lekarza z miną kogoś, kto właśnie otrzymał odpowiedź na zadane pytanie, ale wcale nie był pewien, czy powinien być z niej zadowolony. Będziesz żyła brzmiało wystarczająco uspokajająco, gdyby tylko Jude nie postanowił natychmiast przypomnieć jej, że śmierć była przecież nieuniknionym etapem życia. Zacisnęła usta, powstrzymując cisnące się na nie westchnienie, po czym pokręciła głową.
— Jesteś okropny w uspokajaniu ludzi — stwierdziła w końcu, choć kącik jej ust drgnął nieznacznie. — Ale tak. Jestem zadowolona. Skoro mam umrzeć dopiero kiedyś, to chyba mogę uznać, że na dzisiaj odniosłam sukces. - przyznała, zupełnie ignorując fakt, że powinna zwracać się do niego tytułem lub chociaż grzecznościowym Pan. Niestety Charly miał w złym zwyczaju przechodzić na „Ty” nawet z osobami, które spotkała raz w życiu, nawet gdy nie poznała imienia tejże persony. Jude miał więc pecha.

Zaabsorbowana rozmową zielonooka dopiero po chwili dostrzegła, że mężczyzna rzeczywiście odchylił materiał i przyglądał się ranie. Odwróciła więc wzrok niemal natychmiast, zupełnie jakby samo patrzenie w inną stronę mogło sprawić, że przestanie wiedzieć, co właściwie dzieje się z jej dłonią. Nie miała odwagi sprawdzić, czy jego ocena była rzeczywiście tak spokojna, jak brzmiał jego głos. — Maleństwo? — powtórzyła z wyraźnym niedowierzaniem, przenosząc na niego spojrzenie. — Przed chwilą to maleństwo wyglądało mi jak początek końca. - pokręciła lekko głową, jakby sama była rozbawiona własną reakcją, choć prawda była taka, że nadal czuła nieprzyjemne napięcie gdzieś pod żebrami. Dopiero teraz, kiedy adrenalina zaczynała opadać, docierało do niej, jak bardzo przestraszyła się widoku krwi. Może rzeczywiście zrobiła z tego większą tragedię, niż było trzeba, ale w tamtej chwili każda kropla spływająca po dłoni wydawała jej się wystarczającym powodem do paniki.
Na pytanie o ziemię pokręciła przecząco głową. — Nie. Chyba nie. — zawahała się na moment. — Nóż był… czysty. Przynajmniej mam taką nadzieję. - przyznała, a na kolejne pytanie wpierw odpowiedziała ściągnięciem brwi. — Tężec? — powtórzyła, jakby Jude właśnie zapytał ją o coś, czego nie słyszała od bardzo dawna. — Nie mam pojęcia.
Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ktokolwiek pytał ją o szczepienia, ale szybko zrezygnowała. Zresztą w tej chwili jej pamięć zdecydowanie nie była najlepszym źródłem informacji. — To źle? — spytała ostrożnie, przyglądając mu się uważniej.

Kiedy jednak wspomniał o następnym spotkaniu, na jej twarzy pojawił się cień rozbawienia. Spojrzała na niego przez chwilę, po czym uniosła brew. — Wiesz co? Ja też zaczynam się zastanawiać, czy powinniśmy się jeszcze kiedyś spotkać. - przechyliła lekko głowę, a jej spojrzenie stało się odrobinę bardziej zaczepne. Westchnęła cicho, po czym wzruszyła ramionami. — Statystycznie rzecz biorąc, nasze kolejne spotkanie nie zapowiada się szczególnie dobrze. - wypowiadając te słowa pozwaliła sobie na uśmiech, jednak zaraz potem spoważniała. Spojrzała na zabandażowaną dłoń, a później ponownie na Jude’a. — Ale… dziękuję. - tokrótkie słowo przyszło jej zaskakująco trudno. Charly nie była przyzwyczajona do przyznawania, że ktoś zrobił dla niej coś dobrego, szczególnie jeśli jeszcze chwilę wcześniej miała ochotę oskarżyć tego samego człowieka o brak empatii. Tym razem jednak nie zamierzała udawać, że tego nie zauważyła. — I przepraszam za to całe zamieszanie. — kącik malinowych ust uniósł się nieznacznie, a ona sama gotowa była zejść już z kozetki.



Jude Iverson
wanilia
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”