Sama Neve nieco przypominała chaotycznie wygrywaną melodię - uderzenia palców w złości wpuszczających weń fałszywe nuty, miękkość przejść gdy spojrzenie łagodniało, śledząc pięciolinię czy pauzy wśród których kryły się znaki niewypowiedzianych zapytań. Między innymi dlatego znajdowała tak szczególne miejsce w jej sercu i nie potrafiła odmówić sobie chwili refleksji na krawędzi krzesła, analizując emocje anonimowego artysty, będącego dla wielu innych tłem.
Jakaś jej część chciała zostać spalona, nim noc obejmie swymi ramionami zalany bladożółtym światłem lokal. Mimo kłębiących się w niej sprzeczności, wszystko wokół zdawało się być dziwnie spokojne. Jakby litościwie dawało jej czas na poskładanie myśli lub szansę na ucieczkę.
Jeszcze jakąś miała. Nic więcej, bo czymże jest mała namiastka nadziei, tlącej się niedogasłej iskrze przeszłości?
Ilekroć wracała myślami do chwili, w której zdecydowała ruszyć szlakiem matki, marzyła by choć kilka atomów w jej ciele uległo unicestwieniu. Ilekroć stawała w martwym punkcie, czując jak ów nadzieja opuszcza jej ciało wraz z zmożonym snem wydechem.
Pierwotny instynkt - prawdopodobnie odziedziczony właśnie po rodzicielce - nakazywał jej wbrew wszelkiej logice podążać świeżo odnalezionym szlakiem. To coś sprawiało, że nie potrafiła porzucić długopisu z nadgryzioną skuwką i zagryzmolonego notatnika wciśniętego na dno torby tuż obok wysłużonego aparatu. Nie umiała odmówić oczom pożerania miejsc i sytuacji, nawet, jeśli nie były dla nich przeznaczone. A mimo to, coś nader wszystko próbowało ją s p a l i ć.
Wrzawa mieszała się z posępną melodią pianina, ku uciesze gości, wychylających kolejne kufle i kieliszki, w podrygach nóg rwących się do pijackiego tańca. Powaga chwili minęła, oddając się w ręce kulawej toccaty. Zdawało się, że nikt już nie pamięta melodii wydzierającej w sercach wąskie korytarze. Ale Neve zachowała w głowie starannie ułożone płytki wspomnień, uciekając od napierającego na nią zgiełku i niechcianego towarzystwa.
Nieśmiertelność minionych chwil jaśniała, nawet na końcu wyściełanego boazerią korytarza. Wszystkie żywe w jej głowie. Skrzące drobinki rodzinnego miasta, przeplatane nieuchronnością Toronto. I moment, w którym dojrzawszy skądś znajomą twarz, postanowiła przesunąć opuszkiem w prawo na rozświetlającym twarz ekranie.
Niepewność wstrząsnęła ciałem, gdy uzmysłowiła sobie, że może to nienajlepszy pomysł tak po prostu
uciekać oddalać się tam, gdzie zdawało się być prostu bezpiecznie. Jednak znajomość pijanych mężczyzn i ich nieumiejętność rozróżniania
tak od
nie utwierdziła ją we właściwości tej decyzji.
Znalazł ją.
Opartą o drewnianą balustradę, lekko przygarbioną z twarzą skrytą za kurtyną blond włosów, jak za woalem dającym upragnione schronienie. Mniej więcej tak właśnie go sobie wyobrażała, choć przeważnie pojawiał się wśród domysłów i wyobrażeń jakie kierowały ją w rejony projektu badawczego, którego członkiem była jej matka. Ile spojrzeń między sobą wymienili? W ilu konwersacjach uczestniczyli? Jak wiele sympatii podarowała jemu? Czy wręcz przeciwnie?
- Całe szczęście, bo zaczęłam przez chwilę mieć wątpliwości czy aby na pewno dobrze zrobiłam, ale... Sam widzisz - przepraszający uśmiech zastygł jej na twarzy. Jeśli teraz się nie bała, to tylko dlatego, że w każdej drobnej sekundzie swojego
dawnego życia była śmiertelnie przerażona, równocześnie z ów lękiem nieustanie tocząc bitwę. Niemniej, Sally nie wzbudzał w niej trwogi. Wręcz przeciwnie. Przy nim jej ciało się rozluźniło, a sylwetka wyprostowała, nie kuląc się dłużej nad balustradą. Zupełnie jakby się znali, choć ona widziała go na oczy pierwszy raz. On zaś mógł dostrzec jedynie ułamek osoby, którą znał, zaklęty genami w jej ciele.
- Nie trzeba, ale naprawdę to doceniam - rozchyliła wargi szerzej, a bursztynowe oczy błysnęły rozbawieniem.
- Nie wątpię. Twoim włosom nie mam nic do zarzucenia - dodała, dając mu do zrozumienia, że i ona nie dostrzegła żadnych powiązań.
- Myślę, że nie będzie taki głupi, żeby znowu próbować swoich sił, widząc, że mam towarzystwo, ale pozostańmy czujni - nigdy nie wiadomo, kiedy znudzonemu desperacie zaostrzy się apetyt na kolejną, niewinną ofiarę. Z drugiej strony, jak na ironię wybrała właśnie
takie miejsce - jednakowoż wiedząc, kiedy i o jakiej porze przyjść, by jak najlepiej z tych odwiedzin skorzystać.
- Żaden ze mnie znawca, ale masz słuszność w tym co mówisz. Nie bez powodu nabieramy się na reklamy i chwyty marketingowe, tylko dlatego, że coś wyzwala w nas chęć posiadania samym wyglądem - kącik ust drgnął. Była tego najlepszym przykładem, niejednokrotnie - mimo, że zdawała sobie doskonale z prezentowanego przed nią pół-oszustwa sprawę - przepalając budżet na rzeczy, które nie były jej absolutnie w żadnym stopniu potrzebne. Aktualnie nie miała takiego luksusu. Wybierając się w podróż do Toronto, odcięła się od funduszy ojca, kończąc niemalże z niczym.
- Nie - zaprzeczyła ruchem głowy, jednocześnie potwierdzając jego spostrzeżenia. Nie była jeszcze gotowa na całkowitą szczerość, o czym świadczył cień nieufności kryjący na dnie studni tęczówek.
- Ciekawi mnie projekt, w którym kiedyś brałeś udział. Chciałbyś mi trochę o tym opowiedzieć? - ostrożność znaczyła każde słowo opuszczające jej usta. Nie wiedziała jak zacząć. Podchody nie były jej mocną stroną.
sal dykman