29 y/o
Welkom in Canada
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Za daleko. Dziwne. Edward znajdował się przecież tak blisko, że widział własne odbicie w jego źrenicach. Małe, zdeformowane przez wypukłość oka. Gdyby przesunął się jeszcze trochę, ich nosy zetknęłyby się ze sobą w sposób raczej niezręczny niż romantyczny. Czuł ciepło cudzego oddechu na policzku. Mógł policzyć pojedyncze włoski jego brwi. A jednak Jude powiedział to z takim przekonaniem, że Edward odruchowo obejrzał się za siebie, jakby chciał sprawdzić tę odległość. Jakby pomiędzy nimi rzeczywiście ciągnął się jakiś korytarz, kilka zamkniętych pokoi, może całe piętro domu.
- Za daleko? - powtórzył. Nie zabrzmiało to nawet jak pytanie. Raczej jak próba sprawdzenia obcego słowa w ustach. Przez chwilę jeszcze się uśmiechał, ale uśmiech zgasł sam. Bez dramatyzmu. Po prostu nie był już potrzebny. Spojrzał na dłoń Jude’a, kiedy pojawiła się blisko jego twarzy. Nie cofnął się. Przeciwnie, przez ten krótki moment pozostawał zupełnie nieruchomy, jakby czekał na dotyk, który ostatecznie nie nastąpił. Śledził wzrokiem palce, a potem drogę, którą pokonały z powrotem. To było niemal irytujące. Nie sam brak dotyku. Raczej to, że przez ułamek sekundy spodziewał się go na tyle wyraźnie, że skóra zdążyła przygotować się na coś, co się nie wydarzyło. Ciało było pod tym względem żałośnie łatwowierne. Wystarczyło zbliżyć do niego rękę, żeby natychmiast zaczęło przewidywać jej temperaturę.
Mógł się odsunąć. Właściwie powinien. Cała jego pozycja zaczynała być niewygodna; ciężar ciała oparty na wyprostowanych rękach dawał znać w nadgarstkach, kolano wbijało się gdzieś pomiędzy dwie poduszki, a jedna ze świec stała zdecydowanie zbyt blisko rękawa koszuli. Mimo to pozostał na miejscu.
Nie mam dla ciebie nic, co mogłoby ci zaszkodzić. To zdanie podobało mu się znacznie mniej niż poprzednie. Może dlatego, że było prawdziwe. Żeby człowieka zranić, trzeba było najpierw znaleźć coś miękkiego. Jak przy obieraniu owocu: można było bez końca przesuwać nóż po skórce, ale dopóki ostrze się przez nią nie przedostało, nic właściwie się nie działo. Edward przez większość życia bardzo starannie zajmował się skórką. Potrafił powiedzieć o sobie rzeczy intymne, które wcale intymne nie były. Opowiadał o swoich kochankach, rodzinie, pieniądzach, strachu, śmierci. Czasem nawet o samotności. Ludzie mylili szczerość z dostępem i chyba właśnie dlatego działało to tak dobrze. Dostawali od niego historię, a wychodzili z przekonaniem, że dostali kawałek człowieka.Może sam też czasami w to wierzył.
- Tylko nie jestem pewien, czy „daleko” oznacza to samo co „bezpiecznie”. - Wrócił spojrzeniem do Jude’a. Teraz uśmiechnął się bardzo lekko.
- Ludzie potrafią zrobić sobie potworną krzywdę z naprawdę imponujących odległości. - Mógłby na tym skończyć. Zabrzmiałoby wystarczająco dobrze. Nawet trochę tajemniczo. Edward miał jednak nieprzyjemne wrażenie, że jeżeli teraz znowu schowa się za dobrze brzmiącym zdaniem, Jude natychmiast to zauważy. Westchnął więc cicho.
- I chciałbym żebyś zrobił mi… dosłowna krzywdę. Po prostu uderzył. - Słowa wyszły z niego spokojnie. Bez żartu, który zwykle pojawiłby się natychmiast po takim wyznaniu, żeby odebrać mu trochę znaczenia. Sam chyba był tym zaskoczony. Popatrzył gdzieś obok, na płomień świecy. Wosk przelewał się już przez krawędź butelki i powoli zastygał niżej. Warstwa po warstwie. Poprzednia kropla nie zdążyła dobrze ostygnąć, kiedy przykrywała ją następna. Po kilku godzinach nie było już wiadomo, gdzie właściwie znajdowało się szkło. Poczuł nagle bardzo wyraźnie zmęczenie w ramieniu. Ugiął łokieć i obniżył się trochę, przez co jego twarz znalazła się jeszcze bliżej. Tym razem nie było w tym wcześniejszej demonstracji. Po prostu tak było wygodniej.

Jude Iverson
gall anonim
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Odległość pomiędzy nimi stawała się tak niewielka że wydawała się w tym momencie pożerać samą siebie. Czuł; intensywnie, dokładnie, głęboką rozdartą paszczę przytkniętą do jego ciała i wiedział, że była w stanie go pochłonąć, natychmiast, w porywczym kaprysie chwili pomiędzy jednym a drugim uderzeniem dzwonu serca. Powiedz, czy to agresja sprawia ci satysfakcję? Wyjaśnij nam co w tych chwilach podoba ci się najbardziej, przepraszam, co podobało, bo przecież tego nie robisz, przecież taki nie jesteś, wyrosłeś z tamtego chłopca który podwijał palce, by stworzyć napiętą pięść. Czy uwielbiałeś moment kiedy ktoś inny cierpiał? Czy lubisz rozcinać ciało? Wiesz, że chirurdzy nie byli przez wiele wieków uznawani w ogóle za lekarzy? Czy ty nim również nie jesteś? Wilk w owczej skórze, ty jesteś taki spokojny, odporny na każdą powódź, odporny na zryw wichury nie wzrusza cię nawet pożar. Nie wzrusza cię cudza krew, cudza trudność aby zaczerpnąć oddech, nie wzrusza cię nawet śmierć. Dopiero później rozumiesz. Siedzisz w środku mieszkania i ponownie po raz tysięczny rozważasz tamtą bójkę. Nie lubiłeś ich bólu - ceniłeś jedynie wolność, swoją, nienaruszoną, wolność, w której mogłeś nareszcie wyrazić uśpiony gniew. Cała, zebrana wściekłość była dla ciebie niemal objawieniem. Kochałeś moment w którym uczucie było w stanie opuścić twoje ciało. Jednak to nie to samo.
To wszystko jest tylko grą. Nie ma w sobie wolności, nie ma też satysfakcji.
Nic nie ma.
Kolejne, płaskie stwierdzenie ociera się nieprzyjemnie, jest niedorzeczne, proste i nawet nie będzie w stanie go oburzyć. Dlatego, właśnie w tej chwili zaczyna robić coś innego, coś, co sam robi o wiele rzadziej niż składa pocałunki i gładzi odkrywając wnikliwie cudzą topografię skóry. Coś, co sam robi o wiele rzadziej od zachwytu. Wybucha śmiechem, beztroskim oraz dźwięcznym jak chłopiec, śmiechem, który może osadzać się swoim ciepłem na znajdującej się niedaleko, zawieszonej twarzy, stojącej w opozycji do niego, śmiechem, którego się nie boi i który drastycznie zmienia całe jego wcześniejsze nastawienie. Wszelkie, zawieszone napięcie wylewa się teraz rzeką z jego gardła.
- Nie.
Wydaje mu komunikat. Przez pewien moment nie mówi niczego więcej, nie czując, że musi przed nim się tłumaczyć. Nie było bardzo proste. Było wartością samą w sobie. Nie oznaczało tyle, co dało się w nim usłyszeć. Nie. Nie. Zastanowił się tylko, dlaczego go o to prosił, czy był to jedynie kaprys, którego nawet zbytnio nie przemyślał, czy był to podstęp, czy było to przekonanie że ludzie tacy jak on mają obowiązek rozkoszować się sadyzmem. Jego agresja była czysto zwierzęca, musiała zawsze mieć powód i istniejące ponad powieką horyzontu zagrożenie.
- Znajdź sobie lepsze zajęcie - mruknął mu monotonnie, niemal całkowicie przy tym zniechęcony. Rozczarowany? Zaczynał się niecierpliwić. Dopiero teraz go dotknął, położył mu dłoń na ramieniu, wiedząc że będzie w stanie przy odrobinę większym naciśnięciu skutecznie zaburzyć jego równowagę. Poza, jaką przybierał, była w końcu drastycznie niewygodna i dziwił się, że mężczyzna dalej jej nie porzucił. Gest, jaki mu ofiarował, okazał się jednak nienachalny, ręka ułożyła się z gracją, pasując jak miękko pióro. Był znacznie bardziej ojcowski i zatroskany niż przesiąknięty jaskrawą erotyką. Przechylił się jego stronę, skręcając przy tym swoje ciało. Jego usta znalazły się nieopodal cudzej małżowiny usznej. Gdyby chciał, mógłby obecnie musnąć płatek jego ucha i zejść chciwym gestem po szyi.
W zamian za to powiedział:
- Idź. Czekają na ciebie inni.
Przedstawienie skończone - czekają na ciebie inni, ci, którzy chcą ciebie słuchać w zupełnie inny sposób, wyczekiwany, gładki, czekają na ciebie inni którzy będą myśleli że mają nad wszystkim władzę, że staną się wyjątkowi. Idź w końcu zabawić tłum.
Tłum jest głodny.
Tłum pragnie.


Edward Wentworth
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
29 y/o
Welkom in Canada
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Śmiech zaskoczył go bardziej niż odmowa. Nie dlatego, że poczuł się wyśmiany. Edward zbyt długo obracał się wśród ludzi, którzy śmiali się z rzeczy znacznie bardziej osobistych, żeby cudzy śmiech potrafił go jeszcze zawstydzić. Chodziło raczej o jego jakość. Był czysty, prawie chłopięcy, zupełnie niepasujący do twarzy Jude’a sprzed kilku sekund.
Przez moment Edward tylko na niego patrzył. Z bliska śmiech wyglądał inaczej niż z drugiego końca pokoju. Zmuszał powieki do mrużenia się, zmieniał linię ust, poruszał drobnymi mięśniami policzków, których człowiek na co dzień nawet nie zauważał. Twarz przestawała należeć do swojego właściciela. Robiła, co chciała. Edward pomyślał, że właśnie dlatego ludzie tak rzadko wyglądali pięknie, kiedy naprawdę się śmiali. Wyglądali za to prawdziwie.
- Nie. - Przyjął odmowę z lekkim uniesieniem brwi. Właściwie niemal uprzejmie. Jak gospodarz, któremu gość właśnie odmówił kolejnego kieliszka wina. Nie zamierzał pytać drugi raz. Prośba powtórzona stawała się błaganiem, a Edward nie przepadał za rzeczami, które wymagały aż takiego wysiłku. Bądź, co bądź był tylko rozpieszczonym dzieckiem bogatych rodziców.
- Szkoda. - powiedział tylko. I chyba naprawdę tak uważał. Dłoń Jude’a pojawiła się na jego ramieniu dopiero wtedy. Edward spojrzał na nią, zanim zdążyła osiąść tam całym ciężarem. Coś niemal niezauważalnego zmieniło się w jego twarzy. Nie cofnął ramienia gwałtownie; nie zrobił niczego, co można byłoby nazwać odrzuceniem. Po prostu wyprostował ręce i uniósł się dokładnie w tej samej chwili, przez co palce Jude’a ześlizgnęły się po materiale koszuli, zanim zdążyły znaleźć dla siebie miejsce.
Przypadek, można było pomyśleć. Edward lubił przypadki, które sam aranżował.
Usiadł prościej. (Prosto? Prościej?) Wreszcie. Nadgarstki odezwały się tępym bólem, więc poruszył jednym z nich, rozprostowując palce. Nagle między nimi (ich ciałami) pojawiła się przestrzeń. Niewielka, może trzydzieści centymetrów, ale po poprzedniej bliskości wydawała się niemal architekturą. Można było w niej postawić stolik. Zbudować ścianę. Zamieszkać.
Idź. Czekają na ciebie inni. Edward zerknął w stronę drzwi. Nawet lekko się uśmiechnął. Za nimi rzeczywiście toczyła się wrząca impreza. Przez ostatnich kilka minut łatwo było o tym zapomnieć. Gdzieś dalej ktoś się roześmiał, ktoś inny zawołał czyjeś imię. “Melinda”, czy “Rosalinda”. Bas kolejnego utworu przechodził przez podłogę ledwie wyczuwalnym drżeniem. Dom pełen ludzi nigdy nie milczał naprawdę. Nawet puste pokoje uczestniczyły w przyjęciu: przechowywały porzucone kieliszki, cudze płaszcze, zapach perfum i papierosów, ślady dłoni na szkle. Rano wszystko miało wyglądać trochę obco. Jak ciało po chorobie, które jest już zdrowe, ale pamięta jeszcze gorączkę.
- Ach. Oni. - Powiedział to z takim rozbawieniem, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o kilkudziesięciu osobach znajdujących się pod jego własnym dachem. Przesunął wzrokiem po twarzy Jude’a, ale tym razem już się nie zbliżył.
- Masz rację. Zaniedbuję obowiązki. - Nie miał żadnych obowiązków. To było chyba najlepsze w wydawaniu przyjęć. Edward nigdy nie rozumiał gospodarzy, którzy spędzali wieczór na upewnianiu się, że wszyscy dobrze się bawią. Uważał to za szczególnie ponurą odmianę służby. Sam zapraszał ludzi z powodów znacznie mniej szlachetnych. Lubił patrzeć, jak jego dom ich zmienia. Jak po drugim kieliszku stawali się głośniejsi, po trzecim piękniejsi, a gdzieś później zaczynali mówić rzeczy, których następnego dnia woleliby nie pamiętać. Lubił przechodzić przez własne przyjęcia i obserwować drobne przesunięcia, które powodowała jego obecność. Czyjaś głowa odwracała się w jego stronę. Ktoś robił mu miejsce. Ktoś przerywał zdanie.
Nie zabawiał ich dla nich.
Robił to dla siebie.
Była w tym próżność, oczywiście. Edward nigdy szczególnie nie cierpiał z powodu własnych wad. Próżność wydawała mu się nawet jedną z tych przyjemniejszych. Nie zostawiała siniaków, nie niszczyła wątroby, a przy odpowiednim prowadzeniu potrafiła urządzić całkiem udany wieczór.
- Chociaż muszę cię rozczarować. - Spojrzał jeszcze raz w stronę drzwi. - Nie sądzę, żeby mnie potrzebowali. - Krótka pauza, ledwie na blachę westchnięcie.
- To ja lubię, kiedy mnie potrzebują. Jest różnica. - Uśmiechnął się, tym razem szerzej. Jakby właśnie przyznał się do drobnego występku, który od dawna uważał za jedną ze swoich bardziej czarujących cech.
Dopiero wtedy podniósł się z miejsca. Zrobił to spokojnie, bez gwałtowności człowieka odprawionego. Poprawił mankiet, potem przesunął dłonią po przodzie koszuli, wygładzając materiał tam, gdzie przed chwilą się marszczył. Cały ten drobny rytuał miał w sobie coś absurdalnie zwyczajnego. Jakby nie wydarzyło się nic, co należałoby zabrać ze sobą do następnego pokoju.
Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze na moment. Nie odwrócił się od razu. Spojrzał na świecę, tę samą, której płomień wcześniej znajdował się niebezpiecznie blisko jego rękawa. Wosk spłynął jeszcze niżej i zastygł w fantazyjnej, białej narośli. Edward pomyślał, że rano Martha prawdopodobnie wyrzuci całą butelkę. Ludzie mieli dziwny zwyczaj pozbywać się przedmiotów właśnie wtedy, kiedy zaczynały nosić wyraźne ślady tego, co im się przydarzyło. Dopiero wtedy obejrzał się na Jude’a.
- Dobrze. - powiedział łagodnie. - Pójdę znaleźć sobie to lepsze zajęcie. - Nie było w tym złośliwości. Jeśli już, odrobina rozbawienia. Cofnął się o krok w korytarz, a potem jeszcze jeden. Uśmiech pozostał na jego twarzy.
- Mam nadzieję, że znajdziesz lepszą rozrywkę od mojej. - Brzmiało to niemal jak życzenie. Edward odwrócił się i ruszył w stronę schodów. Po kilku krokach muzyka zrobiła się głośniejsza. Dom przyjmował go z powrotem stopniowo: najpierw basem pod stopami, potem światłem z otwartych drzwi, wreszcie ludźmi. Ktoś wychylił się z salonu i natychmiast go zauważył. Jakaś kobieta uniosła kieliszek. Mężczyzna stojący obok niej powiedział coś, czego Edward nie usłyszał, ale oboje zaczęli się śmiać. Odpowiedział im uśmiechem. Naturalnie. W końcu właśnie po to ich tutaj sprowadził.

Jude Iverson
gall anonim
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Powinien, jak później odkrył, docenić ten krótki moment, ten krótki stan odsłonięcia; niewielkie, niemal zalotne uchylenie tuż przed nim obecnego rąbka tajemnicy. Potrzebował ich. Przełknął ślinę, czując jak jego słowa uderzają wciąż fantomowo pomiędzy ścianami czaszki, jak niosą się między jednym a drugim uderzeniem jego serca, jak czuje ich pełny posmak rozpuszczony pastylką na języku. Nagle wszystko zrozumiał; obecny przed nim mężczyzna cały był dziełem sztuki. Nie oddychał nią i nie tworzył jej, tylko był nią, w każdej cząstce istnienia. Płacił w zamian za to najwyższą możliwą cenę. Wszystko staje się jasne, odkrycie, którego właśnie dokonał, przyniosło mu miękki spokój, rozlało się w jego ciele jak wielki, kojący bandaż. Zmrużył przez chwilę oczy. Był dziełem sztuki, dlatego nie mógł go dotknąć. Był dziełem sztuki, stąd dla każdego miał inną interpretację. Nie miał prawa właściwie istnieć bez odbiorcy. Możliwe, że nikt nie wiedział, co dzieje się za kurtyną - dopóki ktoś się nie zjawił, scena mogła być pusta. Możliwe, że jeszcze wcześniej zdołał go źle określić, bo ludzie, ci wszyscy odwiedzający, mogli bez niego żyć. Mogli a jednak chcieli w jakiś pokrętny sposób ubarwić nim kształty swojej codzienności. Zatrzymał się na pytaniu, na jednym, prostym - czy było w tym coś pięknego? Czy on był piękny? Pomyślał. Musiał być, na swój sposób, tak samo jak zawsze piękny jest egzotyczny okaz zamknięty w ozdobnej klatce. Drzwiczki, stanowiące barierę, cały czas pozostały uchylone.
- Nie jestem tu dla rozrywki - sprostował jedynie, widząc jak jego postać, jeszcze przed chwilą bliska i namacalna, odwraca się do niego plecami i ostatecznie zaczyna oddalać się w swoją stronę. Powiedział to odpowiednio głośno, aby był w stanie to usłyszeć, choć pozostawał przy tym nadal matowy i spokojny. Nie kłamał. Nie był tu dla rozrywki, chciał przede wszystkim poznać co działo się w organizmie tego domu. Musiał to wszystko zbadać osobiście, inaczej jego opinia nie mogłaby mieć znaczenia. Tylko tyle. Nic więcej. Nie przyszedł tu się zabawić oraz nie oczekiwał że będzie ciepło przyjęty. Nie miało to dla niego znaczenia. Nic już nie miało. Koniec.
Podniósł się bez pośpiechu, zupełnie, jakby musiał otrząsnąć z siebie jeszcze kurz po wcześniejszej łączącej ich konfrontacji. Dopiero później wydostał się z namiotu, czując jak światło momentalnie kaleczy płótno jego spojrzenia, inne, bardziej nachalne od płomieni dźwiganych na szyjach świec. Był z siebie zadowolony, nawet, gdyby dla innych to wszystko tworzyło absurd. Nie spieszył się, idąc przed siebie w stronę wyjścia. Zatrzymał się w okolicach holu płynąc w ławicach innych mijanych ciągle przez niego uczestników. Zaczynał szukać dla siebie papierosa. Zajęło mu pewną chwilę, zanim odnalazł paczkę, pomiętą w jednej z kieszeni. Uniósł swoje spojrzenie, patrząc teraz na schody. Tam znowu mógł go zobaczyć. Wsuwając końcówkę filtra pomiędzy krawędzie ust objął go swoim wzrokiem - i uśmiechnął się, lekko, jakby miał zamiar teraz się pożegnać. Uznawał, że ostatecznie na pewien pokrętny sposób musiał być w tym szczęśliwy. Patrzył się więc na niego bez gniewu i bez nostalgii, tylko z prostą radością i szacunkiem jak po rozegranej, intensywnej partii gry, której nikt poza nimi nie rozumiał. Patrzył się, jakby miał mu obiecać, po prostu, że zapamięta. To wszystko? Chyba to wszystko. Nie mógł powiedzieć więcej.


Edward Wentworth
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
29 y/o
Welkom in Canada
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie jestem tu dla rozrywki. Edward usłyszał. Oczywiście, że usłyszał. Zdanie dogoniło go gdzieś na schodach, ale nie obejrzał się za nim. Nie od razu. Niektórym słowom należało pozwolić przez chwilę iść za sobą. Nabierały wtedy osobliwego charakteru bezpańskiego psa: człowiek nie wiedział, czy za chwilę zawrócą, czy pójdą za nim aż do domu.
Nie jestem tu dla rozrywki. W porządku. Edward też nie był. Pięć minut później miał na twarzy własną twarz. Nie potrafiłby właściwie powiedzieć, skąd się wzięła. Przyjęcia miały własny obieg przedmiotów, niezależny od gospodarza i zwykle całkowicie pozbawiony logiki. Rzeczy pojawiały się w jednym pokoju, znikały w drugim, zmieniały właścicieli, zastosowanie i znaczenie. Szal należący do kobiety z jadalni pół godziny później wisiał na posągu w ogrodzie. Czyjeś okulary przeciwsłoneczne pływały w misie z ponczem. W łazience na piętrze ktoś zostawił pojedynczy but.
Maski najwyraźniej też należały do tego ekosystemu. Ktoś musiał wydrukować zdjęcie Edwarda. Nie wiedział kto ani, co gorsza, dlaczego. Fotografia pochodziła chyba sprzed kilku lat; miał na niej minę człowieka, który właśnie usłyszał coś niewiarygodnie głupiego, i włosy odrobinę dłuższe niż teraz. Otwory na oczy wycięto nożyczkami niezbyt starannie, a nad górną wargą ktoś dorysował czarnym markerem ogromne, podkręcone wąsy. Jedna brew została przedłużona niemal do skroni.
- Podobny? - zapytał kobietę, od której ją dostał. Zmrużyła oczy, porównując obie twarze.
- Tamten jest przystojniejszy. Wiedziałem. - mruknął rozbawiony. Zabrał go ze sobą. Przez jakiś czas chodził więc po własnym domu jako kiepska reprodukcja samego siebie. Z papierową twarzą przyciśniętą do twarzy prawdziwej, pokazując się ludziom na sekundę, po czym ją opuszczając. Ktoś chciał zrobić mu zdjęcie. Ktoś inny zażądał maski dla siebie. Edward odmówił. Była przecież jego.
Dopiero w holu zobaczył Jude’a. Stał pośród ludzi, a jednak wyglądał tak, jakby znajdował się gdzieś obok nich. Edward zauważył najpierw papierosa pomiędzy jego ustami, potem spojrzenie i uśmiech. To ostatnie zatrzymało go na stopniu. Nie wiedział, co właściwie znaczył. Pożegnanie, być może. Rozejm. Ten szczególny rodzaj uprzejmości, jaki wymieniają między sobą ludzie po pojedynku, kiedy obaj jeszcze stoją i żaden nie ma ochoty sprawdzać, czy przypadkiem nie krwawi pod koszulą. Edward odpowiedział swoim. A potem spojrzał na papierową twarz trzymaną w dłoni. Pomysł pojawił się od razu.
To znaczy: najgorsze pomysły Edwarda zwykle pojawiały się właśnie w ten sposób. Kompletne. Gotowe. Pozbawione tego krótkiego, bardzo użytecznego etapu, podczas którego rozsądny człowiek zastanawia się nad konsekwencjami.
Zszedł ze schodów. Nie spuszczał z Jude’a wzroku. Minął parę stojącą przy balustradzie, potem dziewczynę z kieliszkiem opartym o obojczyk. Ktoś powiedział jego imię, lecz Edward tylko uniósł palec, jakby obiecywał wrócić za moment. Zatrzymał się przed Jude’em. Nie powiedział nic. Uniósł papierową twarz. Najpierw Jude mógł zobaczyć jeszcze jego prawdziwą twarz, rozbawione oczy i ten niewielki uśmiech, który zwykle oznaczał, że Edward właśnie postanowił zrobić coś, czego prawdopodobnie robić nie powinien. Potem wszystko zniknęło.
Został Edward papierowy. Płaski. Trochę młodszy. Z idiotycznym wąsem. Chłopak przechylił głowę. Papier zrobił to samo. Dopiero wtedy zrobił ostatni krok. Pocałunek trwał może sekundę. Krócej. Tyle, ile potrzebuje człowiek, żeby upewnić się, że coś naprawdę się wydarzyło, i za mało, żeby zdążyć zdecydować, co właściwie powinien z tym zrobić. Pomiędzy ich ustami została kartka papieru. Zaszeleściła cicho, absurdalnie, przygnieciona z dwóch stron. Edward odsunął się pierwszy. Przez chwilę nadal trzymał maskę przy twarzy. Potem wychylił zza niej głowę.
- Wiem. - Tylko tyle. Nie zamierzał mu tłumaczyć, że zapamiętał pożegnalne zdanie z namiotu. Opuścił maskę i spojrzał na niego jeszcze przez moment, już własną twarzą. Bez tego wcześniejszego wyzwania. Bez próby przeciągnięcia go z powrotem do namiotu, rozmowy, czegokolwiek. Coś zostało pomiędzy nimi doprowadzone do końca i Edward, mimo wszystkich swoich wad, potrafił czasem rozpoznać zakończenie, kiedy je widział. Wyciągnął rękę i wsunął papierową podobiznę Jude’owi za brzeg marynarki, jak absurdalną poszetkę. Wąsy wystawały ponad materiał.
- Rozrywką jestem ja. I czasami dobrze jest zabrać jej fragment ze sobą. - Uśmiechnął się.

Jude Iverson
gall anonim
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Nie zdążył nawet zapalić - papieros tkwił w jego ustach, czuł jego posmak, sprężystą obecność filtru pomiędzy grzbietami warg, pusty i martwy tak jak ładunek który z różnych powodów nie zdążył jeszcze wybuchnąć. Nie zdążył nawet zapalić. (Odkrywał, że w tym momencie zupełnie nie miał potrzeby). Końcówka nie mogła zawrzeć, zaświecić się niczym gwiazda. Chwila, w której się znalazł, miała coś niezwykłego jak taniec pełen hipnozy, jak lot świetlików zamkniętych kaprysem chłopca w olbrzymiej kuli ze szkła. Czas zwolnił, czas roztapiał się, mięknął. Nie zdążył nawet zapalić i nie chciał już tego robić. Wyjął z ust papierosa, widząc, jak mężczyzna zaczyna przecinać dystans. Wrzucił używkę w dół jednej spośród kieszeni, zapominając, zupełnie z jaką gorliwością zaczynał jej wcześniej poszukiwać. Nie, to nie miało znaczenia. Już nie. Odetchnął. Maska, utworzona z papieru była wprost niedorzeczna, w zwyczajnych okolicznościach powinna rozniecić śmiech, pod maską tkwiło jednak coś więcej, tkwił on, tkwiła prawda, dlatego też się nie zaśmiał bo czuł powagę zatrzymaną pod spodem jak miękki, wrażliwy narząd. Znowu tkwił za kurtyną i znowu czuł się w tym dobrze, znów zmuszał go żeby patrzył, nie wiedząc, że jego teatr - teatr, w którym się uczył, rozcina ciało, obnaża. Nie miał w sobie dramatu, miał czystą, dostępną pod palcami anatomię którą mógł zbadać, dotknąć, którą mógł izolować znajdując to, co stawało się w danym momencie dla niego najważniejsze, znajdując to, czego szukał. Nie było to przedstawienie - czy jednak ciało jest sztuką? Czy życie naśladuje sztukę o wiele bardziej niż sztuka naśladuje życie? Czy był w tym wszystkim artystą? Nie wiedział. Pocałunek jest płytki, a dotyk znów jest iluzją. Nie wydaje się być zaskoczony ani tym bardziej oburzony tym gestem, choć wszystko zapada szybciej niż może podjąć decyzję, co teraz powinien zrobić. Najchętniej zdarłby to wszystko. Nie uderzyłby go. Prędzej rozciął.
- Fragment, mówisz - przetrzymał dłużej to słowo, szukając kolejnych znaczeń. Otrzymał wcześniej coś znacznie bardziej cennego. - Ten jednak mnie nie obchodzi - powiedział teraz, bez złości, bezbarwnie stwierdzając fakt. Pochwycił papier wciśnięty w jego marynarkę jak coś zupełnie zbędnego. Upuścił go, nie patrząc nawet jak opada, falując krótko w powietrzu jak chorągiew. Drugą z dłoni zatrzymał na policzku swojego wcześniejszego przeciwnika, studiując opuszkami linię jego żuchwy. W tej samej chwili, z pewną drapieżną gracją, która nie zostawiała podobnie czasu na odpowiedź, pocałował go, tym razem w pełni i prawdziwie, bez wstydu który zastanawia się czy teraz może, czy powinien, bo wszystko co zawsze robił było dla niego po prostu oczywiste, a jego usta łączyły się zawsze z pasją, zupełnie, jakby chciał pocałować go całym sobą, nie tylko czerwienią warg. Jeśli coś robił, robił to zawsze w pełni. Nie bawił się, nie próbował. Dlatego to nie było rozrywką, było czymś znacznie innym, obecnym na oczach wszystkich. Jego namiętność była pomimo tego, paradoksalnie, przesiąknięta spokojem, nie było w niej desperacji, nie było gorączkowości, tkwiła w zamian za to pewna niezwykła elegancja. Przesunął ręką po górnej części jego torsu, leniwie, przy kołnierzu koszuli.
- Tak lepiej.
Odsunął się i ocenił. Tyle mógł wziąć ze sobą.
Tyle mógł zapamiętać.


Edward Wentworth
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
29 y/o
Welkom in Canada
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Przez pierwszą sekundę Edward nie zrobił nic. Było to o tyle niezwykłe, że Edward właściwie zawsze coś robił. Nawet kiedy milczał, jego twarz zajmowała się milczeniem bardzo aktywnie: unosiła brew, wyginała usta, spoglądała gdzieś znacząco ponad cudzym ramieniem. Bezruch nie należał do jego repertuaru. Był raczej czymś, co przydarzało się meblom, portretom przodków i ludziom, którzy właśnie dowiedzieli się o śmierci dalekiego krewnego. Teraz jednak stał zupełnie nieruchomo.
Zdążył tylko zobaczyć, jak jego papierowa twarz wypada z dłoni Jude’a. Opadała między nimi powoli, obracając się raz wokół własnej osi. Przez krótką chwilę Edward patrzył więc na samego siebie spadającego na podłogę. Surrealistyczne przeżycie godne samego Magritte. Najpierw wąsy, potem oko, potem znowu wąsy. Pomyślał nawet, że powinien się po nią schylić. Nie zdążył.
Dłoń Jude’a znalazła się na jego policzku i cały misterny porządek tego spotkania, który Edward przed chwilą tak elegancko sobie urządził, rozpadł się z cichym trzaskiem. Pocałunek przez papier był dowcipem. Można go było opowiedzieć następnego dnia przy śniadaniu. Można było nadać mu puentę, odpowiednio przewrócić oczami, powiedzieć: wyobraź sobie. Ten nie nadawał się do opowiadania. Rzeczy, które wydarzały się naprawdę, miały tę przykrą właściwość, że bardzo źle znosiły późniejsze relacje świadków. Człowiek próbował je odtworzyć, opisać werbalnie i wtedy zostawała z nich chronologia gestów: ręka tutaj, usta tutaj, oddech, sekunda, dwie, a wargi to miał takie i takie! Zupełnie jak opis obrazu sporządzony przez kogoś, kto znał wszystkie kolory, ale nigdy żadnego nie widział. Edward zamknął oczy. Może właśnie to było najbardziej wymowne. Nie cofnął się. Nie zaśmiał. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy, które zazwyczaj ratowały go przed koniecznością przeżywania czegokolwiek do końca.
Odpowiedział na pocałunek. Najpierw odruchowo, prawie ze zdziwieniem, potem już świadomie. Jedna z jego dłoni zacisnęła się na materiale marynarki Jude’a gdzieś przy boku, jakby potrzebowała znaleźć dla siebie zajęcie. Przez moment świat rzeczywiście skurczył się do bardzo niewielkiego obszaru: twarzy. Cudzego policzka, zapachu tytoniu, którego Jude nie zdążył zapalić, nacisku palców na żuchwie i tego osobliwego ciepła, które zostaje na skórze chwilę po tym, kiedy ktoś jej dotknął.
Wokół nich nadal trwało przyjęcie. Ktoś przechodził przez hol. Ktoś się śmiał. Z salonu dobiegał bas, przytłumiony ścianami i ludzkimi ciałami. Dom wykonywał swoje zwyczajne czynności, zupełnie obojętny na drobne katastrofy mieszkańców i gości. (Gwoli ścisłości: jednego mieszkańca, to prawie tłum.) Domy były w tym lepsze od ludzi. Widziały wszystko i nigdy nie uważały, że coś wymaga komentarza. Kiedy Jude się odsunął, Edward przez moment patrzył na niego bez swojego zwyczajowego uśmiechu.
Tak lepiej. To dopiero go otrzeźwiło.
- Mhm. - Uniósł brwi. Jedna krótka sylaba, ale znalazło się w niej zaskakująco dużo rzeczy. Przesunął językiem po dolnej wardze, bardziej z namysłu niż kokieterii, i spojrzał Jude’owi prosto w oczy. Powoli wracało do niego rozbawienie. Najpierw w kącikach ust, później w spojrzeniu. Jak światło zapalane kolejno w pokojach dużego domu.
- No dobrze. - Przyznał to niechętnie, jak człowiek zmuszony uznać wyższość argumentu przeciwnika. - Rzeczywiście lepiej. - Poprawił kołnierzyk koszuli w miejscu, po którym przed chwilą przesunęła się dłoń Jude’a. Gest był zupełnie niepotrzebny. Kołnierzyk znajdował się dokładnie tam, gdzie powinien. Niektóre gesty nie służyły jednak poprawianiu rzeczy. Służyły człowiekowi do sprawdzenia, czy nadal posiada ręce. Edward posiadał. (To było pocieszające!). Spojrzał w dół. Papierowy Edward leżał przy ich butach twarzą do góry. Ktoś przechodzący obok nadepnął mu właśnie na pół policzka i nawet tego nie zauważył.
- Biedak. - Edward pokiwał głową. - Nie przeżył odrzucenia. - Schylił się, podniósł maskę i obejrzał szkody. Przez środek twarzy biegło teraz zagięcie, a jeden z dorysowanych wąsów został lekko rozmazany podeszwą. Edward strzepnął z papieru niewidzialny kurz z troską należną raczej rannemu zwierzęciu niż wydrukowi własnej fotografii. Dopiero potem znów spojrzał na Jude’a. Powinien był coś zrobić. Pocałować go ponownie, być może. To byłoby najprostsze. Naturalna odpowiedź na to, co właśnie się wydarzyło. Edward rzeczywiście miał na to ochotę. I właśnie dlatego tego nie zrobił. Ha! Istniała szczególna przyjemność w pozostawianiu rzeczy odrobinę niedokończonych. Niedomkniętych drzwi. Niedopitego kieliszka. Zdania urwanego tuż przed najważniejszym słowem. Ludzie błędnie sądzili, że najbardziej pamięta się spełnienie. Edward uważał przeciwnie. Najdłużej pamiętało się to, czego nie dostało się po raz drugi. Wyprostował się więc i wsunął zniszczoną maskę pod pachę.
- Tylko teraz mamy problem. - zauważył rezolutnie. Zrobił pół kroku do tyłu.
- Miałeś zabrać fragment mnie ze sobą. - wskazał papierową podobiznę.
- A tymczasem wybrałeś sobie coś znacznie trudniejszego do zapakowania. - Uśmiechnął się wreszcie. Tym razem bez przedstawienia dla całego holu, bez potrzeby sprawdzania, czy ktokolwiek poza Jude’em patrzy. Potem cofnął się jeszcze o krok. Nie zatrzymywał go. Nie pytał, czy zostanie. Nie proponował kolejnego drinka ani kolejnego namiotu, pokoju, rozmowy. Jude powiedział wcześniej, że wychodzi, a Edward miał w sobie dostatecznie dużo próżności, żeby nie prosić ludzi dwa razy o pozostanie. Zresztą nagle spodobała mu się myśl, że Jude rzeczywiście wyjdzie. Że za kilka minut znajdzie się na zewnątrz, w chłodniejszym powietrzu, pomiędzy samochodami i światłami ulicy, i być może dopiero wtedy poczuje na ustach smak czegoś, czego już tam nie będzie. Pamięć ciała była pod tym względem wyjątkowo złośliwa. Zachowywała rzeczy, których rozsądek dawno się pozbył: nacisk dłoni, zapach skóry, ciężar czyjegoś kolana na materacu, sposób, w jaki konkretna osoba wymawiała nasze imię. Całe archiwum bez dat, bez podpisów, bez możliwości zniszczenia dokumentów. Odwrócił się.
Zrobił dwa kroki, zanim obejrzał się przez ramię. Oczywiście, że się obejrzał. Nie należało oczekiwać od niego cudów. Uniósł maskę i przyłożył ją znowu do twarzy. Papierowy Edward, pomięty i z rozmazanym wąsem, spojrzał na Jude’a przez krzywo wycięte otwory.

- On też twierdzi, że było lepiej. - zaśmiał się cicho.

Jude Iverson
gall anonim
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Nie było sztuką pozostać - wyciągnąć dłoń w jego stronę zdradzając drzazgę rozpaczy ukrytą w korzeniu serca, wyciągnąć dłoń znów przed siebie, z żalem, gniewem, frustracją, błagając go, by wydostał ich właśnie teraz z tej dusznej przestrzeni tłumu. Nie zostawiaj mnie. Nie zostawiaj nas. Proszę...? Nie było żadnym wyzwaniem, by brzydzić się tamtej roli, lęku przed pozostaniem w jego oczach jedynie rekwizytem, który utknął bezradnie w pomieszczeniu, nie było zbyt trudno dążyć, by zdobyć o wiele więcej. Wiedział, że gdyby tylko rozegrał ich spotkanie inaczej, mógłby uzyskać szansę, by to osiągnąć i poczuć to jeszcze raz, cudzy dotyk i oddech szybujący nad niebem jego skóry, palce mogące sięgnąć po znacznie więcej niż poły jego marynarki. Nie. Problem polegał na tym że tak naprawdę niczego nie rozgrywał, a prosty, przyjemny impuls nie był w stanie w podobnych okolicznościach przynosić mu satysfakcji. Wszystko, co tak naprawdę było obiektem jego zaciekawienia, musiało stać się dostępne oraz niemal boleśnie namacalne - on też taki był, choć przez chwilę, przez odpowiedni moment, w którym zdążył pochwycić jego część, tę, która nie była płaska i papierowa, a która tuż przy nim żyła, schwytana w sieć pocałunku. Wiedział, że postępując w ten sposób, jego gest stanie się czymś subtelnym i niemal symbolicznym. Natchnionym. Rozmył się na powierzchni cudzych ust z broczącym ciągle przeczuciem że jego prosta decyzja rozpocznie się i zakończy, nie wiodąc ich nigdzie indziej, a tworząc piękny ornament - nie nazwał tego, co mogło się między nimi wydarzyć, bo słowa, w odniesieniu do gestu, do bukietu emocji który w nim teraz kwitnął rozchylając się pod donicą naskórka, były dla niego blade i pozbawione odpowiedniego charakteru. Nie mogły oddawać tego, co działo się tuż przed chwilą. Odkrył, że największą słabością byłaby idiotyczna i niemal dziecięca wiara, że byłby w stanie coś zmienić, wyciągnąć go z domu lalek, z krainy, którą sam stworzył stawiając w niej dekoracje, wiara, że mógł coś zmienić i ostatecznie też poddać wyleczeniu. Nie wszystko trzeba naprawić, nie wszystko należy zrywać i momentalnie operować. Czasami - tylko i wyłącznie należy pozwolić być. Nie musiał już nic dodawać, wpatrzony teraz w milczeniu, nie musiał nawet już zbliżyć się ponownie, bo wszystko, co się zdarzyło, powinno się zdarzyć raz, tylko jeden raz, nigdy więcej, obecnie pomiędzy nimi. Nie było w tym próśb o jeszcze, nawet, jeśli podobne wciąż tliły się w jego myślach, niespokojne jak węże zamknięte momentalnie w jaskini jego czaszki. Spoglądał, jak znów powracał do swojej poprzedniej roli, z pewnym miękkim spokojem wygładzonym obecnie na fundamencie jego twarzy. Wziął tamtą maskę, atrapę - wymiętą, być może też przydeptaną do parkietu. Zadziwił go ten sentyment, ten powrót do wizerunku, choć tak naprawdę nie powinien być ani odrobinę zaskoczony. Czas pełzał pomiędzy nimi, zwalniając z cieniem litości, a on jedynie prześledził, jak się odwracał ponownie w kierunku pozostałych uczestników. To wszystko? Tak, chyba wszystko. Znów wcisnął dłoń do kieszeni, po czym wydobył zapomnianego przed chwilą papierosa. Nacisnął klamkę i wyszedł - niedługo później zapalniczka kaszlnęła cicho, wzniecając niewielki płomień. Nie potrzebował dymu.

Usta wciąż były ciepłe, a on, dostrzegając to
uśmiechnął się do siebie
powoli
i
łagodnie.


/ztx2 <3 Edward Wentworth
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „#113”