Wciągnął gwałtownie powietrze, słysząc tę litanię bardzo jednoznacznych komplementów. Prawie jakby zamierzał coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów. Zamrugał kilka razy, błądząc wzrokiem po wszystkich meblach w kuchni, jakby spodziewał się znaleźć wśród nich cierpliwość do tego faceta.
Szorować kolanami podłogę? Dławić się..?
–
Jezu chryste… - sapnął, bezsilny wobec wszystkich tych niedorzeczności.
Kąciki ust drgnęły mu jednak, kiedy znów na niego spojrzał. Laurent był nieznośny, bezczelny, napalony, pijany i… rozbrajający. Patrzył na niego jak na siódmy cud świata, co było jednocześnie obce i cholernie miłe. Logan pokręcił z dezaprobatą głową. Głupi dzieciak.
-
Idziemy - burknął, czując idiotyczne ciepło na karku. I w sercu.
Nie chciał wdawać się w żadne dyskusje. Nawet nie powinien. Ale kiedy stojąc przed pokojem Laurent bezczelnie go prowokował, Logan zacisnął szczęki i spojrzał mu prosto w oczy. Był dzisiaj kompletnie rozstrojony. Przez niego.
-
Bo jesteś pijany - powiedział dobitnie, zanim pojął, jak bardzo wkopał się tym stwierdzeniem. Tak właśnie się działo, kiedy mówił zanim pomyślał. Ale to potknięcie przestało mieć jakiekolwiek znaczenie kilka chwil później, gdy leżał w pościeli Laurenta, z jego ciałem ciasno owiniętym wokół siebie i językiem głęboko w ustach. Z dłońmi desperacko wczepionymi we włosy i cichą prośbą tuż przy wilgotnych wargach.
Nie przypominał mu, że na dole chciał przecież, żeby był dżentelmenem. To też nie miało znaczenia. Bo wcale nie o to chodziło. To znaczy, nie tylko.
Logan się bał.
Bał się i odwlekał prawdę, wmawiając sobie, że to nic nie znaczy. Że robi to tylko po to, by Laurent przestał i zostawił go w spokoju. Że nie czuje się wcale wspaniale dociskając go sobą do materaca. Że sunące po plecach dłonie i ciepły oddech na szyi nie sprawiają, że miał ochotę ocierać się o niego jak napalony małolat. I wreszcie, że w całym tym szaleństwie… był jakiś spokój. Coś zapomnianego, czułego i ciepłego rodziło mu się w piersi.
-
Zostanę - wychrypiał, unosząc się na łokciach, żeby nie przygniatać go sobą zbyt mocno. Oparł czoło o poduszkę nad jego ramieniem i po prostu głęboko oddychał. Przez moment trwał jeszcze napięty, spodziewając się, że Laurent znów kłamie, ale on gładził go tylko czule, sennie, nie sięgając po nic więcej. Logan wiedział, że nie powinien sobie na to pozwalać, tak jak na wszystko dzisiaj, ale dotyk palców na karku był przyjemny. Kojący. Stęsknił się za tym. Za prostą bliskością, która przypominała mu, że wciąż żył.
Ciężko wypuścił powietrze i przesunął się tak, by im obu było wygodniej. Nie zamierzał zostawać długo. Tylko aż zaśnie. Ale gdy Lance przylgnął do jego boku w sposób w jaki nikt od bardzo dawna tego nie robił, Logan zacisnął zęby i zbolały popatrzył na wiszący wysoko księżyc, w myślach przepraszając za to wszystkich, którzy zapłacą za jego lekkomyślność i słabości. Zastanawiał się co myślała teraz Harper, jeśli widziała go z góry. Czy mogłaby się nim brzydzić?
Zamknął oczy, uśmiechając się gorzko. Oddał jej wszystko i nawet teraz, gdy już od lat jej nie było, wciąż liczył się z jej opinią. Był żałosny.
Objął Laurenta, tuląc do siebie i łagodnie pocierał kciukiem jego ramię, wsłuchując się w wyrównujący się oddech. Kiedy spał przy jego boku, znów wydawał się jedynie zagubionym dzieciakiem, a on nie miał serca odepchnąć go, gdy tak rozpaczliwie dawał mu znać, że go potrzebuje.
Pewnie to też czyniło go żałosnym.
Nie spostrzegł się, kiedy sam zasnął, ukołysany bliskością drugiego ciała i poczuciem, że poduszka po drugiej stronie łóżka, znów rozgrzana jest cudzym ciepłem. Ciepłem kogoś, kto wydawał się w dziwny sposób, cholernie bliski.
Obudził się przed świtem, jak zawsze, i całe szczęście, bo dzięki temu nie musiał wymykać się z jego pokoju w obawie, że zostanie przez kogoś zauważony. Laurent nie tulił się już do niego, ale spał z ramieniem wciąż przerzuconym przez jego bok. Logan powoli zdjął je i ułożył na materacu. Potem cicho wymknął się na zewnątrz, modląc do wstającego słońca, by razem z nastaniem dnia, cały bałagan jaki miał w głowie, trochę się poukładał.
Od dawna nie czuł się tak pogubiony, winny i zażenowany. Ostatni raz, gdy zmajstrował Harper dzieciaka. Teraz też czuł, że powinien wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, choć wcale nie miał na to ochoty. Próbował wyrzucić z głowy wspomnienia wieczoru, skupić się na pracy i pod żadnym pozorem nie pojawiać się w domu.
Tchórz.
Tak, tym właśnie był, ale nie zebrał jeszcze wystarczająco sił na konfrontację. Poza tym, ranczo miało gdzieś jego sercowe rozterki. Praca sama się nie zrobi, zwierzęta nie oporządzą, konie nie rozćwiczą. Tak, to było proste i właściwe. Praca nie pytała o samopoczucie, nie miała żadnych oczekiwań. Musiała być zrobiona i tyle.
A więc dlaczego czuł dziwne ukłucie zawodu, gdy przez praktycznie cały dzień, Laurent nie próbował go znaleźć? Spodziewał się, że przydybie go w najmniej oczekiwanym momencie i zarzuci jednym z tych swoich prowokacyjnych tekstów, sprawiając że nie będzie potrafił już skupić się na robocie. Ale nie. Był sam. I nie wiedział już czego chce.
Do tego była jeszcze sprawa testamentu. Logan nie wyobrażał sobie, by to, co się wydarzyło nie miało na to wpływu. Nie wiedział tylko w jaki sposób na to wpłynie. Bał się, że cała ta akcja narazi pracowników na jeszcze większe kłopoty, a tego chyba by sobie nie wybaczył.
Zbliżał się zachód słońca, kiedy Laurent wreszcie pojawił się na drodze do stajni. Logan widział go z daleka, ale nie pozwolił sobie na rozproszenie. Siedział na grzbiecie Legacy, którego srokata sierść lśniła od potu w zachodzącym słońcu. Prowadził młodego ogiera spokojnym, miękkim rytmem, pozwalając mu stopniowo rozciągać ciało i nabierać swobody. Krążyli po padoku, zataczając coraz szersze łuki; końskie kopyta wybijały w piasku równy takt, a on poruszał się w siodle niemal w zgodzie z każdym jego krokiem. Rozgrzewali się razem, powoli i bez pośpiechu, aż ruch ogiera stał się płynny jak woda.
Gdy Laurent usiadł na płocie, Logan skierował konia w jego stronę i podjechał. Spojrzał na niego z góry, spod cienia kapelusza. Wyraz twarzy młodego Ashcrofta nic mu nie mówiła. Wyglądał tak, jakby nic się nie stało. Jakby ani nie był zły, ani nie zamierzał go drażnić. Może nie pamiętał? W końcu był pijany. Ale czy aż tak?
Legacy szarpnął łbem i przeżuł wędzidło. Wciąż jeszcze brakowało mu ogłady. Logan popuścił wodze, pozwalając mu podejść bliżej i wetknąć łeb w pierś Laurenta. Witał się z nim jak ze swoim.
Logan nie odezwał się. Zeskoczył z siodła, poprawiając na głowie kapelusz. Miał na sobie biały top bez rękawów, odrobinę przepocony, i znajome, wytarte dżinsy. Opalone, umięśnione ramiona zalśniły warstwą potu, kiedy bez potrzeby poprawił siodło.
-
Moje pozwolenie nie ma tu nic do rzeczy - powiedział, odwracając się do niego. Głos miał zachrypnięty, bo przez cały dzień prawie go nie używał.
Nie zdążył zareagować i już nie miał kapelusza.
Zmrużył oczy przed promieniami zachodzącego słońca. Jak zwykle ciężko było wyczytać coś z jego twarzy, prócz oczywistego zniecierpliwienia jego impertynencją. Nie uciekał jednak wzrokiem. I doskonale udawał, że widok uśmiechniętego Laurenta nie robi na nim wrażenia.
-
Mogę wziąć kredyt. Ale… - zawahał się, co zdarzało mu się rzadko. Potarł usta palcami, przez kilka sekund mierząc go wzrokiem, jakby zastanawiał się, czy to, co zamierza powiedzieć jest właściwe. Wreszcie oparł ręce na biodrach i dokończył. -
Luke chciał żebyśmy zarządzali ranczem wspólnie. Ale do niczego cię nie zmuszę. Jeśli chcesz sprzedać mi swoją połowę, spróbuję ją odkupić. Jeśli nie, spróbuję dogadać się z kimś, kto je od ciebie kupi.
Nie odpowiedział nic na sugestię, że są na siebie skazani, bo śmierdziało mu to prowokacją.
Laurent Ashcroft