—
Robiliśmy wszystko, aby lepiej się poznać, dlatego że... — zawahała się. Nerwowo przełknęła ślinę i uciekła wzrokiem na bok, jakby potrzebowała chwili, aby zebrać myśli. —
Dlatego, że po porstu tak wypadało — dokończyła, choć sama czuła, że nie była szczera.
W ten sposób najłatwiej było wytłumaczyć ich nagłe spoufalanie się.
B l i s k o ś ć , która nigdy nie miałaby miejsca, gdyby Zoya nie zobaczyła na teście dwóch kresek. Wiedziała jednak, że to wszystko musiało się zaraz skończyć, dlateg w ten sposób próbowała narzucić Lucienowi podobny sposób rozumowania. Chyba chciała go przekonać, że sama wierzyła, że ich relacja była jedynie konsekwencją sytuacji, w której się znaleźli, a nie czymś co mogło mieć realne znaczenie.
Wróciła wzrokiem do mężczyzny i widząc jak mocno zacisnął palce na kierownicy i tym razem sam uciekł od niej spojrzeniem, cicho westchnęła.
—
Boisz sie nagłych zmian — stwierdziła naprawdę spokojnie. —
Ale normalne pary nie muszą podpisywać żadnych umów. Po prostu wierzą, że jakoś wszystko się ułoży — dodała podobnym tonem.
Może i nie byli normalną parą, a właściwie nie byli żadną parą, jednak Zoya przede wszystkim postrzegała siebie jako zwyczajną dziewczynę. Bała się papierowych deklaracji, a ta właśnie uwłaczała jej godności. Patrzyła na Luciena i miała wrażenie, że dostrzega tylko jeden możliwy powód.
Nie ufał jej.
Najwyraźniej w swoim dwudziestopięcioletnim życiu doświadczyła zbyt niewiele, zbyt rzadko dostała po dupie, aby rzeczywiście zachować podobną ostrożność wobec Spencera.
Pocałunek na moment ją oszołomił. Poczuła jak wszystkie targające nią emocje nagle zbledły. Ustąpiły one miejsca znanym pragnieniom, a te rozgrzały jej wnętrze i otuliły je przyjemnymi dreszczami. Na szczęście nagły dźwięk klaksonu i gwałtowne oderwanie się od siebie, sprawiły, że Zoya natychmiast odzyskała rozsądek.
Nie do tego dążyła, więc gdy oboje trwali jeszcze przez chwilę w dziwnej dezorientacji, ponownie dopadła ust Luciena. Wiedziała, że pomimo wszystkiego co właśnie chciała mu udowodnić, i tak był to ich ostatni pocałunek. Wewnętrznie zdruzgotana tym faktem aż zapomniała, jak się oddychało.
—
Chciałam ci tylko pokazać, to nad czym nie masz kontroli — tym razem szepnęła i mimowolnie mocniej docisnęła plecy do oparcia. Coś definitywnie między nimi dobiegło końca. Zoya doskonale czuła to każdym atomem ciała i słabnącym wewnątrz
żarem zapałem. —
To ty potrzebujesz tej umowy. Nie ja — odpowiedziała, ale przemilczała resztę, gdy Lucien napomknął, że w całej tej sytuacji nie chodziło tylko o nich. W tym momencie tylko ona wiedziała, że tak właśnie było, skoro ciąża nie istniała.
Zacisnęła obie dłonie na pasie, gdy auto niespodziewanie się zaparkowało. Na dźwięk pytania bezwiednie zaczęła drżeć i przez dłuższą chwilę nie potrafiła odwrócić twarzy w stronę Luciena. Zbierała się w sobie. Naprawdę potężnie zbierała się w sobie, aby w końcu wykrztusić wszystko, co powinna mu powiedzieć na samym początku, jednak zamiast tego wciąż i wciąż siedziała cicho.
W końcu całkowicie spięta poruszyła się, aby odpiąć pas. Wtedy też spojrzała w te jasne, zaniepokojone oczy i zaatakował ją skurcz żołądka.
—
Nie jestem w ciąży — wyznała, starając się zachować spokój. Z jednej strony powinna się cieszyć. Nigdy wcześniej nie myślała o dziecku. W dodatku teraz, kiedy Lucien wyskoczył z tą durną umową, jej potencjalny, błogosławiony stan naprawdę byłby problemem. Z drugiej strony w jakimś stopniu było jej przykro.
—
Koncern farmaceutyczny wypuścił testy z wadą fabryczną. Wszystkie pokazywały pozytywny wynik. Nie wiedziałam. Wykonałam trzy takie same. Lekarka mówiła, że na drzwiach aptek i na stronie producenta wisiało oświadczenie, ale skąd mogłam wiedzieć... — Zmieliła nerwowo ślinę i znowu spuściła wzrok. —
Właśnie dlatego nie mogłam dostać się wcześniej do ginekologa. Wiele kobiet się nabrało — wyjaśniła najprościej, jak się dało, chociaż w mniemaniu Zoi cała ta historia brzmiała niedorzecznie.
Z nerwów zaczęła ciężej oddychać, choć starała się nie dać po sobie niczego poznać. Zupełnie intuicyjnie zerknęła na skórzany plecaczek pod stopami, w którym znajdował się inhalator, a następnie z powrotem na swoje mocno ściśnięte uda. Musiała jeszcze powiedzieć Lucienowi, że nie chciała więcej się z nim widywać; że czuła się zażenowana własną impulsywnością i tym, że przyszła do niego bez potwierdzonej ciąży. Zrozumiała, że mogła zniszczyć mu życie.
I chyba to zmotywowało Zoyę do dalszego mówienia, bo nagle nabrała powietrza i z dziwną, acz mocno wymuszoną postawą; z zawziętością i ironicznymi iskarmi spojrzała na mężczynę.
—
Fantastycznie, prawda?
Lucien Spencer