ODPOWIEDZ
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Pokaż mi go, Clyde! - Peach piszczy ze śmiechu na facetime rozmawiając ze swoim chłopakiem Clyde'm, a kiedy ten w końcu idzie posłusznie po jej pieska - śnieżnobiałego szpica - i pokazuje jej tą białą kulkę za którą tak niesamowicie tęskniła, dziewczyna odpala wiązankę afirmującą przesłodkość pieseczka. - Mój ty śliczny, mamusia niedługo wraca do Ciebie, już tak się stęskniłam - mówi przekrzykując szczekanie pieska, a kiedy Clyde pyta, kiedy wraca do Toronto, Peach aż się miło zrobiło na serduszku, że Clyde już tak za nią tęskni (nie wpadła na to, że nie chce już zajmować się jej pieskiem) - No tak na sylwestra myślałam, ale będzie u mnie evencik w ośrodku, na którym musze być. Ale wiesz skarbie, jak tu już będzie po sylwestrze to u was w Kanadzie ty dopiero wstajesz, więc może uda mi się złapać taki samolot.. - nawija bez przerwy i dopiero kiedy pilot poprosił, żeby się rozłączyła (trzeci raz poprosił), to uśmiechnęła się przepraszająco, rozumiejąc, że skoro trzeci raz poprosił to na prawdę już startujemy.
Dopiero wtedy zorientowała się, że w samolocie oprócz niej znajduje się ktoś jeszcze. W rzędzie przed nią ale po drugiej stronie samolotu siedział jakiś mężczyzna. Peach chciała się z nim przywitać, ale ten się nawet nie odwrócił, więc wzruszyła ramionami i otwiera sobie colę zero, gotowa na pełny czilerki półtora godzinny lot.

Cała ta dzisiejsza sytuacja wynikła z jednej wielkiej pomyłki. Zapisała się na ekskluzywny kurs pilatesu, żeby sprawdzić swoją konkurencję, ale dopiero w przeddzień zajęć zorientowała się, że spotkanie wcale nie jest na Bali, czyli na wyspie, gdzie znajduje się jej ośrodek - tylko na oddalonej o półtorej godziny lotu awionetką inną wyspę. Na początku była zrezygnowana i pomyślała sobie, że odpuszcza zajęcia, ale po kilku godzinach zobaczyła, że tamta szkoła ma 3 miliony obserwujących na Instagramie i zaraz dzwoniła do swojego balijskiego consierge, który miał jej załatwić transport. Okazało się, że ten research biznesowy to wcale nie taka tania i prosta sprawa! Miała dwie opcje, lecieć prywatną awionetką z jeszcze jedną osobą, albo płynąć łodzią. Kiedy dowiedziała się jaka jest różnica w czasie, to zaraz zgodziła się na samolot, mimo że nie lubiła tych małych samolocików - dużo pewniej czuła się w tych wielkich. Nawet nie lubiła za bardzo private jetów - po prostu za bardzo trzęsło w takich małych samolotach, a jej szybko robiło się niedobrze. Zdecydowała się momentalnie, uznając, że potraktuje to po prostu jak kolejne doświaczenie w życiu - a nuż się czegoś nowego dowie, na przykład jak tanie potrafią być tu loty pomiędzy wyspami. Przeogromne było jej zdziwienie, że oprócz niej jest tylko jeszcze jedna osoba chętna lecieć i że i tak puszczają samolot, ale szybko okazało się, że to ma sens, gdyż w drogę powrotną samolor miał być pełny.

Jakoś w połowie lotu, kiedy już zaczynała przysypiać, zaczeły dziać się przedziwne rzeczy. Przez okno zobaczyła błysk, potem otoczyła ich ciemność i samolotem zaczęło niemożliwie rzucać. Peach mocno trzymała się swojego siedzenia i siedzenia obok, powtarzając sobie w głowie, że to już na prawdę ostatni raz jak leci takim małym czymś. Że to nie powinno latać, bo nie wytrzymuje z turbulencjami. Coraz mocniej nimi rzucało i przymykała oczy, odnajdując w sobie jakies pokłady wiary, o których nie była świadoma. Z każdą chwilą wydawało się, że jest coraz gorzej, a chaos, który nastał po tym, kiedy nagle zaczęła czuć że spadają był nie do opisania. Peach płakała i chyba śmiała się na zmianę, nic nie pamięta, tylko to jak patrzyła na czubek głowy drugiego pasażera, który też się na nią spojrzał i chyba oboje wtedy zrozumieli, że tak właśnie skończą.
Huk i światło było ostatnim co zobaczyła zanim straciła przytomność.

Mocne światło było też pierwszym co ją obudziło. Przyłożyła dłoń do czoła, które okropnie ją bolało i próbując się osłonić przed tym wielkim światłem. Ból czuła nie tylko w skroni, ale również w uszach w których jej dzwoniło. A może piszczało? To było tak niemożliwe do zniesienia, że zaczęła podjerzewać czy nie straciła już słuchu.
-Co... co się stało... - starają się powiedzieć jej usta, ale sama nie wie czy słyszy co z nich wyszło. Powoli orientuje się, że przed chwilą leciała samolotem. Udaje jej się otworzyć jedno oko i widzi przed sobą kable i bardzo dużo białego dymu. Skąd w samolocie tyle dymu.. ale zaraz, przecież ten samolot spadał??? Obudziła się momentalnie i chce wstać, ale nie może - spojrzała w dół na swój brzuch i widzi, że ta lina, którą jest przywiązana, to tak na prawdę pas lotniczy. Jej dłonie trzęsą się, kiedy starała się go otworzyć. Dym zatyka jej płuca i Peach nie mogła przestać kasłać. Dobrze już wie, że musi zaraz wydostać się z tego... wraku? Znów próbuje się podnieść - tym razem z sukcesem. A kiedy już stoi, dociera do niej, że boli ją wszystko. Ramiona, łokcie, kolana i stopy. A najbardziej gardło od kasłania. I płuca, od braku świeżego powietrza. Mruży oczy szukając wyścia i widzi tego mężczyznę, który siedział w rzędzie przed nią. Niewiele myśląc dotknęła jego ramienia i potrząsa nim niepewna co właściwie się wydarzyło i czy on... czy żyje..

we are going down!
Ostatnio zmieniony wt sie 11, 2026 11:15 pm przez Peach J. Pepper, łącznie zmieniany 1 raz.
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Reece'owi zależało na reportażu, dlatego postanowił dotrzeć na miejsce jeszcze przed ekipą, która, ku jego irytacji hehe, uznała, że lepiej zatrzymać się w lokalnym barze. Niby zdjęcia miały rozpocząć się dopiero za kilka dni, ale Murray wolał najpierw samodzielnie rozeznać się w terenie. Skoro reszta grupy bardziej interesowała się poznawaniem smaków miejscowych alkoholi, to on samodzielnie postanowił poświęcić czas na pracę.
Nie zdziwiło go, że połączenia były mocno ograniczone, ale ostatecznie udało mu się znaleźć miejsce w niewielkiej awionetce. Zaskoczyło go natomiast to, że w kabinie panowały pustki. Oprócz niego był tylko jeszcze jeden pasażer, a raczej spodziewał się, że przy tak skromnej liczbie lotów wszystkie miejsca będą zajęte.
Ostatecznie usiadł wygodnie i skupił się na studiowaniu materiałów przesłanych przez producenta.
Mniej więcej w połowie lotu Reece oderwał wzrok od materiałów i przetarł zmęczone oczy. Właśnie miał schować telefon i spróbować zdrzemnąć się przez resztę podróży, gdy za oknem mignął oślepiający błysk.
Samolot szarpnęło z taką siłą, że omal nie uderzył głową o szybę. Odruchowo zacisnął dłonie na podłokietnikach i niespokojnie rozejrzał się dookoła. Gdy dostrzegł pilota rozpaczliwie walczącego ze sterami, poczuł, jak wnętrze wypełnia mu paląca panika.
Wówczas kadłub zatrzeszczał, schowki zadrżały, a złowieszcze wycie silników przebiło się przez świst powietrza. Serce Ree zaczęło walić jak oszalałe, podczas gdy zdrowy rozsądek ustępował miejsca coraz bardziej pierwotnemu lękowi i desperackiej woli przetrwania, która obudziła się w nim w chwili, gdy zrozumiał, że... cholera, spadali!
W pewnym momencie odwrócił głowę. Jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem jedynej pasażerki siedzącej dalej. Trwało to zaledwie sekundę, ale wystarczyło, aby mógł w jej oczach zobaczyć identyczny strach.

Reece Murray nie pamiętał już niczego więcej. Kiedy się obudził, leżał na brzegu, do połowy zanurzony w wodzie, z twarzą przyklejoną do piasku. Całe ciało miał obolałe, pokryte siniakami i zadrapaniami, ale jakimś cudem udało mu się uniknąć złamań. To wiedział na pewno, choć przez dokuczliwe pragnienie i ogłupiający ból głowy przez dłuższą chwilę nie potrafił się skupić.
Usiadł, bo nie był w stanie od razu wstać. Obraz rozmywał mu się przed oczami, a w uszach nieustannie dźwięczał obcy, upierdliwy pisk. Dłonie miał odrętwiałe, ale pomimo tego raz po raz przecierał nimi oczy, aż w końcu odzyskał jako-taką kontrolę nad własnym ciałem.
I wtedy to poczuł smród dymu. Chwilę później, gdy nieznośny pisk wreszcie zaczął milknąć, usłyszał trzask. Natychmiast rozejrzał się dookoła i... nagle przerażony, uniósł brwi, bo kilkanaście metrów dalej dostrzegł płonący wrak samolotu.
Gwałtownie zerwał się z piasku, jednocześnie chwiejąc się na boki. Świat natychmiast zawirował mu pod stopami, kolana ugięły się pod ciężarem i naprawdę tylko cudem utrzymał równowagę. Pomimo tego ruszył przed siebie. Biegł, potykając się o kamienie oraz mokry piasek, uprzednio gorączkowo rozglądając się po okolicy. Wokół walały się fragmenty maszyny, ale początkowo nigdzie nie dostrzegał nikogo żywego.
Był przerażony.
P r z e r a ż o n y.
Dopiero gdy znalazł się bliżej wraku, przez tańczące języki ognia, dostrzegł sylwetę drugiej pasażerki.
Kurwa mać... — rzucił siarczyście. Zaraz osłonił twarz przedramieniem i wskoczył do wnętrza. Fala gorąca natychmiast uderzyła w ciało Reecea, ale na tyle szybko, na ile mógł dopadł się do kobiety.
Całkiem odruchowo chwycił ją za ramię i z całej siły pociągnął do siebie. Nie zauważył jednak, że jej nogi były zaplątane w jakieś cholerne kable, przez co jego szarpnięcie przyczyniło się jedynie do tego, że straciła równowagę. Bezwładnie poleciała do przodu i z impetem uderzyła go w klatkę piersiową, co z kolei sprawiło, że sam się zachwiał.
Zrobiło się naprawdę niebezpiecznie, bo ogień rozprzestrzenił się na podszycie i coraz nachalniej pchał się w ich stronę.
Przednia szyba jest wybita — skinął głową w tamtą stronę. — Idź pierwsza! — krzyknął, po czym wypuścił z siebie salwę duszącego kaszlu.

Peach J. Pepper
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Gryzący dym wdzierał się do płuc, utrudniając nie tylko oddychanie, ale najwyraźniej również rozpoznawanie kształtów. Wszystko wokół Peach rozpływało się w szarej, duszącej mgle. Nie potrafiła już określić, co jest częścią wraku, co człowiekiem, a co jedynie cieniem rzucanym przez ogień. Wyciągnęła rękę przed siebie, próbując odnaleźć mężczyznę, który jeszcze przed chwilą siedział przed nią. Kiedy jej dłoń zacisnęła się na jego ramieniu, przez krótką chwilę poczuła ulgę. Ta jednak natychmiast zniknęła, gdy pod palcami miała tylko tapicerkę pustego fotela. Nie było żadnego mężczyzny.
Co się z nim stało? Czy jestem tu sama? Czy ja jeszcze żyję?
Myśl przemknęła jej przez głowę tak szybko, że ledwie zdążyła ją uchwycić. Co, jeżeli spłonął? Co, jeżeli podczas uderzenia stało mu się coś strasznego? A może po prostu ją zostawił? Peach gwałtownie cofnęła dłoń, jakby fotel ją oparzył. Tym razem jednak nie chodziło o temperaturę. Strach ścisnął jej żołądek. W panice nabrała powietrza przez usta i to był błąd. Dym natychmiast wdarł się do gardła. Zakrztusiła się, a po chwili z jej ust wyrwał się gwałtowny, rozpaczliwy kaszel. Zgięła się wpół, próbując zaczerpnąć choć odrobinę czystego powietrza, ale wszędzie było go coraz mniej. Wrak nagrzewał się z każdą chwilą, a temperatura rosła niemal nie do wytrzymania. Wnętrze awionetki zaczynało przypominać rozgrzany piekarnik.
Nagle poczuła szarpnięcie. Coś złapało ją i pociągnęło. Peach nawet nie zdążyła zareagować. Straciła równowagę i poleciała prosto na tę osobę, wpadając na nią całym ciężarem. Dopiero wtedy zrozumiała, że mężczyzna, którego szukała nie zniknął. Był tutaj.
W tym całym chaosie sama obecność drugiego człowieka okazała się niemal zbawienna. Peach uczepiła się tej jednej myśli - nie była sama. Nie musi sama wydostać się z płonącego wraku. I chyba - nie - najwyraźniej, wciąż żyła.
Nawet jeśli dusiła się przy każdym oddechu, pokiwała głową. Ruszyła we wskazanym kierunku, chociaż każdy krok wymagał skupienia. Przechodziła ponad plątaniną kabli, omijała oderwane elementy konstrukcji i wszystko, co mogło wbić się w stopę albo rozciąć skórę. Nie miała czasu zastanawiać się, czy któryś z wystających przewodów nadal był pod napięciem. Patrzyła wyłącznie pod nogi i stawiała stopy tam, gdzie było choć odrobinę bezpieczniej. Z ulgą odkryła, że kiedy uniosła spojrzenie zobaczyła światło. Chłopak kazał jej iść właśnie w tamtą stronę, więc szła. Wrak był rozgrzany do tego stopnia, że Peach czuła żar nawet przez ubranie. Duszące powietrze paliło w gardle, a każdy kolejny oddech stawał się trudniejszy. Wydawało jej się, że płuca za chwilę odmówią posłuszeństwa. Dotarła w końcu do przedniej części awionetki i zatrzymała się na ułamek sekundy. Spojrzała przed siebie, próbując dostrzec cokolwiek wśród dymu i zniszczeń. Nie zobaczyła ciała pilota. Nie zobaczyła krwi. Nie zobaczyła niczego, co pozwoliłoby jej stwierdzić, co właściwie stało się z przednią częścią samolotu. Przerzuciła nogę przez otwór okienny i wydostała się na nos awionetki. Uderzyło w nią powietrze i po raz pierwszy od chwili katastrofy poczuła, że może naprawdę zaczerpnąć oddechu. Chciała natychmiast zejść na ziemię, ale zanim to zrobiła, obejrzała się przez ramię. Musiała się upewnić, że chłopak idzie za nią. Zobaczyła ciemniejszy zarys, przypominający jego sylwetkę. Zamachała na niego ręką i mówi:
- Chodź, chodź szybko - nie tyle go pośpieszała niecierpliwie, co raczej dopingowała. Przypomniała jej się absurdalnie sytuacja z lieceum, kiedy była poponiarą i zagrzewała sportowców do walki o zwycięstwo. Wtedy myślała, że to jest maks jej zaangażowania. Ale nigdy, przez trzy lata licuem na niczym jej tak nie zależało jak teraz, żeby męższczyznie się udało. W końcu jego sylwetka się wyostrzyła i Peach robi mu miejsce na nosie samolotu, sama również ześlizgując się. Kiedy zeskoczyła na piasek, ostre ukłucie przeszyło jej kostkę. Zachwiała się, czując, że coś jest nie tak, ale nawet się nie zatrzymała. Zignorowała ból, tak samo jak piekące oparzenia na łydkach i udach, od których skóra zdawała się płonąć przy każdym ruchu. Odchyliła głowę i wpatrywała się wyczkująco w otwór, przez który przed chwilą sama się wydostała, oczekując że chłopak zaraz się w nim pojawi. Serce waliło jej jak oszalałe, a każda kolejna sekunda ciągnęła się w nieskończoność. Wrak nie przestawał trzeszczeć. Rozgrzany metal jęczał pod wpływem temperatury, a z wnętrza co chwilę wydobywały się nowe kłęby czarnego dymu. No dawaj... W końcu dostrzegła buty chłopaka. Natychmiast odsunęła się, robiąc mu miejsce. Chwilę później zeskoczył obok niej. Jego twarz była cała osmolona i tylko zaczerwienione oczy przypomniały jej te, w które patrzyła w momencie największego strachu. Picz nawet nie wiedziała, ale kąciku oka zakręciła jej się pojedyncza łza ulgi. Wydostali się.
- Musimy stąd uciekać - zachrypniętym głosem mówi rzecz oczywistą i rusza za siebie wdłuż plaży. Oddalali się od wraku tak szybko, jak tylko pozwalały im obolałe nogi czy zapadający się pod stopami piasek. Dopiero gdy znaleźli się kilkadziesiąt metrów dalej, Peach zatrzymała się i obejrzała na samolot, w którym była jeszcze chwilę temu. Sytuacja wyglądała OKROPNIE. A to jeszcze nie było najgorsze, bo nagle wielki huk rozerwał powietrze. Kula ognia wystrzeliła z wnętrza awionetki, rozrzucając płonące fragmenty poszycia na wszystkie strony. Fala uderzeniowa dotarła do nich sekundę później, niosąc ze sobą gorąco i podmuch, który niemal zwalił Peach z nóg.
Samolot w którym przed chwilą była wybuchł.
Cały strach, który do tej pory trzymała w sobie, pękł jak napięta do granic możliwości lina. Łzy popłynęły po jej policzkach, a nogi ugięły się pod nią i osunęła się na kolana, szlochając bez opamiętania. W tym wszystkim nie wiedziała, że upadając pociągnęła drugiego pasażera również za sobą. A może to on pierwszy też usiadł na plaży. To wszystko działo się tak prędko... Wyciągnęła ręce i wtuliła się w chłopaka z całej siły, jakby tylko on mógł uchronić ją przed koszmarem, który właśnie przeżyli. Zacisnęła palce na materiale jego ubrania i rozpłakała się jeszcze bardziej, przez jakąś chwilę nie potrafiąc wydusić z siebie ani jednego słowa.
- Mogliśmy zginąć... - mówi w końcu starając się opanować, chociaż łzy utrudniały jej wszystko. Płacz i stres powoli odeszły, uspokojone przez bliskość drugiego człowieka. I chociaż wciąż daleko było jej do spokoju, powoli odsuwa się od chłopaka. Tą twarz zapamięta już chyba na całe życie.
- Uratowałeś mnie

Reece Murray
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Reece’owi zdarzyło się relacjonować katastrofy lotnicze. Bywał na miejscu, gdy akcje ratownicze wciąż trwały, a strażacy, walcząc do utraty tchu, próbowali ugasić piętrzące się języki ognia, które zdawały się chcieć strawić wszystko dookoła. Pomimo tego, na całe szczęście, do tej pory sam nigdy nie brał udziału w podobnym wypadku, choć latał naprawdę sporo.

Niestety, tylko do dzisiaj.

Najprawdopodobniej wypadł z maszyny, gdy ta rozpadała się gdzieś nad wyspą i cudem uniknął śmierci. Przypuszczał, że wpadł do wody, a fale wyrzuciły go na brzeg. Nie pamiętał dokładnie. Doskonale wiedział jednak, że oprócz pilota na pokładzie znajdowała się jeszcze jedna osoba.
I właśnie po nią rzucił się w sam środek płonącego wraku. Namiastka zwykłego, ludzkiego instynktu kazała mu ją uratować. Albo przynajmniej spróbować, bo ostatecznie sam utknął razem z kobietą w pułapce.
Odruchowo zasłonił usta i nos przedramieniem. Próbował odgrodzić się od gryzącego dymu, ale niewiele to pomagało. Oczy piekły go i szczypały tak bardzo, że co chwilę musiał je mrużyć, a nozdrza paliły smordu spalenizny.
W tym całym chaosie przynajmniej ucieszył się, że nieznajoma była w stanie iść samnodzielnie. Szedł tuż za nią, omijając wystające, niebezpieczne elementy. Dookoła nieustannie coś trzaskało i skrzypiało, jakby ogień usiłował ich dodatkowo nastraszyć; jakby chciał udowodnić, że naprawdę zamierzał wszyzstko spopielić.
Ree starał się zachować trzeźwość, ale coraz natarczywiej do głowy wkradały mu się paniczne myśli. Instynkt przetrwania pochłonął go do tego stopnia, że praktycznie nie zwrócił uwagi na nieobecność pilota. Miał nadzieję, że mężczzyzna również wypadł z maszyny i wkrótce do nich dołączy. Wtedy zastanowią się, co robić dalej.
Skupił się na kobiecie. Obserwował, jak ostrożnie przerzuciła nogę przez otwór po oknie i wydostała się z awionetki. Był tuż za nią! Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, sam zaczął przeciskać się przez przejście.
Reeceowi zajęło to znacznie więcej czasu. Prede wszystkim dlatego, że był zdecydowanie większy od Peach, więc musiał mocno zaprzeć się rękami i z trudem przeciągnąć swoje ciało przez okno. Kiedy w końcu się wydostał to, od razu spojrzał na kobietę, która najwyraźniej próbowała go wesprzeć.
Było to dosyć pokrzepiające, acz w tej chwili... głupie, bo jeszcze musieli oddalić się od pożaru!
Znowu ruszyła pierwsza, a Reece, tak jak wcześniej, chciał być tuż za nią. Jednak w momencie, w którym zamierzał zeskoczyć, zdał sobie sprawę, że jedna z jego nóg zaplątała się w jakieś cholerne kable. Zaklął pod nosem i ogarnięty jeszcze dobitniej narastającą paniką, szarpał się z plątaniną przewodów.
Kiedy w końcu wyrwał stopę i zeskoczył na ziemię, za jego plecami rozległ się trzask. To jedna z ostatnich ocalałych szyb eksplodowała od żaru.
Potem biegli. Długo i monotonnie. W pewnym momencie Reece zauważył, że z kostką kobiety było coś nie tak, więc pozwolił sobie przerzucić jej ramię przez swój kark i wsparł swoim ciałem jej poranioną sylwetkę. I kiedy myśleli, że byli bezpieczni stało się najgorsze. Eksplozja rozniosła się po całej wyspie, więc mimowolnie przyciąnął bliżej nieznajomą, aby przypadkiem oboje nie runęli na piach.
Do nieba wraz z językami ognia wzniósł się czarny dym, na który Reece spoglądał z jawną dezorientacją i przerażeniem. Ocknął się dopiero w chwili, w której kobieta bezzwiednie pociągnęła go w dół i oboje opadli na kolana.
Chyba wciąż był na tyle wytrącony z równowagi, że przez parę sekund jedynie patrzył, jak szlochała; jak jej ramiona podrygiwały w spazmach rozpaczy, a moment później o b s e r w o w a ł, jak żarliwie wtuliła się w jego klatkę piersiową. Wówczas drgnął ledwo intuicyjnie i mimowolnie uniósł ramię, aby następnie pokrzepiająco ułożyć je na jej plecach.
No, już — rzucił, ale wtedy zdał sobie sprawę, że przez osmolone gardło, naprawdę ciężko było mu mówić. Odkrząknął i drugą ręką nerwowo rozmasował szyję. — Na pewno zaraz się stąd wydostaniemy. — Nie miał pewności, ale Ree był na tyle kiepski w pocieszaniu, że tylko to przyszło mu na myśl.
Sam wcale nie bał się mniej, ale chyba te wszystkie katastrofy, które relacjonował, zaszczepiły w nim pewien racjonalizm. Skoro wydostali się z wraku samolotu, o obecnie nic im nie zagrażało i choć na chwilę mogli odetchnąć.
Pomimo tego pozwolił Peach dalej tkwić w swoich ramionach, dalej miętosić swoją koszulę w dłoni i po prostu płakać. Najwyraźniej tego potrzebowała, więc jedyne co robił, to przyglądał się ogniowi, jednocześnie mając w głowie prawdziwą pustkę. Dopiero słowa kobiety, te dwa proste i prawdziwe słowa, sprawiły, że znowu drgnął i spojrzał bezpośredno w jej oczy.

Uratowałeś mnie.
Tak, uratował. Poniekąd, bo jedyne co zrobił, to po nią wrócił i wskazał drogę ucieczki.

Poszukajmy pilota — zmienił temat i korzystając z okazji, że się odsunęła, po prostu wstał, i otrzepał się z piasku. Następnie pobieżnie otarł osmoloną twarz koszulą i nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę miejsca, w którym się ocknął. Wciąż leżało tam kilka oderwanych fragmentów awionetki, ale nigdzie nie dostrzegł mężczyzny. — Zbierzmy wszystko, co może się przydać — dodał kolejny rozkaz, po czym ściągnął buty, bo musiał wejść do wody, aby wyłowić dryfującą nieopodal lodówkę turystyczną.
Niestety znajdował się w niej sam alkohol.

Peach J. Pepper
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Pocieszenie po katastrofie lotniczej trwało niedługo. Peach wciąż jeszcze miała łzy lecące z oczu, kiedy dotarło do niej co powiedział chłopak. Zdążył już wstać, co robi również i ona. Zaraz się stąd wydostaniemy? Uniosła dłoń do włosów, które zabiera z twarzy i przerzuca sobie za ramiona.
- Wydostaniemy? Gdzie... my jesteśmy - wstała i rozgląda się po plaży i nagle dociera do niej to, co on już zrozumiał wczęśniej: są na jakiejś dzikiej plaży, na jakiejś małej wysepce, nigdzie nie widać nawet śladu hotelu, komina, czy nawet drogi dojazdowej. Peach ogląda się to w prawo to w lewo i powoli stawia kroki tak, jakby chciała iść za Reecem. On nie usłyszał tego o co go spytała, bo powiedziała to wcześniej pod nosem, jakby była echem. Teraz jednak idzie nieco szybciej, jakby chciała go dogonić, chociaż przez poparzone nogi raczej kuleje. Chciała jednak, żeby ją usłyszał, więc mówi głośniej: - Myślisz, że jesteśmy daleko od cywilizacji? Patrzyłeś na jakiej możemy być wyspie? Słyszałam, że niektóre wyspy są wcale niezamieszkałe, a inne są zamieszkałe przez nieprzyjazny lud - obejrzała się za plecy, oczekując chyba że zobaczy biegnących w ich kierunku stado ludzi wysmarowanych krwią. Tak jak w tej jednej scenie Piratów z Karaibów. Nic takiego na szczęście ich nie goni, ale mimo wszystko znów przyśpieszyła kroku i idzie za chłopakiem.
Znów dotknęła głowy, i dopiero teraz poczuła, że ta mokra rzecz na jej głowie to wcale nie pot, tylko krew? Zatrzymała się w miejscu i patrzy na swoje palce zaczerwienione od krwi i unosi spojrzenie na chłopaka, który władował się już do wody. Miała nadzieję, że w tej skrzyni znajdują się jakieś opatrunki. Powoli poszła w jego stronę, ale kiedy weszła do poziomu, gdzie słona woda dotyka jej ran na łydkach nagle się wycofwała, bo niestety strasznie ją to sparzyło. Pozostało jej tylko obserwować jak chłopak dzielnie stara się wyciągnąć skrzynię na brzeg. Rozejrzała się bezradnie znów po plaży i wróciła po jakiś kawałek nadpalonej skrzyni, która leżała na brzegu. Z oczu wciąż płynełyby jej łzy, ale chyba już się wyczerpały. Kiedy doszła do skrzynki i z całej siły pociągnęła ją, by wyciągnać z piasku, wywaliła się na tyłek.
I to by było na tyle. Siedzi zrezygnowana na brzegu z jakąś skrzynką pomiędzy stopami i patrzy jak chłopak, który z nią leciał i który jej uratował życie powoli wraca ciągnąc za sobą pudło z alkoholem. Jeszcze nie wiedzieli, że to pudło z alkoholem, ani nie wiedzieli, że akurat w skrzynce którą znalazła Peach są jakieś opatrunki, ale Peach akurat nie mogła skupić się ani na tym, ani nawet na tym, żeby poszukać sposobu by otworzyć apteczkę. Patrzy zmęczonymi oczami w stronę chłopaka i gdyby nie to, że własnie przeżyli katastrofę lotniczą, to by się mogła zachwycać jak koszulka klei mu się do ciała, kiedy wynurzał się z wody.
Sytuacja była beznadziejna. Jej ciało było obolałe, nogi miała poparzone, z głowy lała jej się krew, do tego była otumaniona i powoli docierało do niej, że wylądowali na jakiejś bezludnej - albo ludnej w niebezpieczny sposób, wyspie. Jej rzeczy zostały w samolocie, który wybuchł i wciąż czuła podmuch gorąca od ognia, który trafił maszynę. Do tego wszystkiego zginął im pilot - który albo umarł podczas wypadku, albo leży gdzieś w lesie połamany albo został pożarty przez tubylców!
Dopiero kiedy zmęczony współtowarzysz tej niedoli dotarł na brzeg i siłując się z bardzo ciężką skrzynią wciągnął ją na ląd, Peach mówi coś, czego nie sądziła, że powie kiedykolwiek:
- Co my teraz zrobimy?


Reece Murray
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Reece naprawdę nie miał pojęcia, gdzie się znajdowali, ale z pewnością nie była to docelowa wyspa. Ta, na której wylądowali, wydawała się bezludna, a co za tym szło znacznie bardziej dzika. Wysokie drzewa i gęste krzewy porastały całe wybrzeże, a na plaży nie zauważył żadnego śladu człowieka.
Oprócz wraku ich samolotu, oczywiście...
Przez chwilę w skupieniu przyglądał się kobiecie, która nerwowo rozglądała się to w lewo, to w prawo. W końcu sam zajął się tym, co uznał za najrozsądniejsze, czyli po prostu próbą zorientowania się w sytuacji i zgromadzeniem jakichkolwiek zapasów.
Ta jest raczej jest niezamieszkała — odparł zgodnie z tym, co podpowiadało mu d o ś w i a d c z e n i e. Ree zdarzało mu się kręcić reportaże o tubylcach, a także prostych mieszkańcach odległych wysp. Wydawało mu się, a właściwie był pewien, że gdyby ktoś tutaj mieszkał, huk katastrofy natychmiast zwróciłby jego uwagę. W końcu ludzie żyjący w tak odizolowanych miejscach zwykle bardzo strzegli granic swojego terytorium.
Nie kojarzę żadnych wysp w tej części. Nie wiem, gdzie jesteśmy — dodał po chwili, obracając się przez ramię, aby jeszcze raz spojrzeć na kobietę. Niestety, w tamtym momencie nie zauważył, że była poważnie ranna. Znajdował się już na tyle daleko, że ten szczegół umknął jego uwadze. Spostrzegł go dopiero, gdy wrócił na brzeg i stanął nad Peach ze skrzynką, którą samodzielnie przyciąnął.
Przysłonił kobiecie część słońca, rzucając na nią cień swojej sylwetki. Serce nadal biło mu jak oszalałe po tym, co przeżyli, a w uszach wciąż dudniły absurdalne odgłosy trzasku ognia, jednak adrenalina stopniowo opuszczała ciało Reecea.
To pozwoliło mu w końcu dostrzec, w jak kiepskim stanie znajdowała się jego towarzyszka niedoli. Zauważył otwartą ranę na jej głowie oraz liczne poparzenia, które w szczególności pokrywały jej szczupłe łydki. On miał się stanowczo lepiej, ale wyłącznie dlatego, że szczęśliwie wypadł w trakcie lotu.
Jeżeli mieli poradzić sobie na tym pustkowiu, najpierw musieli zająć się swoim zdrowiem, a przede wszystkim obrażeniami Peach. Ukląkł więc na jedno kolano i w pierwszej kolejności, otworzył swoją skrzynkę.
Wręczył kobiecie butelkę whisky, dając jej tym samym do zrozumienia, że nic lepszego do znieczulenia nie miał. Następnie pośpiesznie sprawdził to, co znalazła Peach, i naprawdę uznał, że opatrzność, w którą przecież, hehe, nie wierzył, musiała nad nimi czuwać. W środku znajdowała się bowiem całkiem nieźle wyposażona apteczka.
Najpierw spróbuję cię poskładać — poinformował trochę poważnie, trochę żartobliwie, aby choć w minimalnym stopniu rozluźnić atmosferę. Co miał począć? Wszystko wskazywało na to, że byli całkiem sami.
Nie ruszaj się — rozkazał i wyciągnąwszy z apteczki środki odkażające, zajął się raną kobiety na głowie. Starał się być delikatny, ale pewnie nie raz i nie dwa przycisnął mocniej wacik. Kiedy skończył, owinął głowę Peach bandażem, a następnie skupił się na poparzonych łydkach, na które nałożył maść i także zabezpieczył jałowymi opatrunkami.
Ogarniał zasady pierwszej pomocy, więc prędko uznał, że Peach przeżyje, choć rany na pewno sprawią jej sporo dyskomfortu.
Jestem Reece — przedstawił się, jednocześnie chowajac wszystkie mdykamenty do skrzynki. — A ty?

Peach J. Pepper
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- I ty to mówisz z takim spokojem? - Peach nie mogła się nadziwić, ale jej pytanie było już nie tylko wyrazem zdziwienia, ale i lekkiej irytacji, że chłopak najwyraźniej uważa, że to jest zupełnie niewzruszające, że wylądowali na bezludnej wyspie. Co innego Peach, która może i przez sekundę się ucieszyła, że nie wybiegli na nich jacyś kanibale z lasu, ale już chwilę później zaczęła panikować, bo z jakiegoś powodu ludzie tu nie mieszkali. Albo przez jakeiś krwiożercze zwierzęta, albo przez brak wody pitnej, a może dlatego, że ta wyspa nie znajdowała sie na żadnych mapach i NIKT nigdy się nie dowie gdzie oni są, bo nie będą ich szukać??
Jeszcze bardziej ją utwierdziło to w tym przekonaniu, kiedy chłopak powiedział, że nie kojarzy wyspy. Co prawda nie był tutejszy (przecież słyszała po akcencie), ale zabrzmiał torchę tak jakby już trochę znał te wyspy. Tyle, że nie akurat tę. Peach dotknęła się w okolicach dekoltu, okazując swoje wzburzenie i zaszokowanie, natomiast on odchodził, a ona została na plaży.
Siedzi na brzegu a fale leniwie wpływają jej nieopodal stóp. Co dziesiąta dotyka ją w palce, ale Peach nie rusza się. Kiedy Reece do niej podszedł uniosła na niego spojrzenie i spytała. Ale nie wie on, ona też nie wie. Z jakimś smutkiem obserwuje jego poczynania, kiedy dobrał się do skrzynki, a chwilowa radość z tego, że udało mu się to bez większego problemu, ustępuje lekkiej konsternacji. Whisky? Przejęła od niego butelkę.
- No cóż, najwyżej przynajmniej się upijemy, to może jakoś przeżyjemy do czasu, aż ktoś nas znajdzie... - a kiedy Reece powiedział, że pomoże ją poskładać i wcale nie zamierzała sie przed tym bronić. - A znasz pierwszą pomoc? - spytała tak jakby miało to znaczenie, przecież gdyby nie znał, to i tak oddałaby się w jego ręce, bo sama nie jest w stanie udzielić sobie chociaż odrobiny pomocy. Dlatego postanowiła nic nie mówić, zresztą chwilę później lał jej już po głowie środek odkażąjący i zaciskała zeby, żeby nie piszczeć z bólu, chociaż raz tak mocno ją zabolało, że złapała jego nadgarstek i trzymała aż jej ciało się nie przyzwyczaiło do tego, wtedy wzięła jeszcze jeden wdech i poluzowała palce pozwalając mu na dalsze działanie. Właściwie to szło mu całkiem sprawnie, chociaż kiedy owinął jej głowę bandażem i się zorientowała, że to zrobił to robi bardzo nieszczęśliwą minę.
- Muszę teraz wyglądać okropnie z tym na głowie - zauważyła, chyba podchwytując ten jego humor z poskładaniem go, bo chociaż sprawia teraz wrażenie, że przejmuje się tym jak wygląda, to właściwie mógł się tego spodziewać. Peach nie była osobą, która mogłaby kiedykolwiek sprawiać wrażenie, że nie obchodzi jej to jak wygląda, ale teraz akurat trochę żartowała. Bo w obliczu tego, że przeżyli katastrofę lotniczą, to że się przejmuje bandażem na głowie było w sumie dość zabawne.
Spogląda uważnie na to, jak Reece jej opatruje nogi, bo tutaj miała jednak lepszy widok i mogła sprawdzić i ocenić czy dobrze to robi. No i znów szło mu całkiem sprawnie, nie umiała się do niczego przyczepić.
- Peach - przedstawia się mu i przez chwilę zawahała, czy znów pytać co mają zrobić. Podejrzewała, że w obecnej sytuacji powinni zadecydować, czy liczą na ratunek, czy próbują się sami wydostać z wyspy, ale kiedy przesuneła spojrzenie z jego twarzy na morze, widzi tylko w oddali jakąś wyspę. Była za daleko, zeby do niej płynąć, jeżeli nie mieli łodzi. Powróciła spojrzeniem do niego. - Nie widziałam naszego pilota... jeżeli zginął, to ani ty ani ja nie wiemy jak nadać sygnał SOS - a później dodała - Myślisz, że ktoś będzie nas szukał? Ja miałam jechać do ośrodka wypoczynkowego, ale nie wiem jak szybko zdecydują się, żeby powiadomić policję, zresztą, wiesz jak ona tu działa.. Chyba jedyne co mogliby zobaczyć to dym z samolotu - mówi, nawet sie nie musi odwracać, bo po mocnym zpaachu (smrodzie) oraz dźwiękach słyszy, że samolot wciąż się pali. A tak wspomniała o tej policji bo podejrzewała, że Reece nie jest tu pierwszy raz w tych okolicach, skoro mówił, że zna jakieś wyspy.- Myślisz, że powinniśmy... zorganizować sobie tu jakieś schronienie?
Nie wierzy nawet w to, że to powiedziała, bo tymi słowami przyznała się do wszystkich swoich lęków, że zostaną tu na dłużej niż pół godziny albo godzinka, jaka zajmuej żeby dolecieć z innej wyspy tutaj.
Ale nawet jeżeli ktoś by doleciał, to gdzie by wylądował?

Reece Murray
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spojrzał na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy, nie wiedząc, skąd w jej pytaniu wzięła się ta wyraźna, dziwna irytacja. Reece nie przywykł do paniki, nawet w tak okropnych okolicznościach. Nie przywykł też popadać ze skrajności w skrajność, chociaż rzeczywiście ich położenie było patowe; żeby nie napisać: chujowe.
Mimo tego wszystkie te reportaże o dalekich przylądkach nauczyły go trudnej sztuki przetrwania w dziczy. Wiedział też, jak ocenić ich szanse na przeżycie, które obecnie były całkiem duże. Tego samego nie mógł jednak powiedzieć o pilocie.
Kiedy oboje zajęli się innymi czynnościami, a jemu ostatecznie udało się wyłowić tę nieszczęsną skrzynkę i powrócić do Peach, miał wrażenie, że szanse na przeżycie, o których wcześniej tak entuzjastycznie myślał, odrobinę zmalały. Wszak alkohol był dobry, żeby się znieczulić, ale zdecydowanie niedobry, żeby się najeść.
To jest całkiem optymistyczna myśl — pokusił się o żart, kiedy kobieta napomknęła o upiciu się. — Znam się. Nawet całkiem dobrze — dodał, wzruszając obojętnie ramionami.
Opatrzenie kobiety stało się dla Reecea swego rodzaju priorytetem. Wszystkie niewiadome związane z wyspą zaczęły się w nim kumulować, dlatego naprawdę warto było zadbać o siebie nawzajem. Wiedział, że nie będzie to przyjemny etap, jednak nie zamierzał odpuszczać tylko dlatego, że poczuła niedogodności związane z bólem podczas odkażania rany.
Musiała to przetrwać, a właściwie oboje musieli, chociaż Reece nawet nie drgnął, kiedy w ten zapalczywy sposób złapała go za nadgarstek. Spojrzał tylko na moment na jej drobną dłoń, po czym kontynuował swoje czynności, aż ostatecznie dobiegły one końca.
Na pewno nie jest to najmodniejsze nakrycie głowy, ale w tym momencie jest raczej konieczne. – Nerwowo przełknął ślinę. — Naprawdę mocno przywaliłaś – stwierdził i choć chciał lepiej to wszystko ująć, to słowo p r z y w a l i ł a ś samoistnie wyrwało mu się z buzi.
Przez dłuższą chwilę spoglądał na kobietę w milczeniu, ale w końcu cmoknął z dezaprobatą i przesunął się bliżej jej nóg. Tam mógł pozwolić sobie na odrobinę niedbałości, bo nakładanie maści i opatrunków nie wymagało aż tyle wprawy. Pomimo tego przyłożył się, aby dokładnie oczyścić rany z piasku.
Peach — powtórzył, przzy czym pokiwał głową. — Całkiem ładnie — rzucił komplement, chyba tylko po to, aby rozluźnić atmosfere.
W końcu, kiedy skończył znowu przysiadł obok ze zgiętymi w kolanach nogami, na których oparł łokcie. Również mimowolnie zwrócił uwagę na czające się na horyzoncie wyspy, ale choć z pewnością Ree potrafił świetnie pływać, to na razie nie zdecydowałby się kierować w ich stronę.
Niewiele wiedzieli o morskim terenie dookoła i czających się w nim niebezpieczeństwach. W egzotycznych wodach lubiły przecież czaić się drapieżniki.
W skupieniu, wciąż spoglądając na morze, wysłuchał wszystkiego, co mówiła Peach. Przez chwilę analizował jej spostrzeżenia oraz pytania, a potem westchnął.
Przypuszczam, Peach, że pilot właśnie nie żyje. Jeżeli chcemy nadać sygnał, to na razie musimy poczekać, aż samolot zgaśnie. Wtedy poszukamy i przede wszystkim sprawdzimy, czy działa radio — wyjaśnił najogólniej, jak się dało. Znał mniej więcej procedury, którymi rządziło się postępowanie w przypadku katastrofy i obecnie jedyne, co im pozostało, to się do tego dostosować. Niemniej nic nie mogli zrobić, skoro samolot wciąż płonął .— Myślę, że będą nas szukać. Jutro moja ekipa filmowa się w okolicach twojego ośrodka. Mieliśmy kręcić tam materiał, więc na pewno zaczną mnie szukać. Jestem dziennikarzem, więc nie ruszą beze mnie — zauważył całkiem słusznie, ale pomimo tego nerwowo ściągnął brwi i wyglądał tak, jakby intensywnie nad czymś myślał. — Problem w tym, że nie wiemy, czy obecnie znajdujemy się na trasie między lotniskiem a docelową wyspą, czy z jakiegoś powodu zboczyliśmy. Nie mam pewności, kiedy może pojawić się pomoc.
Reece niespodziewanie wstał i otrzepał zabrudzone sadzą spodenki, po czym wyciągnął dłoń w stronę kobiety, aby pomóc jej wstać. Był mniej więcej środek dnia, ale jej pytanie rzeczywiście nieco go zainspirowało. Być może powinni zorganizować sobie jakieś schronienie. Przynajmniej tymczasowe.
Zaraz sięgnął po butelkę whisky, aby nie leżała tak samotnie na plaży i odkręciwszy korek, upił kilka solidnych łyków. Chwilę później podał alkohol Peach, licząc, że być może rzeczywiście będzie chciała mu potowarzyszyć w znieczulaniu duszy, dopóki ktoś ich nie znajdzie.
Powinniśmy przejść się po wyspie — zadecydował i mimowolnie skierował się w stronę gęstwiny drzew. W przeciwnym kierunku, niż ten cholerny, wciąż płonący wrak. — Pewnie oszalejesz ze szczęścia, jeżeli okaże się, że po drugiej stronie jest jakiś pięciogwiazdkowy hotel — zażartował, ale tak naprawdę sam nie miałby nic przeciwko, jeżeli zobaczyłby skrawek cywilizacji.
Tej jednak nie było ani po drugiej stronie, ani w żadnym innym miejscu na wyspie. Po wstępnych oględzinach Reece mógł łatwo stwierdzić, że nie była zbyt duża i jednocześnie nie miała zbyt wiele do zaoferowania. Przez cały spacer popijał alkohol, aż w pewnym momencie poczuł, jak delikatnie zaczyna szumieć mu w głowie. Dodatkowo palące słońce nie pomagało w skupieniu, dlatego w pewnym momencie ściągnął z siebie koszulę, ukazując całkiem dobrze zbudowany tors oraz kilka tatuaży.

Peach J. Pepper
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie kłamał, znał się bardzo dobrze na pomocy, bo zaledwie po kilku minutach cała była opatrzona. I chociaż sprawił jej tym ból i mógł to zauważyć, kiedy przez chwilę wydawało sie, że zabroni mu dalszych działań, to jednak udało się ją zabezpieczyć przed zakażeniem ran.
Peach spogląda na niego wielkimi oczami, bo kiedy uświadomił jej, że mocno przywaliła, to zaczęła tak trochę panikować. Co to znaczy? Czy jest gorzej niż jej się wydaje? Dlaczego tu nie ma lustra, żeby zobaczyć jak wielkie są straty!? A co jak wygląda okropnie i ma wielkiego guza, albo gorzej oczy przekrwione do czerwoności i wygląda jak jakaś diablica!? Kiedyś widziała jak wyglądała Marina Kowalsky, która wywaliła sie na elektrycznej hulajnodze. Miała gigantycznego siniaka, który jej spłynął później do oczu i wyglądała jak jakaś potworzyca. Oj Peach nie chciałaby wyglądać jak jakaś potworzyca. Pewnie jeszcze Reece usłyszy tą panikę, ale może później - póki co Peach w wielkim szoku, starając się patrzeć na niego zza bandaży mówi: - Dziekuję Ci - bo może wcale nie musiał tak na prawdę się nią zajmować? Mógł sobie zostawić ranną dziewczynę na plaży, a sam zająć się próbą ratowania swojego tyłka, ale na szczęście okazuje sie, że są tutaj na tej plaży również dżentelmani. Kiedy tak go sobie obserwuje, to przeszło jej przez myśl, że ciekawe gdzie on siętego nauczył. Może ma szczęście w nieszczęściu i trafiła na plażę z jakimś tajnym agentem? Albo przynajmniej lekarzem?
Rozbawił ją naomiast chwilę później, kiedy skomentował jej imię. Aż się zdziwiła, kiedy nagle wyszła z przerażenia, gdy jej usta zareagowały szeroko się uśmiechając.
- A, dziękuję, to muszę pogratulować rodzicom gustu - rozbawiona obserwuje jego twarz, ale ta radość jest bardzo ulotna, bo Peach odrazu wzdycha - Myślisz, że jeszcze kiedyś ich zobaczymy? - zastaawia się, bo wreszcie docierało do niej, że wylądowali w jakimś miejscu, które może sie okazać zupełnie nieznajdywalne na mapie dla nikogo. A co jak zostaną tu na wieczność?! Nie no taki scenariusz nie miał możliwości się wydarzyć. Zasłoniła ręką usta, kiedy Reece potwierdził jej przypuszczenia, że pilot nie żyje.
- Czyli mamy tu trupa - stwierdziła po prostu, natomiast chyba musiała to powiedzieć na głos, żeby uwierzyć. Zgadza się z nim, że narazie nie ma co podchodzić do płonącego samolotu, ale kiedy wyciągnął do niej dłoń, to pozwoliła sobie ją ująć i by pomógł jej wstać. Otrzepała jeszcze spodenki z piasku i pomyślała sobie, że no dobrze, pewnie idą teraz szykować ich domek, ale chłopak sobie otworzył butelkę. Peach aż się skrzywiła.
- No co ty poważny jesteś? Będziesz sobie imprezkę teraz urządzał - oczywiście otwarcie go zjebała, jak to ma w zwyczaju Peaches, bo jak coś je jnie pasuje, to ona mu to powie. Ale akurat dla Reeca to może lepiej że sa te butelki, to jakoś dzieki temu wytrzyma na tej wyspie z nią. - O i to jest dużo lepszy Twój pomysł Reece. Idziemy - wywróciła oczami i go minęła, ale na krótko, bo jednak ona była obolała więc szła wolniej. Była lekko poddenerwowana, więc kiedy Reece cokolwiek powiedział, to oczywiście się odpaliła: - Oczywiście, że oszalałabym ze szczęścia, ale nie musi być nawet pięciogwiazdkowy. A czemu od razu zakładasz, że tylko mi luksusy w głowie? - pewnie z krótkiej obserwacji, bo widział ją i jej ubrania, bo widział jak się zachowywała, że jest księżniczką i że opowiada o jakimś spa retreat na który się udawała.
Zaczęli iść, Reece pił, a potem zdjął koszulkę i Peach już oczy utkwiła w jego ABSie, bo akurat to jest jej ulubiona część ciała męskiego do oglądania, ale no niestety jak szła obok niego to tak średnio się mogła przyjrzeć. Niby zezowała, ale dopiero jak przeszli kolejne kilkaset metrów, to postanowiła zadziałać.
W końcu Peach odkryła, że w jego butelce ubyła już prawie połowa. A się zagotowała! Aż podeszła do niego i mu zabiera butelkę.
- Może już starczy, co? Tu nikogo nie ma, nie ma drogi, nie mamy nawet gdzie się schronić, gdyby zaczęło padać, a ty pijesz nasze jedyne zapasy. A nawet nie wiemy jak długo tu będziemy!! - wyrzuca mu zdenerwoana i wtedy jak na zawołanie z chmur, które jeszcze przed chwilą były tylko jak element dekoracyjny na nieboskłonie, luneło. Peach z piskiem poleciała pod jakąś palme, a Reece za nią. Stoi pod tą palmą i patrzy na niego, jakby to była jego wina.
- Jezusmaria, skąd ta ulewa - zawołała i wygląda zza liścia palmy. - No nie wygląda to dobrze... - przeszła kilka kroków do tyłu, oparła się o pień drzewa i przytula butelkę. - Utkniemy tu na zawsze... nikt nas nie znajdzie - zaczęła lamentować i z tego wszstkeigo nawet nie skumała, że ma dobry lek w dłoni, bo wciąż ściska butelkę z alkoholem.

Reece Murray
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”