ODPOWIEDZ
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

073.

Powinna wracać do domu. Ostatni kieliszek wódki, który wlała w siebie podczas zorganizowanego wydarzenia dla koronerów, był jej gwoździem do trumny. Jeśli miała umrzeć, to przynajmniej wśród lekarzy medycyny sądowej. Autopsja na miejscu gwarantowana. Ale ile ludzi, tyle opinii. Zaraz by wyszło, że bezpośrednią przyczyną zgonu nie było przedawkowanie, tylko jakaś choroba, o której wcześniej nie miała pojęcia.
Nie można było powiedzieć, że Zaylee Miller miała wybitnie mocną głowę. Po butelce wina zwykle śmiesznie w niej szumiało, ale czysta wódka... to już zupełnie inny temat. Na szczęście w ostatniej chwili zapaliła jej się ostrzegawcza lampka, nakazująca ewakuować się z wynajętej na tę specjalną okazję sali eventowej. Najwyższa pora, bo kulturalne rozmowy z kolegami po fachu, którzy zjechali się z całej prowincji, grubo po północy nie miały już zbyt wiele wspólnego z wymianą poglądów w dziedzinie medycyny. Zgarnęła swoje rzeczy i wyszła na zewnątrz. Duszne powietrze buchnęło jej prosto w twarz, więc po trzech nieudanych próbach odpalenia papierosa zdecydowała się na spacer. Taka przechadzka dobrze jej zrobi. Wytrzeźwieje, pozbiera myśli. Może nawet zahaczy o budę z tłustym kebabem za rogiem.
Jakoś wcale nie spieszyła się z powrotem do domu, w którym i tak nikt nie czekał. Ostatnio trochę się ze Swanson rozmijały i Zaylee łapała się na tym, że robiła to specjalnie. Umyślnie brała więcej zmian w prosektorium i wychodziła z niego później, żeby przypadkiem nie wpaść na małżonkę. Ale i tak wolała udawać, że wszystko jest w porządku i usilnie wmawiała sobie, że taki układ odpowiada obu stronom.
W piątkowy wieczór Toronto tętniło życiem. Bary i kluby pękały w szwach, a pogoda - pomimo późnej pory - sprzyjała spacerom. Grupka nastolatków odwróciła się za Miller, która szła chodnikiem w czarnej, opiętej sukience. Któryś z młokosów zagwizdał głośno, a ona, nawet na nich nie patrząc, wystawiła rękę i pozdrowiła go środkowym palcem. Jego koledzy zarechotali i pchnęli go lekko, uznając, że strasznie się wydurnił.
Skręciła w boczną ulicę i przystanęła w miejscu z dalej nieodpalony papierosem. Okolica centrum wydała jej się znajoma, chociaż wszystkie budynki wyglądały właściwie identycznie. Zadarła głowę i spojrzała w górę na zwisający nad nią wieżowiec. Ściągnęła w zamyśleniu brwi, próbując przypomnieć sobie, czy to właśnie tutaj mieszkał Gardner. To mogło być tutaj. Albo przecznicę wcześniej. Albo przecznicę dalej. Wygrzebała z torebki telefon i wystukała kilka bezsensownych wiadomości. A wystarczyło przecież nagrać głosówkę. O tym już nie pomyślała. W tym stanie nawet doktor Miller miewała drobne potknięcia.
zaylee
ej sisz juZ?
psisz?
siszz??
kurwAa
chuJj z tm
Wiadomość...
Drzwi od klatki uchyliły się, a zza nich wychyliła się starsza kobieta z małym, białym maltańczykiem. Trzymała go w ramionach i miała problem, żeby się wydostać, więc Zaylee podeszła bliżej i złapała za klamkę. Kobieta podziękowała jej skinieniem głowy i ruszyła chodnikiem. Miller przytrzymała drzwi ramieniem i zerknęła na wyświetlacz, ale nie dostała żadnej odpowiedzi zwrotnej. Chuj. Raz kozie śmierć.
Weszła do środka i skierowała się do windy. Które to było piętro? Piąte? Nogi poprowadziły ją dalej automatycznie. Chwilę później stała przed drzwiami i naciskała na dzwonek jak opętana. Jeśli okaże się, że to nie to mieszkanie, będzie mogła zapaść się pod ziemię. A tak naprawdę to nie, bo była pijana i nie wiedziała, co to wstyd. Zresztą nawet na trzeźwo pojęcie wstydu było jej raczej obce.
Drzwi otworzyły się z gwałtownym szarpnięciem. I oczywiście, że to nie było to mieszkanie.
Czy pani do reszty zgłupiała? — zapytał niski, brzuchaty mężczyzna. Miał na sobie różowy szlafrok, a lwia zmarszczka na jego czole świadczyła o tym, że był zaspany. Albo wkurwiony. Both is good.
Miller zaparła się ręką o framugę i przyjrzała mu się uważnie, mrużąc oczy, jakby to miało jej poprawić pole widzenia.
Nie jesteś Frankiem — stwierdziła po chwili namysłu. Kiedy przechyliła głowę na bok, dostrzegała pewne podobieństwo, ale zdecydowanie nie miała przed sobą Gardnera.


Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#5
Nie spał.
To nie było nic nowego. W zasadzie, odkąd pamiętał, kiepsko sypiał. Od momentu trafienia do wydziału zabójstw — jeszcze gorzej. W chwilach, gdy pracował nad łapaniem potencjalnie seryjnego mordercy dzieci — prawie w ogóle. Sen wydawał się luksusem, kiedy na wolności grasowało dzikie zezwierzęcenie z sadystycznymi skłonnościami i właśnie wybierało sobie nowy kąsek do zrealizowania brutalnych fantazji.
Brutalnych.
To słowo nie oddawało w pełni obrazu, jaki sprawca po sobie zostawił.
Brutalnie wydawało się obrzydliwie łagodne w kontekście tego, co morderca wyczynił z drobnym ciałem dziewczynki. Brutalnie dźwięczało tylko czymś złowrogim i strasznym, a to, co się stało, było na skali makabry w chuj daleko poza nią.
Sen wymagałby czystego sumienia i możliwości na relaks. Gardner nie miał ani jednego, ani drugiego. Miał za to raporty przed nosem i kubek zimnego już podwójnegopiątnego espresso posłodzonego szkocką whisky.
I żółtobrzeżki przed oczami za każdym razem, gdy mrugał i na ten mikro ułamek sekundy zamykał powieki. I puste oczodoły małej — wciąż — Jane Doe.
I wibrujący telefon na blacie.
Wibrujący telefon na blacie.
Wibrujący telefon.
W środku nocy.
Pierwszą myślą było, że to Hayes albo ktokolwiek inny związany ze sprawą; że przyszedł jakiś raport i chociaż jedna niewiadoma będzie mniej niewiadomą.
Gardner odłożył trzymane fanty na blat i przetarł twarz obiema dłońmi, powoli, od góry do dołu, próbując w ten sposób zetrzeć zmęczenie wkradające się w głowę i dręczące go obrazami, które i tak znał już na pamięć. Zjeżdżały po wewnętrznej stronie jego powiek raz za razem, mrugnięcie za mrugnięciem. Lilie na obojczykach. Sznur na nadgarstkach. Blada, spuchnięta twarz.
Telefon w międzyczasie wibrował i wibrował, ale wcale nie dlatego, że ktoś dzwonił. Wiadomość, za wiadomością. Tekst, za tekstem. Smsy tańczyły jeden za drugim i Gardner w końcu zsunął dupsko z wyspy w kuchni, żeby podnieść urządzenie z kontuaru po drugiej stronie pomieszczenia.
Spojrzał na ekran, na którym wyświetlał się dymek z ostatnią wiadomością, spodziewając się nie mogącej zasnąć Wendy i jej chaosu, który teraz manifestował się spamem memami albo czymkolwiek innym, co Wendy mogłaby chcieć mu wysłać w środku nocy.
chuJj z tm
Nie Wendy. Gorzej. Imię, które ostatnio starał się przenosić na tylne miejsca swojej świadomości, co wychodziło mu z umiarkowanym sukcesem, żeby nie powiedzieć: żadnym.
Odblokował aplikację i przeczytał wszystkie wiadomości. Raz, drugi, ślizgając wzrok po każdej od początku do końca, skacząc między drugą a przedostatnią. Patrzył na ekran przez długą chwilę, z kciukiem nieruchomym nad klawiaturą, która wyświetliła się automatycznie, jakby nawet telefon dawał mu znać, że powinien odpisać.
Nie odpisał.
To, że była pijana, było bardziej, niż oczywiste. To, że pomyliła się i wybrała niewłaściwy kontakt — całkiem prawdopodobne. Spojrzał ostatni raz na raport, a kciuk zatrzymał się nad zdjęciem Miller przy smsach. Nacisnął. Potem ikonka telefonu.
Najpierw głucho, potem dźwięk wychodzącego połączenia. Walenie dochodzące z korytarza, które zignorował. Melodyjka przychodzącego połączenia, której nie zignorował.
Polazł do drzwi, zanim w ogóle zdążył się zorientować, co robi.
Czy pani do reszty zgłupiała?
Pani.
Nie jesteś Frankiem.
Frankiem.
Przekręcił zamek i otworzył drzwi, a jego spojrzenie momentalnie znalazło nie-Franka i panią.
Miller?Nie, Miś Gogo, odpowiedział sam sobie, jak szedł w jej stronę w kilku szybkich krokach. Gdyby nie sukienka i upojenie alkoholowe, pomyślałby po samej jej minie, że jest naukowcem, który właśnie otrzymał wyniki sprzeczne z początkowo zakładaną hipotezą i system jej się przegrzał.
Facet w różu rzucił mu gniewne spojrzenie, trochę z ulgą i trochę z natychmiastową pretensją, pokręcił głową w wielkiej dezaprobacie i sekundę potem, skoro właściciel zguby się znalazł, zamknął drzwi przed ich nosami, trzaskając nimi ostentacyjnie.
Gardner wciąż patrzył na Miller.
Ile wypiłaś? — Przecież nie musiał pytać czy w ogóle, ale musiał wiedzieć czy ma się już wkurzać, dzwonić do Swanson czy zamawiać rosół z dowozem na rano.. Pytanie czy tylko piła zostawił na za-chwilę, choć na pierwszy rzut oka nie widział śladów zażycia czegoś więcej. Powoli, wręcz ostrożnie odciągnął ją od drzwi sąsiada i zwrócił w kierunku własnych, otwartych tak, jak je zostawił. — Uprzedź mnie, zanim będziesz rzygać.
zaylee miller
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miller?
Spojrzała przez ramię i zobaczyła prawdziwego Franka, a nie jakiegoś knypka w różowym szlafroku. Chociaż - o ile pamięć jej nie myliła - wiele razy powtarzała Gardnerowi, że do twarzy mu w różu. Zawsze wtedy kręcił nosem, ale przecież to była prawda absolutna. Ona natomiast wyglądała w różowym okropnie. Miała jedną taką kieckę, którą założyła raz na przyjęcie rodzinne lata temu, a od tamtej pory wisiała nietknięta w szafie. Powinna ją w końcu wyjebać i zrobić miejsce na coś sensownego.
Wróciła wzrokiem do sąsiada z naprzeciwka i zanim ten zatrzasnął za sobą drzwi, zasalutowała mu na pożegnanie. Potem grzecznie dała się wprowadzić Francisowi do mieszkania. Rozejrzała się po wnętrzu, jakby próbowała dostrzec jakieś zmiany od czasu, kiedy była tutaj ostatnim razem. Kiedy to właściwie było? Trudno stwierdzić. Pewnie dawno.
A jakie to ma znaczenie? — odpowiedziała elokwentnie pytaniem na pytanie, jak na bystrą lekarkę medycyny sądowej przystało. — Może trzy kieliszki. A może dziesięć — wzruszyła lekko ramionami.
A potem łypnęła na Gardnera spode łba. Za kogo on ją właściwie uważał? Była damą, a damy nie rzygały. No dobra, w tym momencie to koło damy nawet nie stała, ale przynajmniej wciąż utrzymywała się na nogach. Nigdy nie miała wybitnie mocnej głowy, ale też nigdy nie doprowadziła się do takiego stanu, żeby urwał jej się film. Znała swoje możliwości. Właśnie one zmusiły ją do przedwczesnego opuszczenia sali eventowej, kiedy impreza dopiero się rozkręcała.
Ściągnęła szpilki i ruszyła w głąb mieszkania. Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to rozłożone na stole dokumenty. Podeszła bliżej i zaczęła się im przyglądać. Wśród nich leżały zdjęcia Jane Doe znalezionej nad jeziorem Muskoka. Wzięła kilka z nich do ręki i przyjrzała się im uważnie.
Ty w ogóle sypiasz przez tę sprawę? — zapytała, odkładając papiery na swoje miejsce. Odwróciła się przodem do Francisa i oparła biodrem o kant stołu, krzyżując ręce na piersiach. To niesamowite, jak bardzo pod tym względem się od siebie różnili. To nie tak, że Zaylee nie myślała o tej kilkuletniej dziewczynce. Sama przeprowadziła sekcję zwłok, a niektóre obrazy pozostawały w pamięci do końca życia. Z czasem zdążyła się jednak na nie uodpornić, przez co wiele osób zarzucało jej brak empatii. Może coś w tym było. A może w tym zawodzie trzeba było mieć twardą dupę, kiedy miało się miękkie serce. O brak serca też ją podejrzewano. Miller miała serce. Było całe czarne i biło w rytm marsza pogrzebowego.
Odepchnęła się od stołu i od razu skierowała do lodówki. Czuła się jak u siebie i chyba nic sobie z tego nie zrobi, dopóki Frank po prostu jej nie upomni. Zajrzała do środka, ale powitało ją jedynie światło i jakieś smutne resztki, z których i tak niczego nie dałoby się zrobić. Zresztą żadne z nich nie potrafiło gotować. Jak oni w ogóle nie umarli z głodu, kiedy byli razem? Chyba jakimś cudem. Żadne z nich nigdy nie przywiązywało większej uwagi do zdrowego odżywiania. Wystarczało im to, co udało się złapać w biegu gdzieś na mieście. Było szybko, było tłusto i przede wszystkim nie wymagało używania kuchenki.
Kebab na cienkim i sos mieszany? — znów spojrzała na Franka, lekko się chwiejąc. Szybko jednak złapała pion, udając, że wcale nie jest tak pijana, jak była w rzeczywistości. Właśnie dlatego proponowała tureckie żarcie w środku nocy. Logiczne, prawda? Każdy trzeźwy człowiek o tej porze robił dokładnie to samo. — Chyba że mam sobie pójść — dodała, choć nie podejrzewała, żeby Gardner naprawdę chciał ją stąd wyrzucić. A może powinna się skupić i połączyć kropki? Skoro nie spał, a mimo to nie odpisał na wiadomości, to raczej nie miał ochoty na jej towarzystwo w żadnej postaci. Tyle że jej mózg w tym stanie nie przyswajał takich informacji. Właściwie wszystkich innych też trochę nie.

Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nieważne kiedy ostatni raz tu była. Tydzień temu, miesiąc, rok, siedem lat. To miejsce w zasadzie pozostało bez żadnych większych zmian. Główny układ był identyczny z tym, który mogła pamiętać, różnicę stanowiły tylko jakieś pojedyncze drobiazgi, które najłatwiej było zastąpić. Które najłatwiej było zniszczyć i dlatego potrzebny był zamiennik. Kubek. Poduszka na sofie. Stolik kawowy. Regał. Niektóre rzeczy zniknęły za to bezpowrotnie. Lampka w rogu. Ramka na zdjęcie. Jakaś pierdoła — pamiątka z festiwalu, na który zaciągnięto go siłą, szantażem zmuszono do udziału w konkursie, a czystym szczęściem wygrał.
Wciąż jednak mieszkanie Gardnera było takie, jak zawsze. Puste. Surowe. Nijakie. Idealnie pasujące do niego: zero dekoracji, zero akcentów kolorów, zero niepotrzebnych rzeczy. Czysta funkcjonalność zamknięta w prostocie designu i względnie dobrej jakości materiale. I niech go diabli, jeśli sobie tego nie cenił. Braku chaosu. Porządku. Ładu. Miejsca, gdzie mógł zrobić sobie domową wersję tablicy, która tkwiła w jego biurze, a która chowała na sobie wszystkie poszlaki, nieposzlaki i cały grajdołek okołoposzlakowy. Nazwiska, zdjęcia, powiązania, daty, miejsca, przedmioty. Teraz to wszystko było rozwalone w salonie i bynajmniej nie zachęcało do wejścia głębiej. Bynajmniej. Ale oczywiście, nie działało to na Miller.
Jakie to ma znaczenie?
Powstrzymał mimowolne ściśnięcie się ust w wąską linię, ale dziwnego ukłucia już nie mógł. Oto to jedno, głupie pytanie podziałało jak kubeł zimnej wody.
No właśnie, Gardner. Jakie to ma kurwa znaczenie?
Nie miało żadnego. Nie powinno było mieć żadnego. Ale jakieś jednak miało i spojrzał na nią pobłażliwie. Co z tego, że nie było jej tu — w jego mieszkaniu — z milion lat. Co z tego, że on w jej mieszkaniu nie był tyle samo. Co z tego, że byli już tylko znajomymi z pracy, skoro to nie zmieniało fundamentów tego, że kiedyś byli czymś więcej? Rozstanie czy nie, nigdy nie widział w niej wroga.
Czasem, dla jaj.
Bo muszę wiedzieć czy się z Ciebie śmiać, jeśli odpadałaś po trzech kolejkach czy wycinać Ci order z kopii Twojego raportu — odpowiedział, także jakże elokwentnie. Bez większego komentarza poprawił jej szpilki w korytarzu, przesuwając bliżej ściany i polazł za nią, opierając się o najbliższą framugę w momencie, kiedy podeszła do stołu. Patrzył, ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, jak pochylała się nad dokumentami i przyglądała zdjęciom. Było ich z pięćdziesiąt, ale nie wszystkie zasługiwały na uwagę. Część była po prostu zdjęciami miejsca zbrodni i jej okolic.
Czemu miałbym nie sypiać? — Tu też pokusił się na pokaz elokwencji, ale tym razem bardziej bezczelnej, bo wprost kopiującej jej zagrywkę sprzed chwili, gdy odpowiadała pytaniem na pytanie. Kiedy się odwróciła i też skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, jego głowa przechyliła się nieco w bok. Gapił się tak na nią i gapił, czekając na kolejne słowa, ale one już nie nadeszły. To dobrze. Nie miał ochoty poruszać tego tematu. Nie wątku sprawy — o tej mógłby gadać godzinami i to wcale nie dlatego, że nie był uodporniony. Był. Nawet bardziej, niż by chciał. Ale jednak morderstwa na dzieciach zawsze uderzały w niego bardziej. Dobitniej. Dogłębniej. Był po prostu pierdolonym pracoholikiem i to akurat mieli z Miller wspólne.
Poruszać nie chciał kwestii swojego nie spania. Bo Miller i tak wiedziała, że zawsze miał z tym problem.
Garder odsunął się w końcu i podszedł bliżej, dokładnie w momencie, w którym zdecydowała się zmienić położenie. Ona zajęła się lodówką, a on zajął jej miejsce przy stole, składając rozwalone zdjęcia w jedno miejsce, a resztę papierów w drugie. Nie upominał jej, nawet nie zwrócił żartobliwej uwagi ani nie spojrzał spod byka, jakby zupełnie nie obeszło go to, że właśnie chwilowo zyskał wyjątkowo swobodnego współlokatora. Za długo krążyli w swoich orbitach szarej codzienności, żeby teraz zwracać na to jakąkolwiek większą uwagę. Tak, jak ona nie przywiązała wagi do tego, że wnętrze lodówki nie oferowało praktycznie nic do jedzenia.
Zerknął na nią dopiero, jak się odezwała i dała pokaz tego, jak bardzo pijana nie była. Zachwianie się to jedno. Propozycja takiego żarcia to drugie. Trzecim było to, co powiedziała na koniec. Mimowolnie zmarszczył brwi, a jego oczy dosięgły jej oczu i wyrażały tylko jedno: taki chuj, że sobie pójdziesz. Nie pociągnął swoich wcześniejszych myśli o Swanson. Olał kompletnie pytania o to, co Miller robiła tutaj, a nie u siebie i czy jej małżonka wiedziała, gdzie była; jeszcze bardziej olał to, że z ludzkiej przyzwoitości wypadałoby wysłać Evinie przynajmniej smsa, a potem może zamówić Zaylee taksówkę albo położyć ją spać na kanapie. Olał to wszystko i inne kolejne rzeczy, które wypadało.
Gardner i tak, lore’owo, miał na bakier z przyzwoitością.
Stąd co zwykle? — Nie był fanem kebabów, ale wiedział, że knajpa, z której zwykli zamawiać, wciąż była otwarta. Z wolna ruszył w stronę koronerki i zatrzymał się obok, a potem sięgnął ponad jej głowę, wyciągając z szafki dwie szklanki. Do obu nalał wody, obie wyciągnął w jej stronę — a niech zna jego dobroć i doceni możliwość wyboru. Spojrzał przy tym na nią, na tę jej czarną obcisłą kieckę, brak szpilek i włosy, które powoli zaczynały żyć własnym życiem i oparł się o blat za sobą. — Idź może weź prysznic, a ja zamówię. Cuchniesz tanim alkoholem i fajkami.
Wodę ze swojej szklanki wypił na raz. Odepchnął się od szafek i idąc do salonu, zgarnął swój telefon, w którym już zaczął wyszukiwać numeru do knajpy. Na Miller spojrzał tylko raz, znad ekranu, kiedy stał już na zakręcie do garderoby.
No, sio. Możesz przy okazji pomyśleć co oglądamy — mruknął, zwalając najtrudniejsze — wybór rozrywki jej. Sam zniknął w końcu w innym pomieszczeniu, żeby znaleźć jej coś na zmianę. Taki luj, że będzie mu tu paradować pijana w tej kiecce.
zaylee miller
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To naprawdę nieistotne, ile wypiła. Zdecydowanie za dużo jak na nią, a przecież nie potrzebowała wiele, żeby zaszumiało jej w głowie. Stan, w którym obecnie się znajdowała, wystarczająco jasno sygnalizował, że trzeźwa to ona nie była. Ani trochę. Zgromiła Francisa spojrzeniem, kiedy wspomniał o robieniu sobie z niej podśmiechujek. No dobra, on akurat miał na to przyzwolenie. Sama lubiła sobie z niego żartować i nigdy specjalnie się przed tym nie powstrzymywała. Gdyby nagle przestała, Gardner mógłby chyba pomyśleć, że się pochorowała.
Czemu miałbym nie sypiać?
Tym razem w oczach Miller pojawiło się coś na wzór politowania. W co on z nią pogrywał? Uważał, że tego nie zauważy? Może i była najebana jak biszkopt, ale pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały. Nieważne, ile czasu minęło od ich rozstania ani od tego, kiedy Zaylee ostatnio snuła się po mieszkaniu Franka jak cień.
Bo cię, kurwa, znam — oznajmiła pewnie. Ślęczał nad tymi papierami i próbował rozgryźć patową sprawę, która spędzała mu sen z powiek. — Przede mną nie musisz niczego udawać — dodała, wzruszając lekko ramionami.
Sama, odkąd zaczęła współpracę z policją, nie sypiała najlepiej. Niektóre obrazy pojawiały się przed oczami znienacka i nie dało się ich tak po prostu wyrzucić z pamięci. Właściwie nie pamiętała, kiedy naprawdę się wyspała albo nie myślała o pracy. Jej analityczny umysł zawsze pozostawał w pełnej gotowości, żeby stanąć nad stołem sekcyjnym i jakkolwiek pomóc w śledztwie. Czasami nie zdawała sobie sprawy z tego, jak dużo zależało od niej i jak mali byli bez niej ci wszyscy detektywi z wydziału zabójstw, którzy ponaglali ją w autopsjach.
Nie wiedziała, po co właściwie tutaj przyszła. Nawet przez chwilę nie pomyślała o poinformowaniu żony, gdzie dokładnie była i z kim. Jako dorosła i odpowiedzialna kobieta nie czuła się zobowiązana do tłumaczenia się z podejmowanych decyzji. A tego wieczoru nogi same powiodły ją do mieszkania Gardnera. No dobra, na początku do jego sąsiada w różowym szlafroku, ale to był tylko lekki zwarcie systemu.
Frank samym spojrzeniem dał jej do zrozumienia, że nigdzie jej teraz nie wypuści, a ona nie zamierzała się z nim sprzeczać. Zresztą nie sprawiała wrażenia, jakby zamierzała sobie pójść. W innym wypadku nawet nie ściągałaby szpilek. Albo po prostu w ogóle by tutaj nie przylazła.
Ta buda jeszcze istnieje? — szczere zdziwienie wymalowało się na jej twarzy. — No to pewnie, że stąd. To najbardziej chamski kebab, jaki kiedykolwiek jadłam — uśmiechnęła się, zupełnie nie przejmując żołądkowymi rewolucjami, które pojawią się następnego dnia. I tak chyba tego nie uniknie. Po zmieszaniu wódki, szampana i wina? Nie ma opcji, żeby tego nie odchorowała.
Od kiedy przeszkadza ci, że cuchnę fajkami? — prychnęła pod nosem i wywróciła oczami tak mocno, że prawie zobaczyła własnym mózg. Oboje kopcili jak smoki, więc kompletnie nie rozumiała, skąd taka uwaga. — Ale dobrze, wedle życzenia. Chcesz mi umyć plecy? — puściła do niego oko. Żartowała. A może i nie. Trudno stwierdzić. Zagryzła policzek od środka, obserwując, jak rusza w stronę garderoby. — Chcę obejrzeć ten dokument o morderstwie w Idaho — wypaliła bez zastanowienia. Chyba Gardner nie spodziewał się po niej, że wybierze coś lekkiego i przyjemnego? Nawet w wolnych chwilach oglądała wszystko, co było związane z autopsjami. Filmy fabularne zupełnie jej nie satysfakcjonowały.
Odwróciła się i weszła do łazienki. Przez chwilę przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze. Czemu Frank nie wspomniał, że rozmazała się pod okiem? Nie podejrzewała go o posiadanie mleczka do demakijażu, więc musiała poratować się wodą i mydłem. Jej skóra z pewnością ją za to znienawidzi. Potem weszła pod prysznic, zmywając z siebie odór alkoholu i papierosowego dymu. Nie spieszyła się, ale nie chciała też, żeby Francis pomyślał, że wyjebała się w kabinie i skręciła sobie kark, dlatego po kilku minutach opatuliła się mniej lub bardziej szczelnie ręcznikiem wyjętym z szafki.
Teraz pachnę męskim żelem dziesięć w jednym — oznajmiła, kiedy weszła do salonu. — Co nie tak było z moją sukienką? — zapytała, odrzucając kieckę wraz z bielizną na oparcie fotela i sięgając po ubrania, które naszykował dla niej Francis.

Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bo cię, kurwa, znam.
Znałaś, chciał ją instynktownie poprawić. Kiedyś, może, znałaś. Ale zanim w ogóle otworzył gębę i wzniósł wokół siebie kolejny mur — w zasadzie chuj wie po co — dotarło do niego, z jakże brutalną precyzją prosto w to jego niemniej czarne niż jej serce, że... że był bardziej żałosny, niż kiedykolwiek mógł przypuszczać. Że niektóre rzeczy nie zmieniały się praktycznie w ogóle. Jego dom.
On.
Paskudny grymas półuśmiechu wykwitł na tej jego facjacie i Gardner zmełł przekleństwo w sobie. Żadna odpowiedź, jaka formowała się w jego głowie w kontrze, nie wybrzmiała. Żadna nie miała już znaczenia. Żadna nie miała sensu. Wiedział, że nie musiał przed nią nikogo ani niczego udawać i gdzieś pod skórą irytowało go to, że Miller była — wciąż była — prawdopodobnie jedną z nielicznych osób, przy których faktycznie mógł być sobą, z każdą swoją ułomnością, wadą, skazą, defektem, mankamentem, niedociągnięciem. A miał ich, przecież, sporo.
Istnieje — przytaknął odnośnie kebaba. Jakim cudem? Nie wiedział. Nie był biznesmenem, te wszystkie prawne i logistyczne kuluary prowadzenia przedsiębiorstwa były dla niego czarną magią i wątpił, by kiedykolwiek miało się to zmienić. Podejrzewał jedynie, że ten najbardziej chamski kebab to było to, czego ludzie o 3 w nocy potrzebowali i na co ta buda odpowiadała z nawiązką. No i chyba, chyba, nie sprzedawali psa zmielonego razem z łańcuchem i miską.
Pytanie o zapach fajek było trafne i wzruszył tylko ramionami. Teoretycznie mu nie przeszkadzało. W praktyce — teraz, tutaj, w dokładce jej sukienki, braku szpilek, jej upojenia alkoholowego i jego trzeźwości myślenia wyłączonego przez zmęczenie — jakoś przeszkadzało. Tumaniło bardziej, niż powinno. A otumaniony nie ufał sobie w ogóle.
Dopiero wzmianka o umyciu pleców sprawiła, że podniósł bardziej łeb i nie udało mu się powstrzymać głupiego uśmiechu. 1:0 dla Miller.
Jasne. Zaraz przyjdę — mruknął, na ten ułamek sekundy zatrzymując się w skali jej widoczności, zanim już na dobre zniknął po te ciuchy.
Chcę obejrzeć ten dokument o morderstwie w Idaho.
Oczywiście. Nie powinien nawet był się dziwić, że na pierwszy od bóg wiedział jak dawna seans wybrała coś takiego. Miller i normalność szły tylko pozornie w parze. Tylko z wierzchu. Pod piękną maską tkwiła siła, której już się nie dziwił, ale która wciąż potrafiła go zaskoczyć. Idaho. Morderstwa. True crimes. Jak tak o tym myślał, to chyba nigdy nie oglądali zwykłych filmów.
Może w tym tkwił ich urok.
Odłożył w salonie na stół stos przyszykowanych dla niej ubrań, to jest pełen komplet pierwszych lepszych części garderoby, jakie zgarnął, wliczając w to puchate skarpetki z motywem świątecznym i bokserki w Sponge Boba. Nie miał pojęcia skąd to miał. Nie chciał wiedzieć skąd to miał. Poza tym standard: koszulka, spodnie dresowe i bluza, ale ją już chyba wziął z rozpędu, bo w mieszkaniu było nawet ciepło. Wszystko świeże, wyprane, niepogniecione. To ostatnie zdecydowanie mogło szokować.
Czekając na nią, jebnął się na sofę i zamówił dwa kebaby, podwójne frytki i dodatkowe sosy, bo wątpił, żeby w pustkach lodówki dało się znaleźć jakieś resztki ketchupu, o majonezie czy sosie BBQ nie wspominając.
Akurat kończył 22013 lvl w Candy Crush i kiedy połączył w dwa prostopadle rzędy, radosny dźwięk zawył "juicy" i jakże pięknym zrządzeniem losu stało się to niemal w idealnej synchronizacji z pojawieniem się Miller.
Nic — odpowiedział jej, zerkając na nią znad rozświetlonego ekranu tylko na krótką chwilę. Odnotował ręcznik. Odnotował, bo skubana wzięła jego ulubiony, mięciusi czarny ręcznik. — Za ciasna na sponiewieranie się kebabem w środku nocy.
Rzucił telefon gdzieś na bok i podniósł się tylko po to, żeby zgarnąć pilot i po drodze wyłączyć światła. Jeśli ona dyktowała co oglądają, on zamierzał dyktować jak. Dodatkowe oświetlenie nie było mu do niczego potrzebne. Wyklikał to, co trzeba było, żeby załączyć One Night in Idaho i zatrzymał się przy barku, wyciągając jedną szklankę.
Spojrzał znowu na Miller. Już wiedziała, że nie zamierzał pytać o Swanson i o to, co tu robiła o tej porze. Nie był pewien co do tego czy powinien polewać jej whisky, więc z tym czekał na jakikolwiek znak z jej strony.
Raport toksykologiczny przyszedł dzisiaj popołudniu — dodał jeszcze, zakasując rękawy koszuli po łokcie. Jeśli Miller była na tak, nalał jej też drinka i z dwoma wrócił do sofy — jeśli nie, szedł z jednym i tak opadł z powrotem na miękkie obicie, z miejsca osuwając się do pozycji niemal leżącej. Tak, jak zwykle robił, kiedy coś oglądali. — I, kurwa, mamy problem.
Może w tym dokumencie o morderstwach w Idaho mieli ich mniej.
zaylee miller
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Brała go całego takim, jakim był. Kiedyś i teraz. Może ich drogi się rozminęły, ale czy na pewno? Byli skończeni, ale nigdy tak naprawdę się od siebie nie odcięli. Widywali się na komisariacie i chcąc nie chcąc musieli ze sobą współpracować. A tak się składało, że chcieli. Nikt ich do tego nie zmuszał. Nie unikali się z premedytacją, nie chowali do siebie urazy. Rozstali się w absolutnej zgodzie. Dlaczego? Szczerze mówiąc, pijana Miller nie miała pojęcia. Trochę myślała o tym pod prysznicem, ale nie doszła do żadnych sensownych wniosków. Trudno, żeby w takim stanie doszła do jakichkolwiek.
Była przekonana, że zmycie z siebie tego wieczoru nieco ją otrzeźwi. Nic z tych rzeczy. Dalej szumiało jej w głowie i dalej wykręcało jej żołądek z głodu. Ale to dobrze. Lepiej w tę stronę, niż gdyby faktycznie miała zarzygać Francisowi mieszkanie. Przecież zarzekała się, że nie będzie wymiotować. Co prawda spojrzeniem, ale na pewno nie będzie pamiętać o tym, żeby go uprzedzić. Chyba nie do końca tak to działało, kiedy ciałem niespodziewanie szarpały torsje.
Nie przyszedłeś — zauważyła, unosząc wymownie brew. — Teraz mam brudne plecy. Twoja wina — wymierzyła w niego palcem. Podeszła do stołu i zgarnęła z niego komplet ubrań. Wydała z siebie ciche parsknięcie, kiedy dostrzegła bokserki w SpongeBoba. — Wolałabym zobaczyć w nich ciebie — posłała mu pełne rozbawienia spojrzenie, sięgając po resztę ubrań.
Nawet nie fatygowała się z pójściem do łazienki. Stanęła za kuchennym filarem i zrzuciła z siebie ręcznik, wkładając kolejne warstwy ubrań. Wszystko było o kilka rozmiarów za duże i Zaylee zdecydowanie lepiej wyglądała w swojej sukience. Ale koszulka i bluza pachniały Gardnerem, co uderzyło w nią ze zdwojoną siłą. Kojarzycie ten moment, kiedy mijacie kogoś na ulicy, a on pachnie znajomo? Jak osoba, którą znacie, ale nie macie już z nią kontaktu? Miller poczuła się dokładnie w taki sposób. A w tle poleciały pierwsze dźwięki Purple Rain.
Musiała potrząsnąć głową, żeby wyrwać się z tego amoku. Niespecjalnie pomogło, ale w końcu naciągnęła dresowe spodnie i zawiązała sznureczek, żeby nie zleciały jej z tyłka. Ruszyła w stronę kanapy i opadła na miękkie poduchy. Zaraz jednak poprawiła się i wyciągnęła rękę po szklankę whisky, wlepiając wzrok w ekran, który zatrzymany był na wstępie do dokumentu o czwórce studentów zamordowanych w miasteczku Moscow.
Nie mogła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek oglądali razem jakiś inny film. Zawsze były to dokumenty o okrutnych zbrodniach. Tych rozwiązanych i nierozwiązanych. Częściej o tych nierozwiązanych. Lubili polemizować, co tak naprawdę się wydarzyło i godzinami dociekać prawdy.
To naprawdę urocze, że tak dbasz o to, żebym się nie ubabrała. I okropne, że z góry zakładasz, że tak właśnie by było — przekręciła ostentacyjnie oczami i zamoczyła usta w whisky. To było całkiem zabawne, że jeszcze chwilę temu Frank wypytywał ją, ile wypiła, a teraz sam bez większych oporów dolewał jej alkoholu. Jakby poprzednie pytanie nagle straciło na znaczeniu. Z drugiej strony Zaylee absolutnie nie zamierzała mu o tym przypominać. Nie po to tutaj przyszła, żeby ktoś próbował ją doprowadzić do pionu.
Słysząc o raporcie, trochę wrócił jej rezon. Wypuściła krótko powietrze przez nos i spojrzała na Gardnera znad swojej szklanki.
Jaki problem? — zapytała. Samo słowo problem nie brzmiało szczególnie optymistycznie. Zawsze zwiastowało jakieś komplikacje i raczej nie wróżyło niczego dobrego. A w ustach Francisa brzmiało to jeszcze poważniej, niż gdyby wypowiedział je ktoś zupełnie inny.

Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ta chwila, podczas której zniknęła w łazience, zdawała się być wystarczająca, żeby go ostudzić. Obudzić. Ogarnąć. Wymazać obraz czarnej sukienki z jego mózgu i sprzed powiek, pozwalając, by jedynymi widokami, które go nawiedzały, były z powrotem tylko te makabryczne. Mała Jane Doe. Biedna, mała Jane Doe.
Biedna, mała Jane Doe, której istnienie w jego umyśle zostało niemal strzepnięte — znowu — przez Miller. Nie przyszedłeś, teraz mam brudne plecy. Wiedział, że się tylko droczyła. Sam to robił. Tylko żarty. Niewinne, drobne żarciki.
Evina by go zabiła. Albo przynajmniej próbowała.
I w ogóle go to nie powstrzymało.
A. — Gardner wzruszył ramionami i udał, że kieruje się w stronę łazienki. Tyle, że to była jedynie połowa kroku, nawet nie, i zdechła szybko, jak jego sukulent na parapecie w kuchni. — To chodź, nadrobimy. Przy okazji umyjesz moje.
Odnośnie bokserków też nie musiała powtarzać dwa razy. Skoro do łazienki się nie kierowali — a może? — to spojrzał w dół, na swój pasek, a potem z powrotem na Miller, już z uniesioną do góry brwią. Zanim zniknęła za filarem, uporał się z klamrą paska i guzikiem spodni, żeby móc obniżyć je jedynie o centymetr, może dwa, drugim łapskiem wyciągając spod nich bokserki. Nie były co prawda ze SpongeBobem, ale Patricem, więc uwaga, niespecjalnie mieli mieć pasujące wdzianko. Prawie romantycznie. A może więcej, niż prawie.
Kwestia istnienia tych bokserków też była dla niego enigmą i tej też nie chciał rozwiązywać. Ktoś mu musiał je podrzucić, bo przecież sam by sobie ich nie kupił. Zdążył już dawno ogarnąć spodnie i na nowo usadowić się na sofie, kiedy Miller wyszła w nowej odsłonie z kuchni i… kurwa. Może sukienka jednak nie była tak zła? Zmusił ciało do ruchu i się odwrócił w kierunku tv, stwierdzając, że totalnie się starzeje i zmęczenie przegrzało mu styki, skoro wystarczyło, że Zaylee pojawiła się w jego ciuchach, żeby gdzieś tam, pod grubą warstwą cynizmu i sarkazmu, coś zabiło szybciej.
Podał jej tę whisky już na nią nie patrząc, tak jak ona wgapiona była w ekran. Nie skomentował wątku ubabrania się niczym więcej ponad krótkim uśmiechem. Whisky polał jej przecież z czystej grzeczności, bo skoro była taka dorosła, to wiedziała, na ile może sobie pozwolić. Zresztą, Gardner naprawdę daleki był od świętego.
Wiedząc, że dadzą radę rozmawiać — albo przynajmniej tak wielką wiarę pokładał w umiejętność prowadzenia rozmowy i oglądanie dokumentu przez pijaną Miller — włączył dokument, żeby już sobie leciał. Choćby w tle, jakby pani doktur jednak nie dawała rady nadążać.
Midazolam — mruknął najpierw i sam pociągnął łyk whisky. Duży, palący po gardle, osiadający ciepłem w okolicy klatki piersiowej. Idealny. Nie spojrzał na nią, wpatrując się w przewijające się obrazy na telewizorze, wciskając się głębiej w sofę dla wygody, jakby to, o czym mieli rozmawiać, to były plany na jutrzejszy obiad. Czyli w sumie: standard w ich wykonaniu. — W takim stężeniu, że nie ma wątpliwości co do tego, po co go używał.
Zatrzymał się na chwilę tylko po to, żeby upić kolejny łyk. Ten palił mniej. Gardner obniżył się jeszcze bardziej, teraz już prawie leżąc, piszczelami prawie zahaczając o stolik kawowy przed sofą.
Poziomy metabolitów sugerują przewlekłą ekspozycję. Usypiał ją regularnie, przez dłuższy czas. Nie po to, żeby jej ulżyć przed śmiercią. — Ostatni łyk. Odstawił pustą szklankę miejsce obok, gdzieś między siebie a Miller. — Więc mamy ośmiolatkę wykorzystywaną seksualnie, która była długotrwale przetrzymywana i usypiana kontrolowanymi dawkami. Takich rzeczy nie robi ktoś, kto nie ma wiedzy, czasu i dostępu do tych środków.
Już nie było wątpliwości co do tego, że to nie była jego pierwsza ofiara. Nie było wątpliwości, że skurwiel nie był amatorem.
Dzwonek domofonu zmusił Gardnera do ruchu. Spojrzał przelotnie na Miller, a potem wstał, zbierając po drodze pustą szklankę, żeby ją zapełnić, jak będzie wracał z odebranymi kebabami i całą resztą zamówionej wyprawki.
zaylee miller
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może wspólne szorowanie pleców pozwoliłoby im ostudzić to dziwne napięcie, które od jakiegoś czasu wisiało między nimi. Miller starała się nie zwracać na nie uwagi, co przychodziło jej z wyjątkowym trudem. Była pijana, więc wszystko, o czym rozmawiali, można było przecież podciągnąć pod drobne, nieszkodliwe żarty. Głupie zaczepki. Niewinne przekomarzanie się. Nic, co wymagałoby później większej analizy. Oboje o tym wiedzieli. Chyba.
Tak naprawdę Zaylee miała budyń w głowie i nie wiedziała kompletnie nic. Nie wiedziała, co robi, co mówi ani przede wszystkim, dlaczego nagle tak bardzo interesowało ją to, jak blisko znajdowała się Francis. Przecież była mądra. Była wykształcona. Skończyła medycynę z drugim, najlepszym wynikiem na roku. Oczywiście, że z drugim. Zawsze musiał być ktoś lepszy.
A teraz wystarczyło jedno spojrzenie Garndera, żeby cały ten imponujący dorobek intelektualny Miller poszedł się jebać sobie na spacer.
Na bokserki z Patrickiem zareagowała krótkim parsknięciem, które po chwili przemieniło się w szeroki uśmiech. To nie mógł być przypadek. Specjalnie ubrał ją w takie ze SpongeBobem, żeby mogli być do siebie idealnie dopasowani. Nie miała jednak pojęcia, czy dobrze wyglądała w jego ciuchach. No dobrze, zawsze wyglądała zajebiście, ale wciskając na siebie dres nie pomyślała o tym, żeby zerknąć w lustro. Czuła jednak, że zarówno spodnie, jak i bluza są o wiele za duże, a ona mogłaby w nich utonąć.
Siedząc na kanapie, a właściwie leżąc w miękkich poduchach, próbowała skupić się na dokumencie, ale umykała jej każda kwestia wypowiedziana przez rodziny zamordowanych nastolatków. Za to przyswajała wszystko, o czym mówił jej Frank.
Biedna, mała Jane Doe była szprycowana psychotropami o działaniu nasennym. Już podczas sekcji Miller zaznaczyła w raporcie, że dziewczynka była wykorzystywana seksualnie. Wielokrotnie. Właściwie wiedziała o tym już w momencie, kiedy znaleźli ją nad jeziorem w dystrykcie Muskoka. Do ostatniej chwili łudziła się, że to nieprawda, ale jak zwykle musiała mieć rację. W takich momentach naprawdę żałowała, że była tak nieomylna.
Co sugerujesz? — spojrzała na niego znad szklanki z whisky, którą opróżniła jednym duszkiem. Przez to wszystko zaschło jej w gardle, a żołądek wykonał niezbyt przyjemny przewrót w tył. — Podejrzewasz, że to może być ktoś, kto ma swobodny dostęp do midazolamu? Lekarz? Pielęgniarz? — rzucała kolejnymi typami. W zasadzie wystarczyło, żeby był to ktoś, kto miał w rodzinie kogoś z medycznego personelu. Albo ktoś, kto zwyczajnie podkradał lek pacjentowi. Możliwości było całkiem sporo, a każda z nich prowadziła do równie paskudnego wniosku.
Wypuściła powietrze przez nos, kiedy Francis podniósł się z kanapy, żeby odebrać domofon i wpuścić dostawcę jedzenia. Bez protestów oddała mu swoją pustą szklankę, ale zamiast grzecznie siedzieć na dupie, poderwała się z miejsca. Trochę zbyt gwałtownie, bo niemal od razu zniosło ją na lewo, a potem na prawo. Przez krótką chwilę wyglądała, jakby prowadziła wyjątkowo nierówną walkę z grawitacją. Ostatecznie udało jej się jednak utrzymać pion i oparła ramię o futrynę, czekając, aż Gardner przejmie od kuriera kebaby.
Dlaczego to sobie robisz? — zapytała, kiedy tylko zamknął za sobą drzwi i odwrócił się w jej stronę. — Dlaczego siedzisz po nocach nad tą sprawą? Masz świadomość, że niczego już nie zmienisz, prawda? Ona nie żyje, Frank. Dorwiemy tego skurwysyna, który to zrobił, ale na pewno nie dzisiaj. Spójrz, jak ja wyglądam — w tym miejscu wskazała na swoją bluzę. A dokładniej na jego bluzę. — Nikt o zdrowych zmysłach nie pozwoliłby mi teraz siedzieć nad protokołem. I popatrz na siebie — kiwnęła głową w stronę jego bokserek wystających spod spodni. — Nikt nie potraktuje cię poważnie. Zjedzmy i pogadajmy o czymkolwiek innym. Za dużo myślisz — powiedziała z naciskiem na ostatnie słowo.
Miller była święcie przekonana, że nadmierne analizowanie śledztwa nie przynosiło oczekiwanych skutków. Nie o tej porze. Nie w środku nocy. I zdecydowanie nie wtedy, kiedy oboje pili whisky, a ona sama ledwo potrafiła ustać prosto. Jeżeli istniał odpowiedni moment na rozwiązanie sprawy morderstwa, to z pewnością nie był nim ten.
Podeszła do niego bliżej i zacisnęła palce na jego koszuli, patrząc mu prosto w oczy. Przez chwilę wyglądała tak, jakby chciała go pocałować. Może nawet sama nie wiedziała, co właściwie zamierzała zrobić. Ostatecznie jednak sięgnęła po papierową torbę z jedzeniem. Umierała z głodu.
Chcesz zobaczyć nowe zdjęcia Sama? — zaproponowała, chociaż nie miała najmniejszego pojęcia, czy widok żywego dziecka jakkolwiek pomoże Garnderowi przestać myśleć o martwej dziewczynce.

Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
ODPOWIEDZ

Wróć do „#22”