Wszystko, co wydarzyło się w Toronto, Adeline na czas wyjazdu chciała zostawić za sobą. To dlatego tak łapczywie pochłaniała spore ilości alkoholu, pilnując, by wirujący w jej oczach świat i przyjemna lekkość nie znikały. O to samo dbała u Zoi.
Kiedy przyjaciółka w oburzeniu rzuciła w nią bluzką, ta na chwilę znieruchomiała, żeby potem zgarnąć z siebie ubranie i ze śmiechem jej odrzucić. Nie trafiła. Bluzka radośnie wylądowała na podłodze obok ciemnowłosej.
Temat Sully’ego i wszystkie poboczne z nim związane, wbrew pozorom nie przynosił jej takiego niepokoju, jaki odczuwała jeszcze w Kanadzie. Alkohol chyba naprawdę czynił cuda i leczył z trosk, co tylko utwierdziło ją w przekonaniu, żeby nie przestawać go dostarczać do organizmu.
—
Nigdy nie ukrywał się z tym, że zależy mu na tym, żebym wyszła dobrze za mąż. A Sully jest kandydatem idealnym — stwierdziła, ściągając nieco brwi w zastanowieniu, czy Hartley w ogóle posiadał jakieś wady? Z punktu widzenia jej ojca mężczyzna miał wszystko, czego potrzebował partner jego córki, więc “nie powinna nawet się zastanawiać”.
Nie zatrzymała swoich myśli na tym dłużej, bo zaraz wkradł się w nie Ree. Szczerze mówiąc, nie zastanawiała się nad tym, czy jego wybuch wynikał z czystej troski. Ciężko było go zrozumieć.
—
On i martwić się? Nie odzywał się do mnie przez dobre półtora roku, a teraz będzie mi mówił, jak mam żyć? Po moim trupie — przewróciła oczami. W tej chwili nie próbowała nawet dopuścić do siebie możliwości, że gdzieś tam mógł mieć rację. Może nie łączyły ich więzy krwi, ale oboje byli uparci.
Na żart Zoi z artykułu zmrużyła oczy i wycelowała w nią palcem. —
I tego się trzymajmy — przytaknęła jej, ostatecznie uśmiechając się do niej w rozbawieniu. Mleko się rozlało, pozostało im tylko dobrze się zabawić.
Uważniejsze spojrzenie dziewczyny, gdy ruda zadała jej niby lekkie pytanie podszyte troską, dało jej do zrozumienia, że w Zoi tkwiły emocje, o których nie chciała mówić. I Ade jak najbardziej to szanowała, nie chcąc naciskać na zwierzenia. Słuchała z uwagą jej opowieści o przystojnym mężczyźnie, który zawrócił jej w głowie, jej nastawieniu na dziecko i druzgocących informacjach, które zakończyły znajomość, starając się nie dopytywać o dupka, który nawet za nią nie wyszedł.
Gdy były już praktycznie gotowe, wzięła do ręki butelkę wina, której zawartość pozostawiała już wiele do życzenia, w głowie odnotowując, że musiały po drodze coś dokupić.
—
Okej. Wypijmy w takim razie za n o w e niepotrzebne znajomości. To, co się dzieje w Misano, pozostaje w Misano! — wzniosła toast z rosnącą w niej ekscytacją na to, co może przynieść im ten weekend.
Ulice Misano należały do nich.
Ade, krocząc w wysokich sandałkach po nierównym brukowanym chodniku, dumnie unosiła brodę wysoko, raz po raz spoglądając z filuternym uśmiechem na mijanych przystojnych Włochów, którzy śmiali się do nich wesoło i kiwali głowami. Niektórzy nawet zabawnie wykrzykiwali do nich
Ciao, bella i chyba inne podobne zwroty, których rudowłosa nie rozumiała, ale to wcale nie przeszkadzało jej, żeby im odmachiwać czy posyłać buziaki.
Podobnie było w każdym lokalu, do którego trafiały. Ade pozwalała się podrywać samcom i uśmiechać uroczo w zamian za drinki, które co chwila znikały w jej ustach.
W pewnym momencie roześmiane, idąc promenadą, zaczęły wyśpiewywać piosenkę podsłyszaną gdzieś w lokalu po drodze, a Ada wtórowała Zoi, z ogromnym oddaniem robiąc użytek ze swoich strun głosowych. W kółko powtarzane te same zwroty w końcu zmęczyły ją, toteż pociągnęła kolejnego łyka wina i podała butelkę najlepszej psiapsi pod słońcem. Świat jej przyjemnie wirował, ale jej szpilki co i rusz wpadały między płyty chodnika, dlatego ostatecznie otoczyła ramieniem Zoyę, by odrobinę się na niej wesprzeć. W duchu tłumaczyła sobie, że tak po prostu było bezpieczniej.
—
Felicita, tata taaa ta taaa taa, ta ta ta taaa ta, felicita! — zaczęła wyśpiewywać z zapałem to, co wpadło jej do głowy, mimo że z tej piosenki znała ledwie jedno słowo, wyrzucając wolną dłoń w powietrze i niemal uderzając przechodnia, który próbował je wyminąć.
Na burknięcie pod nosem czegoś, co brzmiało jak niezbyt pochlebny epitet, zaraz przerażona przyciągnęła dłoń do swojego dekoltu i krzyknęła niczym wystraszony kotek
przepraszam, po czym obejrzała się na Zoyę. Widząc malujące się na jej twarzy przestrach i niezręczność, kąciki ust Ade zadrżały, aż w końcu zakryła twarz ustami i ryknęła niepohamowanym śmiechem.
Wtedy kątem oka dostrzegła ciekawie wyglądający posąg, jak przypuszczała, greckiego boga, i oczy jej się zaświeciły.
—
Ej, Zoya, zrób mi z nim zdjęcie! — zażądała i pociągnęła przyjaciółkę na róg ulicy. Była tak skupiona na obiekcie, że ledwie zwróciła uwagę na drogę, po której co chwila przejeżdżały auta i vespy, po prostu się między nimi ze śmiechem przemykając.
Rzeźba z bliska wyglądała jeszcze bardziej dostojnie i tworzyła klimat, który Ade m u s i a ł a uwiecznić. Dlatego zupełnie nie zważając na przechodniów, którzy kręcili się co chwila w pobliżu, a także na klientów restauracji, przy której posąg stał, pospiesznie wyciągnęła telefon ze swojej malutkiej torebki i podała go z przebiegłym uśmieszkiem Zoi.
Z każdą kolejną fotą zmieniała pozę, coraz śmielej poczynając sobie z przystojnym bogiem, aż w końcu weszła do niego na podest, na którym stał i zawiesiła się na nim z nogą w górze, wysuwając język.
Nie była pewna, czy to przez cieniutkie szpilki, czy podmuch letniego wiatru
bo przecież nie alkohol, ale nagle straciła równowagę i krzyknęła, osuwając się do tyłu. W ostatniej chwili złapała za szyję delikwenta, a biodro obiła o jego bok. Wtedy też usłyszała dziwne chrupnięcie, by w następnej sekundzie coś z głuchym łoskotem upadło jej pod nogi. Drobinki tego
czegoś rozprysnęły się, zderzając z jej stopami, na co syknęła.
Momentalnie wyprostowała się i spojrzała pod nogi, by przekonać się, że to była… ręka. Dłoń z częścią przedramienia i rozsypanymi tu i ówdzie połamanymi palcami. Wstrzymała powietrze w przerażeniu i obejrzała się za siebie. Grecki bóg nie był już boski, a… wybrakowany.
Zamarła w miejscu i popatrzyła na Zoyę, a w jej oczach malowało się jedno ogromne:
O CHOLERA. Zaraz jej uwagę odwróciły krzyki dochodzące z pobliskiej restauracji i wymachujących nerwowo dwóch kelnerów, a jej serce podskoczyło do gardła.
—
Uciekamy! — krzyknęła i bez zastanowienia zeskoczyła z posągu, żeby rzucić się przed siebie. Byle gdzie, byle jak najdalej z miejsca zdarzenia!
partner in crime