Wiadomość od przełożonego przyszła nieoczekiwanie, bez żadnej fanfary, jakby była kolejnym nieważnym tematem do odhaczenia na liście. Takich otrzymywał wiele. Nie był jednak pewien, czy tym razem ktoś się nie pomylił. Ruszył do jego biura bez żadnych oczekiwań. Po drodze minął kilka znajomych twarzy, z którymi zamienił kilka słów i szybko się pożegnał. Rolety na drzwiach zaszeleściły, gdy wszedł do środka. Sierżant wręczył mu teczkę przez biurko, nie patrząc nawet w jego stronę, będąc zajętym czymś innym na ekranie komputera.
–
Sprawa Celeste Williams. Śledztwo rozpoczęte trzy tygodnie temu. Poprzedni detektyw odszedł z departamentu, więc wróciła na półkę do przydzielenia. Teraz jest twoja. Dobrej zabawy – wyrzucił z siebie wyćwiczoną formułkę, irytująco znużonym głosem i zaraz po tym pomachał ręką, dając Cree do zrozumienia, że może już sobie pójść. Detektyw zacisnął mimowolnie szczękę, ale nic nie powiedział.
To było tyle. Żadnego kontekstu, żadnego ostrzeżenia, żadnej wskazówki, dlaczego akurat ta sprawa, akurat teraz, akurat jemu. Detektyw niepospiesznie przejął teczkę, krótko podziękował i skierował się do wyjścia z pomieszczenia z tym dziwnym, nieprzyjemnym uczuciem, które zawsze towarzyszyło mu, gdy coś wydawało się zbyt gładkie, zbyt pozbawione emocji ze strony ludzi, którzy powinni mieć jakąś opinię na dany temat.
Zanim jeszcze na dobre zapoznał się z aktami, spróbował poszperać wśród ludzi, którzy mogliby coś o tym wiedzieć. Zaczepił jednego z techników kryminalnych na korytarzu, zadał kilka niewinnych pytań o sprawę tej całej Williams. Mężczyzna wzruszył tylko ramionami, mrucząc coś o tym, że nie pamięta szczegółów, że to było dawno, że lepiej zapytać kogoś innego. Dawno? Nie minął jeszcze miesiąc. Nie drążył jednak tematu. Wrócił pomiędzy boksy na open space'ie i ruszył w stronę biurka wskazanej mu osoby. Ten
ktoś inny okazał się równie niepomocny. Kolejna funkcjonariuszka odpowiedziała mu wymijająco, zerkając przy tym nerwowo w stronę biura kierownictwa, jakby sama rozmowa o tej sprawie była czymś ryzykownym. Po czwartej takiej odpowiedzi Bellerose zrozumiał, że wcale nie miał do czynienia z plagą grupowej amnezji. Sprawa kobiety należała do tych, które robiły się głośne w mediach, pozwalając sępom się najeść, ale w samym śledztwie stawały się gorącym ziemniakiem – czymś, czym nikt nie chciał zajmować się dłużej, niż było to konieczne, z obawy, że poparzy sobie palce.
Kiedy w końcu usiadł z raportem przy swoim biurku, doznał czegoś w rodzaju cichego szoku. Przekartkował go raz. Potem drugi, jakby liczył na to, że strony same się uzupełnią. Dokument, który powinien być fundamentem całego śledztwa, okazał się cienki, niepełny, poszatkowany fragmentami wyciętymi najwyraźniej na życzenie prawników. Znalazł tam dane samej Celeste Williams, informacje o tym, w jaki sposób była powiązana z ofiarą – niejakim Mitchellem Howardem – oraz raport z sekcji zwłok, który nie wnosił absolutnie nic nowego poza suchym stwierdzeniem oczywistej przyczyny zgonu. Reszta? Białe plamy, zamazane akapity, brakujące strony, których numeracja sugerowała, że kiedyś się tam znajdowały.
Poczuł, jak narasta w nim rezygnacja. Powiedzieć, że nie był zadowolony, że ta bomba z krótkim lontem trafiła w jego ręce, byłoby sporym niedoszacowaniem. Oparł łokcie o biurko, zakrywając twarz dłońmi na dłuższą chwilę, próbując poukładać sobie w głowie, od czego w ogóle zacząć. Ciało dawno pochowane albo skremowane – nie miał pojęcia, bo nawet tej informacji nie było w aktach. Miejsce zdarzenia oddano właścicielce zaledwie dwa dni po incydencie, co samo w sobie było absurdalnie szybkie jak na sprawę tej wagi. Pozostawało mu więc dokładnie jedno źródło informacji – ten okaleczony do granic papier, który swoją użytecznością niewiele wnosił do sprawy – oraz niepewna droga do przodu, po którą naprawdę nie chciał w tym momencie sięgać.
Rozmowa w cztery oczy z Celeste Williams.
Nie cieszył się z tej perspektywy. Czuł ten znajomy, ciężki rodzaj apatii, jaka towarzyszyła mu zawsze, gdy trafiał na sprawę już z góry skazaną na porażkę, jeszcze zanim zdążył zadać pierwsze pytanie jakiemukolwiek świadkowi. Ktoś wcześniej zadbał o to, żeby ta historia nigdy nie została w pełni opowiedziana. Kimkolwiek był, zrobił to cholernie skutecznie. To przebudziło w nim już dawno wygaszoną złość – tę samą, która kiedyś pchnęła go do tej roboty. Nie przepadał za ludźmi przekonanymi, że pieniądze i znajomości potrafią wymazać wydarzenia, które nie pasowały do ich perfekcyjnego życia.
Droga na przedmieścia The Kingsway niemiłosiernie mu się dłużyła – nie ze względu na korki, których o tej porze prawie nie było, ale przez to, jak wiele czasu miał na myślenie. A to, w tym konkretnym przypadku, nie prowadziło do niczego dobrego.
Bębnił palcami o kierownicę na czerwonym świetle, bez rytmu, bez celu — potrzebował, żeby robiły cokolwiek innego, niż tylko zaciskały się w napięciu na skórzanej powierzchni. Zastanawiał się, jak w ogóle zacząć tę rozmowę. Co mógł powiedzieć, a czego zdecydowanie nie powinien? Jak daleko mógł się posunąć, zanim Celeste Williams – albo ktoś z jej otoczenia – wezwie zastępy prawników, którzy ostatecznie zamkną jej usta na resztę przesłuchania. Szczątkowe informacje, jakie zdołał zebrać od przełożonego, od kolegów po fachu, i te nieliczne, na wpół zrozumiałe fragmenty raportu – nic z tego nie tworzyło solidnego gruntu pod nogami. Czuł się, jakby wchodził do pokoju z zawiązanymi oczami, próbując wyczuć ściany rękami, zanim o coś się potknie.
Nie mógł jednak wyjść przed tą kobietą jako ktoś niedoświadczony, niepewny tego, co robi – nawet jeśli, uczciwie mówiąc, w tej konkretnej sprawie dokładnie tak się czuł. Cała ta historia, pozycja Williams, ludzie z jej otoczenia i ogromne pieniądze zamieszane w to przywodziły mu na myśl zaglądanie do gniazda pełnego szerszeni. Jeden zły ruch, jedno niewłaściwie zadane pytanie, i mógł obudzić coś, czego wcale nie chciał doświadczyć na własnej skórze.
Zaparkował samochód w wyznaczonym miejscu przed rezydencją, wysiadł, wziął jeszcze dwa głębokie wdechy, które nie za wiele mu pomogły, zanim ruszył w stronę drzwi, gdzie przycisnął dzwonek. Przedstawił się służbie, która otworzyła mu drzwi bez zadawania pytań, i został zaprowadzony do pomieszczenia, w którym urzędowała pani domu.
Gdy ją zobaczył przy instrumencie, niemal od razu wyłapał kilka szczegółów – sposób, w jaki siedziała, i ten rodzaj kontrolowanego spokoju, który rzadko bywał naturalny. Promieniująca twarz o młodej aparycji, która w żadnym razie nie zdradzała jej prawdziwego wieku. Po chwili złapał jej przeszywające spojrzenie, które sugerowało mu, że ta rozmowa nie będzie należeć do najprostszych.
Nie podszedł bliżej. Nie uśmiechnął się, nie skłonił głowy, nie zdjął z siebie tej ciężkiej aury, z jaką przybył do jej domostwa.
–
Cree Bellerose – przedstawił się krótko i rozejrzał po pomieszczeniu. Rezydencja robiła wrażenie, a sam pokój nie odbiegał przepychem od tego, co już zdążył dostrzec po drodze – wysokie okna, kunsztowne materiały, przestrzeń zaprojektowana tak, żeby onieśmielała każdego, kto tu zawitał.
–
Mój poprzednik przepadł bez śladu – rzucił z lekkim, sarkastycznym humorem w głosie. –
Podobno stwierdził, że praca detektywa to dla niego za dużo i zajmie się czymś bardziej przyziemnym. Składaniem domków dla ptaków, o ile dobrze pamiętam. Niestety, raczej więcej go nie zobaczymy.
Wtedy jeszcze nie zdecydował, czy zamierzał grać dobrego glinę, czy tego mniej przychylnego dla kobiety. Wszystko zależało od tego, jak potoczy się ich rozmowa. Coś jednak przeczuwał, że nie przypadną sobie do gustu. Rzadko się w tej kwestii mylił.
Celeste Williams