32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
I'm a slow car crash in skinny jeans
You can try
But you can't unsee
Bad habits look good on me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

W opanowaniu Quentina było coś cholernie podniecającego. Val lubił go drażnić, to ten sam przypadek co z Theo. Naciskać tak długo, aż wreszcie coś trzaśnie i wypuści na wolność gwałtowne emocje. Jednak z Queen'em było trochę trudniej. Zamykał się w skorupie tak szczelnej, że gdyby Val go nie znał, nie dostrzegłby, że robi na nim wrażenie. Że cokolwiek go rusza. Chwilami nawet, lubił najbardziej właśnie to, że tak trudno było go rozgryźć. I że były momenty, gdy naprawdę nie dawał się sprowokować i skutecznie przejmował kontrolę nad całą przestrzenią, łącznie z nim. To było imponujące. Zderzyć się z pożarem, a potem objąć go ramionami i zdusić do równo płonącego płomienia. Tylko dla niego.
Val rozumiał ten mechanizm. Jego fascynację, swoją fascynację. Ich potrzeby i swoje. Cały ten impas. Rozumiał więcej niż po sobie pokazywał, bo wygodniej było wybierać łatwiejsze wyjście. I tym był dla niego seks - prostą drogą do satysfakcji tam, gdzie była zagrożona. A teraz była. W jego mniemaniu.
Chwycony za kark, zacisnął mocniej palce na jego fiucie. Mógłby na jajach, ale nie chciał zrobić mu krzywdy. Nigdy by tego nie zrobił. Prowokacje miały swoje granice. Poza tym, zajebiście dobrze było czuć, jak mimo wszystko, mimo tego poważnego, zimnego tonu, tam na dole jest gorący i twardy.
Och, skończ z tą terapeutyczną gadką - wywrócił oczami, a potem potarł go przez spodnie, skupiając spojrzenie na ustach, jakby dla niego rozmowa już się skończyła i zamierzał przejść do przyjemniejszy rzeczy. Queen był jednak niewzruszony. Wwiercał w niego to swoje intensywnie błękitne spojrzenie, zaglądając mu w duszę przez wszystkie warstwy dusznego pożądania. Tam, gdzie mieszkało w Valentinie to bezbronne coś, co chronił przed światem, a często nawet przed nimi.
Ale Val nie chciał ustąpić. Zamruczał, nie kryjąc satysfakcji, gdy wyczuł ruch, na potwierdzenie gorącego wyznania.
Przysunął się bliżej.
Więc skończ pierdolić i zrób to, na co masz ochotę - wszedł mu w słowo z tą samą brawurą i bezczelnością z jaką sięgał w życiu po wszystko, czego chciał. Nie zamierzał rozmawiać o tym, co komu wystarczało i jak widzieli miłość. Pieprzyć to wszystko. Był pewien, że kiedy się spuszczą, rzeczywistość wyda się prostsza, piękniejsza i łatwiejsza do udźwignięcia.
Nie spodziewał się jednak gwałtownej reakcji, dlatego dał się podejść. Queen bardzo szybko przypomniał mu, że jest od niego silniejszy i przeszedł policyjne szkolenie. A na pewno to, że powinien wreszcie iść na siłownię, jeśli nie chciał żeby chłopcy traktowali go jak cherlawego szczeniaka. Którym niestety był.
Sapnął, szarpiąc się tylko trochę. Musiał przyznać, że znalezienie się w tej pozycji trochę go bawiło. No i było całkiem podniecające.
No już już, panie władzo. Będę grzeczny.
Queen musiał wiedzieć, że kiedy Val tak mówi, to będzie zupełnie odwrotnie, ale o dziwo nie szarpał się prawie wcale. Pochylił jedynie głowę, wystawiając kark na pieszczotę ust i wcisnął mu tyłek w biodra, podpierając się o blat wolną ręką.
Miłość zawsze jest egoistyczna - mruknął, przez chwilę jeszcze spięty i wkurzony. Wyglądało na to, że Queen mu jednak nie odpuści. Jakby naprawdę nie mógł zostawić tego w spokoju.
Val westchnął ciężko i prostując się, przylgnął do jego ciała. Wolną dłoń na moment zanurzył w perfekcyjnie ułożonej fryzurze, burząc ją bez grama wyrzutów sumienia.
Puść - powiedział na tyle miękko, by uwierzył i puścił. Przecież nie zamierzał się z nim szarpać.
O co ci dzisiaj chodzi? - zapytał, odwracając się i patrząc mu prosto w oczy, nie próbując go już ani sprowokować ani uwieść. Nie był skończonym dupkiem i wyczuwał granice, kiedy do nich docierał.
Masz wszystko, Queen. Obaj macie. Możecie się, kurwa, zadowalać całym mną. – Rozłożył ramiona, pokazując swoją zajebistość. - Kiedy chcecie, jak chcecie. Jestem na każde zawołanie. Cokolwiek by się działo, będę przy was. Mieszkam z wami. Staram się być obecny, jak tylko mogę. Głaszczę was po główkach jak wam smutno, masuje stopy, planuję wspólne wypady. Kurwa, odkąd jesteśmy razem, chłopaki z Reliq rzygają już moimi kawałkami o miłości. A ty sugerujesz, że mylę pieprzenie z miłością?
Pokręcił głową, bo nie rozumiał skąd mu się to wzięło. Ale olśnienie przyszło szybko, w końcu nie był idiotą.
Co, chodzi o to, że zamiast gadać wolę się ruchać? Bo jestem, kurwa, zmęczony, Queen. Bo to wałkowanie ciągle tego samego. Nie chcę, rzygam tym. Gadka nic nie zmieni, a tak przynajmniej wszystkim jest dobrze. Już nie rób ze mnie takiego nieczułego potwora. Ja pierdole. - Przetarł oczy, starając się zdusić w sobie irytację, bo gdyby znów dał jej dojść do głosu, Queen zamiast rozmowy czy nawet ruchania, miałby zatrzaśnięte za nim drzwi.

Quentin Emerson
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
36 y/o
For good luck!
182 cm
psychoterapeuta prywatny gabinet
Awatar użytkownika
Your limits are my starting point.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wszystkim, co robił, Valentin tak naprawdę potwierdził trafność surowej i bezpośredniej diagnozy. Uciekał przed wątpliwościami w przyjemność. Szukał potwierdzenia tam, gdzie nie mógł go znaleźć, a potem irytował się, gdy seks okazywał się niewystarczający, używał go jak wymówki i broni. Quentin wiedział jednak, że człowieka nie da się zmienić, jeśli ten sam tego nie chce.
Kochał jego ogień, ale czasem Vega sam się w nim spalał.
Nie dał się sprowokować, choć podobało mu się, że z każdą chwilą kochanek stawał się coraz bardziej śmiały i bezczelny. Czasem chciał sprawdzić, jak daleko ten był się w stanie posunąć, by wywołać reakcję. Zachował poważny wyraz twarzy, by jeszcze bardziej podsycić emocje. Taksował go wzrokiem z wyższością, jakby wcale jednocześnie nie wciskał mu kutasa w dłoń.
Był jak ćpun, który potrzebował coraz większej dawki. Może tak kochał skrajności, bo zwyczajność przestała mu już wystarczać? Bo uodpornił się tak bardzo na emocje, że tylko silne bodźce potrafiły go jeszcze poruszyć?
Skończył tę niebezpieczną zabawę, unieruchamiając Valentina przy stole.
Uśmiechnął się z przekąsem, bo przecież oboje wiedzieli, że Vega nigdy nie był grzeczny. Trzymał go pewnie, ale wykręcał jego dłoń tylko, gdy ten próbował się wyrwać, a i tak robił to z imponującym wyczuciem. Precyzyjnie, bez złości czy agresji. Nie mógł ukryć, jak cholernie mu się to podobało, Vale nie miał jak się bronić. Nie powinien czerpać satysfakcji z sytuacji, w jakiej się znaleźli, ale samo to sprawiło, że zrobił się jeszcze twardszy.
Bo Vega był jego. Nie tej dziewczyny. Bo znowu wszystko było na swoim miejscu.
Prosto byłoby dać mu nauczkę. Pokazać miłość językiem, który Valentin wydawał się doskonale rozumieć. Zalać go nią.
Kto powiedział, że chcę, żebyś był grzeczny? — słowa wyrwały mu się mimowolnie, szorstkie i zachrypnięte, gdy przylgnął do niego ciasno i gwałtownie, a stół cicho zaszurał o podłogę, gdy naparli na niego swoim ciężarem.
Wypuścił go, jednak gdy tylko Vale tego zażądał. Zabrał dłonie i zaraz roztarł mu nadgarstek zupełnie naturalnym gestem. Nie odsunął się jednak i nadal stali naprzeciw siebie tak blisko, że czuł ciepło jego słów na swoich wargach.
I ja tego wszystkiego chcę. Całego ciebie. Na zawsze — podkreślił stanowczo i ze spokojem, patrząc mu prosto w oczy. Pragnął nawet tych jego wybuchów i gwałtownych emocji, dzięki którym czuł, że żyje.
Nie jest dobrze. Milczenie na temat problemu go nie rozwiązuje. Seks nie ratuje związku, nieważne jak bardzo by był udany — wytłumaczył cierpliwie, choć w jego ciele wciąż gromadziło się napięcie i pożądanie. Trzymał je jednak na wodzy, ponieważ ta rozmowa była zbyt ważna. — Przestańmy dyskutować. Poszukajmy rozwiązania. Skoro odróżniasz miłość od seksu, to przecież wiesz, że cię kochamy. Wiesz, że cię kocham, kiedy przygotowuję rano trzy kawy i kiedy idę z tobą na wystawę garażową, chociaż tego nie znoszę, ale z tobą nie jest tak źle. Wiesz, że Theo cię kocha, kiedy dzwoni pijany z imprezy i kiedy gotuje dla nas jedną z tych fancy kolacji — mówił spokojnym, ale dobitnym tonem, mając nadzieję, że w ten sposób uda mu się dotrzeć do Valentina. — Dajemy ci dowody każdego dnia, więc nie mów, że bawimy się w dom. Że jesteś chłopcem do rżnięcia, bo dobrze wiesz, że tak nie jest.
Złapał go za policzki. Docisnął do nich chłodne dłonie, a potem powoli zsunął je na jego szyję.
Naprawdę tego nie widzisz?

Valentin Vega
Beza
whatever you want, bby
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
I'm a slow car crash in skinny jeans
You can try
But you can't unsee
Bad habits look good on me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

- Kurwa, Queen - warknął, pchnięty ciężarem jego ciała. Nie skarżył się. Był zachwycony. Drapieżny uśmiech wykrzywiał mu wargi. Także naprawdę do dupy, że Quentin postanowił jednak zgrywać odpowiedzialnego starego, zamiast pieprzyć się z nim na tym stole, aż wszystko wróci do normy. Przecież obaj wiedzieli, że też tego chce. Zresztą sam to powiedział, więc po co, do cholery, ta cała gadka?
Ale Val nie był dupkiem. No i jeśli czegoś nauczył go ten kolorowy związek, to tego, że nie dało się w nim być kompletnym egoistą i czasem trzeba dać coś od siebie, żeby dostać coś w zamian. Więc mu się wylał w nadziei, że potem Queen skończy pieprzyć i umilą sobie poranek zamiast go pogarszać.
Fajnie było też usłyszeć to “na zawsze”. Zrobiło mu się od tego cieplutko na sercu. Zniecierpliwienie ustąpiło zadowoleniu, którego Val nie próbował ukrywać. Zrobił nawet lekki dziubek i przez chwilę wyglądał jak ucieleśnienie mema ekscytacji, ale Queen musiał ciągnąć dalej i wszystko popsuć, sprawiając że miał ochotę odszczeknąć się, że skoro seks nie ratował związku, to dawno nie byliby już ze sobą. Ale to byłoby naprawdę słabe i krzywdzące, więc ugryzł się w swój niewyparzony język. Sapnął tylko i oblizując dolną wargę, spojrzał w bok.
Problem w tym, że wiedział.
Oczywiście, kurwa, że wiedział.
To o chłopcu do rżnięcia rzucił tylko po to, żeby zabolało. Bo jego bolało i chciał się odgryźć. Ale to nie tak, że nie wierzył w ich miłość albo nie doceniał tego, co robili. Po prostu czuł się jak sekret, a nienawidził udawać. Kiedyś myślał, że z czasem wszystko się zmieni, że pokażą światu środkowy palec, tak jak on robił to odkąd skończył piętnaście lat, bo dorosną do prawdy i tego, że cudze opinie nie miały prawa wpływać na ich związek. Tylko, że nic się nie zmieniało. Mijały lata. Lata, do kurwy nędzy, a oni tkwili w tym samym miejscu.
Queen zmusił go do spojrzenia mu w oczy, a Val się nie opierał, chociaż jego skwaszona mina mówiła sama za siebie. Chwycił za to jego biodra i przycisnął je do siebie.
- Widzę. - Niski, chrapliwy głos zabrzmiał, jak niewyraźny pomruk, ale reszta słów brzmiała już całkiem wyraźnie i mniej marudnie. - Ale nie chcę wiecznie martwić się czy za złapanie was za tyłki w tłumie, albo przelizanie się na imprezie nie wyjedziecie mi z pretensjami. - Złapał sobie za wspomniany tyłek i ścisnął z uczuciem.
Bo w domu przecież mógł.
Miętosił go mówiąc dalej i wcale nie odwracał wzroku. Widział jak za spokojnym błękitem burzy się coś głodnego i egoistycznie chciał to wykorzystać.
- Kurwa, wiem jak jest. Wiem, Queen. To nie jest normalne dla normików i nigdy nie będzie, ale pieprzyć to. - W chrapliwym tonie pojawiła się obietnica anarchii, te same ostre nuty, którymi podrywał do szaleństwa ludzi odi sceną. Teraz sączył słodką truciznę wprost w jego wargi, dociskając do jego bioder wzwiedzionego fiuta. Wiedział, co działało na Queena. Wiedział, że były rzeczy, którym nie potrafił się oprzeć, a jedną z nich była jego brawura. - Chcesz spędzić resztę życia żyjąc pod cudze dyktando? Mógłbyś przekonać Theo, żeby przestał wreszcie zgrywać świętoszka. Jesteś w tym lepszy niż ja. - Przycisnął wargi do linii jego szczęki. Zaczepił ją zębami. Zostawił mokry ślad. - Wtedy niczym nie musielibyśmy się przejmować. Nie musielibyśmy kraść pocałunków ani przekradać się w nocy jak banda szczeniaków na kolonii. - Wsunął dłoń za pasek jego spodni i ścisnął pośladek. - Każdy dotyk byłby właściwy. - Drugą ręką chwycił go za kark, przytrzymując w miejscu. Patrzył na niego jak na wyjątkowo smaczny kąsek, w którym zamierza zatopić zęby. Na te usta, z których miał ochotę wyrwać jęk zamiast tych nudnych, terapeutycznych gadek dla par.
- Mam wszystko prócz pewności, że mogę wszystko - wydyszał, kąsając jego brodę, a potem dolną wargę. Zassał ją i wypuścił z cichym cmoknięciem. Spojrzał mu prosto w oczy. - Daj mi ją, Queen. Wtedy będę prze-kurwa-szczęśliwy.

Quentin Emerson
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#32”