Nie sądziła, że reszta tego dnia – albo raczej część początku nowego, biorąc pod uwagę porę – jakkolwiek ją zaskoczy. Zmierzała do domu z przekonaniem, że po prostu wślizgnie się pod kołdrę i zaśnie. Nic więcej, żadnych rewelacji.
Odwróciła pełne zaskoczenia spojrzenie na niego, gdy się odezwał.
Przez pierwsze kilka sekund po prostu patrzyła, nie wierząc w prawdziwość tych słów. Sądziła, że to żart. Żarty jednak nie pasowały do jego osoby; na pewno nie takie. Zdziwienie ustąpiło lekkiemu uśmiechowi, a ona znalazła wreszcie język w gębie, by mu odpowiedzieć.
Ubiegł ją ze swoimi warunkami i krótką charakterystyką niego samego.
Kąciki jej ust uniosły się ciut wyżej w odpowiedzi.
—
Wiesz, mnie to nie przeszkadza — powiedziała miękko.
W gronie swoich znajomych miała ludzi naprawdę różnych – towarzyskich i tych mniej. Gdy spotykała się z kimś, to zwykle tak, aby było to komfortowe dla obu stron. Potrafiła znaleźć wspólny język niemalże z każdym – jej towarzyskość była bardzo elastyczna.
W przypadku Damona doceniała to, że w ogóle nie odrzucił całkiem jej propozycji i rozpatrywał wariant dalszego spędzenia czasu w jej towarzystwie w ramach świętowania. To było… miłe. I, oczywiście, mogła to być, z cudzej perspektywy, rzecz banalna, a jej reakcja zbyt jaskrawa jak na coś tak symbolicznego. Ale ona zdołała go już trochę poznać i wiedziała, że było to spore wyjście z tego schematu, w którym funkcjonował. W i którym chciał, aby funkcjonowała i ona. Tylko dekoracja.
Samo to wystarczyło, aby poczuła coś zaskakująco bliskiego uldze. Zupełnie tak, jakby przez ostatnie kilka minut naprawdę czekała na jego zgodę, choć przecież jeszcze chwilę wcześniej przekonywała samą siebie, że propozycja była głupia; że wcale nie zależało jej na jej przyjęciu i że najlepszym możliwym zakończeniem tego wieczoru będzie powrót do domu, krótki prysznic i sen.
—
Dziękuję — dodała po chwili, zanim jej rozsądek zdążył podpowiedzieć jej, że mogła już przestać reagować na jego zgodę, jakby właśnie zrobił dla niej coś wyjątkowego.
Ale zrobił.
Nie była jednak do końca pewna, za co właściwie dziękowała mu bardziej. Czy za to, że pojawił się na imprezie, chociaż nie lubił podobnych wydarzeń; że wypił za jej zdrowie i przez kilka godzin znosił ludzi, których obecność sprawiała mu widoczny ból egzystencjalny. Może też za to, że pomógł jej z Lucy, choć nikt od niego tego nie wymagał i mógł po prostu patrzeć, jak sama próbuje przeciągnąć pijaną koleżankę przez dwie przecznice. Czy może właśnie za to, że teraz nie odrzucił jej propozycji.
—
Za dzisiaj — doprecyzowała, wybierając odpowiedź znacznie bezpieczniejszą i bardziej rozległą. Obejmującą wszystko, a jednocześnie niczego niepodkreślającą. —
Wiem, że nie przepadasz za imprezami, ani za ludźmi — wymieniła, a kącik jej ust ponownie drgnął. —
A jednak przyszedłeś. Wiem, że to twój obowiązek, ale pomogłeś mi też z Lucy, chociaż pewnie przez całą drogę zastanawiałeś się, gdzie można ją porzucić.
Wiedziała oczywiście, że prawdopodobnie po prostu wykonywał swoją pracę. Towarzyszył jej, ponieważ miał to robić, obserwował, bo mu za to płacono, a pomógł przyjaciółce być może wyłącznie po to, żeby Maelle nie zrobiła sobie krzywdy, próbując samodzielnie wciągnąć ją po schodach. I prawdopodobnie też przez to, że zwyczajnie chciał już wracać do domu.
Dalszą drogę pokonali głównie w ciszy. Maelle nie próbowała jej wypełniać, choć kilka razy w jej głowie pojawiło się pytanie lub uwaga, którymi normalnie by się podzieliła. Tym razem zatrzymywała je dla siebie, głównie w obawie, że jeśli zacznie mówić za dużo, to Damon przypomni sobie, dlaczego nie lubił ludzi i zdecyduje się wycofać swoją ofertę.
Nie powinno jej na niej aż tak zależeć.
Po wejściu do domu przez moment stała w przedpokoju, zastanawiając się, co właściwie ludzie robili podczas kameralnej kontynuacji urodzin z ochroniarzem, który zastrzegł, że nie był rozmowny ani towarzyski.
—
Możemy usiąść na zewnątrz — zaproponowała, zsuwając buty. Nie czekając na odpowiedź, przeszła do kuchni. Wyciągnęła z lodówki butelkę alkoholu, szklanki i dobrała sok. Do tego znalazła paczkę chipsów, jakieś krakersy i pudełko ciastek. Na raty wyniosła wszystko na taras. Usiadła obok mężczyzny na zewnętrznej sofie, podciągając nogi i okrywając się leżącym tam pledem od pasa w dół.
Jej urodziny powinny wyglądać inaczej. Zawsze wyglądały inaczej, bo niezależnie od tego, gdzie akurat znajdowali się jej rodzice, pamiętali. Zawsze przyjeżdżali. Zawsze byli przy niej.
Spróbowała zepchnąć wspomnienie rodziców na bok i rozlała alkohol do szklanek, które dopełniła sokiem. Podała towarzyszowi wieczoru jedną z nich, drugą ujęła w rękę. Złapała też garść paluszków.
—
Cieszę się, że zostałeś — powiedziała w końcu, zanim zdążyła uznać, że lepiej będzie zachować tę myśl dla siebie. —
To znaczy… że zgodziłeś się jeszcze posiedzieć — poprawiła się. —
Poza tym — odezwała się po chwili, gdy za sobą miała łyk drinka —
skoro tu jesteś to chyba oficjalnie nie możesz już twierdzić, że nie lubisz absolutnie wszystkich ludzi. — Zagryzła alkohol paluszkami. —
Możesz nie lubić prawie wszystkich — dodała wielce łaskawie. —
Jestem gotowa zaakceptować taki kompromis. — Zreflektowała się po chwili i przeczesała nerwowo włosy. —
A, i pamiętaj, że zawsze możesz mi powiedzieć, że mam się zamknąć. Też się mogę dla ciebie poświęcić w ramach wdzięczności.
W podobny sposób, jak on
poświęcał się siedząc tutaj. Z nią.
Damon Tae