ODPOWIEDZ
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
If you're the devil then I will sell you my soul
Just for a moment to show you that I'm yours
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Odetchnął głęboko, ściskając w dłoni krawędź notatnika opartego na zgiętych kolanach. Wpatrywał się w niego, czując w głowie dziwną pustkę. Musiał w końcu oddać pracę, której termin upływał w przyszłym tygodniu. Zawsze był przed czasem, chcąc skupić się na dalszym rozwoju prawniczej kariery. Prokrastynacja nie była w jego stylu, a odnosił wrażenie, że coraz bardziej zwlekał z przyłożeniem się do zadania, myślami odpływając w zupełnie inne rejony.
W stronę jego.
W stronę zaczepnego uśmiechu.
W stronę ogników czających się w znajomych oczach, które zapraszały do zabawy, kusząc.
Uniósł głowę, spoglądając na zielone liście przez które przebijały się promienie słońca. Patrzył przez chwilę na błyszczące refleksy, czując pod drugą dłonią miękką trawę. Lubił jej dotyk, chociaż ktoś kiedyś zarzucił mu, że nigdy jej nie dotknął. W żartach, teraz już to wiedział. Czemu właściwie pamiętał tak nielogiczne elementy swojej przeszłości? Nie były mu potrzebne i nie rzutowały na przyszłości. A jednak tam były, poczynając sobie coraz to śmielej. Ostatnio często pojawiało się wiele pytań, które kwestionowały jego dotychczasowe jestestwo i rzeczywistość, do której był przyzwyczajony.
Wszystko przez niego. Przez tę pewność siebie, niereformowalność, buńczuczność i żywiołowość. To było dla niego nieznane, do tej pory nie znajdował się tak często w towarzystwie osoby, która pozbawiona był alogicznego planu działania, po prostu żyjąc spontanicznie.
Nowość, która przyciągała.
Wziął do ręki pióro wiedząc, że jak tak dalej pójdzie, ta chwila, którą wygospodarował na wypracowanie, odejdzie w zapomnienie, stając się wyjątkowo bezproduktywną.
Skup się, robisz to od zawsze.
Ale zawsze przestało być takie samo od tamtego dnia w uczelnianej auli. Zawsze uległo zmianie odkąd nie pojawił się sam w ulubionej kawiarni. Stało się nowym odkąd poczuł na swojej dłoni delikatny dotyk pozostawiając ślad w pamięci.
Za dużo myślał. Nie powinien. To nie było nic takiego.
Wpatrzył się w białe kartki pozwalając, by dłoń wykonywała znajome ruchu. Umysł nie rejestrował, skupiony na znajomej twarzy, która patrzyła na niego wyzywająco. Na ostro zarysowaną linię żuchwy. Na idealne brwi, pod którymi znajdowały się idealne oczy.
Ocknął się, wracając do rzeczywistości, by uświadomić sobie z zaskoczeniem, że z białej wcześniej kartki patrzył na niego Benjamin, przeniesiony z pamięci.
Cholera.
Przewrócił stronę, rozglądając się przy okazji na około. Dostrzegł w niedalekiej odległości samotnie spacerującego mężczyznę. Coś w jego pozie było na tyle interesującego, że Kieran postanowił uwiecznić go na papierze. Tylko po to, by stłumić na chwilę wspomnienia Thallmana. Za dużo go tam było, a to robiło się niebezpieczne. Noc, dzień, ranek, wieczór. Obiad, śniadanie. Nie ważne kiedy, po prostu był odciśnięty w jego głowie. Przerażało go to. Musiał to stłumić, chwilę odpocząć, by przeanalizować na spokojnie.
Co rusz przenosił na papier kolejne linie, nadając szkicowi kształt nieznajomego mężczyzny. Tylko gdzie podział się jego obiekt? Zmarszczył lekko brwi. Nie zarejestrował, kiedy zniknął z jego pola widzenia. Rozczarowujące, mógł być dobrym modelem, bo chociaż sylwetka była, tak bez twarzy była niekompletna. Mógł ją wymyślić, ale jakże kłamliwa byłaby to wizja!
Niespodziewanie poczuł czyjąś obecność, tak różną od tej jednej, do której nawykł. Spiął się, obracając głowę tylko po to, by odnaleźć właściciela beztwarzowej sylwetki, który stał tuż za nim.

Jude Iverson
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

09.


Nie miał sił iść na trening; myśli, uporczywe, natrętne zbierały się w jego głowie podnosząc nierówny jazgot jak przyklejony do gniazda zuchwały rój owadów walczących o to by przetrwać w wierze funkcji i reguł, myśli uporczywe natrętne spieniały się w świadomości, syczały złączone w falę. Czuł, że stracił część siebie; czuł że coś nagle wymknęło się spod kontroli. Mieszkanie, szpital, mieszkanie, szpital, mieszkanie... Rękawiczki sprawiają, że nie jest się winnym krwi - nie trzeba jej przecież zmywać, nie trzeba się z niej tłumaczyć. Miał wrażenie że w chwili gdy postanowił odmienić swoje życie tak naprawdę utracił je bezpowrotnie, sprzedawał je bez szacunku, bez wizji jak rzeczywiście powinna w pełni wyglądać jego przyszłość. Jedyna godna pokazywania wersja musiała być zakleszczona w tej zwięzłej, medycznej rzeczywistości, w zabiegach i procedurach choć w głębi duszy był pewny że n i c już nie będzie w stanie go wyleczyć. To była tylko skorupa. To było tylko przetrwanie. To był jedynie kamuflaż. Powiedz mi, czy naprawdę chcesz pomagać tym ludziom? Czy chciałbyś tak pomóc sobie? Czy boisz się, że w przeciwnym razie zupełnie już się zatracisz? Zrobiło mu się niedobrze. Światło, rozlewane z otwartej rany nieba działało niemal kojąco jak balsam wmasowany obecnie w jego skórę. W parku było dość cicho, zupełnie, jakby pod jego kloszem zniknęła pożoga miasta, jego krzyku, warkotu i pośpiechu który bezustannie napędzał jego krwiobieg. Spacerował w związku z tym snując się niespiesznie jak cień uwikłany pomiędzy słupami rosnących ospale drzew. Spacerował, zaciskając schowane w kieszeni dłonie w rozpaczliwy, agresywny kształt pięści. Rozprostował je wreszcie, czując inny dyskomfort.
Zupełnie
jakby
ktoś teraz
go
obserwował.
Strząsnął z siebie to niedorzeczne wrażenie; nie sądził, żeby okazało się to prawdą, świat w końcu nie obracał się wokół jego osoby. Im jednak bardziej je odrzucał, tym silniej ono wracało, wgryzając się w niego kłami swoich wykrzykników, im silniej pragnął zaprzeczyć tym kątem oka zauważał młodego mężczyznę, który, wpatrzony w krajobraz przed nim nakładał kolejne kompozycje linii w szkicowniku. Było jednak wiele obiektów które mógłby rysować; od roślinności, przez ławki po krzątające się momentami, niknące prędko zwierzęta. Żałosne. Naiwne. Głupie, po prostu głupie. Zawrócił później, planując udać się z powrotem do mieszkania. Postanowił, że sprawdzi, możliwie dyskretnie co tak naprawdę zajęło nieznajomego. Przechodząc obok, okrążył go lekkim łukiem, kotwicząc swoje spojrzenie na majaczącym za jego plecami szkicowniku. Wyglądał na zmieszanego, rozglądał się w obie strony, aż wreszcie skonsternowany obejrzał się za siebie - i spotkał się z jego wzrokiem. Czuł się, jakby oboje zostali przyłapani na czymś czym niekoniecznie chcieli się podzielić. Nie miał dać za wygraną.
- Przestraszyłem cię? - zapytał, nietypowo miękko jak na siebie; nie musiał podnosić głosu, nie w tym miejscu, nie w podobnej otaczającej ich okolicy. Czuł, że napięcie rozciąga się niczym struna, mogąc pokaleczyć mu skórę jeśli tylko nie będzie dość ostrożny. Mógł niemal przyznać że nawet oddech staje się w tym momencie naprężony jak uniesiony ostrzegawczo ogon. Nie próbował podglądać co znajdowało się na stronach notatnika. Nie próbował powiedzieć mu, jakie miał podejrzenia.
- Nie możesz się tak rozpraszać - wytknął tylko, tym razem zaskakująco surowo jakby dawał mu radę którą sam wziął z głębi swoich doświadczeń, dlatego, że nieznajomy właśnie taki się wydawał, rozproszony, obecny tylko częściowo, niepewny siebie i innych. On z kolei przywyknął by działać pomimo całej szarpiącej nim niepewności.
Nauczył się dobrze tłumić.

Kieran Burreau
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
If you're the devil then I will sell you my soul
Just for a moment to show you that I'm yours
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Myśli to była jednak skomplikowana sprawa. Pojawiały się ciągle, co rusz zmieniając kierunek. Wbijały się w umysł, siejąc chaos, by ostatecznie zniknąć, zastąpione innymi. Nie potrafił pochwycić tych, na których zależało mu w tym momencie, przegrywając walkę z obrazami, które nie powinny mieć dla niego żadnego znaczenia. A jednak miały. Znacznie większe, niż chciał przyznać sam przed sobą. Miał znaczenie ten znajomy zapach, który wdzierał się w płuca ilekroć zaciągnął się mocniej w jego obecności. Miało znaczenie brzmienie jego głosu, kiedy tylko otwierał usta by coś do niego powiedzieć. Miało znaczenie wszystko, co mógł przypisać do osoby, która zakorzeniała się równie mocno, jak drzewo, pod którym aktualnie siedział.
Ile jeszcze miał walczyć sam ze sobą?
Kolejne westchnienie wyrwało się z jego płuc, kiedy dotarło do niego, że z referatu dzisiaj nici. Nie napisze żadnego sensownego zdania. Nie chciał układać poszczególnych liter w słowa obawiając się, że ich kolejność nie będzie taka, jakby chciał. Co, jeśli nagle myśli zostaną spisane i światło dzienne ujrzą głęboko skrywane pragnienia? Serce nie powinno mieć prawa głosu. Liczył się umysł i jego racjonalne podejście.
Cholera.
Czy to miało jednak znaczenie, skoro ostatecznie ręka wiedziała czego pragnie i myśli przeniosła obrazem na papier? Jakim sposobem ciało działało wbrew jego woli? Kieran miał wrażenie, że coraz bardziej traci kontrolę do której nawykł. Zawsze miał jasny plan, zawsze grafik, którym podążał każdego dnia. A teraz wszędzie był jedynie chaos. W głowie, w sercu, na papierze.
W porywie napływu emocji, z których tak wiele było czystą nowością, miał ochotę cisnąć notatnikiem przed siebie, zirytowany. Co się z nim działo? nie tak łatwo było wyprowadzić go z równowagi, a tu proszę, wystarczyła chwila, wystarczyło wspomnienie i już czuł się zagubiony na tyle, by dawać się ponieść. Jego ojciec byłby rozczarowany, niemal czuł na sobie to pogardliwe spojrzenie, kiedy dostrzegłby okazaną przez syna słabość.
Niedorzeczne.
Skupienie uwagi na czymś innym powinno pomóc. Nieznajomy mężczyzna okazał się celem idealnym. Przynajmniej na chwilę, bo dość szybko postanowił zniknąć, niczym Potter pod Peleryną Niewidką. Czy naprawdę siły wyższe nie dadzą dzisiaj odpocząć jego głowie, która usilnie broniła do siebie dostępu, przegrywając wiele bitew? Był zmęczony tym wszystkim pewien, że Benjamin nie przeżywał podobnych rozterek. Nie myślał o nim, nie wspominał.
Burreau, ogarnij się, bo znowu tracisz kontrolę.
Napotkanie wzroku modela z niedokończonego szkicu było wystarczające, by ostatecznie wyrzucić z głowy Thallmana. teraz miał poważniejszy problem - został przyłapany i czuł się z tym zwyczajnie źle. Ogarnęło go niepożądane uczucie dyskomfortu.
-Zaskoczyłeś, to wszystko. Zniknąłeś tak nagle i teraz stoisz za moimi plecami. Dość nietypowe. Ludzie zazwyczaj po zniknięciu nie pojawiają się ponownie - stwierdził jeszcze przez chwilę lustrując wzrokiem oczy mężczyzny. Chciał je zapamiętać, by później przenieść na papier.
-Słucham? Nie rozpraszam się. Poza tym, czemu w ogóle mi to mówisz? - lekko zmarszczył brwi, nie rozumiejąc. W jednym momencie nieznajomy przeszedł z miłego do poirytowanego. Dlaczego? - Zdenerwowałem cię czymś? Jeśli chodzi o to, to nie planowałem cię rysować. Po prostu znalazłeś się w polu widzenia - wyjaśnił uważając, że chodziło właśnie o ten drobny szczegół.

Jude Iverson
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Zaskoczył się tym
jak bardzo

był obojętny - fakt że ktoś kogo nie znał, kto go widział podobnie pierwszy raz w swoim życiu ośmielił się przelać kontur jego ciała na medium podatnej kartki, bez pytania i bez prób by go poznać, nie budził w jego wnętrzu najmniejszej dostępnej wiązki emocji, zupełnie jakby w tej chwili mógł dzierżyć wyłącznie popiół, był czysty, czysty, jałowy, bez żadnej waluty gniewu, żadnego brzęku monety błyszczącej się niebezpiecznie irytacji. O wiele bardziej mógł zirytować się - choć przede wszystkim był znacznie bardziej zmęczony tym pojedynczym faktem - jak chłopak go nie rozumiał lub nie chciał zrozumieć słów jakie jeszcze przed chwilą omiatały jego usta. Nie. Nie miał w sobie nic poza samym wyczerpaniem. Tlił się jakby zaraz miał zgasnąć. Nie miał w sobie nic więcej, nie miał dla niego gniewu i nie miał też oburzenia. To dziwne, mógł przyznać nawet, pamiętając dokładnie że kiedyś, gdyby tylko był młodszy chciałby go roznieść w pył, zawsze wściekły jak zwierzę które nauczyło się kąsać aby przetrwać. Tym razem nic w nim nie było. Skarbonka serca jest pusta.
Uśmiechnął się w zamian za to z pewnym politowaniem, potrafił to w nim odszukać, tę naprężoną pod jego skórą niepewność. Był przekonany, że istnieje, że coś miało szansę go złamać, coś miało szansę porządnie nim poruszyć. Potrafił zgadywać ludzi, niuanse zapisane na ich twarzach, w grymasach, w niewielkiej zmarszczkowej linii, w tym wszystkim co mogło zostać zuchwale pominięte. Potrafił, podobnie jak inni pracujący w szpitalu dostrzegać że ktoś się im zwyczajnie nie podoba nosząc w sobie schorzenie jak ukryty ładunek, subtelny i czekający na jeden niezmiernie drastyczny moment - kiedy będzie za późno, aby cokolwiek uratować.
- Tak? A co robią? - wyrzucił przed siebie słowa z odrobinę złośliwym pojawiającym się rozbawieniem. - Jeśli nie umrą, mają w zwyczaju wracać - ludzie zwykle wracają. Są przyzwyczajeni, by wracać. W lokalnym sklepie spotyka się różne twarze, choć część będzie się powtarzać, tak samo, jak powtarza się własny i wtórny refren rutyny. W szpitalu będą pojawiali się pacjenci których kojarzy się już po samym majaczącym w systemie imieniu i nazwisku.
- Nie gadaj bzdur. Nie atakuję cię.
Pouczył go. Ani przez chwilę nie odezwał się tonem który mógł być uznany za zdenerwowany. Był prędzej przede wszystkim poważny, nawet w chwilach gdy z ożywieniem wytykał detale w zdaniach. Wydawał się dobrze bawić, zwyczajnie chciał tutaj być, chciał dalej być w takim miejscu, chciał dalej móc z nim rozmawiać. Chłopak był wygadany i z pewnością podobnie był w stanie jeszcze go zadziwić.
- Chciałem tylko dać radę dotyczącą koncentracji - neutralnie, tak neutralnie jak można obwieścić coś, co w jego własnym odczuciu było oczywiste. Kiedy coś robisz, wykonuj to całym sobą. Wierzył że brak poświęcenia nie tylko wyzwala błędy, co jeszcze odbiera sens zajęciom, sprawiając że stają się wtedy całkowitym, żałosnym marnotrawstwem czasu. Co mogło być dla niego ważniejsze jeśli nie uwaga i precyzja?
- Gdybyś naprawdę zajął się rysowaniem - dodał - wiedziałbyś bardzo dobrze, w którym kierunku idę - nie zakradł się, nie posiadał żadnej wyjątkowej zdolności aby nagle rozpuścić się w przestrzeni. Nie miał zresztą potrzeby aby coś udowadniać. Nie musiał udowadniać, bo wiedział, że się nie myli - fakt, że nieznajomy nie potrafił w pełni zająć się jednym z zainteresowań był dla niego wprost namacalnie oczywisty.
- Mam nadzieję, że to - oznajmił nawet życzliwie - czemu się tak poświęcasz jest warte swego zachodu - w końcu musiało istnieć coś ważnego. Coś co sprawiało że nie umiał pogrążyć się w zajęciu, coś co go podgryzało. Nie chciał znać tych sekretów. Nie mógł tylko być obojętny na to, że istnieją.

Kieran Burreau
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
If you're the devil then I will sell you my soul
Just for a moment to show you that I'm yours
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Odnosił wrażenie, że ostatnimi czasy coraz częściej znajdował się w niebywale dziwnych sytuacjach z udziałem innych, które do tej pory nie miały miejsca. Przebywanie z ludźmi nie było mu obce, chociaż nie łaknął na siłę ich towarzystwa, ograniczając interakcje do minimum, głównie w przypadku, kiedy druga strona nie miała niczego ciekawego do zaoferowania lub obawiała się wdać w dyskusję, którą Kieran zapoczątkował, niemniej przez kilkanaście ostatnich dni przeżył znacznie więcej zderzeń z socjalem, niż przez całe swoje życie. Coś mówiło mu, że winnym tego był Benjamin - zupełnie jakoby swoim pojawieniem się w życiu prawnika otworzył bramę do innego, równoległego wymiaru, w którym Burreau był społeczny. Wprowadził chaos, który pchał blondyna do irracjonalnych decyzji i przemyśleń, nie pozwalając odpocząć. Był pewien, że gdyby nie ta chwila rozproszenia, gdyby tylko zapanował nad skupieniem, nie zostałby przyłapany przez swojego modela z przymusu. Ba, istniało spore prawdopodobieństwo, że zażarcie skrobałby kolejne słowa w referacie, zamiast w ogóle podejmować się rysowania publicznie. Zbyt bardzo dbał o tę tajemnicę, by teraz została wydana. Jedno niewłaściwe spojrzenie, jedna plotka i oczy ojca ponownie zwróciłyby się na niego w ten nieprzychylny sposób, jak miało miejsce zawsze, kiedy Kieran robił coś, co jawnie mu nie odpowiadało.
Nie spuszczał wzroku z mężczyzny. Był przystojny, ze stwierdzeniem tego chłopak nigdy nie miał problemu. Nie peszyło go, kiedy ktoś usilnie na niego patrzył, kiedy jego wzrok krzyżował się ze wzrokiem rozmówcy.
Chyba, że patrzył w jego oczy.
Chciał rozpracować nieznajomego. Dowiedzieć się o nim czegokolwiek, co pomogłoby u na przyszłość z kontaktach międzyludzkich. Ale był oporny. Kieran nie umiał tego jasno określić, ale intuicja podpowiadała mu, że nie był łatwy. Skomplikowany, zdecydowanie, chociaż w inny niż chociażby Thallman sposób.
-Znikają we własnych sprawach, we własnych znajomościach. Zniknięcie jest tu przenośnią, nie traktuj tego dosłownie. Jakie istniało prawdopodobieństwo, że nie staniesz się jedynie krótkim wspomnieniem kolejnego przechodnia? Mijamy takich na ulicach każdego dnia, nie widząc ich już nigdy więcej - odpowiedział, lekko marszcząc brwi. mężczyzna przed nim był dziwny, specyficzny, a w jego spojrzeniu czaiło się tak wiele rzeczy, których Burreau nie rozumiał. Zapewne dlatego nie był w stanie umieścić jeszcze jego twarzy na rysunku, który czekał na dokończenie. Chciał oddać to spojrzenie jak najlepiej, zapamiętując jak najwięcej. Później już nie będzie okazji, bo wbrew wszystkiemu Kieran wierzył, że to przypadkowe spotkanie było jedynym. Chwilą zapomnienia, której sam potrzebował, by na chwilę z głowy wyrzucić twarz, która w myślach mu mieszał.
-Chwilowe rozproszenie. Często dajesz rady nieznajomym? W większości przypadków ludzie zajmują się raczej własnymi sprawami - zauważył, nie przyznając mu otwarcie racji. Tak, stracił koncentrację i obawiał się tego. Obawiał się utraty kontroli, która zaczęła mu umykać, wyzwalając skrywane głęboko emocje. Niepewność, irytację, strach przed nieznanym. - Nie rysowaniem powinienem się zajmować, a referatem. To… tylko skutek uboczny - westchnął po chwili, przeczesując włosy dłonią. Zgadzał się z mężczyzną, przynajmniej w połowie, bo prawda była znacznie bardziej skomplikowana. Przeskakiwał z jednej czynności na drugą, nie umiejąc znaleźć się w żadnej. Jak temu zaradzić? Czemu w ogóle powinien, skoro skupienie i cierpliwość były jego mocnymi stronami?
-To, o którym mówisz, w ogóle nie powinno mieć znaczenia. Nie powinno istnieć. Powinno być, ale nie w mojej głowie. Nie rozumiem tego i chyba to sprawia, że poświęcam na myślenie za dużo czasu - rzucił nie wiedząc, czemu mu to mówi. To chyba ten wzrok, tak bacznie mu się przyglądając, jakby chciał jego duszę odczytać. Może to tylko złudne wrażenie, może nadinterpretacja, ale działało skuteczniej, niż droga terapia, na które chodził. - Skoro nie odszedłeś całkiem, pomóż mi na chwilę zapomnieć. Usiądź i zostań moim modelem do końca, tym razem bez ukradkowego śledzenia - powiedział. Tak będzie o wiele łatwiej dokończyć rysunek, który później miał trafić na płótno. Zawsze tak było, kiedy coś lub ktoś zapadło mu w pamięć.

Jude Iverson
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Coś go ujęło
w tej scenie? w tętniących włóknach emocji? w szczerości która poszybowała spomiędzy ust człowieka, o którym nawet nie wiedział jak brzmiało jego imię? Coś zdążyło go ująć i tylko tego był pewny, trzymał się w związku z tym tego przeświadczenia, kurczowo, aż nie zaczęła omdlewać jego dłoń, trzymał się tamtej myśli, pozwalał by go objęła, aby była w stanie go poruszyć. Wiedział że pod powierzchnią kłębił się jakiś problem, jakaś obawa która rozrosła się naciekając niczym złośliwy guz. Wiedział że coś go trawi chociaż tylko pośrednio zdążył to przy nim przyznać. Tyle mu wystarczyło, nie więcej, nie był na tyle wścibski. Najważniejsze że zmartwienie istniało oraz skutecznie zaprzątało jego myśli. To, jakie konkretnie było, nie miało tutaj znaczenia, gdy znaczenie miała tylko ekspansja którego dokonała, skutecznie odcinając możliwość sprawnego oraz gładkiego doświadczania codzienności. Rytuałów; tego wszystkiego co wcześniej zazwyczaj robił nie musząc błagać samego siebie o chociaż kawałek koncentracji. Liczył się tylko fakt.
- Częściej niż inni ludzie - zgodził się z nim natychmiast. Ktoś mógłby przyznać że stał się przy tym złośliwy ale tak naprawdę nie było to żadną drwiną - było przyznaniem prawdy. Było tym, o czym wiedział, bo ludzie w jego pracy musieli zaufać mu na tyle by zdołać odsłonić słabość. Widział ich w różnych stanach, w ich podatności, w momentach, gdy pojedynczy niewłaściwy ruch ręki trzymającej narzędzie mógł stać się dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Nie lubił o tym myśleć bo było to najzwyczajniej doniosłe oraz pretensjonalne, ale tak przedstawiała się prawda na temat jego zawodu.
- Mówię różnym osobom widzianym pierwszy raz w życiu - wyjaśnił, zaskakująco beztrosko, bez żadnej wdzierającej się pauzy zająknięcia - co wypadałoby zrobić z ich problemem. Jeśli nie posłuchają, może się to źle skończyć - tak właśnie wygląda praca, podpisuj papier i zmierz się z potencjalnym ryzykiem konsekwencji. W tym momencie spoważniał, a jego wzrok i tak zresztą skupiony wydawał się jeszcze bardziej wyostrzyć, wdzierając się w twarz rozmówcy. Nigdy nie był osobą która umie żartować. Każde ze słów które mówił wydawało się być szorstkie, mieć ciężar, jakby przy tym kazało by nie traktować go absolutnie z przymrużeniem oka.
Szkoda że zmartwienie mężczyzny nie powinno istnieć. Może coś sprawiało że starał się je odrzucić, chociaż sam nie pokusił się o nadmierne rozłożenie jego wypowiedzi. Nie szukał żadnych pierwiastków, atomów tego co rzeczywiście mogłoby nim kierować. Był wierny temu co na początku sobie postanowił. Stał dalej w miejscu nie wydając się mieć zamiaru odejść - nie teraz. Stał dalej w miejscu, a słońce przesuwało się opuszkami promieni po osłoniętej figurze jego ciała.
- Niech będzie. Nie mam nic do roboty - odczekał chwilę, po czym zgodził się na otrzymaną propozycję. - Zresztą, masz dobrą rękę i ciekawi mnie, co ci wyjdzie. Studiujesz jakiś kierunek artystyczny? - postanowił delikatnie zapytać. Lubił doświadczać sztuki, a zdanie o referacie zdążyło go naprowadzić że jeszcze nie zakończył edukacji.

Kieran Burreau
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
If you're the devil then I will sell you my soul
Just for a moment to show you that I'm yours
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nowa rzeczywistość działała na niego zgubnie, wiedział o tym. Dryfował po sferach, o których nie miał pojęcia, gubiąc się za każdym razem. Nowości, które oferował świat były w dziwny sposób przytłaczające, a jednak nieświadomie ich łaknął, czerpiąc z nich jak najwięcej. Czy naprawdę tak wiele z tego miało miejsce za sprawą tego buńczucznego muzyka, który dopadł go na uczelnianym korytarzu? Kieran powinien wiedzieć, że jedna osoba nie była w stanie tak gwałtownie zmienić światopoglądu; ostatecznie jego własny był mocno utarty przez tych kilkanaście lat życia w świadomości. A jednak z winy Benjamina kolejne elementy zaczynały się zmieniać - pojawiała się dezorientacja z powodu własnych emocji, zagubienie z powodu myśli i niepewność względem własnych gestów.
Działał na niego zbyt bardzo.
Chciał na chwile oderwać się od burzy szalejącej w ciele chłopaka. Chociaż na moment skupić się na czymś innym, niż zapraszające do gry tęczówki. Dlatego podjął rozmowę z nieznajomym, który zdawał się nie pluć pianą na myśl, że Burreau postanowił go rysować. Niekomfortowe, ale gdy przyrównać to do jednej z rozpraw, wiele rzeczy takimi było. Grunt to umieć sobie z tym poradzić.
Prześledził raz jeszcze jego twarz. Musiał podobać się innym; był pewien, że należał do typu, o którym marzyło wiele kobiet. Czy nie w taki sposób dziewczyny na kampusie opisywały swoje ideały? Ostrzejsze rysy, hipnotyzujące oczy, delikatny cień zaczepnego uśmiechu, który czekał na odpowiedni moment, by wstąpić na usta.
To chciał narysować.
-Interesujące. Zazwyczaj ludzie nie wtrącają się w życie innych, a dawanie rad poniekąd tym jest. Jak wiele razy spotkałeś się z agresją wynikającą z tego tytułu? - spytał, ciekaw. Sam nie doradzał ludziom kiedy nie było to konieczne. Mógł posłużyć radą, gdy został o to poproszony, ale w normalnych dniach nie szukał interakcji z osobami z otoczenia. Poza jedną, ale ta jednak zdawała się pojawiać, by zaraz wymknąć niczym kłąb dymu. - Jesteś psychologiem? Albo doradcą osobistym? Jakimś mówcą motywacyjnym? Adwokatem? - W głowie pojawiały się kolejne myśli. Chciał wiedzieć, czemu wpraszał się radami w życie innych, bo zdawało się, że przychodzi mu to w sposób naturalny i niezwykle lekki. Jakby robił to każdego dnia, testując własne umiejętności na ludziach.
Prześlizgnął się wzrokiem po jego sylwetce. Po każdym załamaniu, na którym materiał ubrania inaczej się układał. Mógł być z siebie dumny, przynajmniej tutaj rysując nie popełnił żadnego błędu. Z daleka nie widział tak wielu szczegółów, ale sylwetka została dobrze odwzorowana. Tylko ta twarz, te emocje. Tu już potrzebował zmniejszenia dystansu, do którego doszło.
-Nie, nie mam niczego wspólnego ze studiami artystycznymi. Studiuję prawo - powiedział, chociaż nie musiał. Nie o to został zapytany, ale z jakiegoś powodu chciał z nim rozmawiać. Lekkość słów połączona z tym, że poznał jego sekret. Był obcy, nie mógł mu zaszkodzić. - To jest, powiedzmy, moim hobby, chociaż nie lubię się dzielić innymi tą informacją. Lubię malować i lubię sztukę, ale w mojej sytuacji jest to trochę nie na miejscu. Nie powinienem mieć na to czasu - dodał, wskazując dłonią, by usiadł na przeciwko niego. Chciał mieć jak najlepszy wgląd na każdą zmarszczkę rysującą się na jego twarzy.

Jude Iverson
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Odkrywał, z biegiem czasu, że bardzo lubi z nim rozmawiać bo łączył w sobie coś co w przypadku innych niezwykle często stawało się przeciwieństwem - był jednocześnie elegancki i obecny, a każde, mówione przez niego słowo nie było żadnym szablonem który od dawna sobie przygotował i zawsze serwował ludziom stając się w tym momencie boleśnie przewidywalny, ciekawił go, bo był bystry i nie bał się mówić tego, co zdążył już w nim wychwycić. Podobał mu się też sposób, w jaki na niego patrzył, czujny, całkowicie skupiony na zadaniu, spokojny, choć przy tym również zupełnie nieobojętny. Wiedział, że było to spojrzenie osoby, jaka naprawdę trafnie pragnęła uchwycić szkic. Nie sądził, że był kimś wartym do wyłuskania z tłumu, nigdy nie rozważał, czy był w jakiś sposób atrakcyjny, wiedział jedynie że czuł się w swoim ciele zwyczajnie komfortowo, akceptował je, jego zalety, wady, ubarwiał je biżuterią i warstwą dobranych ubrań. Możliwe, że nieznajomy wybrał go wyłącznie dlatego że nie miał kogoś innego w zasięgu swojego wzroku. Możliwe. Nie czuł się takim faktem szczególnie pokrzywdzony.
- Często. Pewnie codziennie - wyznał mu, wspominając ile razy pacjenci potrafili podważać jego słowa, ile razy nie wyrażali zgody na operację, po to, aby wykonać ją później w stanie krytycznym bez żadnych rokujących szans na poprawę. - Kimś znacznie gorszym. Nie chcę psuć tej zabawy, dlatego ci nie odpowiem - podsumował zaczepnie. Gdyby zamknął się w tytule chirurga cała rozmowa mogłaby zejść na tor który nie byłby już podobnie ciekawy i pełen od niejasności. Nie, nie był w stanie dać mu tej etykiety. Mogłaby wszystko zniszczyć. Nie byłby już tą samą osobą w jego oczach.
Wysłuchał dalszych słów które mówił. Ostatkiem swoich sił zdążył się nie poruszyć, trwał zawzięcie posłusznie w obranej przez niego pozie. Nie rozumiał skąd tkwiło w nim to parzące nieznośne poczucie winy. Dlaczego sądził że robił coś co było zwyczajnie niewłaściwe? Czy sądził że powinien ograniczyć się jedynie do tego co miało później przynosić mu zarobek? Dlaczego chciał tak się spłycić? Nie rozumiał. Nie umiał tego zrozumieć.
- Bo co? - zapytał wkrótce, wyraźnie tym poruszony. - Bo jako poważny student nie masz prawa zajmować się własnym życiem i tym, co ci się p o d o b a ? - mówił agresywnie, kąśliwie, chcąc przy tym wydobyć prawdę. Nie podejrzewał że jego pytanie uderzało w kilka płaszczyzn, tajemnic, od których nieznajomy próbował się uwolnić - od jego zauroczenia, od emocji które wciąż tliły się pod skórą. Jego wypowiedź była uniwersalna i mimo swojego charakteru, jaki nie wpisał się w tradycyjne ramy uprzejmości, tak naprawdę była podszyta troską i chęcią, aby mu pomóc. Próbował mu coś wyjaśnić, bo sam należał do zawodu który niezwykle łatwo było zaszufladkować i którym niezwykle łatwo było sobie zastąpić osobowość.
- Zejdź na ziemię. Twój przyszły zawód jest tylko częścią tego, kim jesteś.


Kieran Burreau
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
24 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
student prawa, stażysta Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
If you're the devil then I will sell you my soul
Just for a moment to show you that I'm yours
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Rozmowa z kimś, kogo zupełnie nie znał, a kim poruszał wiele tematów nigdy wcześniej nie omawianych była dla Kierana nowością. Kolejną w plątaninie, która pojawiała się w jego życiu, a która okazała się nie być tak straszna, jak mógłby przypuszczać. Miał jednak niejasne wrażenie, że w momencie, w którym pojawiło się po raz pierwszy coś do tej pory nieznanego, domino zostało wprawione w ruch, wywracając kolejne kosteczki. Jak miał to przerwać? Jak zapanować, kiedy nie radził sobie nawet z tym co wcześniej pojawiało się na papierze? Gdyby nagle nie postanowił skupić swojej uwagi na mężczyźnie, którego imienia nie znał, już teraz po raz kolejny rysowałby oczy, w które chciał się wpatrywać, uśmiech, których chciał podziwiać.
Znowu to robisz, skarcił siebie.
Musiał przestać.
-I chociaż notorycznie spotykasz się z negatywnym odbiorem, nadal próbujesz. trochę syzyfowa praca. Dlaczego nie odpuścisz? Bo ktoś pomyśli, że jesteś słaby, rezygnując, cz po prostu sprawia ci to przyjemność? - zainteresował się. Wiele elementów z jego własnej wypowiedzi dotyczyło jego życia. Sam nie lubił się poddawać, a upór nie pozwalał mu rezygnować. Dzięki temu osiągał wyniki, na których mu zależało. Tylko dzięki nim mógł tak naprawdę zadowolić swojego ojca, dla którego nie miał znaczenia sposób, tylko końcowy rezultat. Może dlatego był tak cenionym prawnikiem. Blondyn miał iść jego śladem, ale żeby to osiągnąć, musiał znacznie bardziej poprawić umiejętność odczytywania emocji innych osób. Jak miał wyczuć intencje w sądzie, jeśli nie potrafił powiedzieć, czy ktoś jest zmęczony czy zły?
-Nie wydaje mi się, żeby był ktoś gorszy. Na płatnego zabójcę nie wyglądasz. Coś w twoim spojrzeniu… nie umiem tego jeszcze nazwać, ale coś sprawia, że chociaż wydajesz się zdystansowany, jednak nie potrafiłbyś bezmyślnie odebrać życia. Ale mogę się mylić, czytanie ludzi nie jest jeszcze moją mocną stroną - powiedział lekko, bez cienia zażenowania, że czegoś nie potrafił. Umiał się przyznać do błędu, do własnej niedoskonałości, którą zaszczepiono w nim od najmłodszych lat. Uczył się i któregoś dnia będzie miał pewność, że w każdej potrzebnej mu dziedzinie nie będzie miejsca na pomyłki z jego strony.
Spojrzał na niego, analizując jego twarz. Coś się zmieniło, pojawiła się irytacja, jakby groźniejsza nutka w głosie. Nie rozumiał, co takiego powiedział. Nie uraził go żadnym obraźliwym słowem, a jednak nieznajomy z jakiegoś powodu pozwolił, by w konwersację wkradły się negatywne emocje.
-To są fanaberie, całe to malowanie - powtórzył słowa, które kiedyś w jego stronę wypowiedział jego ojciec, dając jasno do zrozumienia, że Kieran nie miał się tym zajmować. Mógł sztukę podziwiać, ale jej tworzenie zostawić komuś innemu. Przez te wszystkie lata był wychowywany w przeświadczeniu, że malowanie nie miało sensu, chociaż już od kilku lat wykradał się nocami do swojej samotni, by to właśnie w jej zaciszu przelać myśli na płótno. - Nie zawsze robimy to, co nam się podoba. Często robimy rzeczy, które zrobić należy. Nie oczekuję, że to zrozumiesz, bo nawet mnie nie znasz. Ale teraz? Nawet teraz siedzę tutaj, zamiast skupić się na projekcie zaliczeniowym. Nie powiesz mi, że to dojrzałe zachowanie - dodał, lekko na bok głowę przechylając, jak miał w zwyczaju zawsze, kiedy konwersacja z drugą osobą zaczynała go interesować. - Mój zawód opisuje to , kim jestem i jak będę postrzegany. To przez jego pryzmat ludzie będą mnie oceniać - stwierdził, lokując swoje jasne oczy na równie jasnych tęczówkach rozmówcy. Spotkanie dwóch oceanów, gdzie to ten drugi był znacznie bardziej wzburzony.


Jude Iverson
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Może miał rację - bezmyślnie już niekoniecznie. Wierzył, że ten czas zdążył minąć, czas gdy odczuwał niepokój szarpiąc się w ogniwach łańcucha pokarmowego, czas gdy zaciskał zęby aż do przejęcia bólu który wspinał się po gałęziach jego żuchwy, czas kiedy jego ciało stawało się nagle sztywne jak narzędzie gotowe, by go nareszcie użyć i wyprowadzić cios. Nie był już tamtym chłopcem, nawet, gdy jego część wciąż w nim tkwiła jak portret który nie potrafił poddawać się starzeniu, nawet, gdy tamten strach, tamten instynkt, był wciąż napięty pod skórą jak gruba, żeglarska lina. Wspomnienia miał nadal silne. Nie umiał jednak powiedzieć, czy byłby w stanie wpaść w szał, czy byłby w stanie pogrążyć się w tym amoku którego doznawał wcześniej, stając się nim zupełnie odurzony. Agresja kiedyś dawała mu przyjemność, nie dlatego, że mógłby nią kogoś skrzywdzić, a tylko przez wzgląd na wolność, bo gniew był nieskrępowany i brzydził się definicji za każdym razem przejawiając się inaczej. Teraz już był kimś innym, bo ubrał swój gniew w garnitur pełnego wykształcenia.
- Płacą mi za to - powiedział mu w końcu wcześniej. Tylko dlatego głosił tym ludziom rady, nie martwiąc się perspektywą pogardy i dyskusji. Koniec końców to były przecież ich decyzje, to było ich własne życie i mogli go nie szanować, mogli mieć inne zdanie, mogli inaczej zapatrywać się na problem. On również powstrzymał siebie, choć w innym stopniu niż tamten nieznajomy. Odmienił się, przystosował, bo inaczej najpewniej skończyłby w więzieniu. Efekt był taki sam, choć finalnie zachował wciąż wiele swoich cech oraz upodobań. Nie uważał, że czegoś nie wypadało, wręcz przeciwnie, dlatego wzbraniał się przed mówieniem ludziom, gdzie pracuje, bo wtedy wprost machinalnie zostałby sprowadzony do męczennika jaki nie powinien widzieć świata poza potrzebą ratowania innych osób. Miał różne pasje, miał niestabilne życie i nawet, jeśli pogrzebał tamten fragment z dzieciństwa, był wobec siebie w dużej mierze autentyczny. Śmiał się, że tylko z tego powodu jeszcze nie oszalał.
- Ludzie - przeciągnął w ustach to słowo, nawet, jeśli nie wymówił go teraz z oczywistą pogardą - będą na ciebie patrzeć przez pryzmat własnej głupoty, uprzedzeń i jeszcze tego, co obejrzeli niedawno w telewizji. Wiesz... myślę, że takie fanaberie są dużo lepsze niż próba, by przypodobać się osobom, które finalnie i tak pewnie tego nie docenią. Ale wybór jest twój - zakończył całkiem bezbarwnie, bo wybór rzeczywiście należał tylko do niego. Nikt inny nie mógł go zabrać. Prawnicy, podobnie jak lekarze, byli narażeni na różne stereotypy. Prestiż zawodu był czymś okrutnie zgubnym, na czym nikt nie powinien budować uparcie swojej tożsamości. Mógł nawet w każdym z pozorów wydawać się idealny, ale to nie dawało mu gwarancji, że będzie zawsze właściwie odebrany przez społeczeństwo w którym obraca się i żyje. Mógł całe życie być wspaniałym prawnikiem, ale inni i tak będą widzieć nie jego, tylko własne wyobrażenie o tym, jaka powinna być osoba w tym zawodzie. Plotki i przeświadczenia były czasem silniejsze od samej wyraźnej prawdy. Sam o tym zbyt dobrze wiedział, wychowując się w zamkniętej społeczności, gdzie słyszał jadowite uwagi na temat swojej rodziny. Jego matka nie zrobiła nic złego, żyła wciąż swoim życiem i nie szukała nawet żadnej pomocy, mimo, że choroba bezwzględnie pożerała jej ciało. Nawet po nowoczesnym, już skutecznym leczeniu, jej stawy były słabe i zniszczone, a krańce kości uległy po części rozpuszczeniu. Część palców była zbyt krótka i nie miała w sobie najmniejszej symetrycznej elegancji. Jej dłonie nie budziły sympatii.
- Jak wolałbyś później cierpieć? - odezwał się, rozrywając milczenie tym pytaniem. W jego głosie utknęło coś, co stawało się nieostrożne jak pewne niebezpieczeństwo, jak prowokacja, w której sidła próbował go uwikłać. Słowa, które wygłaszał, wydawały się niemal rzuconą otwarcie drwiną, choć nie naśmiewał się tak naprawdę ze studenta, a raczej z prawdy o świecie, którą jeszcze przed chwilą tak gorliwie mu wykładał. Odkrywał, że ostatecznie wszystko i tak sprowadzało się do bólu (jednostki; tłum nie był przenigdy zdolny go odczuwać).
- Dlatego, że stałeś się taki sam? Czy dlatego, że masz odwagę być inny? - drążył dalej. Wolisz być rozszarpany przez siebie czy przez pobliskich ludzi?


Kieran Burreau
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „York Mills Valley Park”