Może miał rację -
bezmyślnie już niekoniecznie. Wierzył, że ten czas zdążył minąć, czas gdy odczuwał niepokój szarpiąc się w ogniwach łańcucha pokarmowego, czas gdy zaciskał zęby aż do przejęcia bólu który wspinał się po gałęziach jego żuchwy, czas kiedy jego ciało stawało się nagle sztywne jak narzędzie gotowe, by go nareszcie użyć i wyprowadzić cios. Nie był już tamtym chłopcem, nawet, gdy jego część wciąż w nim tkwiła jak portret który nie potrafił poddawać się starzeniu, nawet, gdy tamten strach, tamten instynkt, był wciąż napięty pod skórą jak gruba, żeglarska lina. Wspomnienia miał nadal silne. Nie umiał jednak powiedzieć, czy byłby w stanie wpaść w szał, czy byłby w stanie pogrążyć się w tym amoku którego doznawał wcześniej, stając się nim zupełnie odurzony. Agresja kiedyś dawała mu przyjemność, nie dlatego, że mógłby nią kogoś skrzywdzić, a tylko przez wzgląd na wolność, bo gniew był nieskrępowany i brzydził się definicji za każdym razem przejawiając się inaczej. Teraz już był kimś innym, bo ubrał swój gniew w garnitur pełnego wykształcenia.
-
Płacą mi za to - powiedział mu w końcu wcześniej. Tylko dlatego głosił tym ludziom rady, nie martwiąc się perspektywą pogardy i dyskusji. Koniec końców to były przecież ich decyzje, to było ich własne życie i mogli go nie szanować, mogli mieć inne zdanie, mogli inaczej zapatrywać się na problem. On również powstrzymał siebie, choć w innym stopniu niż tamten nieznajomy. Odmienił się, przystosował, bo inaczej najpewniej skończyłby w więzieniu. Efekt był taki sam, choć finalnie zachował wciąż wiele swoich cech oraz upodobań. Nie uważał, że czegoś
nie wypadało, wręcz przeciwnie, dlatego wzbraniał się przed mówieniem ludziom, gdzie pracuje, bo wtedy wprost machinalnie zostałby sprowadzony do męczennika jaki nie powinien widzieć świata poza potrzebą ratowania innych osób. Miał różne pasje, miał niestabilne życie i nawet, jeśli pogrzebał tamten fragment z dzieciństwa, był wobec siebie w dużej mierze autentyczny. Śmiał się, że tylko z tego powodu jeszcze nie oszalał.
-
Ludzie - przeciągnął w ustach to słowo, nawet, jeśli nie wymówił go teraz z oczywistą pogardą -
będą na ciebie patrzeć przez pryzmat własnej głupoty, uprzedzeń i jeszcze tego, co obejrzeli niedawno w telewizji. Wiesz... myślę, że takie fanaberie są dużo lepsze niż próba, by przypodobać się osobom, które finalnie i tak pewnie tego nie docenią. Ale wybór jest twój - zakończył całkiem bezbarwnie, bo wybór rzeczywiście należał tylko do niego. Nikt inny nie mógł go zabrać. Prawnicy, podobnie jak lekarze, byli narażeni na różne stereotypy. Prestiż zawodu był czymś okrutnie zgubnym, na czym nikt nie powinien budować uparcie swojej tożsamości. Mógł nawet w każdym z pozorów wydawać się idealny, ale to nie dawało mu gwarancji, że będzie zawsze właściwie odebrany przez społeczeństwo w którym obraca się i żyje. Mógł całe życie być wspaniałym prawnikiem, ale inni i tak będą widzieć nie jego, tylko własne wyobrażenie o tym, jaka powinna być osoba w tym zawodzie. Plotki i przeświadczenia były czasem silniejsze od samej wyraźnej prawdy. Sam o tym zbyt dobrze wiedział, wychowując się w zamkniętej społeczności, gdzie słyszał jadowite uwagi na temat swojej rodziny. Jego matka nie zrobiła nic złego, żyła wciąż swoim życiem i nie szukała nawet żadnej pomocy, mimo, że choroba bezwzględnie pożerała jej ciało. Nawet po nowoczesnym, już skutecznym leczeniu, jej stawy były słabe i zniszczone, a krańce kości uległy po części rozpuszczeniu. Część palców była zbyt krótka i nie miała w sobie najmniejszej symetrycznej elegancji. Jej dłonie nie budziły sympatii.
-
Jak wolałbyś później cierpieć? - odezwał się, rozrywając milczenie tym pytaniem. W jego głosie utknęło coś, co stawało się nieostrożne jak pewne niebezpieczeństwo, jak prowokacja, w której sidła próbował go uwikłać. Słowa, które wygłaszał, wydawały się niemal rzuconą otwarcie drwiną, choć nie naśmiewał się tak naprawdę ze studenta, a raczej z prawdy o świecie, którą jeszcze przed chwilą tak gorliwie mu wykładał. Odkrywał, że ostatecznie wszystko i tak sprowadzało się do bólu (jednostki; tłum nie był przenigdy zdolny go odczuwać).
-
Dlatego, że stałeś się taki sam? Czy dlatego, że masz odwagę być inny? - drążył dalej. Wolisz być rozszarpany przez siebie czy przez pobliskich ludzi?
Kieran Burreau