ODPOWIEDZ
37 y/o
For good luck!
188 cm
Anastezjolog w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

01.

Noc w North York miała w sobie coś nieprzyjemnie bezosobowego.
O tej porze większość świateł w oknach już dawno zgasła, ruch na ulicach wyraźnie przycichł, a te, które wciąż pozostawały zapalone, należały głównie do miejsc, które z natury rzeczy nie mogły sobie pozwolić na sen. Szpital był jednym z nich. Nawet po wyjściu z budynku Harris wciąż miał wrażenie, że słyszy gdzieś w tle jednostajny szum wentylacji, odległe piknięcia aparatury i głosy ludzi, którzy od kilkunastu godzin nie mieli już siły mówić pełnymi zdaniami.
Nie planował tej zmiany, do tego nie w swoim szpitalu. Miała być krótsza. Właściwie nie miało jej nawet być. Ktoś zachorował, ktoś inny nie mógł przyjechać, anestezjolog na dyżurze gdzieś utknął, a potem nagle okazało się, że jedna godzina przeciągnęła się w dwie, dwie w cztery i zanim Harris naprawdę zdążył się nad tym zastanowić, za oknami zrobiło się zupełnie ciemno.
Teraz wreszcie mógł wrócić do domu.

Stał jeszcze przez chwilę przed wejściem do szpitala, z rękami wsuniętymi w kieszenie kurtki, i patrzył na ulicę. Było chłodno, ale nie na tyle, żeby od razu żałował, że nie zamówił samochodu z budynku. Powietrze wydawało się zresztą całkiem przyjemne po tych wszystkich godzinach spędzonych pod sztucznym światłem i w przesadnie ogrzewanych pomieszczeniach.
 Telefon zawibrował mu w kieszeni. Wyciągnął go, odblokował ekran i otworzył aplikację do zamawiania taksówki. Po chwili jednak ją zamknął. Może najpierw przejdzie się kawałek.
Nie dlatego, że miał na to szczególną ochotę. Po prostu potrzebował kilku minut, podczas których nikt niczego od niego nie będzie chciał. Tylko chodnik pod butami, nocne powietrze i świadomość, że następne kilka godzin nie należy do nikogo poza nim. Ruszył więc przed siebie. Minął szpitalny parking, skręcił w spokojniejszą ulicę i przez pierwsze kilkaset metrów rzeczywiście zaczął się rozluźniać. Ramiona przestały być tak napięte, oddech powoli wrócił do normalnego rytmu. Nawet myśli, które przez większość zmiany przeskakiwały między jednym przypadkiem a drugim, zaczęły wreszcie zwalniać.
I wtedy usłyszał szczeknięcie.
Harris zatrzymał się i przez chwilę stał nieruchomo, nasłuchując. Nic.
 Zmarszczył brwi i zrobił jeszcze kilka kroków.
Drugie szczeknięcie było cichsze, jakby dochodziło gdzieś zza żywopłotu albo z podwórka pomiędzy budynkami. – No świetnie – mruknął pod nosem. Nie miał pojęcia, dlaczego właściwie skręcił w tamtą stronę. Może zwykła ciekawość. Albo instynkt, który przez cały dzień kazał mu reagować na każdy nietypowy dźwięk. A może po prostu o tej porze nocy nie miał już wystarczająco dużo rozsądku, żeby udawać, że nie słyszy.
Obszedł niski żywopłot i wtedy go zobaczył. Pies siedział kilka metrów dalej, przy krawędzi chodnika i nie wyglądał na bezpańskiego. Miał obrożę. Sierść była trochę wilgotna, łapy ubłocone, a smycz – jeśli kiedykolwiek jakąś miał – najwyraźniej zniknęła razem z właścicielem.
Zwierzę spojrzało na Harrisa. Harris spojrzał na zwierzę.
Przez dłuższą chwilę żaden z nich się nie poruszył. – Nie – powiedział w końcu Harris, bardziej do siebie niż do psa. Ale to wystarczyło, żeby pies poderwał się z miejsca i podekscytowany skoczył na niego, błotem z łap zaznaczając ślady na jego spodniach. – Okej, no cześć... – Wymamrotał i przykucnął przy psie, zastanawiając się, co z tym fantem zrobić. Ręką sięgnął po przywieszkę na obroży, na której nie znalazł nic poza jego imieniem. – Triggs? – Zwierzę pomachało zamaszyście ogonem, najwidoczniej rozpoznając swoje imię. – Coś wymyślimy. – Harris wytarł dłonie o spodnie i wstał.
Przez kilkanaście kolejnych minut zorientował się, że wszystkie kliniki weterynaryjne były zamknięte, policja nie była zainteresowana, a Triggs absolutnie nie mógł wrócić do jego świeżo wynajętego mieszkania z zakazem posiadania zwierząt. Jedyną pomocą była czyjaś wzmianka o Straży Pożarnej, w stronę której właśnie się kierował, raz po raz wołając owczarka po imieniu i zachęcając do kontynuowania wspólnego spaceru.
W końcu w oddali zobaczył światło dochodzące z otwartych czerwonych drzwi.


Bunny Carver
jules
This is not the sound of a new man Or crispy realization It's the sound of the unlocking and the lift away
34 y/o
For good luck!
174 cm
gasze pożary i nie tylko
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

02.

Nie no, ja pasuje — Donovan cisnął kartkami na stół, wypuszczając głośno powietrze przez nos i od razu krzyżując ręce na piersi. Minę miał nie tęgą, ale co mu się dziwić, skoro tego wieczoru talia za nic nie chciała z nim współpracować.
No dalej, Jett — Bunny prychnęła pod nosem, spoglądając na niego wymownie. — Nie możesz być wiecznie takim frajerem. Nigdy nie wygrasz, jak nie zaczniesz ryzykować.
Ty ryzykujesz i przegrywasz.
Teraz wygram — odpowiedziała mu praktycznie od razu, przy okazji ładując kilka wyjątkowo suchych paluszków do ust. — Patrz i ucz się… Sprawdzam — sięgnęła po dwa niebieskie żetony i przesunęła je za środek stołu, równając kwotę, jaką ustawił Finnick.
Była trzecia nad ranem i cała czwórka od dobrych trzydziestu minut siedziała w pokoju socjalnym, udając, że ciężko pracują. Roboty mieli od groma, ale ograniczała się ona do umycia wozów i nudnej papierologii, do której nikt nie miał głowy o tej porze. Pewnie wezmą się za to kiedy słońce wzejdzie za horyzontem, a czasu zostanie coraz mniej. Chociaż znając złośliwość losu, akurat jak będą chcieli odrobić się na ostatnią chwilę, akurat wpadnie wezwanie. Zawsze tak było.
Dawaj, mała — rzucił Finnick i uśmiechnął się bezczelnie, przy okazji bujając na krześle tak mocno, że przez moment wyglądał, jakby lada moment miał rozwalić sobie łeb o szafkę tuż za nim. Całe szczęście nic podobnego się nie stało. Bunny przewróciła oczami i jeszcze raz rzuciła okiem na karty, które miała w dłoni. Nie wyglądały źle. Właściwie to zajebiście dobrze, jak na jej.
Finnick jako pierwszy wyłożył swoje na stół, a chłopki dookoła nachylili się, by zobaczyć.
Full house, trzy króle i dwie siódemki — dumnie zaprezentował swój zestaw zestaw, a Donovan zaśmiał się głośno. Był przekonany, że Bunny straci ostatnie żetony, jakie miała do wyłożenia. Jakieś było ich zdziwienie, gdy już po chwili ona wystawiła przed siebie… cztery asy.
O kurwa — rzucił Garry, przyglądający się wszystkiemu z boku, a ona nawet na niego nie spojrzała. Swój wzrok nieustannie miała wbity w kolegę naprzeciwko. Nawet kiedy zerwała się z krzesła, żeby przejąć całą forsę na swoją stronę.
I jeszcze raz powiesz do mnie mała, a ukręcę ci jaja — wtrąciła pieszczotliwie, tym razem to ona uśmiechając się do niego wcale-nie-szczerze. Nienawidziła, kiedy ją tak nazywał. Nawet jeśli był wyższy i większy, bo co to za umniejszanie kobiecie? — Masz szczęście, że D… — nie dokończyła, słysząc, jak jej wypowiedź przerwało szczekanie, dobiegające gdzieś z dołu. — Słyszeliście to? — spojrzała po twarzach kolegów, jednak oni wyglądali na równie zaskoczeni co ona.
Znowu jakiś szczur się tu przybłąkał — Garret jak zwykle uraczył ich własnym zdaniem, które nikogo nie interesowało, a Carver posłała mu jedynie karcące spojrzenie.
Sprawdzę — zadeklarowała się. — Zacznijcie beze mnie — dodała i ruszyła w stronę zejścia. Schodami, chociaż rurę też mieli, ale prawda była taka, że nikt jej nie używał. A już na pewno nie, kiedy sytuacja nie wymagała nagłej mobilizacji.
Ta zdecydowanie nie, biorąc pod uwagę, że oczom Bunny zaraz po zejściu ukazał się pies. Owczarek, który wąchał coś przy jednym z wozów strażackich. Ogon chodził mu na lewo i prawo a do tego miał obrożę, więc wcale ie wyglądał na dzikiego.
A co ty tu robisz, kolego? — rzuciła do psa, jakby miał ją faktycznie zrozumieć i podeszła spokojnie w jego kierunku. — Kto ci pozwolił tu wejść? — kolejne pytanie, które już na zawsze pozostanie bez odpowiedzi. Przykucnęła ostrożnie przy psiaku, po czym wystawiła rękę, żeby mógł ją w pierwszej kolejności obwąchać. Drapnęła go za uchem, a kiedy światło z przysłonił kolejny cień podniosła głowę w górę, dostrzegając mężczyznę.
To twój pies? — spytała już o wiele mniej słodko, jak do dziecka, a bardziej jak do dorosłego człowieka przystało. — Remiza strażacka jest raczej kiepskim miejscem do puszczania wolno psów. Coś mogłoby mu się stać — dodała lekko oschle, ale taka była prawda. Co jakby nagle potrzebowali wyjechać, a on kręcił się pod kołami? Przecież to aż prosiło się o tragedie.
Wstała na równe nogi i zawiesiła spojrzenie na ciemnych oczach mężczyzny, a zaraz jeszcze skrzyżowała ręce na piersi, wyczekując jakiegoś wyjaśnienia. Albo chociaż przeprosin.

Harris L. Morgan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
żaba
wygenerowanych postów i braku inicjatywy
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Fire Station 132”