ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.
Aoife Cavanagh


Przez całą noc nie zmrużyła oka. Co chwilę przekręcała się z boku na bok, raz odkrywając się z kołdry, bo było jej za ciepło, a chwilę później znowu się nią przykrywając, gdy robiło jej się zimno. Kilka razy mocno zaciskała powieki, licząc że tym razem zaśnie. Ostatecznie wpatrywała się w sufit i leżała bez ruchu, jakby samo leżenie miało wystarczyć.
Nie wystarczyło.
Szum wiatraka, który przez większość nocy powinien być jedynie cichym tłem, tej nocy działał jej na nerwy. Jednostajny dźwięk tylko bardziej podkreślał ciszę panującą w mieszkaniu. Otworzyła oczy i przez chwilę patrzyła na obracające się skrzydła, próbując skupić myśli na czymkolwiek innym.
Bezskutecznie.
Żołądek ściskał się jej niemiłosiernie. Nie potrafiła przestać myśleć o tym, co działo się od kilku dni. Co rusz, gdy tylko zamykała oczy, widziała przed sobą komendanta oraz dwóch policjantów z wewnętrznego. Ich pytania. Dokumenty leżące na stole. I własne odpowiedzi, które po raz kolejny musiała układać tak, by miały sens również dla kogoś, kto patrzył na całą sprawę z boku.
Siedziała wtedy cicho, skłonna zrobić wszystko, byle tylko uwierzyli w jej wersję wydarzeń. A jednak wewnętrznie czuła narastającą frustrację, że kolejny raz musiała tłumaczyć się i udowadniać, że naprawdę nie wiedziała nic o brudnych interesach swojego byłego partnera, z którym służyła w Mississauga. Jednocześnie czuła zażenowanie, bo doskonale wiedziała, jak to wszystko wyglądało z ich perspektywy. I w jak niekorzystnym świetle stawiała ją sprawa sprzed dwóch lat.
Właściwie czego oczekiwała? Do przewidzenia było, że temat kiedyś powróci. Skoro Daniel, będąc na warunkowym, zapadł się pod ziemię, logicznym założeniem było, że pierwszą osobą, do której się zwróci, może być właśnie ona. W końcu byli partnerami. Byli też przyjaciółmi.
B y l i.
Zdradziła go. Zdradziła ich przyjaźń w momencie, gdy odłożyła telefon i nie dała mu znać, że planują go zatrzymać. Bo zamiast emocji wybrała praworządność i odznakę. Przysięgała, że będzie stać po stronie prawa. Jak więc miała później spojrzeć w swoje odbicie w lustrze, gdyby zrobiła coś zupełnie innego, niż przysięgała?
Była n a i w n a.
Za bardzo doszukiwała się w dobroci w ludziach. Nieraz już przejechała się na tym, że zbyt łatwo i zbyt szybko obdarzała innych zaufaniem. Tak jak teraz, gdy partner, który niejednokrotnie osłaniał ją i chronił jej życie, okazał się działać pod jej nosem jako brudny gliniarz. Przyjmował łapówki i robił za ochronę niejednego gangstera, który zdecydowanie powinien wylądować za kratkami, a nie być chroniony przez policjanta.
I co jej przyszło za to, że zaufała komuś za bardzo, a ostatecznie wybrała odznakę i prawo?
Nie zabrali jej sierżanta, o którego tak długo walczyła. Nie. Zrobili coś gorszego. Zabrali jej najważniejsze sprawy, ograniczyli ją do rutynowych patroli, jak żółtodzioba, ale przede wszystkim zesłali na czas wyjaśnień do archiwum.
Mamy z tobą problem, Gonzalez. – Tak określił to komendant, składając ogromne dłonie na blacie drewnianego biurka. Chwilę później jego ręce przesunęły się po leżących przed nim dokumentach. Ruch, choć wydawał się spokojny i opanowany, zdradzał bak komfortu zaistniałą sytuacją.
Wyrzucić jej nie mogli. Nie mieli w końcu podstaw ani na tyle twardych dowodów. Bazowali na domysłach, a to nie wystarczało, żeby pozbyć się jej ze stanowiska. Co najwyżej zostały plotki, które co rusz pojawiały się podczas przerwy na kawę w pokoiku socjalnym. Dyskusje milkły w momencie, gdy wchodziła, by nalać sobie kawy.
Nie była pewna, czy w ogóle spała. Wstała, gdy zegar wskazywał kilka minut przed szóstą. Ruch uliczny, choć obecny przez całą dobę, wyraźnie się zwiększył, sugerując, że miasto zaczynało się budzić, a wielu szarych pracowników podobnych do niej ruszało właśnie do pracy.
Nie miała ochoty jeść. Wypiła tylko duszkiem szklankę wody, a później ubrała się w sportowe ubrania, zawiązała sznurówki butów i wyszła pobiegać.
Lato w mieście nie należało do najprzyjemniejszych. Zwłaszcza tutaj, w betonowej dżungli, gdzie każdy skrawek zieleni zastępowano szarą wylewką, a w miejsce drzew stawiano kolejne wieżowce. Nawet jeśli temperatury nie wydawały się szczególnie wysokie, zbite kondygnacje nie przepuszczały tak chętnie powietrza.
Temperatura powoli wzrastała, co Betty czuła w momencie, gdy ciepłe powietrze osiadało na odkrytej skórze jej ramion. Dzisiejszy dzień zapowiadał się ciepło.
Ruszyła rytmicznym krokiem, całkowicie zapominając o rozgrzewce. Później będzie miała więcej zakwasów, ale nie przejmowała się tym. Biegła, stawiając równo krok za krokiem. Greektown charakteryzował się znacznie niższymi budynkami niż inne rejony Toronto. Po drodze mijała liczne greckie restauracje, mniejsze sklepy i lokale usługowe.
Ona jednak biegła przed siebie. Prosto do parku.
Brakowało jej zieleni. Tak jak nieraz brakowało jej rodzinnego Ajax, w którym lato kojarzyło się jej głównie z ogrodem matki i zimną lemoniadą stojącą w karafce na ganku. Z tym spokojem, którego tutaj zawsze było trochę za mało.
Wbiegając do parku, ocieniającego kawałek miasta koronami drzew, ruszyła jedną z tras, którymi biegała odkąd przeniosła się do Toronto. Przez chwilę towarzyszyła jej tylko muzyka i własny, stopniowo coraz cięższy od wysiłku oddech. Aż w pewnym momencie na trasie zetknęła się z kobietą.
Początkowo chciała ją wyminąć. Dopiero gdy zrównała się z nią ramieniem, kątem oka dostrzegła znajomą twarz. Znała przecież tę osobę.
Wyciągnęła słuchawkę z jednego ucha.
Cześć, Aoife – przywitała się z sapnięciem, które jasno sugerowało, że kobieta miała już za sobą kawałek trasy. Zrównała z nią tempo. – Co dzisiaj tak wcześnie? – zapytała, choć to samo pytanie równie dobrze można było zadać jej.
33 y/o
For good luck!
167 cm
pani adwokat w Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
My name is Aoife [ee-fa] which means beauty or radiant in Irish Gaelic.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracji-
postać
autor

Aoife obudziła się jeszcze przed piątą, choć trudno było nazwać to przebudzeniem. Bardziej przypominało to moment, w którym ciało poddawało się zmęczeniu, a umysł uznawał, że dalsza walka ze snem nie miała sensu. Leżała przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w sufit, który w bladym półmroku wydawał się bardziej obcy niż zwykle. Nie potrafiła określić, czy to był już poranek, czy wciąż noc, światło sączące się przez szczelinę w zasłonach było zbyt słabe, by dać jednoznaczną odpowiedź. W końcu wstała, czując pod stopami chłód paneli, który przeszedł po niej jak dreszcz. W kuchni zaparzyła mocną, czarną herbatę, tę samą, która zazwyczaj pomagała jej rozpocząć dzień z odrobiną energii. Tego ranka smakowała jednak nijako, jakby jej kubki smakowe odmówiły współpracy. Usiadła przy stole, trzymając kubek w dłoniach, ale nie pijąc. Patrzyła na ciemny napar, jakby oczekiwała, że coś jej powie, że w jakiś sposób uporządkuje chaos w jej głowie.
Próbowała włączyć radio, licząc na to, że dźwięk zagłuszy myśli, lecz wyłączyła je niemal natychmiast, każdy głos brzmiał zbyt głośno, zbyt natarczywie. Otworzyła okno, ale powietrze było ciężkie, gęste, jakby miasto samo próbowało ją przytłoczyć. Zaczęła chodzić po mieszkaniu, bez celu, jedynie po to, by nie siedzieć w miejscu. Jej kroki odbijały się echem od ścian, przypominając jej, jak puste było to wnętrze o tak wczesnej porze. I wtedy wrócił sen. Ten sam, który dręczył ją od kilku dni. Mężczyzna odwrócony plecami, rozmyte otoczenie, głos szepczący, by go nie dotykała. A ona wyciągająca rękę, łamiąca zakaz, czująca coś, czego nie potrafiła nazwać. To uczucie, intensywne i niepokojące, wróciło z taką siłą, że Aoife musiała oprzeć się o blat, by złapać oddech. Nie wierzyła w symbole ani w metafory, a jednak ten sen zostawiał w niej ślad, jakby był czymś więcej niż tylko wytworem zmęczonego umysłu. Właśnie dlatego zdecydowała się wyjść. Nie chciała po raz kolejny siedzieć w kuchni i analizować czegoś, czego nie rozumiała. Ubierała się szybko, bez zastanowienia, nie patrząc nawet w lustro. Związała włosy w pośpiechu, chwyciła buty i wyszła z mieszkania, zanim zdążyła pomyśleć, czy to ma sens. Potrzebowała ruchu. Potrzebowała poczuć, że jej ciało wciąż reagowało na coś innego niż lęk i niepokój.
Gdy dotarła do parku, poczuła pierwszą ulgę tego dnia. Chłodniejsze powietrze, zapach drzew, szum liści, wszystko to działało na nią kojąco, jakby natura była jedynym miejscem, które nie wymagało od niej odpowiedzi. Ruszyła biegiem, starając się nie myśleć o niczym, skupiając się jedynie na rytmie kroków i własnym oddechu. Przez chwilę wydawało jej się, że sen traci na znaczeniu, że rozpływa się gdzieś w tle. Aż do momentu, gdy na ścieżce zobaczyła Betty. Wtedy echo snu wróciło, nie jako obraz, lecz jako wrażenie, jakby jej podświadomość próbowała zwrócić uwagę na coś, czego Aoife jeszcze nie potrafiła nazwać. Aoife zwolniła odrobinę, jakby sama była zaskoczona tym, że ktoś ją zaczepił o tej porze. Spojrzała na Betty kątem oka, spoconą, zmęczoną, ale z tym charakterystycznym napięciem w ramionach, które zdradzało, że bieg nie był dziś tylko ćwiczeniem. Był ucieczką.
Wiesz, Betty… – zaczęła, zaciągając się powietrzem, które w parku było chłodniejsze niż na ulicach. – Nie mogłam spać. Od kilku dni mam wrażenie, że jak tylko zamknę oczy, to mój mózg zaczyna robić mi jakieś chore przedstawienia. - Jej głos był spokojny, ale nie do końca. Pod spodem kryło się coś, co Betty znała aż za dobrze, napięcie, które nie znikało, nawet gdy człowiek próbował je wypocić. – Miałam sen – dodała po chwili, jakby dopiero teraz zdecydowała się powiedzieć to na głos. – Taki… dziwny. Niepokojący. I chyba przez niego wstałam wcześniej, niż powinnam. Od tygodnia nie mogę przestać o tym myśleć. Ten sen wraca, czasem w innych wersjach, ale zawsze z tym mężczyzną odwróconym plecami. I z tym głosem. I z tym uczuciem, którego nie potrafię nazwać. – Westchnęła ciężko. – Zastanawiam się, czy to coś znaczy. Czy to jest o kimś konkretnym. O kimś, kogo znam.
Przez chwilę Aoife biegła w milczeniu, jakby zastanawiała się, czy powiedzieć coś jeszcze ale zdecydowała przeciw. Spojrzała na Betty z lekkim uśmiechem, choć w jej oczach wciąż czaił się cień niepokoju. - A ty?- zapytała bez pytajnika, bo nie potrzebowała go, by wyrazić troskę. – Co cię tu przygnało o szóstej rano, Betty Gonzalez?


Beatriz Gonzalez
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Aoife Cavanagh


Czy to w ogóle było możliwe, żeby Toronto nagle okazało się tak ciasne, że brakowało w nim tchu? Czy miasto, które każdego dnia przyjmowało pod swoje skrzydła setki tysięcy ludzi, potrafiło z jakiegoś powodu stać się przytłaczające do tego stopnia, że człowiek zaczynał czuć się w nim jak zamknięty w zbyt małym pomieszczeniu? Jeszcze niedawno jego rozmiar dawał poczucie anonimowości. Dawał możliwość rozpłynięcia się w tłumie, zniknięcia pomiędzy obcymi twarzami, ulicami, budynkami i światłami. Teraz miała wrażenie, jakby wszystko to skurczyło się w brutalny sposób, zaciskając się wokół niej i odbierając możliwość swobodnego wypełnienia płuc powietrzem.
Może to był stres. Może zwyczajna panika, której nie potrafiła już rozdzielić od własnych myśli. A może bezsilność, która rozgościła się w niej zbyt wygodnie i nie zamierzała odejść. Ta najgorsza, odbierająca człowiekowi możliwość działania, kiedy doskonale wie, że powinien coś zrobić, ale jednocześnie nie ma pojęcia, od czego zacząć. Bezczynność zabijała Beatriz z każdą kolejną godziną. Wżerała się w nią powoli, zatruwając wszystko, co jeszcze próbowała utrzymać pod kontrolą. Ścisk w żołądku był niemal stały, dokuczliwy i uporczywy, a myśli nie potrafiły znaleźć sobie miejsca. Zamiast odpoczywać, krążyły bez końca wokół jednego zdania, jednej sytuacji, jednego momentu, którego nie była w stanie od siebie odsunąć.
Mamy z tobą problem, Gonzalez.
Raptem kilka słów. Nic szczególnie długiego. Nic, co samo w sobie powinno mieć taką siłę. A jednak wystarczyło, żeby odcisnęły się boleśnie w jej pamięci i zaczęły wracać do niej zawsze wtedy, gdy zapadała noc, kiedy mieszkanie cichło, a ona zostawała sam na sam z własnymi myślami. W takich chwilach ten głos wydawał się jeszcze wyraźniejszy. Spokojny, chłodny i pozbawiony jakichkolwiek emocji. Wracał dokładnie w tej samej tonacji, jakby ktoś nieustannie odtwarzał go gdzieś z tyłu jej głowy. Nie pomagało zmęczenie. Nie pomagała muzyka. Nie pomagało nawet świadome przerzucanie uwagi na coś zupełnie innego. Zdanie i tak wracało.
Nawet teraz, kiedy starała się dostosować oddech do rytmu własnych kroków, licząc kolejne uderzenia podeszew o asfalt i zmuszając ciało do skupienia się na czymś prostym i powtarzalnym, nie potrafiła wyciszyć tego głosu. Każdy kolejny ruch miał być mechaniczny. Lewa noga, prawa noga, wdech, wydech. Jeszcze kilka metrów. Jeszcze kilka kolejnych. Bieg od zawsze pomagał jej uporządkować głowę, wyrzucić z siebie napięcie, a przynajmniej na chwilę przestać analizować rzeczy, których nie mogła zmienić. Tym razem jednak ciało poruszało się szybciej od myśli, ale myśli wcale nie zamierzały za nim nadążać. Były wszędzie. Wracały uporczywie, przebijały się nawet przez muzykę sączącą się ze słuchawek, jakby nic nie mogło ich naprawdę zagłuszyć.
Co gorsza, obecność drugiej osoby wcale nie przynosiła oczekiwanej ulgi. Biegła przecież obok kobiety, którą znała od stosunkowo niedawna, ale na którą zaczęła trafiać coraz częściej na swojej zwyczajowej trasie. Ich spotkania były dotąd czymś naturalnym. Czasem zamieniały kilka słów, czasem jedynie wymieniały spojrzenia i biegły dalej każda w swoim tempie. Dziś jednak nawet towarzystwo drugiego człowieka nie potrafiło rozluźnić zacisku, który od kilku dni siedział gdzieś głęboko pod jej żebrami. Niepokój pozostał dokładnie tam, gdzie był od momentu wezwania na dywanik do komendanta. Nie przesunął się ani o centymetr.
Zrównały tempo, rytmicznie odbijając się od momentami nierównego podłoża parkowej ścieżki. Beatriz słuchała w milczeniu, pozwalając drugiej kobiecie mówić, a jedynie od czasu do czasu cięższy oddech wydostawał się z jej ust, kiedy potrzebowała zaczerpnąć więcej powietrza. Wbiegły po łuku w alejkę biegnącą niedaleko stawu. Powietrze było chłodniejsze niż kilka minut wcześniej, a poranek wciąż miał w sobie tę charakterystyczną ciszę, która pojawiała się na chwilę, zanim miasto na dobre zaczynało się budzić. Minęły przechodnia prowadzącego psa na smyczy, potem kolejnego biegacza, który przemknął obok nich bez słowa. Wszystko wydawało się zwyczajne. Aż nazbyt zwyczajne.
Nie mogłam spać. Od kilku dni mam wrażenie, że jak tylko zamknę oczy, to mój mózg zaczyna robić mi jakieś chore przedstawienia.
Słowa Aofie wyrwały ją z własnych myśli. Beatriz westchnęła cicho. Paradoksalnie doskonale rozumiała to, o czym mówiła kobieta. Sama wiedziała, jak wygląda noc, kiedy człowiek kładzie się do łóżka tylko po to, żeby przez kolejne godziny prowadzić we własnej głowie rozmowy, które dawno już się skończyły. Nie przerywała jej jednak. Pozwalała mówić, zbierając po drodze kolejne fragmenty tej historii. Koszmary, o których opowiadała Aofie, brzmiały niepokojąco właśnie dlatego, że powtarzały się z taką regularnością. Ten sam mężczyzna. Te same plecy. Inne miejsca, inne scenerie, ale niezmienny szczegół, który za każdym razem wracał.
Sny bywały przecież odbiciem rzeczy, których człowiek nie potrafił nazwać na jawie. Czasami wydobywały z podświadomości emocje, które przez całe dnie były skutecznie spychane gdzieś na dalszy plan. Innym razem wracały w nich dawne traumy, lęki albo doświadczenia, z którymi człowiek nigdy tak naprawdę się nie uporał. Rzadko kiedy były jednak tak dosłowne. Podświadomość zwykle mówiła własnym językiem, pełnym symboli, skojarzeń i dziwnych połączeń. Dlatego pytanie o to, dlaczego Aofie widziała wciąż te same plecy, miało znaczenie większe, niż mogło się wydawać.
– Czyli widzisz głównie plecy mężczyzny, ale w różnych sceneriach? – powtórzyła po niej, odrobinę przerywanie, czując, jak głos urywał się przez przyspieszony oddech. – A wydarzyło się u ciebie ostatnio coś, co odczułaś mocno emocjonalnie?
Poprawiła w biegu kręcony kosmyk, który wyswobodził się z upięcia i coraz bardziej irytująco wpadał jej do oczu. Przez moment zerknęła na kobietę obok, próbując odczytać coś z jej twarzy, ale nie naciskała. To nie było przesłuchanie. Przynajmniej nie powinno nim być. Pytanie padło raczej z potrzeby zrozumienia niż zawodowego obowiązku. Być może dlatego, że od kilku dni sama przekonywała się, jak łatwo coś pozornie niewielkiego potrafi urosnąć do rozmiaru, którego nie sposób już ignorować.
Co cię tu przygnało o szóstej rano, Betty Gonzalez?
Kącik jej ust drgnął w ledwie widocznym uśmiechu. To pytanie było tak absurdalnie trafne, że przez chwilę nie wiedziała, czy bardziej chce się roześmiać, czy westchnąć. Ostatecznie wygrało to drugie. Ciężko.
– Po części to, co ciebie – odparła i zaśmiała się bez cienia rozbawienia. Był to raczej ten rodzaj śmiechu, który pojawiał się wtedy, gdy człowiek był już zwyczajnie zmęczony wszystkim, co działo się wokół niego. – Tylko w przeciwieństwie do ciebie mnie nie wybudził koszmar. Przez całą noc nie mogłam zmrużyć oka.
Przez moment biegły dalej w milczeniu. Betty nie musiała dodawać niczego więcej. Obie miały własne powody, żeby pojawić się na tej samej ścieżce o szóstej rano. I obie najwyraźniej próbowały tego samego: zmęczyć ciało na tyle, żeby chociaż na kilka godzin zmusić głowę do milczenia.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Riverdale Park”