ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dom od początku wydawał się tego wieczoru trochę za mały. Nie dlatego, że przyszło zbyt wiele osób, Edward był już świadkiem znacznie większych przyjęć. Ale dlatego, że ludzie rozeszli się po nim nierównomiernie, jak woda wlana do naczynia o skomplikowanym, wyrafinowanym kształcie. Wypełnili najpierw salon i jadalnię, potem bibliotekę, szerokie schody schody w holu, korytarze, wreszcie miejsca, których zwykle nie uważało się za przeznaczone dla gości. Ktoś stał w przejściu między spiżarnią a kuchnią. Ktoś inny siedział na szerokim parapecie półpiętra, trzymając kieliszek między kolanami. Dwie kobiety, obie ubrane na czarno, zajęły stopnie prowadzące do ogrodu i rozmawiały tam od dobrych czterdziestu minut, choć wyglądało na to, że poznały się dopiero dzisiaj. Taki zresztą był zamysł.

THE UNINVITED
Bring someone who has never been here or who I would never dare to invite myself.


Tylko tyle znalazło się na zaproszeniu. Edward uznał, że wyjaśnienia psują większość dobrych pomysłów. “Nigdy nie pytaj co artysta miał na myśli!” (Czasami możesz się rozczarować). Człowiek zaczyna się wtedy zastanawiać, czy właściwie je zrozumiał, zamiast po prostu zrobić to, czego od niego zażądano.
Goście potraktowali polecenie z różnym stopniem powagi. Jedni przyprowadzili nowych kochanków, co było rozwiązaniem przewidywalnym i przez to trochę nudnym. Inni przyprowadzili ludzi, których Edward znał z widzenia, ale którzy rzeczywiście nigdy wcześniej tutaj nie byli. Pojawił się czyjś starszy brat, którego nikt dotąd nie podejrzewał o istnienie, dziewczyna poznana podobno tego samego popołudnia w księgarni, pianista z eksluzywnego hotelu w centrum, młody mężczyzna o bardzo pięknych dłoniach, którego związku z osobą zapraszającą Edward nie potrafił ustalić, oraz kobieta po sześćdziesiątce w srebrnej sukni, przedstawiona mu jedynie jako „Judith”. Judith uścisnęła mu dłoń, rozejrzała się po holu i powiedziała: ”Spodziewałam się czegoś większego.” Edward polubił ją natychmiast. Ktoś nawet postanowił przyprowadzić tutaj swojego terapeutę.
Drzwi prowadzące do ogrodu pozostawiono szeroko otwarte. Wieczór był ciepły, choć w powietrzu wisiała wilgoć zapowiadająca deszcz. Świece stały wszędzie. Na kominku, na niskich stolikach, pomiędzy książkami, nawet na podłodze przy ścianach, gdzie umieszczono je w ciężkich szklanych naczyniach. Edward kazał zgasić większość górnego światła. Nie cierpiał żyrandoli podczas przyjęć. Człowiek oświetlony od góry wyglądał albo na winnego, albo na chorego, czasem na jedno i drugie.
Zostały więc lampy. Ich niewielkie kręgi światła rozcinały pokoje na części. Twarz mogła być widoczna, podczas gdy reszta człowieka ginęła już w półmroku. Lustra robiły swoje zwykłe oszustwo i podwajały tłum; w jednym z nich Edward naliczył przez chwilę prawie trzydzieści osób, choć w salonie znajdowała się najwyżej połowa z nich. Na fortepianie leżały gałęzie późnych róż. Nie bukiet (bukiety miały w sobie coś z przeprosin) tylko długie, ciężkie łodygi położone bez większego porządku, jakby ktoś przyniósł je przed chwilą z ogrodu. Tak zresztą było. Pierwsi z gości przyłapali Edwarda w grubych rękawiczkach, przynoszącego dziko wyglądające gałęzie. Kilka płatków spadło już pomiędzy kieliszki. Jeden przykleił się do mokrego dna szklanki i został tam, przezroczysty od alkoholu.
Z głośników płynęło Avalon, Roxy Music, dostatecznie cicho, żeby rozmowy pozostawały ważniejsze. Wcześniej grało trochę Grace Jones, potem Talking Heads. Muzyka na przyjęciach powinna jego zdaniem zachowywać się jak alkohol: na początku pomagać ludziom rozmawiać, a dopiero później odbierać im rozsądek.
W jadalni nikt już nie jadł przy stole. Jedzenie zostało rozłożone bez ceremonii na srebrnych półmiskach: ostrygi na topniejącym lodzie, figi, sery, winogrona, małe ziemniaki z solą, pieczona wołowina, chleb, który należało odrywać rękami. Były też ogromne misy czereśni, choć Edward nie pamiętał, żeby je zamawiał. Pestki zaczęły pojawiać się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach - na talerzykach, w popielniczkach, na brzegu fontanny. Ludzie mają dziwną skłonność do pozostawiania po sobie małych dowodów. Wystarczy dać im kilka godzin, a zaznaczą teren równie skrupulatnie jak zwierzęta. Edward zresztą bezceremonialnie chwycił za kawałek świeżo upieczonego chleba. Oderwał go z całego bochenka, po czym używając niczym łyżki, zgarnął odrobinę masła. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby z kieszeni nie wyciągnął pudełka. Małe, srebrne. Otworzył je pchnięciem kciuka i wydostał pół kruchej tabletki. Między palcami rozgniótł ją niczym sól, która przyozdobiła jego kanapkę.

Ayaan Malviya
gall anonim
25 y/o
For good luck!
182 cm
grafik w Toronto Sun
Awatar użytkownika
We wanted to be adults so bad. Now look at us. Just fucking look.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie sądził, że kiedykolwiek wyląduje na imprezie w nieznanym dla siebie miejscu, bez znajomych osób wokół, otulony jedynie swoją własną – od niedawna całkiem nieznośną – samotnością. Bo tak naprawdę nie zaprosił go nikt konkretny... żaden znajomy nie stanął naprzeciw z kopertą w ręku, żadna nowa wiadomość tekstowa z zaproszeniem nie pojawiła się na ekranie telefonu i nikt nie powiedział mu „przyjdź, będzie fajnie”. O jego pojawieniu się w domu Wentworthów zadecydował przypadek, nagły impuls, którego iskra sprawiła, że zapalił się lont, prowadzący do laski dynamitu.
Ktoś motyw przewodni imprezy potraktował chyba zbyt poważnie, bo treść inwitacji zamieścił w internecie, żeby na przyjęciu pojawiło się jak najwięcej losowych osób. I choć większości przeglądających portale społecznościowe mogła zapalić się w głowie ostrzegawcza lampka to Ayaan postanowił... zaryzykować. Bo kto nie ryzykuje ten nie pije szampana, a on bardzo lubił smak bąbelków.
Po powrocie do Toronto okazało się, że większość jego dawnych kontaktów zwyczajnie się rozjechała – jedni się wyprowadzili, z innymi nie było kontaktu, a część znajomych po prostu obrała w życiu inne ścieżki. Decyzja o pojawieniu się na imprezie w miejscu, którego kompletnie nie znał mogła być rozpaczliwą próbą poznania nowych osobistości. Zagłębienia się w nowe towarzystwo, w część Toronto, która kusiła go tym, że była tak nieodgadniona.

Posiadłość zrobiła na nim ogromne wrażenie – nie pamiętał kiedy ostatnio był w podobnym miejscu. Duże imprezy nigdy wcześniej nie były tymi, na których pojawiał się najchętniej. Zwykle wybierał spędzanie czasu w mniejszym gronie, kameralne posiadówki w dobrze znanym gronie dawały mu największy komfort i kontrolę nad sytuacją. Ale ten wieczór miał być inny – chciał utracić bezpieczny grunt pod stopami, wypłynąć dalej i zobaczyć co przyniesie nieznane.
Wzrokiem wodził po rozstawionych wszędzie świecach. Wydawało mu się, że pierwsze płomienie rozświetlające ciemności dostrzegł już w ogrodzie, w którym spędził dobrą chwilę, nim znalazł w sobie tyle odwagi, by wejść do środka zdecydowanym krokiem. Musiał się pokręcić, zobaczyć czy może kojarzy którąś z twarzy przemykających przez podwórze i wziąć kilka głębokich wdechów. Na całe szczęście dość szybko przestawił swoje myślenie, a wszelkie wątpliwości po prostu się rozmyły.
Pierwsze kroki zaprowadziły go w półmrok – domostwo było skąpo oświetlone, ale domyślił się, że to wszystko po to, by utrzymać odpowiednią atmosferę. Dlatego wiszące żyrandole nie atakowały swoim sztucznym światłem. Organizatorzy imprezy postawili na ciepłe płomienie, które nie wygrywały całkowicie nierównej walki z ciemnością. Może właśnie dlatego Ayaan poruszał się z wyczuciem, stawiając bardzo ostrożne kroki. Jakby jeden, nieuważny ruch mógł być początkiem katastrofy.
Natrafił na fortepian, na którym leżały kwiaty. Porzucone i niechciane, ale bardzo piękne. Zlitował się nad ich samotnością, bo chciał, by ktoś zlitował się również nad nim. Wyciągnął dłoń w kierunku gałęzi, ostrożnie chwytając za jedną z łodyg. Pod jednym z palców wyczuł kolec, ale na szczęście nie naparł na niego na tyle silnie, by trysnął szkarłat. Od razu zmienił chwyt, wyciągając w końcu jedną z uwięzionych róż. Przysunął pachnące płatki do twarzy. Ich aksamitnością musnął najpierw usta, później przysuwając je również do nosa, by zaciągnąć się ich zapachem.
Z kwiatem w ręce trafił do jadalni, w której mnogość przekąsem i dań go onieśmieliła. Nie wiedział na czym najpierw skupić spojrzenie. Powolnym krokiem zbliżył się do jednego ze stołów, przy którymś ktoś już stał. Mężczyznę początkowo dostrzegł przy ogromnym bochenku chleba. Nie chcąc mu przeszkadzać wyminął go wdzięcznie, kierując się w stronę owoców. Wolną dłoń wysunął w stronę kiści winogron. Udało mu się akurat namierzyć mniejszą gałązkę, którą zbliżył do ust, w które pochwycił pierwszy owoc. Kątem oka dostrzegł, że nieznajomy wyjmuje coś z marynarki. Uznał, że nie będzie wścibski i zaprzestanie dalszych obserwacji.
Ale znalazł się blisko tego mężczyzny ponownie, poszukując jakiegoś napoju. Niemal otarł się o niego barkiem, nie odzywając się jednak nawet słowem. Potraktował to jako nieplanowany przypadek. Jak wszystko tego wieczora.

Edward Wentworth
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
something wicked
don't be a fcking dick to people
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward nie zauważył go od razu.Zauważył różę. To było zabawne, ponieważ kwiaty od dobrej godziny traktowano tutaj dokładnie tak, jak zwykle traktuje się dekoracje: patrzono przez nie. Róże leżały na fortepianie, gubiły płatki, jedna gałąź zwieszała się już niemal do klawiatury i Edward zdążył pomyśleć, że ktoś prędzej czy później usiądzie do instrumentu, podniesie pokrywę i zagra razem z nią. Tymczasem nieznajomy wyjął jedną z całego stosu z ostrożnością człowieka wyciągającego drzazgę z cudzej dłoni. Edward obserwował go może sekundę. Potem dwie. Róża dotknęła ust mężczyzny.
Mruknął tylko pod nosem, bardziej do chleba niż do kogokolwiek konkretnego. Był piękny. Edward miał bardzo niewiele cnót, ale uczciwość wobec cudzej urody uważał za jedną z nich. Nie widział żadnego sensu w udawaniu, że rzeczy piękne nie robią na człowieku wrażenia. Było to równie idiotyczne jak stanie przed dobrym obrazem i opowiadanie o ramie. Albo trzymanie w dłoni najlepszego na świecie deseru i fantazjowanie o sałacie. Nieznajomy miał ciemne włosy, twarz, której półmrok wyraźnie służył, i oczy tak ciemne, że z tej odległości właściwie nie dało się odróżnić źrenicy od tęczówki. Edward zawsze uważał takie oczy za trochę niesprawiedliwe. Jasne zdradzały człowieka natychmiast. Rozszerzały się, mrużyły, łapały światło. Ciemne zachowywały coś dla siebie.
Przez moment zastanawiał się, kto go przyprowadził. Nie znalazł odpowiedzi. To akurat było interesujące. Znał większość ludzi znajdujących się w domu, nawet jeżeli znajomość oznaczała czasem wyłącznie pamięć nazwiska, zawodu albo tego, z kim dana osoba sypiała trzy lata wcześniej. Istniał rodzaj wiedzy towarzyskiej całkowicie bezużytecznej, a mimo to mózg przechowywał ją ze szczególną troską. Być może to jedna z cech charakterystycznych ludzi jego pokroju. Edward nie pamiętał numerów telefonów, dat wystaw ani gdzie położył kluczyki, ale potrafił przypomnieć sobie, że kobieta stojąca właśnie przy drzwiach biblioteki rozwiodła się z drugim mężem po tym, jak znalazła w jego gabinecie damski kolczyk, który, jak się później okazało, należał nie do kochanki, lecz do kochanka. (Taki z niego nicpoń!) Pamięć miała własne poczucie humoru.
Tego mężczyzny jednak nie znał. Nie przypominał sobie nawet jego twarzy. Edward spojrzał na niego ponownie, już bez żadnej próby dyskrecji. The Uninvited. No proszę. Temat przewodni chyba działał! Właśnie wtedy nieznajomy przeszedł obok niego po raz pierwszy. Edward poczuł ruch powietrza, może zapach perfum, może tylko różę, którą tamten nadal trzymał w dłoni. Nie zatrzymał go. Jeszcze nie. Włożył do ust kawałek chleba i zaczął żuć, obserwując jego plecy. Miał irytująco ładne plecy.
Z tak bliska Edward również pachniał inaczej niż jego dom. Dom miał tego wieczoru zapach wosku, otwartych okien, alkoholu i róż, które powoli zaczynały więdnąć w cieple. Na nim samym pozostawało coś chłodniejszego: gorzkie cytrusy, wetiwer, może odrobina drewna. Perfum używał rano i nigdy później ich nie poprawiał, więc wieczorem nie pachniały już właściwie perfumami. Zostawały tylko przy skórze, najwięcej przy szyi i pod kołnierzem koszuli, zmieszane z tytoniem, winem i tą osobliwą, ciepłą wonią człowieka, który od kilku godzin chodził z pokoju do pokoju, pił, obejmował ludzi i pozwalał się obejmować. Trzeba było znaleźć się blisko, żeby ją poczuć. Edward uważał, że wszystkie dobre zapachy powinny właśnie takie być. Te wyczuwalne z drugiego końca pokoju były formą złego wychowania.
Tabletka pozostawiła na maśle biały pył. Rozprowadził go kciukiem po powierzchni chleba z absurdalną dokładnością, po czym złożył kromkę na pół i odgryzł kolejny kawałek. Smakowała dokładnie tak, jak można było się spodziewać: masłem, solą i czymś gorzkim, chemicznym, co natychmiast przykleiło się do języka.
- Obrzydliwe. - Skrzywił się lekko i natychmiast popił winem. Kilka minut później ten sam człowiek znalazł się obok niego ponownie. Tym razem ich ramiona niemal się zetknęły. Edward spojrzał najpierw na bark, który właśnie pojawił się obok jego własnego, potem wyżej. Z bliska oczy okazały się jeszcze ciemniejsze. Prawie czarne w tym świetle. Przez chwilę Edward przyglądał im się z zupełnie nieprzyzwoitą koncentracją, jakby próbował dostrzec w nich własne odbicie. Ludzie zwykle zauważali, kiedy Edward się im przyglądał. Nie posiadał talentu do dyskrecji, przede wszystkim dlatego, że nigdy nie widział powodu, żeby go rozwijać.
Było coś szczególnego w twarzach nieznajomych. Dopóki człowiek nie znał ich imienia, pozostawały czystą możliwością. Niczego jeszcze nie zdążyły zepsuć. Nie miały historii. Nie powiedziały żadnego głupstwa przy śniadaniu, nie zapomniały oddzwonić, nie zdradziły człowieka ani nie poprosiły o pożyczenie pieniędzy. Można było przypisać im dowolny charakter. Każda piękna twarz była przez pierwszych pięć minut obietnicą, której jej właściciel najczęściej nie potrafił później dotrzymać. Edward bardzo lubił te pierwsze pięć minut.
- Ukradłeś mi kwiat. - Zauważył, a jego spojrzenie przesunęło się na różę. Powiedział to spokojnie. Bez oskarżenia. Właściwie zabrzmiało niemal jak gratulacje. Sięgnął po stojącą obok butelkę wina i nalał sobie odrobinę, chociaż w kieliszku wciąż coś miał. Dopiero potem spojrzał na nieznajomego ponownie.
- To dobry znak. Większość ludzi kradnie tutaj kokainę albo sztućce. - Kącik jego ust drgnął. Nie wiedział, czy rzeczywiście ktoś kiedykolwiek ukradł sztućce. Prawdopodobnie tak. W dużym domu przedmioty znikały bez wyraźnego powodu i pojawiały się po latach w miejscach całkowicie nieprawdopodobnych. Edward dawno temu doszedł do wniosku, że dom posiada własny metabolizm: połyka drobiazgi, przetrawia je powoli, a potem któregoś dnia zwraca srebrną łyżeczkę w szufladzie z ręcznikami.
- Chociaż różę rzeczywiście łatwiej wynieść. - Przechylił głowę. Wyciągnął rękę i bez pytania dotknął płatków trzymanego przez mężczyznę kwiatu. Tylko jednym palcem. Sprawdził ich miękkość, jakby nie pamiętał, że przecież sam ścinał je jeszcze kilka godzin wcześniej.
- Pasuje ci. - Cofnął dłoń. Dopiero wtedy zauważył, że powiedział to całkowicie serio. To trochę go rozbawiło. Edward oparł biodro o stół. Za jego plecami ktoś wybuchnął śmiechem; w salonie zmieniła się piosenka, a przez otwarte drzwi od ogrodu wpadł do jadalni podmuch ciężkiego, wilgotnego powietrza. Płomienie świec pochyliły się jednocześnie w tę samą stronę. Przez sekundę wszystkie cienie na ścianie przesunęły się razem, jakby dom nabrał oddechu.
- Próbuję sobie przypomnieć, kto cię przyprowadził. - Zmrużył oczy.
- I zaczynam podejrzewać, że nikt. - Powinno go to zirytować. Przynajmniej teoretycznie. Obcy człowiek znajdował się w jego domu, jadł jego winogrona i wynosił jego róże. (Bezczelnie, pod jego nosem!) Istniały całe systemy społeczne stworzone po to, żeby podobne rzeczy się nie zdarzały: zaproszenia, listy gości, drzwi, zamki, nazwiska wypowiadane ochroniarzowi. Ludzie poświęcili zadziwiająco dużo energii na ustalanie, kto ma prawo znaleźć się po której stronie progu. A przecież Edward urządził przyjęcie nazwane The Uninvited. Gdyby teraz wyrzucił pierwszego prawdziwie niezaproszonego człowieka, byłoby to artystycznie kompromitujące. Poza tym miał te oczy. Edward uniósł kieliszek do ust, ale zamiast się napić, zatrzymał go przy dolnej wardze.
- I to szczególnie interesujące, że ktoś tak piękny… - tutaj na moment zmrużył oczy.
- … wybacz prozaiczny przymiotnik. Jesteś po prostu niesamowicie atrakcyjny. – wzruszył obojętnie ramionami. Komplementów uczył się od swojej ekscentrycznej babci. Ona rzucała nimi na prawo i lewo, zawsze zasłużenie! To dawało jej niesamowitą przewagę w towarzystwie. Ludzie często peszyli się i traktowali je z lekką dozą niepewności lub zawstydzenia.
- I ta uroda daje Ci niezwykłą przewagę. Jestem pewien, że większość ludzi zrobiłaby dla Ciebie wszystko. Ja się do nich zaliczam. – przyznał bez ogródek.

Ayaan Malviya
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „#113”