ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
You're a loaded gun, I should probably run, cut all our connections
Without you, babe, think my heart would cave with a sadness the size of Texas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

I know who I am when I'm alone
I'm something else when I see you
You don't understand, you should never know
How easy you are to need



Joe Grainier bała się w życiu kilku rzeczy, ale samotność nigdy nie należała do tego zbioru.
Bycie samą, zresztą, szatynka traktowała nie jako stan, a raczej umiejętność – jedną z tych, których nie nabywa się świadomie, za sprawą racjonalnej decyzji, a które raczej wrastają w człowieka stopniowo, kształtowane przez niezaprzeczalną konieczność. Zarówno ona jak i Johnny, własne klucze do domu otrzymali o wiele wcześniej niż większość ich rówieśników, i w tym samym momencie mniej więcej nauczyli się samodzielnie odgrzewać sobie obiady, odrabiać lekcje bez konieczności polegania na jakimkolwiek rodzicielskim nadzorze, i pamiętać, które światło zostawić zapalone na parterze późnym wieczorem, żeby patrząc z ulicy można było odnieść wrażenie, że w domu znajdował się ktoś dorosły.
Nieobecność bliskich – targanych ich własnymi problemami i bezlitosną trajektorią życia – była dla Joe pewnikiem. Z czasem tylko przybrała tylko zupełnie nową, bardziej ostateczną formę: jedna skończyła się pogrzebem, druga procesem sądowym i dożywotnią odsiadką. W końcu, życie odebrało Joan także i brata, przynajmniej na jakiś czas stającego się więźniem szpitalnego oddziału psychiatrycznego.
Pozostał tylko ich Dom. I w tym domu, oczywiście, Joe.

Nie uważała tego za szczególnie smutne. Przynajmniej nie zazwyczaj. Lubiła skrzypienie schodów – trzeciego stopnia od góry, szum instalacji grzewczej i stukot rur, który przy pierwszych jesiennych chłodach budził ją czasami nad ranem jak cichy, nienachalny szept. Wiedziała, że tylne drzwi trzeba było lekko unieść, zanim przekręciło się w nich klucz, że okno w kuchni nie domykało się bez mocniejszego pchnięcia, a światło nad schodami prowadzącymi do piwnicy migotało przez kilka sekund, zanim rozpaliło się na dobre. Dla kogoś innego podobne rzeczy mogłyby stanowić katalog powodów do niepokoju; dla Joan były po prostu językiem przestrzeni, której gramatykę znała na pamięć od dziecka.
Kiedy wysiadła z autobusu, poprawiając pasek torby zsuwający się z obolałego ramienia, i ruszając znajomą trasą w stronę domu, było już dobrze po północy. Zmęczenie panoszyło się w jej ciele w ten specyficzny, szpitalny sposób, którego nie dało się porównać ze zwyczajnym niewyspaniem. Jej stopy poruszały się automatycznie, wiernie prowadząc ją ku własnemu adresowi – i ku upragnionemu łóżku. Głowę Joe nadal wypełniały fragmenty dzisiejszych konsultacji, których przecież po zakończonym dyżurze nie dało się odwiesić na haczyku razem z lekarskim fartuchem. Z każdym kolejnym krokiem, pamięć dzisiejszego dnia ulatywała z niej jednak wraz z ciężkim oddechem, i Grainier wiedziała, że gdy przekroczy własny próg, w jej głowie najpewniej nie pozostanie nic oprócz upragnionej ciszy.
Dźwięk cudzych kroków za jej plecami był początkowo tylko sensownym elementem miejskiego krajobrazu, tak samo jak odległy pomruk samochodowych silników, i niosące się z czyjegoś ogródka, psie powarkiwanie. Dopiero po przejściu dwóch przecznic, Joe świadomie zarejestrowała, że nadal je słyszy – i że ktokolwiek za nią szedł, nie zmienił trasy nawet wówczas, kiedy skręciła na własną ulicę.
Nie obejrzała się. Przez moment nawet zirytowała się na samą siebie, bo przecież była dorosłą kobietą wracającą nocą przez Toronto, nie bohaterką jednego z tych idiotycznych seriali (w których najwyraźniej rezydował na stałe Carlos „Cordero” Salazar), gdzie widz od pierwszych pięciu minut wie, że samotny spacer ciemną ulicą nigdy nie kończy się dobrze. To przecież mógł być ktokolwiek. Człowiek podobnie jak ona, wracający z pracy po późniejszej zmianie. Sąsiad. Nowy, nieznany jej jeszcze lokator w domu naprzeciwko. Statystycznie rzecz biorąc, prawdopodobieństwo, że jego obecność miała z nią cokolwiek wspólnego, było absurdalnie małe.
Mimo to, Joe przeszła na drugą stronę ulicy. Nie dlatego, że się bała, a ponieważ po prostu chciała sprawdzić. Kilka sekund później za jej plecami rozległ się szelest opon przejeżdżającego samochodu. Kroki kroki ucichły na moment.
A potem pojawiły się po tej samej stronie jezdni, po której znajdowała się Joan.

Przypadek. To musiał być czysty przypadek. A jednak przyspieszyła; kroki za nią również przybrały na prędkości. I tym razem Joe obejrzała się przez ramię.
Mężczyzna znajdował się na tyle daleko, że w pomarańczowym świetle ulicznych latarni nie potrafiła dostrzec szczegółów jego twarzy. Nie był szczególnie wysoki, ale nie był też niski, a przy tym rosły, z szerokimi barkami spowitymi ciemną kurtką. Oprócz tego nie wyróżniało go nic charakterystycznego, co następnego dnia pozwoliłoby Joe opisać go policji inaczej niż przy pomocy najbardziej bezużytecznego portretu pamięciowego w historii kanadyjskiej kryminalistyki.

Dom wyrósł przed szatynką kilkadziesiąt sekund później i nigdy wcześniej zwyczajna, znajoma bryła budynku nie wydała jej się tak bardzo zachęcająca. Joe miała klucze w dłoni, zanim jeszcze weszła na ścieżkę prowadzącą do drzwi; ten właściwy znalazła pomiędzy palcami niemal odruchowo, wsunęła go do zamka za pierwszym razem i dopiero kiedy znalazła się w środku, zatrzaskując za sobą ciężkie skrzydło, pozwoliła sobie wypuścić z płuc powietrze. Zamek. Zasuwa. Jeszcze raz klamka, dla pewności.
Ostrożne, powoli, odsunęła cienką firankę.
Ulica była zupełnie pusta. Ot, szarość chodnika, kilka zaparkowanych przy nim samochodów, i drzewo po drugiej stronie, którego liście poruszały się lekko pod wpływem nocnego wiatru. Absolutnie żadnej żywej duszy.
— Idiotka — mruknęła do siebie, co nawet dziwnie jej pomogło ponownie poczuć się normalnie.
Dokładnie tak, jak po każdym późnym dyżurze, rzuciła torbę na kuchenne krzesło, a telefon odłożyła na stołowy blat. Buty wylądowały pod ścianą; sweter na podłokietniku kanapy; włosy, uwolnione ze szczęk szylkretowej klamry, okoliły jej twarz mysimi w barwie kosmykami. Wyjęła z lodówki szklanką butelkę z wodą i wypiła kilka łyków, zbyt zmęczona by fatygować się sięganiem po szklankę. Świat nie zatrzymał się w swych obrotach, nic strasznego się nie wydarzyło, a jakiś przypadkowy facet najwyraźniej po prostu mieszkał w tej samej okolicy.
Z myślą o gorącym prysznicu, Joe ruszyła na piętro, w drodze do łazienki ściągając luźne spodnie szpitalnego uniformu z tą bezmyślną niedbałością osoby czującej się bezpiecznie we własnym domu. Tylko w bieliźnie i cienkim podkoszulku, odkręciła wodę pod prysznicem i wsunęła dłoń pod strumień, żeby sprawdzić temperaturę.
I właśnie wtedy dobiegł do niej zupełnie nowy dźwięk. Prosto z parteru, tego była pewna. Metal o metal. Cichy, ale jednoznaczny zgrzyt. Zamarła, początkowo nawet nie rozumiejąc, co właściwie słyszy. I dopiero po chwili dotarło to do niej: klucz.
Ktoś wsunął klucz do zamka w jej drzwiach wejściowych.
Zaklinowane nagle jakby na wysokości jej przełyku, serce Joan uderzyło tak mocno, że musiał je także i ten intruz, który próbował dostać się do środka.
Johnny?, przebiegło jej przez myśl. Niemożliwe. Rozmawiała z nim raptem tego ranka, ustalając plan odwiedzin na weekend – i to, że jej starszy brat miał przed sobą jeszcze przynajmniej kilka tygodni pobytu w klinice. Gdyby był to jej ojciec, pewnie prędzej wyważyłby drzwi niż próbował je otwierać. Klucz tymczasem poruszył się w zamku ponownie. Nie pasował. Ktokolwiek jednak trzymał go w palcach, nie zamierzał poddać się tak szybko.
Joe zakręciła kran i, nadal bosa, ruszyła ku schodom. Dopiero u ich szczytu przypomniała sobie, że jej telefon został na dole, w kuchni.
Kurwa!
Przy drzwiach wejściowych, tymczasem, ktokolwiek znajdował się po ich drugiej stronie, naciskał właśnie klamkę. Nie było w tym geście gwałtowności, a raczej cicha determinacja. Joe słyszała, jak klamka opada, unosi się powoli, i opada ponownie. Tym razem mocniej.

Joan znieruchomiała ze wzrokiem wbitym w prostokąt drzwi. Klamka nie poruszyła się ponownie. Nie było już także słychać klucza, kroków ani nawet szelestu ubrania ocierającego się o framugę.
Gdyby nieznajomy zaklął, roześmiał się pod nosem, zadzwonił dzwonkiem albo nawet zaczął walić pięścią w drzwi, Joe mogłaby przynajmniej przypisać mu jakąś intencję. Pomyłkę. Pijaństwo. Nienawiść. Cokolwiek ludzkiego. Zamiast tego ktoś przez kilkadziesiąt sekund próbował otworzyć jej dom cudzym kluczem, dwukrotnie sprawdził klamkę, a potem po prostu rozpłynął się w nocnej ciszy.
Stawiając stopy przy samych krawędziach stopni, gdzie stare drewno skrzypiało najmniej, zeszła niżej, i przez moment stała przed wizjerem bez ruchu, ogarnięta irracjonalnym przekonaniem, że jeśli przyłoży do niego oko, po drugiej stronie zobaczy inne, patrzące prosto na nią.
Gdy jednak w końcu zebrała się na odwagę, po drugiej stronie powitała ją tylko ciemność pustego ganka i cisza. Bynajmniej żadna gwarancja, że nikogo tam nie było, bo przecież nieznajomy mógł stać tuż obok drzwi, poza wąskim polem widzenia. Po kilkunastu sekundach, zmusiła się do cofnięcia się o krok. I wtedy właśnie przypomniała sobie o piwnicy. O wąskich, tylnych drzwiczkach, przez które czasem Grainierowie wychodzili do ogrodu.
Czy je zamknęła? Oczywiście, że tak. Prawda?
Próbowała odtworzyć w pamięci ostatnie dni. Pranie rozwieszane na tyłach domu. Śmieci wynoszone przed paroma dniami. Czy wychodziła przez piwnicę? Czy Johnny jeszcze przed hospitalizacją narzekał, że zamek znowu się zacina? Czy to było kilka tygodni temu, czy kilka miesięcy? Nie była pewna. Musiała tylko zejść i sprawdzić. Spojrzała w stronę ciemnego korytarza prowadzącego do piwnicznych schodów. Nie. Nie ma, kurwa, mowy.
Dom zatrzeszczał tak, jakby słyszał jej myśli. Dokładnie tak samo, jak robił to tysiące razy wcześniej. Tylko, że ta sama Joe, która znała każdą jego melodię, po raz pierwszy od dzieciństwa nie potrafiła rozpoznać, skąd dobiegł dźwięk.

Pędem rzuciła się ku kuchni. Dopadła telefon, i ruszyła na górę tak szybko, że na ostatnich stopniach prawie straciła równowagę. Minęła własną sypialnię, dawny pokój matki, i gabinet Johnny'ego. Wszystkie te pomieszczenia miały okna – stanowczo zbyt wiele okien. A więc łazienka. Jedno wejście, cztery ściany. Najbardziej racjonalny wybór. Dopiero kiedy osunęła się po drewnianej płaszczyźnie drzwi na zimne, twarde kafelki, I zaczęła się trząść.
Nie wtedy, kiedy ktoś szedł za nią ulicą. Nie przy drzwiach na dole. Dopiero teraz, kiedy nie miała już niczego konkretnego do zrobienia, i gdy jej organizm najwyraźniej uznał, że może pozwolić sobie na luksus paniki. Przycisnęła telefon do piersi.
Powinna zadzwonić na policję. Tylko co miała im powiedzieć? Że ktoś szedł tą samą ulicą? Że jakiś człowiek pomylił drzwi? Że nie pamiętała, czy sama zamknęła wejście w piwnicy? Że stary dom wydał z siebie jeden z tysiąca dźwięków, które wydawał każdego dnia, tylko tym razem ona była wystarczająco przerażona, żeby usłyszeć w nim czyjeś kroki?

Nie potrzebowała kolejnego przesłuchania. Potrzebowała kogoś, kto choć na moment przejmie na siebie wagę odpowiedzialności za jej życie.
Carlos Salazar był prawdopodobnie ostatnim człowiekiem, którego rozsądna, młoda kobieta powinna uczynić swoim pierwszym kontaktem w sytuacji (potencjalnego) zagrożenia. Joe, jakby na przekór tej zasadzie, nacisnęła zieloną słuchawkę.
Z kolanami przyciągniętymi do klatki piersiowej i półnagimi pośladkami na łazienkowej posadzce, zabarykadowana przed człowiekiem, którego być może w ogóle nie było, modliła się, żeby Salazar odebrał z taką koncentracją, że gdy połączenie wreszcie przestało być głuchym sygnałem, przez sekundę nie potrafiła wydobyć z siebie głosu.
Otworzyła i zamknęła usta. I poczuła, że musi powiedzieć coś teraz, zanim zwyczajnie się rozpłacze.
— Tu Joe. Jesteś zajęty?

Carlos Salazar
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

don't let it in with no intention to keep it
I've had this feeling for a while
A gentle rage becoming wild
It's growing stronger all the time
Moving mountains in my mind

Kłamał, gdy twierdził, że nie potrzebował ciepłego spojrzenia i ciepłych dłoni Joe. Dni były prostsze do przetrwania, bo musiał zajmować się interesami, znikał więc w dokumentach, zatracał się w spotkaniach i wieczornych pokazach. Odwiedzał Cassandrę, która przyjęła jego nagłą bierność i potulność z ulgą. Starał się z nią rozmawiać, więcej niż wcześniej, jakby nie chciał, by kiedykolwiek jeszcze kryła się z tym co ją bolało. Złożył wizytę jej matce, upewniając się, że ma odpowiednią opiekę. Odwiedził grób Martina, przeklinając go za to, że odszedł, a później siedział długo na cmentarzu, oparty o nagrobek przyjaciela i dławił w sobie smutek.
Noce były duszne i tak przeraźliwie puste, gdy snuł się po mieszkaniu, skacząc od okna do okna jak ogłupiały pies. Okazało się, że zimne whisky nie potrafiło rozwiązać żadnych problemów, a długi sen nigdy nie nadchodził. Odpalał papieros za papierosem, próbując znaleźć w nikotynie ukojenie, zająć czymś ciało i umysł, ale wkrótce zaczął gasić niedopałki w szklankach pełnych alkoholu. Nie było żadnej satysfakcji i żadnego ukojenia. Coś trawiło go od środka, wędrowało korytarzami żył, zatruwało serce, osłabiało głowę. Światła nocnego Toronto mrugały do niego zachęcająco, ale on im nie odpowiadał, bo czuł się w tym mieście obco. To n i e był jego d o m. To nigdy nie będzie jego miejsce. Mógł myśleć, że miał przy sobie Cassnadrę, swoją córkę, ale przecież nawet nie była jego. Nic tu nie było jego. On sam nie był swój. Kim był człowiek, który patrzył na niego w lustrze? Czyje były te zmęczone oczy, pełne kontrolowanego gniewu i usta wykrzywione w grymasie bólu. To nie były jego ręce – prawa przecież nigdy nie drżała, gdy trzymał broń. Nie jego ciało, odmawiające posłuszeństwa, przeszywane niekontrolowanymi skurczami, gdy zmuszał je do wysiłku.
Kłamał, gdy twierdził, że zostawił przeszłość za sobą. Nienawidził Meksyku, bo odebrał mu ojca, młodość, a później pochował w jego ziemi matkę. Nauczył go zadawać ból i odwracać spojrzenie, gdy brakowało sprawiedliwości. Połamał mu kości i wyrył w skórze historię. Doprowadził pod oblicze Santa Muerte i odurzył zapachem kadzideł, wymalował tuszem czarną topniejącą świecę tuż pod sercem. Nauczył go spać na kamieniach i wykrzywił kręgosłup moralny, dał przyzwolenie na niedozwolone, odwrócił go od Boga i ochrzcił na nowo, imieniem Cordero. Nienawidził Meksysku, dlaczego więc przez te niezliczone, samotne noce tak bardzo chciał tam wrócić? Do krwi i ognia, do ideałów kruszonych tak, jak kruszą się zęby, gdy szczęka spotyka się z betonem. Do zapłakanych oczu matki, gdy przemywała jego rany. Wciąż był tym chłopcem, nigdy nie przestał nim być.
Kłamał, gdy twierdził, że cieszył się z własnej ślepoty. Chciałby popatrzeć na świat oczami Joe. Znaleźć dobro w ludziach, które starała się dostrzegać zawsze – nawet w nim, przeklętym grzeszniku. Wybrać życie, ale nie tak jak wybrał on – niosąc śmierć każdemu, kto mógł mu zagrozić. Wybrać życie jak człowiek, który nie boi się spotkania z Bogiem, bo wie, że nie zstąpi do piekieł. Wybrać życie, cudze, nie swoje.
Coś w nim pękło, ale nigdy nie zdobył się na odwagę, by zadzwonić do Joe Grainer i poprosić ją, by zszyła także i tę ranę.


Drewniane, rzeźbione drzwi świątyni wydawały się cięższe niż ostatnio. Nie zanurzył dłoni w wodzie święconej, nie wykonał znaku krzyża, jakby nie chciał obrażać Boga jeszcze bardziej. Sama jego obecność w kościele stanowiła swoistą nieprawidłowość. Był synem marnotrawnym, który wracał wtedy, gdy potrzebował czułości ojca. Jego silnego uścisku i surowego spojrzenia, które w końcu zmieniłyby się w łagodnie wypowiedziane: wybaczam. Carlosowi nie można było wybaczyć, nie pomoże mu żadna spowiedź, żadna pokuta. Mógł wierzyć we wszystkich bogów, których zrodziły ludzie serca pragnące zrozumienia i ukojenia, ale z pewnością żaden nie chciałby uwierzyć w niego. Dlaczego miał powierzyć sąd nad swoją duszą jakiejkolwiek sile wyższej? Sam mógł się osądzić, widział wystarczająco – w i n n y – nie musiał szukać potwierdzenia.
Nie zatrzymał się jednak i nie wycofał. Nie znalazł nikogo w środku. Tylko cisza, długi ołtarz, rozpalone świece w kolorze kości słoniowej i kolorowe witraże przedstawiające świętych, którzy oceniali go szklanymi spojrzeniami. Ugiął się pod nimi, klękając w ławce i kryjąc twarz w dłoniach. Był zmęczony i samotny. Czy sądził, że właśnie tu odnajdzie ukojenie i odpowiedź? Nie słyszał nic oprócz własnego ciężkiego oddechu i skrzypienia drewna, które poddawało się pod ciężarem ciała. Mógłby coś powiedzieć – skierować jakąś myśl wyżej – przeprosić i błagać o wybaczenie. Przyznać się do każdego występku i powiedzieć o strachu jaki czuł, gdy ich dokonywał. Zakwilić jak dziecko, które dopiero co przyszło na świat, obcy i zimny. Na to też był zbyt zmęczony. Zbyt stary i uparty. Lepiej nie prosić o nic. Przyjąć konsekwencje, jak robi to mężczyzna. Jedyne czego mógłby chcieć to czas. Odrobina więcej piasku w przewróconej klepsydrze, by dokończyć sprawy, zanim strącą go niżej. To było głupie, ale przyłapał się na tym, że pomyślał o Joe. Ona również była jego niedokończoną sprawą. Coś czaiło się w jej osobie, coś co go do niej wołało, a on próbował nauczyć się słuchać, choć dobrze wiedział, że to kolejny błąd. Czy mógłby coś z niego wyciągnąć? Zrozumieć lekcję, jaką ze sobą niósł? Grainier miała wiele do powiedzenia, nie bała się ostrych słów, a on się do niej dostrajał, nawet wtedy kiedy bardzo tego nie chciał. Była namolna i bezczelna, myliła brak instynktu samozachowawczego z empatią, miała ideały, które świat w końcu przeżuje i wypluje, ale… była szczera? Miała w sobie ciepło, które ogrzewało ludzi i determinację, by wciąż iść na przód. Była dobra, w sposób, w jaki nigdy nie będzie Carlos. Dlatego nie powinien się do niej zbliżać. I dlatego chciał być blisko, bo może sądził, że przy niej mógł na chwilę stać się kimś lepszym. Uciszyć gniew i żal, i nie popełnić kolejnych fatalnych decyzji, które skrzywdzą ludzi. Nieistotne, że na to zasługiwali, bo byli równie zepsuci.

Wydawało się, że jego niepokorne myśli przyciągnęły (nie)szczęście. Przekroczył próg kościoła, ponownie wychodząc w noc, odezwał się jego telefon. Początkowo chciał zignorować namolne brzęczenie, ale sygnał puszczany o tak późnej porze mógł napawać niepokojem. Wyciągnął więc aparat z kieszeni, a kiedy dostrzegł na ekranie numer, jego serce przeskoczyło o kilka uderzeń. Dlaczego Joe miałaby dzwonić do niego w środku nocy? Może najzwyczajniej w świecie doszło do pomyłki?
Joe? — Odezwał się, gdy odebrał połączenie i przyłożył telefon do ucha. Cisza po drugiej stornie trwała krótką chwilę i już miał się rozłączyć, faktycznie uznając całe zajście za przypadek, ale wtedy ją usłyszał. Cichy głos, usilnie utrzymywany w ryzach, choć doskonale było słychać, że drży, jakby zaraz miał zamienić się w stłumiony szloch. Carlos ściągnął brwi i zacisnął palce mocniej na telefonie, przyspieszając kroku. Przez moment wydawało mu się, że gdzieś w tle, pomiędzy niespokojnymi oddechami Joe, usłyszał niewyraźny trzask. Przyspieszył, serce rozpędziło się jeszcze bardziej, dudniąc w rytmie niespokojnych kroków. — Co się dzieje? — zapytał łagodnie, próbując zamaskować własne zdenerwowanie. To nie było w jej stylu, dzwonienie do niego o tej porze, gdy wydawała się rozemocjonowana. Intuicja podpowiadała mu, że wydarzyło się – lub dopiero miało wydarzyć – coś złego. Była w niebezpieczeństwie? Czy ktoś, próbując dotrzeć do niego, wpadł na jej trop? Nie mógł ryzykować. Wiedział, że w takich momentach analizowanie sytuacji prowadziło do zbędnej zwłoki, a on nie miał czasu. Jeśli coś faktycznie się działo, musiał działać jak najszybciej. Kiedy dotarł więc do samochodu zaparkowanego na kościelnym parkingu, od razu odpalił silnik, pozostawiając telefon na głośnomówiącym. — Hej, mów do mnie, Joe. — Wciąż starał się zachować spokój, ale nie potrafił oszukać umysłu. Ciało także odpowiadało na impulsy, noga ciężko nacisnęła gaz, a palce mocno zacisnęły się na kierownicy. — Mów do mnie — powtórzył, tym razem bardziej błagalnym tonem. — Już jadę. Daj mi pięć minut. — Nie dotrze tam w pięć. Nie było szans, nawet gdyby pieprzył wszystkie drogowe przepisy. Nie musiała o tym wiedzieć. Musiała tylko mówić, bo potrzebował wiedzieć, że jest po drugiej stronie.

joe grainier
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
27 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
You're a loaded gun, I should probably run, cut all our connections
Without you, babe, think my heart would cave with a sadness the size of Texas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Joe dorastała z religią, ale bez wiary.
Zaznajomiona z porządkiem kościelnych rytuałów, przyzwyczajona do tego, kiedy należało wstawać, a kiedy siadać w chłodzie kościelnej nawy, kiedy śpiewać i kiedy milczeć, nigdy nie potrafiła jednak uwierzyć, że służyło to czemukolwiek więcej niż uspokajaniu własnego sumienia. Jej ojciec był sceptykiem, matka wariatką, brat zaś od dziecka podważał wszystko, co tylko dało się podważyć (z własnym rozumem na czele).
Szczerze zazdrościła ludziom, którzy w obietnicy jakiegoś Boga — tego, który spoglądał na nich z góry niczym wszystkomogący ojciec, wiedzący, kiedy wystawić ich na próbę, kiedy podać rękę, a kiedy pokarać — pokładali niezmąconą, dziecięcą niemal ufność. Pomimo własnego agnostycyzmu, nigdy z nich nie kpiła. Nie stawiała sobie też za punkt honoru, by racjonalnymi argumentami podważać, a potem burzyć czyjąś duchowość. Gdyby mogła wybrać, sama chciałaby potrafić polegać na czymś — albo na kimś — tak, jak niektórzy polegali na Świętej Trójcy, oczy, dłonie i modlitwy wznosząc ku sile wyższej, mogącej rzekomo mogła poratować ich wtedy, gdy zawiodło już wszystko inne.
Jeśli cokolwiek w ogóle pełniło w życiu Joe podobną funkcję, była to nauka. Ten klarowny zestaw logicznych, przewidywalnych reguł, w grubych tomach zebrany jak przykazania w Biblii. Anatomia, fizjologia, statystyka. Przyczyna i skutek. Rzeczy, które nawet w obliczu chaosu można było opisać i poukładać w niezawodnej kolejności. Jeśli znało się objawy, można było postawić diagnozę. Jeśli znało się zagrożenie, można było ocenić ryzyko. Jeśli rozumiało się mechanizm, zawsze istniała przynajmniej szansa, że uda się odzyskać kontrolę.

Gdyby naprawdę musiała wybrać sobie jednego świętego, z pewnością byłby to Juda — patron spraw beznadziejnych. Opiekun tych, od których wzrok dawno już odwrócili inni apostołowie. Obrońca tych, którzy odwrócili się od samych siebie.
Nigdy jednak nie nauczyła się prosić o pomoc męczenników, których cierpienie zamknięto w ikonach i witrażach, na ołtarzach i w złocie noszonych na piersi medalików. Nie znała właściwych litanii. Nie wierzyła w cuda. Nie potrafiłaby uklęknąć przy łóżku i powierzyć własnego bezpieczeństwa komuś, kogo obecności nie można było zmierzyć, usłyszeć ani udowodnić.
W nurcie całej tej ironii, na której ewidentnie opierało się jej życie, zamiast cierpiętnika z Galilei, trafił jej się więc imigrant z Escuinapy. Człowiek, którego nie należało przywoływać w modlitwach, a raczej w ostrzeżeniach, z sumieniem zbyt ciężkim, by nawet najwięksi idealiści spróbowali uczynić z niego symbol ratunku. Tego, który jej imię od niedawna zdawał się nosić jak stygmat, wyryty gdzieś między wszystkimi sprawami, których nie umiał porzucić.

Joe.


Bardziej niż sam dźwięk męskiego głosu po drugiej stronie linii, zaskoczyła Joan reakcja jej własnego organizmu na jego znajomą, chropowatą melodię — ten niski, przyrdzewiały papierosowym dymem pomruk, w którym tylko Carlos Salazar potrafił zamknąć jej imię. Natychmiast poczuła się tak, jakby dopiero teraz nabrała prawdziwego kształtu; jakby przez ostatnie kilkanaście minut istniała wyłącznie w teorii, a teraz nagle stała się ciałem. Krwią rozbuzowaną w skroniach i drżeniem dłoni. Siniakiem wykwitającym powoli na kolanie obitym gdzieś po drodze z salonu do łazienki. Galopem serca próbującego wyrwać się z piersi.
— Ktoś próbował wejść do mojego domu. Przed chwilą. Myślę, że śledził mnie od przystanku autobusowego — powiedziała po prostu. Cicho, ale zaskakująco rzeczowo, normalnie, prawie tak, jak podczas zdawania raportu przełożonym na oddziale: objaw, czas wystąpienia, okoliczności. Powstrzymując się od interpretacji albo od wyciągania przedwczesnych wniosków. — Najpierw myślałam, że pomylił drzwi. Ale potem chyba próbował też czegoś przy zamku.Chyba.
To jedno słowo pozwalało jeszcze pozostawić mentalną furtkę uchyloną dla jakiegoś niewinnego wyjaśnienia, które jutro pozwoliłoby obrócić całą sytuację w kiepski żart.

Gdyby przykładała większą uwagę, usłyszałaby teraz, jak kroki Carlosa zastępuje szmer odpalonego silnika, tykanie odruchowo naciśniętego kierunkowskazu i szum opon sunących po jezdni, gdy samochód nabierał (nieprzepisowej?) prędkości. Na ten moment wszystko to rejestrowała jednak wyłącznie podświadomość. Dźwięki miały wrócić do niej dopiero później — za kilka dni albo tygodni, w snach, z których być może nie raz obudzi się z imieniem Salazara na ustach. Teraz skupiała się wyłącznie na jego głosie. I na ciszy pustego domu.
— Jestem w łazience na piętrze. Zamknęłam drzwi. Nie pamiętam tylko… —Urwała. Nagle zrobiło jej się po prostu głupio. Ta pieprzona piwnica. Nie pamiętała, czy zamknęła dolne wejście. Gdyby tylko zwracała na takie rzeczy większą uwagę! Gdyby nie miała tyle na głowie! Gdyby mniej pracowała, więcej spała i sama stosowała się do wszystkich tych mądrych zaleceń, które z takim przekonaniem wciskała pacjentom, może teraz wiedziałaby, czy zasuwa tkwiła na swoim miejscu, czy też drzwi stały otworem dla kogokolwiek, kto chciałby znaleźć się w środku. Gniew — na samą siebie — wezbrał w niej szybciej niż łzy.
— Carlos… poczekaj. Nie. Może nie musisz tutaj…
Dźwięk dobiegający z dołu nie był szczególnie głośny. Ot, krótki trzask. Cisza. A potem metaliczny szczęk, jak gdyby coś ciężkiego uderzyło o podłogę.

— Co się dzieje?

Joe podniosła wolną dłoń do ust, zupełnie jakby Carlos mógł zobaczyć ten gest. Ćśśś. Dźwięk kroków ogarnął jej ciało jak dreszcz gorączki. Dobiegał z dołu. Z wnętrza domu.
— Ktoś wszedł — wyszeptała w słuchawkę. Jak komentator sportowy, spiker w wiadomościach, albo pierdolona pogodynka.
Powoli rozejrzała się po łazience. Umywalka, kosz na pranie. Pojedynczy fikus stojący na półce. Sedes. Szczotka do toalety, której przydatność w obliczu potencjalnego włamywacza była, delikatnie mówiąc, ograniczona. Wanna z prysznicem, oddzielona od reszty pomieszczenia mleczną zasłoną. Ile razy Joe obiecywała sobie, że wreszcie ją wymieni? I nagle niedorzeczna, nieproszona myśl, szybsza niż możliwość racjonalizacji: może już nigdy tego nie zrobi. — Jest na dole. W salonie.
Poruszał się powoli, ale pewnie. Przestawił krzesło. Odsunął jakąś szufladę. Jeżeli chciał pieniędzy, mógł je wziąć. Portfel leżał w torebce, laptop na łóżku w sypialni. Kiedy to się skończy, Joe zastrzeże karty, kupi nowy komputer, wymieni zamki. Wszystko dało się wymienić. Naprawić.
Wszystko oprócz—
Nie.
Nie teraz.


W międzyczasie, kroki sięgnęły schodów. Joe zamknęła i otworzyła oczy. Jej żołądek zacisnął się jak pięść.
— Chryste, przepraszam — Szepnęła jeszcze, zanim odsunęła telefon od twarzy i wcisnęła blokadę mikrofonu, tym samym skazując Carlosa na rolę niemego świadka. Jeśli ona go słyszała, usłyszałby go także i intruz, szybko dowiadując się, że Joe wezwała kogoś na ratunek.
Odłożyła telefon na brzeg umywalki i sięgnęła po figowiec. Wyjęła go z ceramicznej osłonki wraz z plastikową doniczką i odstawiła do wanny. Grudki wilgotnej ziemi rozsypały się po dnie, uwalniając charakterystyczny zapach geosminy. Joe słyszała, jak włamywacz wchodzi do jej sypialni. Potem - do pokoju jej brata. I znowu na korytarz.
Pięć minut, powiedział Carlos. Nie wiedziała, ile minęło. Dwie? Dziesięć? Mimo tego, że wyciszyła telefon dobrą chwilę temu, teraz usłyszała jego głos niemal tak wyraźnie jak wcześniej.
Nie stój przed drzwiami, Joe. Odsuń się. Stań z boku. Nie daj mu się zobaczyć pierwszej.
Zawsze tak uparta, teraz wreszcie posłuchała. Przesunęła się pod ścianę, poza linię wejścia, rozstawiając szerzej stopy na śliskich kafelkach. Najpierw nie stało się nic. Potem ciemna smuga niby cień drapieżnika, przecięła linię światła wpadającego do łazienki przez szparę pod drzwiami. Joan Grainier przestała oddychać.

Pierwsze uderzenie zatrzęsło futryną. Nie ruszaj się, Joe.
Drugie było mocniejsze, przyjęte przez futrynę z bolesnym jękiem. Poczekaj.
Trzecie opadło na drzwi z suchym trzaskiem. I dopiero wtedy Joe poczuła panikę. Nie strach, bo ten towarzyszył jej już od dłuższej chwili, zamknięty w klatce żeber i trzymany tam siłą woli. To było coś starszego, pierwotnego. Coś, co wiedziało, że zawiasy zaraz puszczą nawet zanim ta świadomość dotarła do jej jaźni.
Carlos! Wyrwało jej się z piersi, zanim czwarte uderzenie wyrwało zamek.

Carlos Salazar
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Przez moment, niezwykle krótki, wydawało mu się, że znów zrobił coś nie tak. Niepotrzebnie wyrwał się do przodu, ulegając impulsom, nad którymi przecież miał nauczyć się panować. Intuicja mogła go zmylić, w końcu jego umysł był zmęczony ciągłą walką ze samym sobą – nic dziwnego, gdyby próbował go oszukać, prawda? Może Joe tak naprawdę nic nie groziło, w końcu w jej słowach pojawiało się wiele niewiadomych, a niektóre pytania nigdy nie zostały zadane. Co jeśli niepotrzebnie łamał drogowe przepisy, pędząc do jej mieszkania jak szaleniec, jak gdyby miała za moment zniknąć? Co jeśli…

Ktoś wszedł.

Poczuł nagły skurcz żołądka. Zacisnął szczękę i zgrzytnął zębami. Końcówki palców zaczęły drętwieć, gdy strach wędrował ciałem. Chciał wykorzystać go jako napęd, zmobilizować organizm wyrzutem adrenaliny, przecież robił to już tyle razy, większość swojego pieprzonego życia. Ten przypadek był jednak zupełnie inny. Odbierał mu zdolność do jasnego myślenia, a Carlos zapadał się w sobie, pędząc przez miasto na oślep, byleby zdążyć. Pięć minut wkrótce zmieni się w siedem. Wyimaginowany zegar tykał mu w głowie, serce waliło w piersi w rytm uderzeń wskazówek, ostrych i wiszących nad nim jak katowski miecz, a on nie potrafił zrobić z tym zupełnie nic.
Zaraz będę, Joe, jeszcze chwila… — wyrzucił z siebie z trudem. Być może dobrze, że po drugiej stronie dziewczyna już nie mogła go usłyszeć. Jego głos wydawał się tak słaby i miękki, zduszony od emocji, każdy wypuszczany oddech przynosił drżenie. Dobrze, że nie docierało do niej jak spanikowany wtedy był, bo sama zamarłaby w stuporze. Przecież Carlos Salazar miał być wykuty z kamienia; silny i niewzruszony, zawsze opanowany i gotowy do działania.
Tym razem okazał się do bólu ludzki i nienawidził się za tę słabość.

Carlos w podobny sposób bał się w życiu już kilka razy.

Jako dziecko, gdy odszedł ojciec. Niewiele pamiętał z tamtego wydarzenia, jakby umysł skutecznie wyparł traumatyczne przeżycie, chroniąc go przed jeszcze dotkliwszym zranieniem. Z pewnością jednak potrafił przywołać obraz płaczącej matki. Łamała się w ciszy, bezgłośnie poruszając ustami, wysyłając modlitwy w obojętne niebo. Jej oczy przypominały taflę szkła, która wkrótce miała pęknąć i przynieść siedem lat nieszczęścia. Wtedy nie potrafił w nie spojrzeć, przerażony odbiciem własnego strachu i smutku. Zanim wróciła, a jej spojrzenie znów nabrało ciepłego blasku, minęło wiele miesięcy - je pamiętał doskonale, zasnute mgłą żalu, wypełnione chłodem, którego nigdy nie doświadczył tak dotkliwie. Meksyk zaczął przypominać limbo, a on miał wrażenie, że prócz ojca, tamtego dnia stracił jakąś część matki, której nigdy nie odzyskał.
Jako podrostek, który sądził, że mógł wyciągnąć od świata coś więcej. Współpracował z niebezpiecznymi ludźmi, choć wydawało mu się, że sam jest sprytniejszy. Bardzo szybko uświadomili mu, że nie należy celować zbyt wysoko, bo upadek może być bolesny. Pamiętał jak zaczęli trzymać go na krótkiej smyczy, by nie rozpędził się za daleko. Nauczyli go szczekać na zawołanie i warować, gdy tylko tego wymagali. Posłuszeństwo było uwłaczające, jednak nieposłuszeństwo kosztowało więcej niż utracony honor. Pierwszy raz, gdy spojrzał w puste oko lufy, zrozumiał swój błąd. Był sparaliżowany strachem, choć to nie śmierć przerażała najbardziej. Myślał o matce, o tym jak pogrzebie drugiego mężczyznę (głupiego chłopca), którego kochała najbardziej na tym podłym świecie, a jej serce pęknie i nie będzie nikogo, kto mógłby je poskładać. Nie potrafił jej tego zrobić, nawet jeśli jego duma cierpiała za każdym razem, gdy uginał kark.
Jako dorosły mężczyzna, gdy opuściła go mama. Był na to przygotowany, przynajmniej tak mu się wydawało. Jej nieobecność okazała się jednak czymś strasznym. Oddała mu tak wiele, tyle lat życia i wysiłku, by wyrósł na kogoś, z kogo mogłaby być dumna. Później on ofiarował jej krew i pot, niekończący się ciąg wyrzeczeń i upokorzeń, byleby zapewnić im namiastkę bezpieczeństwa i dostatku. Byli swoimi największymi słabościami i zarazem największą siłą. Kiedy jej zabrakło, zabrakło też celu. Nie było dokąd wracać i o co walczyć.
W końcu bał się, gdy patrzył na umierającego Martina. Widział jak dusza ucieka z ciała, jak rozpaczliwie jego przyjaciel próbował ją w sobie zatrzymać, jeszcze chwilę dłużej. Jego oczy były szeroko rozwarte, ale już nie dostrzegały zupełnie nic, nawet twarzy Carlosa wykrzywionej w bolesnym grymasie. I znów opuszczała go kolejna osoba, o którą się troszczył. I znów to nie był on, d l a c z e g o to nigdy nie był on? Bał się zgorzknienia, bał się poczucia winy, bał się pełnych rozpaczy oczu Cassandry, które przypomną mu o szklanym spojrzeniu matki. Bał się, że spyta, dlatego to Carlos zawsze dostawał kolejną szansę, pozostawiając na swojej drodze same trupy.
Tym razem również się bał. Od ostatniego razu prawie zapomniał jakie to uczucie, jak kurewsko nienawidził bezsilności, która nadchodziła falami. Jego imię rozpaczliwie wykrzyczane przez Joe dzwoniło mu w uszach. Huk wyważanych drzwi rozchodził się po kościach, niemal jakby już się tam znajdował. Przez moment chciał się rozłączyć, zagłuszyć wszystkie te dźwięki dochodzące z głośnika telefonu, bo sprawiały, że jego całe ciało zaczynało drżeć. Wiedział jednak, że nie mógł tego zrobić, był więc skazany na słuchanie dramatu, który rozgrywał się zaledwie kilka przecznic dalej. Musiała wiedzieć, że on wciąż jest po drugiej stronie i po nią jedzie. Musiała wytrzymać jeszcze trochę i będzie bezpieczna, dopilnuje żeby była, już nikt jej nie skrzywdzi. Zabije każdego, kto spróbuje ją tknąć.
Ten strach o jej życie, uświadamiał mu, że zaczęło mu zależeć, znów z b y t mocno. Gdzieś pomiędzy jednym spotkaniem a drugim, między ostrzeżeniami i trudną szczerością, Joe Grainer odcisnęła na nim swoje piętno. Weszła mu pod skórę, zaszyła się tam już przy pierwszym spotkaniu, a on na to pozwolił. Kradła jego myśli, gdy tylko stał się nieuważny; to do rozmów z nią powracał, gdy w te wszystkie bezsenne noce błądził po mieszkaniu w poszukiwaniu ciepła. Nie znał jej, tak naprawdę wiedział o niej mniej, niż ona wiedziała o nim, a jednak czuł jakieś niezrozumiałe przywiązanie, które rozrywało jego jaźń.

Wypadł z samochodu od razu, gdy dotarł pod mieszkanie Joe. Nogi niosły go same, wprost do frontowych drzwi, od których jednak się odbił. Szarpnął za klamkę, później znów, znacznie mocniej. Zamknięte. Zimny pot spłynął po plecach, a nogi prawie się pod nim ugięły. Zacisnął drżące palce w pięści, wbijając paznokcie w skórę. Zanim znalazł wejście, przez drzwi do piwnicy, które Joe nieszczęśliwie pozostawiła otwarte, minęły kolejne dwie minuty. Przekroczenie progu domu oznaczało jednak, że mógł jej pomóc. Strach powoli ustępował furii, która czaiła się w jego podświadomości jak dzikie zwierzę. Wystarczyło pozwolić mu przejąć kontrolę.


It's simmering inside of me, my love. Let it be.
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „#102”