don't let it in with no intention to keep it
I've had this feeling for a while
A gentle rage becoming wild
It's growing stronger all the time
Moving mountains in my mind
Kłamał, gdy twierdził, że nie potrzebował ciepłego spojrzenia i ciepłych dłoni Joe. Dni były prostsze do przetrwania, bo musiał zajmować się interesami, znikał więc w dokumentach, zatracał się w spotkaniach i wieczornych pokazach. Odwiedzał Cassandrę, która przyjęła jego nagłą bierność i potulność z ulgą. Starał się z nią rozmawiać, więcej niż wcześniej, jakby nie chciał, by kiedykolwiek jeszcze kryła się z tym co ją bolało. Złożył wizytę jej matce, upewniając się, że ma odpowiednią opiekę. Odwiedził grób Martina, przeklinając go za to, że odszedł, a później siedział długo na cmentarzu, oparty o nagrobek przyjaciela i dławił w sobie smutek.
Noce były duszne i tak przeraźliwie puste, gdy snuł się po mieszkaniu, skacząc od okna do okna jak ogłupiały pies. Okazało się, że zimne whisky nie potrafiło rozwiązać żadnych problemów, a długi sen nigdy nie nadchodził. Odpalał papieros za papierosem, próbując znaleźć w nikotynie ukojenie, zająć czymś ciało i umysł, ale wkrótce zaczął gasić niedopałki w szklankach pełnych alkoholu. Nie było żadnej satysfakcji i żadnego ukojenia. Coś trawiło go od środka, wędrowało korytarzami żył, zatruwało serce, osłabiało głowę. Światła nocnego Toronto mrugały do niego zachęcająco, ale on im nie odpowiadał, bo czuł się w tym mieście obco. To n i e był jego d o m. To nigdy nie będzie jego miejsce. Mógł myśleć, że miał przy sobie Cassnadrę, swoją córkę, ale przecież nawet nie była jego. Nic tu nie było jego. On sam nie był swój. Kim był człowiek, który patrzył na niego w lustrze? Czyje były te zmęczone oczy, pełne kontrolowanego gniewu i usta wykrzywione w grymasie bólu. To nie były jego ręce – prawa przecież nigdy nie drżała, gdy trzymał broń. Nie jego ciało, odmawiające posłuszeństwa, przeszywane niekontrolowanymi skurczami, gdy zmuszał je do wysiłku.
Kłamał, gdy twierdził, że zostawił przeszłość za sobą. Nienawidził Meksyku, bo odebrał mu ojca, młodość, a później pochował w jego ziemi matkę. Nauczył go zadawać ból i odwracać spojrzenie, gdy brakowało sprawiedliwości. Połamał mu kości i wyrył w skórze historię. Doprowadził pod oblicze
Santa Muerte i odurzył zapachem kadzideł, wymalował tuszem czarną topniejącą świecę tuż pod sercem. Nauczył go spać na kamieniach i wykrzywił kręgosłup moralny, dał przyzwolenie na niedozwolone, odwrócił go od Boga i ochrzcił na nowo, imieniem
Cordero. Nienawidził Meksysku, dlaczego więc przez te niezliczone, samotne noce tak bardzo chciał tam wrócić? Do krwi i ognia, do ideałów kruszonych tak, jak kruszą się zęby, gdy szczęka spotyka się z betonem. Do zapłakanych oczu matki, gdy przemywała jego rany. Wciąż był tym chłopcem, nigdy nie przestał nim być.
Kłamał, gdy twierdził, że cieszył się z własnej ślepoty. Chciałby popatrzeć na świat oczami Joe. Znaleźć dobro w ludziach, które starała się dostrzegać zawsze – nawet w nim, przeklętym grzeszniku. Wybrać życie, ale nie tak jak wybrał on – niosąc śmierć każdemu, kto mógł mu zagrozić. Wybrać życie jak człowiek, który nie boi się spotkania z Bogiem, bo wie, że nie zstąpi do piekieł. Wybrać życie, cudze, nie swoje.
Coś w nim pękło, ale nigdy nie zdobył się na odwagę, by zadzwonić do Joe Grainer i poprosić ją, by zszyła także i tę ranę.
Drewniane, rzeźbione drzwi świątyni wydawały się cięższe niż ostatnio. Nie zanurzył dłoni w wodzie święconej, nie wykonał znaku krzyża, jakby nie chciał obrażać Boga jeszcze bardziej. Sama jego obecność w kościele stanowiła swoistą nieprawidłowość. Był synem marnotrawnym, który wracał wtedy, gdy potrzebował czułości ojca. Jego silnego uścisku i surowego spojrzenia, które w końcu zmieniłyby się w łagodnie wypowiedziane:
wybaczam. Carlosowi nie można było wybaczyć, nie pomoże mu żadna spowiedź, żadna pokuta. Mógł wierzyć we wszystkich bogów, których zrodziły ludzie serca pragnące zrozumienia i ukojenia, ale z pewnością żaden nie chciałby uwierzyć w niego. Dlaczego miał powierzyć sąd nad swoją duszą jakiejkolwiek sile wyższej? Sam mógł się osądzić, widział wystarczająco – w i n n y – nie musiał szukać potwierdzenia.
Nie zatrzymał się jednak i nie wycofał. Nie znalazł nikogo w środku. Tylko cisza, długi ołtarz, rozpalone świece w kolorze kości słoniowej i kolorowe witraże przedstawiające świętych, którzy oceniali go szklanymi spojrzeniami. Ugiął się pod nimi, klękając w ławce i kryjąc twarz w dłoniach. Był zmęczony i samotny. Czy sądził, że właśnie tu odnajdzie ukojenie i odpowiedź? Nie słyszał nic oprócz własnego ciężkiego oddechu i skrzypienia drewna, które poddawało się pod ciężarem ciała. Mógłby coś powiedzieć – skierować jakąś myśl wyżej – przeprosić i błagać o wybaczenie. Przyznać się do każdego występku i powiedzieć o strachu jaki czuł, gdy ich dokonywał. Zakwilić jak dziecko, które dopiero co przyszło na świat, obcy i zimny. Na to też był zbyt zmęczony. Zbyt stary i uparty. Lepiej nie prosić o nic. Przyjąć konsekwencje, jak robi to mężczyzna. Jedyne czego mógłby chcieć to czas. Odrobina więcej piasku w przewróconej klepsydrze, by dokończyć sprawy, zanim strącą go niżej. To było głupie, ale przyłapał się na tym, że pomyślał o Joe. Ona również była jego niedokończoną sprawą. Coś czaiło się w jej osobie, coś co go do niej wołało, a on próbował nauczyć się słuchać, choć dobrze wiedział, że to kolejny błąd. Czy mógłby coś z niego wyciągnąć? Zrozumieć lekcję, jaką ze sobą niósł? Grainier miała wiele do powiedzenia, nie bała się ostrych słów, a on się do niej dostrajał, nawet wtedy kiedy bardzo tego nie chciał. Była namolna i bezczelna, myliła brak instynktu samozachowawczego z empatią, miała ideały, które świat w końcu przeżuje i wypluje, ale… była szczera? Miała w sobie ciepło, które ogrzewało ludzi i determinację, by wciąż iść na przód. Była dobra, w sposób, w jaki nigdy nie będzie Carlos. Dlatego nie powinien się do niej zbliżać. I dlatego chciał być blisko, bo może sądził, że przy niej mógł na chwilę stać się kimś lepszym. Uciszyć gniew i żal, i nie popełnić kolejnych fatalnych decyzji, które skrzywdzą ludzi. Nieistotne, że na to zasługiwali, bo byli równie zepsuci.
Wydawało się, że jego niepokorne myśli przyciągnęły (nie)szczęście. Przekroczył próg kościoła, ponownie wychodząc w noc, odezwał się jego telefon. Początkowo chciał zignorować namolne brzęczenie, ale sygnał puszczany o tak późnej porze mógł napawać niepokojem. Wyciągnął więc aparat z kieszeni, a kiedy dostrzegł na ekranie numer, jego serce przeskoczyło o kilka uderzeń. Dlaczego Joe miałaby dzwonić do niego w środku nocy? Może najzwyczajniej w świecie doszło do pomyłki?
—
Joe? — Odezwał się, gdy odebrał połączenie i przyłożył telefon do ucha. Cisza po drugiej stornie trwała krótką chwilę i już miał się rozłączyć, faktycznie uznając całe zajście za przypadek, ale wtedy ją usłyszał. Cichy głos, usilnie utrzymywany w ryzach, choć doskonale było słychać, że drży, jakby zaraz miał zamienić się w stłumiony szloch. Carlos ściągnął brwi i zacisnął palce mocniej na telefonie, przyspieszając kroku. Przez moment wydawało mu się, że gdzieś w tle, pomiędzy niespokojnymi oddechami Joe, usłyszał niewyraźny trzask. Przyspieszył, serce rozpędziło się jeszcze bardziej, dudniąc w rytmie niespokojnych kroków. —
Co się dzieje? — zapytał łagodnie, próbując zamaskować własne zdenerwowanie. To nie było w jej stylu, dzwonienie do niego o tej porze, gdy wydawała się rozemocjonowana. Intuicja podpowiadała mu, że wydarzyło się – lub dopiero miało wydarzyć – coś złego. Była w niebezpieczeństwie? Czy ktoś, próbując dotrzeć do niego, wpadł na jej trop? Nie mógł ryzykować. Wiedział, że w takich momentach analizowanie sytuacji prowadziło do zbędnej zwłoki, a on nie miał czasu. Jeśli coś faktycznie się działo, musiał działać jak najszybciej. Kiedy dotarł więc do samochodu zaparkowanego na kościelnym parkingu, od razu odpalił silnik, pozostawiając telefon na głośnomówiącym. —
Hej, mów do mnie, Joe. — Wciąż starał się zachować spokój, ale nie potrafił oszukać umysłu. Ciało także odpowiadało na impulsy, noga ciężko nacisnęła gaz, a palce mocno zacisnęły się na kierownicy. —
Mów do mnie — powtórzył, tym razem bardziej błagalnym tonem. —
Już jadę. Daj mi pięć minut. — Nie dotrze tam w pięć. Nie było szans, nawet gdyby pieprzył wszystkie drogowe przepisy. Nie musiała o tym wiedzieć. Musiała tylko mówić, bo potrzebował wiedzieć, że jest po drugiej stronie.
joe grainier