Minęła zaledwie sekunda.
W jednym momencie, spoglądała na Alberta, stojącego na wejściu do ciemnej komnaty, która od wielu miesięcy służyła za jego sypialnię. Mrugnęła, a gdy po raz kolejny rozchyliła powieki, znajdowała się na środku pięknej, zielonej polany. Mogłaby przysiąc, że czuje na swoich policzkach lekki powiew świeżego wiatru, który złudnie wypełniał jej płuca. Brukowe kamienie zniknęły, a zamiast nich, pojawiły się krzewy, kwiaty, wzniesienia i bujne drzewa, sięgające nieba, a jednocześnie nie przysłaniające gwiazd. Carmen kochała naturę. Kochała chłód powietrza na zewnątrz, miękkość trawy pod stopami lub chropowatość kory pod opuszkami palców. Lubiła zrzucać z siebie mundur, by wskoczyć do płytkiej rzeki, w której mogła odpocząć po długim, a zarazem męczącym locie. Albert doskonale wiedział,
dokąd ją zabrać, by uspokoić jej umysł.
Nawet, jeśli to była tylko iluzja, na krótki moment przypominała jej, co było dla niej ważne. Dawała ukojenie i spokój, który pozwalał jej oczyścić rozum, który błąkał się nie raz w niewłaściwych miejscach. Torres oparła głowę na jego ramieniu, czując kołatanie własnego serca. Prawdę mówiąc, żałowała, że spotkała swoją rodzinę i że rzucili jej na głowę całą tę prawdę o ich przeszłości czy o Tyrrendorze. Chyba wolałaby dalej żyć w słodkiej niewiedzy i bronić Navarry tak, jak była wychowywana przez swoją babunię. Dzięki temu, nie musiałaby się wahać. Nie musiałaby się zastanawiać, co będzie z jej miłością dalej.
Nadal możesz zapobiec katastrofie, Carmenko.
Wybierzesz Navarrę. Wybierzesz Alberta. Wybierzesz swój dom, swoją szkołę, całe swoje dotychczasowe życie, które przecież uwielbiałaś. Wybierzesz bezpieczną przyszłość.
Ravena mieszała w jej głowie. Zatruwała jej umysł słodkimi obietnicami, samolubnymi przekonaniami i argumentami, które chwytały jej serce. Była okropna, a jednocześnie... Naprawdę dobrze znała swoją jeźdźczynię. Wiedziała na czym od zawsze jej zależało. Torres chciała zbudować swoją własną rodzinę, karierę i dom; tutaj w Navarrze. Nie chciała walczyć, chciała bronić. Nie chciała się wahać, chciała działać. A w ciągu paru dni, wszystko w co wierzyła, wydawało się drżeć jak pod wpływem silnego uderzenia z oddali. Cholera.
— Nocthar ma większe ego niż skrzydła. Wiem, że mnie słyszysz i w ogóle się ciebie nie boję — rzuciła, spoglądając na Alberta, jakby te słowa kierowała właśnie do niego, a nie do jego smoka. Uśmiechnęła się lekko, próbując nieco bardziej się rozluźnić. Carmel pogłaskała wolną dłonią tę jego; przez ostatnie lata, Thallman był dla niej najbliższą osobą na świecie. Przerażała ją myśl nadchodzącej rozmowy, odkładała to jak tylko mogła, licząc na to, że decyzja podejmie się sama.
Ojciec przysłał nowe raporty z pogranicza. Nie chciała o tym słuchać. Nie chciała czuć tego wstrętu względem jego ojca, który narastał w niej, gdy słyszał jego słowa o prowincji, z której pochodziła.
Pieprzone szczury. Och.
— Nie dziwię się, że wciąż próbują się bronić. Chcą niezależności, Albert. Robilibyśmy to samo, gdyby Navarra była zagrożona — powiedziała spokojnym tonem.
Słysząc jego pytanie, Torres wbiła wzrok w pustkę przed siebie; zacisnęła palce na tych jego.
— Bo jestem zmęczona. Nie chcę, żeby ginęli kolejni ludzie — mruknęła, co nie było kłamstwem. Nie chciała śmierci po żadnej ze stron; była boleśnie rozdarta.
— Codziennie dostajemy nowe informacje i polecenia. Z pogranicza, od szpiegów, ze szkoły. Co chwilę ktoś jest ranny, ktoś odchodzi ze swoim smokiem, ktoś przechodzi na drugą stronę — wymruczała, pocierając policzkiem jego ramię.
— Ace, zastanawiałeś się kiedyś, co jest tak naprawdę słuszne? — zapytała, unosząc nieznacznie twarz, by móc na niego spojrzeć.
— Od rozpoczęcia Basgiathu... Nigdy w nic nie wierzyłam tak bardzo jak w Navarrę — przyznała.
— Jakbym mogła zresztą wierzyć w cokolwiek innego? To tu się urodziłam. Tu znalazłam babunię. To tu dorastałam, tu się uczyłam, tu ciebie poznałam — wymruczała, uśmiechając się do swoich myśli.
— To tu zostałam wybrana przez Ravenę. I to tu chciałam z tobą zostać i się zestarzeć — zaśmiała się, bo to wydawało jej się teraz nieprawdopodobne.
— A kto wie, czy dożyjemy końca tego tygodnia? — westchnęła, spoglądając mu prosto w oczy. Oczy, dla których przepadła i dla których kiedyś mogłaby rozwalić pół akademii, żeby mu tylko jakoś zaimponować.
— Zastanawiasz się, dlaczego zamknęłam myśli? — zapytała, uśmiechając się krzywo.
— Bo mam w nich bałagan, Thallman — powiedziała, tym samym używając swojej mocy, wtapiając się na krótki moment w jego organizm, by wiedzieć, co czuje.
Te wibracje. Czuł się niepewny?
Zabierzesz od niego Nocthara? Chcę zostać z nim sama.
albert