Nieważne kiedy ostatni raz tu była. Tydzień temu, miesiąc, rok, siedem lat. To miejsce w zasadzie pozostało bez żadnych większych zmian. Główny układ był identyczny z tym, który mogła pamiętać, różnicę stanowiły tylko jakieś pojedyncze drobiazgi, które najłatwiej było zastąpić. Które najłatwiej było zniszczyć i dlatego potrzebny był zamiennik. Kubek. Poduszka na sofie. Stolik kawowy. Regał. Niektóre rzeczy zniknęły za to bezpowrotnie. Lampka w rogu. Ramka na zdjęcie. Jakaś pierdoła — pamiątka z festiwalu, na który zaciągnięto go siłą, szantażem zmuszono do udziału w konkursie, a czystym szczęściem wygrał.
Wciąż jednak mieszkanie Gardnera było takie, jak zawsze. Puste. Surowe. Nijakie. Idealnie pasujące do niego: zero dekoracji, zero akcentów kolorów, zero niepotrzebnych rzeczy. Czysta funkcjonalność zamknięta w prostocie designu i względnie dobrej jakości materiale. I niech go diabli, jeśli sobie tego nie cenił. Braku chaosu. Porządku. Ładu. Miejsca, gdzie mógł zrobić sobie domową wersję tablicy, która tkwiła w jego biurze, a która chowała na sobie wszystkie poszlaki, nieposzlaki i cały grajdołek okołoposzlakowy. Nazwiska, zdjęcia, powiązania, daty, miejsca, przedmioty. Teraz to wszystko było rozwalone w salonie i bynajmniej nie zachęcało do wejścia głębiej. Bynajmniej. Ale oczywiście, nie działało to na Miller.
Jakie to ma znaczenie?
Powstrzymał mimowolne ściśnięcie się ust w wąską linię, ale dziwnego ukłucia już nie mógł. Oto to jedno, głupie pytanie podziałało jak kubeł zimnej wody.
No właśnie, Gardner. Jakie to ma kurwa znaczenie?
Nie miało żadnego. Nie powinno było mieć żadnego. Ale jakieś jednak miało i spojrzał na nią pobłażliwie. Co z tego, że nie było jej tu — w jego mieszkaniu — z milion lat. Co z tego, że on w jej mieszkaniu nie był tyle samo. Co z tego, że byli już
tylko znajomymi z pracy, skoro to nie zmieniało fundamentów tego, że kiedyś byli
czymś więcej? Rozstanie czy nie, nigdy nie widział w niej wroga.
Czasem, dla jaj.
—
Bo muszę wiedzieć czy się z Ciebie śmiać, jeśli odpadałaś po trzech kolejkach czy wycinać Ci order z kopii Twojego raportu — odpowiedział, także jakże elokwentnie. Bez większego komentarza poprawił jej szpilki w korytarzu, przesuwając bliżej ściany i polazł za nią, opierając się o najbliższą framugę w momencie, kiedy podeszła do stołu. Patrzył, ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, jak pochylała się nad dokumentami i przyglądała zdjęciom. Było ich z pięćdziesiąt, ale nie wszystkie zasługiwały na uwagę. Część była po prostu zdjęciami miejsca zbrodni i jej okolic.
—
Czemu miałbym nie sypiać? — Tu też pokusił się na pokaz elokwencji, ale tym razem bardziej bezczelnej, bo wprost kopiującej jej zagrywkę sprzed chwili, gdy odpowiadała pytaniem na pytanie. Kiedy się odwróciła i też skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, jego głowa przechyliła się nieco w bok. Gapił się tak na nią i gapił, czekając na kolejne słowa, ale one już nie nadeszły. To dobrze. Nie miał ochoty poruszać tego tematu. Nie wątku sprawy — o tej mógłby gadać godzinami i to wcale nie dlatego, że nie był uodporniony. Był. Nawet bardziej, niż by chciał. Ale jednak morderstwa na dzieciach zawsze uderzały w niego bardziej. Dobitniej. Dogłębniej. Był po prostu pierdolonym pracoholikiem i to akurat mieli z Miller wspólne.
Poruszać nie chciał kwestii swojego nie spania. Bo Miller i tak wiedziała, że zawsze miał z tym problem.
Garder odsunął się w końcu i podszedł bliżej, dokładnie w momencie, w którym zdecydowała się zmienić położenie. Ona zajęła się lodówką, a on zajął jej miejsce przy stole, składając rozwalone zdjęcia w jedno miejsce, a resztę papierów w drugie. Nie upominał jej, nawet nie zwrócił żartobliwej uwagi ani nie spojrzał spod byka, jakby zupełnie nie obeszło go to, że właśnie chwilowo zyskał wyjątkowo swobodnego współlokatora. Za długo krążyli w swoich orbitach szarej codzienności, żeby teraz zwracać na to jakąkolwiek większą uwagę. Tak, jak ona nie przywiązała wagi do tego, że wnętrze lodówki nie oferowało praktycznie nic do jedzenia.
Zerknął na nią dopiero, jak się odezwała i dała pokaz tego, jak bardzo pijana nie była. Zachwianie się to jedno. Propozycja takiego żarcia to drugie. Trzecim było to, co powiedziała na koniec. Mimowolnie zmarszczył brwi, a jego oczy dosięgły jej oczu i wyrażały tylko jedno:
taki chuj, że sobie pójdziesz. Nie pociągnął swoich wcześniejszych myśli o Swanson. Olał kompletnie pytania o to, co Miller robiła tutaj, a nie u siebie i czy jej małżonka wiedziała, gdzie była; jeszcze bardziej olał to, że z ludzkiej przyzwoitości wypadałoby wysłać Evinie przynajmniej smsa, a potem może zamówić Zaylee taksówkę albo położyć ją spać na kanapie. Olał to wszystko i inne kolejne rzeczy, które
wypadało.
Gardner i tak, lore’owo, miał na bakier z przyzwoitością.
—
Stąd co zwykle? — Nie był fanem kebabów, ale wiedział, że knajpa, z której zwykli zamawiać, wciąż była otwarta. Z wolna ruszył w stronę koronerki i zatrzymał się obok, a potem sięgnął ponad jej głowę, wyciągając z szafki dwie szklanki. Do obu nalał wody, obie wyciągnął w jej stronę — a niech zna jego dobroć i doceni możliwość wyboru. Spojrzał przy tym na nią, na tę jej czarną obcisłą kieckę, brak szpilek i włosy, które powoli zaczynały żyć własnym życiem i oparł się o blat za sobą. —
Idź może weź prysznic, a ja zamówię. Cuchniesz tanim alkoholem i fajkami.
Wodę ze swojej szklanki wypił na raz. Odepchnął się od szafek i idąc do salonu, zgarnął swój telefon, w którym już zaczął wyszukiwać numeru do knajpy. Na Miller spojrzał tylko raz, znad ekranu, kiedy stał już na zakręcie do garderoby.
—
No, sio. Możesz przy okazji pomyśleć co oglądamy — mruknął, zwalając najtrudniejsze — wybór
rozrywki jej. Sam zniknął w końcu w innym pomieszczeniu, żeby znaleźć jej coś na zmianę. Taki luj, że będzie mu tu paradować pijana w tej kiecce.
zaylee miller