ODPOWIEDZ
21 y/o
For good luck!
185 cm
student, sprzedawca uniwersytet toronto, cukiernia
Awatar użytkownika
W deszczu zawsze jest coś, co przypomina nam o tym, jak kruche jest życie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

08.


W Toronto mieszkał od kilku długich miesięcy, praktycznie od roku, bo przyjechał wraz z rozpoczęciem roku akademickiego i rzadko poruszał się dalej niż z uczelni do domu i z domu do cukierni, w której pracował. Trwała przerwa semestralna, a niebawem miał wrócić na studia i rozpocząć kolejny rok nauki. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy odniósł wrażenie, że życie na nowo postanowiło rzucić mu kłody pod nogi. Telefon od ojca, wykonany z więzienia w Atlancie, wprawił go w stan nieprzyjemnego osłupienia. Diabeł szukał kontaktu i próbował — jak zawsze — znaleźć oparcie w młodszym synu. Wiedział, że na Chase’a nie mógł liczyć. Chłopak zajął się własnym życiem, nową pracą i, w przeciwieństwie do Raina, sprawiał wrażenie osoby, która już dawno pogodziła się ze swoim losem. Młodszy Chandler uparcie walczył — robił to nieumiejętnie, ale przynajmniej próbował.
W przerwach między pogrążaniem się w kolejnym stanie depresyjnym a epizodem nagłej radości analizował więcej, niż było to konieczne. Nawet nie próbował być w tym wszystkim rozsądny. Ulegał emocjom, głównie tym negatywnym. Kto by pomyślał, że czarne scenariusze były tymi, które zawładną jego myślami na długo i zostaną z nim jeszcze dłużej, bo tak łatwo im ulegnie? Zastanawiał się nad tym, czy pobyt Charlesa Chandlera w Atlancie był spełnieniem marzeń rodziny szukającej sprawiedliwości, czy kolejną porażką systemu. Rain kochał swoją matkę całym sercem i uważał, że nie zasłużyła na tak tragiczny los, który ją spotkał. Jemu, jako najmłodszemu członkowi rodziny w dniu pogrzebu kobiety, najtrudniej było pogodzić się z jej śmiercią. Miał dwadzieścia jeden lat i wciąż nie potrafił tego zrobić.

Żal i złość zżerały go od środka, mieszając się z bezsilnością i wyrzutami sumienia. Terapeuta powtarzał, że nie powinien ich mieć, ale w jaki sposób miał walczyć z ciążącym na barkach poczuciem, że spierdolił na całej linii? Zamiast stanąć w obronie jej lub brata, wolał wycofać się jak przerażone zwierzę, bo bał się napadów złości ojca do tego stopnia, że paraliżował go strach i zalewał się łzami.

Głupie, naiwne dziecko.

Zbliżała się rocznica śmierci jego matki, a on nawet nie mógł pojechać na cmentarz oddalony od aktualnego miejsca zamieszkania o jakieś 1020 kilometrów samolotem. Chyba wolał nie wiedzieć, jak obecnie wyglądał ten grób. Miał tylko cichą nadzieję, że ktoś o niego dbał pod ich nieobecność, a matka nie miała nikomu za złe tego, że jej synowie próbowali ułożyć sobie życie.

Jasne.


Wiedział, że była martwa — w końcu żywym nie stawia się nagrobków ani pomników — ale łatwiej było mu żyć z przekonaniem, że chociaż jakaś część jej osoby wciąż była na tym świecie. To było głupie, zważywszy na fakt, że od jej śmierci minęło tyle czasu, że powinien się z tym pogodzić.
Od kilku dni chodziła za nim ochota na zajaranie czegoś mocniejszego niż papierosy. Nie mógł nazwać się ćpunem, bo sięgał po używki naprawdę bardzo rzadko, ale zielsko pomagało mu się zrelaksować. Wciąż nie znał tutejszych dealerów, nie wiedział, komu powinien zaufać, a od kogo niczego nie kupować. Numer do faceta, z którym był umówiony na godzinę dziesiątą wieczorem, dostał od swojego kumpla z roku. Napisał do niego pod pseudonimem, którym posługiwał się w grach komputerowych (Ghost), i umówił się na spotkanie.
Wieczór nie należał do najprzyjemniejszych. Właściwie cholernie pizgało. Ciemność zalewająca ulice ciągnące się wzdłuż budynków przy Guildwood nie wzbudzała zaufania, ale skoro już umówił się z tajemniczym mężczyzną, nie zamierzał rezygnować ze spotkania. Starał się nie spóźnić, już i tak zostało mu niewiele czasu. Dostrzegając majaczącą w świetle lamp ulicznych sylwetkę mężczyzny, przyspieszył nieco kroku, opuszczając głowę przysłoniętą kapturem.

B ł ą d.


Pieprzony błąd.


Nie zauważył przechodzącego obok chłopaka, którego potrącił ramieniem, wypuszczając z ręki telefon. Siarczysta kurwa rzucona w stronę własnej nieuwagi przecięła ciszę, a Rain, zsuwając kaptur z głowy, obrócił się za chłopakiem.
— Sorry, nie chciałem. Trochę mi się spieszy, więc mógłbyś się... — rzucił bez emocji, nawet nie próbując ukryć zniecierpliwienia. Odwrócił się w stronę chłopaka i zrobił krok w jego kierunku, chcąc sięgnąć po telefon leżący nieopodal jego butów.
— Przesunąć? — dokończył, przechylając nieznacznie głowę na bok. Jednoznaczne spojrzenie powędrowało w stronę chodnika, dobitnie sugerując, o co mu chodziło.

Oliver Moon
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
23 y/o
For good luck!
181 cm
diler | barista Second Cup Coffee Co.
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby tylko ktoś dał mu wybór, byłby w każdym innym miejscu byle nie tutaj.
Nie potrafił pogodzić się z myślą, że tak naprawdę to przecież miał wybór. Prawda była taka że, podobnie jak wielu jemu podobnych, Oliver zwyczajnie utknął i nawet jeśli życie niemal każdego dnia kopało go w dupę i udowadniało, jak źle żyje mu się w jego obecnej rzeczywistości, stało się to na tyle znajome, że było po prostu bezpieczne. Dobrze wiedział, że to strach przed zmianą był jego największą kulą u nogi. Nawet gdyby coś zaczęło zmierzać ku lepszemu, nie doceniłby tego. Nie dopasował się w pełni do swojej skorupy - kaleczyła go ona i sprawiała, że był straszliwie samotny - ale była ona na tyle znajoma, że odrzucenie jej wydawało się niemożliwe. Nawet jeśli nienawidził siebie samego za to, że co tydzień zgłaszał się do producenta po większą ilość towaru by rozprowadzać ją na ulicach, nawet kiedy oferował starym i nowym klientom kolejne torebeczki wypełnione suszem, tabletkami albo białym proszkiem. Nienawidził tego, że zostawiali u niego grube ilości gotówki. Wyrzuty sumienia dręczyły go tak samo zarówno wtedy, kiedy miał do czynienia z okazjonalnymi koneserami używek, jak i wtedy kiedy widział, że zgłosili się do niego ci, którzy ewidentnie byli uzależnieni. Bo doskonale wiedział, co sprzedaje. Doskonale wiedział, jak bardzo może to zrujnować nawet najbardziej poukładane, zaplanowane, zorganizowane życie.
Na co dzień był całkiem niezłym aktorem.
Zakładanie maski wesołego chłopaka z sąsiedztwa weszło mu już w skórę tak bardzo, że nikt nie był w stanie go przejrzeć. Kawka raz, tutaj szeroki, serdeczny uśmiech, który nigdy nie sięgał oczu, tu rzucone kłamstewko, tam jakiś komplemencik i dobry uczynek. Podejrzewał że w oczach innych był pewnie typowym studenciakiem, serwującym latte i matchę, próbującym dorobić trochę żeby mieć na własne wydatki, bo przecież rodzice na pewno płacą mu za studia i mieszkanie.
Tymczasem on nawet nie pamiętał jak jego rodzice wyglądali.
Do paskudnego nastroju wynikającego z samego faktu poczucia ogólnej bezsilności wobec swojego życia, doszła także równie paskudna pogoda. Oliver wyglądał przez okno na zewnątrz, marząc o tym, by móc zakopać się pod kołdrę i zamknąć w ramionach jedyną kotwicę, która trzymała go przy zdrowych zmysłach - swoją kotkę. Temperatura na zewnątrz była okrutnie niska, a on wychładzał się bardzo szybko z powodu swojej mikrej postury - kolejny powód dla którego nienawidził zbliżającej się zimy.
Rachunki miały jednak jego nastrój oraz wyrzuty sumienia głęboko. Musiał iść. Iść i wciskać nielegalne substancje i rujnować życie innych, aby jakoś finansować swoje własne.
Nagłe, mocne szturchnięcie w ramię wyrwało go z zamyślenia. W pierwszej chwili poczuł w żołądku ukłucie paniki - ataki na dealerów przecież nie były niespotykane. Jego galopujące serce zaraz zwolniło jednak biegu, gdy okazało się, że pchnięcie było przypadkowe. Sfatygowana latarnia uliczna nie dawała wiele światła, a kaptur narzucony na głowę utrudniał widok, ale gdy chłopak odwrócił ku niemu twarz, Oliver odniósł wrażenie, że wydawała mu się znajoma.
- Jasne. Sorry - próbując dopasować jakoś osobę do facjaty, Moon zareagował dopiero gdy nieznajomy wprost wyraził swoją prośbę. Zamiast jednak faktycznie zrobić krok w bok, schylił się i sam podniósł telefon chłopaka - taki był z niego uczynny dealer. Zerknięcie na ekran było czystym przypadkiem. Wymiana kilku wiadomości, nawet jeśli bardzo oszczędnych, w połączeniu z samą obecnością nieznajomego w tym miejscu, powiedziała Oliverowi wszystko na temat powodu jego wizyty tutaj.
Przetrzymał komórkę w ręce o sekundę lub dwie zbyt długo, by wydawało się to naturalne. Tylko głupi nie zorientowałby się, że zdążył odczytać smsy wymieniane między chłopakiem, a kimś, kogo Moon najprawdopodobniej znał. Szybkie zerknięcie przez ramię i jego podejrzenia właściwie przerodziły się już w pewność. Oliver jeszcze raz spojrzał na nieznajomego. Znał tę twarz.
Mógł się wpakować w niezłe gówno.
On sam. Albo ten chłopak. Albo obaj.
Złapał go za rękaw, zanim nieznajomy miał szansę go wyminąć.
- Poczekaj.

Rain Chandler
Solhy
Posty z AI, nadmierna infantylność
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”