43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Piętno było wyjątkowo pasującym określeniem. I nawet, jeśli Sal - z wiadomych przyczyn - nie nosił już przecież na ręce obrączki, a jasny okrąg, który jeszcze jakiś czas po jej zdjęciu zwykł opasać jego serdeczny palec w kontraście do zdobiącej resztę dłoni opalenizny, zdołał już dawno zniknąć na dobre, nadal czasem wydawało mu się, że czuje na palcu ciężar złota kupionego w duecie z Diane. Nadal czasem odruchowo gładził to miejsce opuszkiem kciuka, jakby poszukując podświadomie znajomego kształtu, a znajdując tylko pustkę - dokładnie tak samo, jak wciąż zdarzało mu się czasem przez sen wyciągać rękę prosto w wolną przestrzeń w pościeli, spodziewając się natrafić na sylwetkę byłej żony, a napotykając tylko chłód i nicość. I tak, prawdą było, że ten rodzaj nawykowej tęsknoty pewnie miał zostać w nim już na zawsze, gdzieś pod sercem, jak zaklinowany w ciele pocisk. Sal zdawał sobie jednak sprawę - i świadomość tą wzmacniała tylko cała feeria pogadanek, jakie w ostatnich latach odbywali z nim jego bracia, przyjaciele, a nawet jeden, czy dwóch nieszczęsnych terapeutów zmuszonych wysłuchiwać jego żalu i poczucia winy - że żadna ilość rozpaczy i rozdrapywania starych ran nie miała na tyle mocy, by cofnąć czas albo zmienić przeszłość. Tym bardziej, że - gdyby miał być z samym sobą tak naprawdę szczery - nawet gdyby los jakimś cudem dał mu drugą szansę na uratowanie dawnego małżeństwa, Sally i tak pewnie znów koncertowo spieprzyłby sprawię. Jeśli nie w taki, to w inny sposób.
- Dziękuję - Odparował, wbrew samemu sobie jakimś cudem naprawdę odczuwając pewną dozę ulgi, gdy River zapewniła go, że każdemu rodzicielowi czasami trochę odbija - W imieniu wszystkich rodziców świata. To zaskakująco pocieszające.
Nie mieli jeszcze nigdy okazji o tym rozmawiać, ale Sal oczywiście zakładał, że Cross nie ma własnych dzieci. Nie, żeby ludziom nie zdarzały się nastoletnie ciąże - nie trzeba było daleko szukać, bo jeden z braci Salomona sam przecież został ojcem ledwie parę miesięcy po własnej osiemnastce - niemniej brunetka nie sprawiała na nim wrażenia kogoś, kto miał okazję parać się rodzicielstwem. Nie dlatego, że wydawała mu się niedojrzała czy nieodpowiedzialna... Raczej dlatego, że nie sprawiała wrażenia wystarczająco zmęczonej. Gdy bowiem Sally spoglądał zarówno na siebie jak i na Diane, ale także na większość rodziców własnych uczniów, z którymi przecież regularnie miał kontakt podczas wywiadówek i szkolnych wydarzeń, zawsze odnajdywał w nich jakiś rodzaj egzystencjalnego wycieńczenia, które w żaden sposób nie zdążyło się jeszcze odcisnąć ani na twarzy, ani na sylwetce kobiety. Ani też w sposobie, w jaki poruszała się i wypowiadała, co - nawet wbrew sobie, i nie bez odrobiny zażenowania - Sally musiał przyznać, czyniło ją niezwykle atrakcyjną.

- Oczywiście. Oczywiście, że masz przy sobie szkicownik - Żachnął się, pacnąwszy się dłonią w czoło na znak, że przecież powinien był się spodziewać. River była przecież artystką, a nie jakąś tam amatorką - nie powinno go było ani trochę zaskoczyć, że nawet w takich okolicznościach jak te związane z ich dzisiejszym spotkaniem, będzie miała przy sobie coś więcej niż barową serwetkę i przypadkowy, wypisujący się długopis. To tak, jakby ktoś był zaskoczony, że zapytany o nazwanie jednej, czy dwóch konstelacji na niebie, Salomon od razu wymieniłby ich z piętnaście, wskazując nawet te najrzadsze, o których istnieniu większość normalnych ludzi zwyczajnie nie miała pojęcia - Mój błąd. Powinienem się był spodziewać.
Teraz, gdy sprawy robiły się ewidentnie poważne, rumieniec na jego twarzy rozpełzł się jeszcze zuchwalej niż wcześniej. Sal chyba się poddał, i nie próbował już nawet udawać, że pozostaje tym wszystkim kompletnie niewzruszony. Zamiast tego dopił własny alkohol, gestem dłoni wskazując barmanowi, że będzie potrzebował dokładki - i, oczywiście, że to on stawia następną kolejkę, jeśli i River miała ochotę na powtórkę z rozrywki.
- Jako... co? - Zająknął się, choć nie bez rozbawienia. Nie spodziewał się tego pytania, ale podobało mu się, że padło. Z tego co wiedział, na pierwszych randkach ludzie zwykle wypytywali się nawzajem o hobby i ostatnie wakacje, ale na szczęście sposób, w jaki Cross wyrażała swoją ciekawość względem jego osoby, wydawał się Salowi o wiele bardziej interesujący i mniej standardowy. Pokręcił głową. Potem nią pokiwał. Potem zmarszczył brwi, przygryzając krótko dolną wargę - Jeśli tak, to chyba jako jeden z tych współczesnych bohomazów, którymi wszyscy się zachwycają, ale których nikt tak naprawdę nie rozumie - Przyznał.
I dopiero po chwili zorientował się, że dawno, bardzo dawno nie był z drugim człowiekiem tak bardzo, bezbronnie szczery, jak teraz. Brawo, River. Dobra robota.

River Cross
25 y/o
MAŁA LADY PANK
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Skłoniła głowę na znak że pozostaje zawsze do usług dla wszystkich rodziców na tym łez padole. Oczywiście w granicach rozsądku. Nigdy nie ciągnęło jej do dzieci jakoś przesadnie i wszyscy, którzy znali ją nieco dłużej, doskonale zdawali sobie sprawę. Nawet jako dziecko nie zawsze udawało jej się dogadywać z maluchami. Może to przez to, ile czasu spędzała w otoczeniu dorosłych, będąc pod opieką wiecznie pracujących matek? Po teatrach i klubach nie kręciło się zbyt wielu jej rówieśników. Rzadko trafiła do kulis spektakli, w których grały dzieci. Nawet jeśli coś takiego się wydarzyło, to młodzi aktorzy przecież byli bardzo zajęci, a czasem za bardzo zafiksowani na swojej roli i zakochani we własnym graniu, by zwrócić uwagę na jakąś doczepkę do krawcowych. Dobrze, że nigdy nie brakowało jej śmiałości. Nie bała się podchodzić do innych dzieciaków na placu zabaw, w sklepie lub w jakimikolwiek innym, dziwnym miejscu, do którego trafiła samodzielnie, bo jej matki uznały, że wysłanie kilkulatki samej na spacer po ulicach Toronto, to doskonały pomysł. Jakim cudem nikt jej wtedy nie skrzywdził? Do dzisiaj nie miała pojęcia. Takie rzeczy zaczęły się jej przytrafiać dopiero, gdy zaczęła dorastać. Może jako dziecko sprawiała wrażenie zbyt dziwnej nawet dla tych złych dorosłych? Cholera wie. Wtedy nawet nie przyszło jej do głowy, że to coś dziwnego że ma taki znikomy kontakt z rówieśnikami. Kiedy uświadomiono jej to, gdy trafiła do szkoły, w ogóle nie żałowała minionych lat. Nigdy też do głowy jej nie wpadło, że nadawałaby się na matkę. Pomijając jej antynatalistyczne poglądy, to byłoby po prostu... dziwaczne. Nikt nie byłby szczęśliwy w tej relacji. Ani ona, ani dziecko. Darzyła małych ludzi zbyt wielkim szacunkiem, by skazywać je na trwanie u boku kogoś, kto ich nie chce. Dlatego też sposób myślenia takich osób jak Sal był dla niej fascynujący, bo tak kompletnie obcy. Jego miłość do córki była naprawdę ciekawym zjawiskiem do zbadania, ale nawet Cross zdawała sobie sprawę, że nie powinna zadawać zbyt wiele wścibskich pytań na tak wczesnym etapie znajomości.
— Załóżmy, że mogła cię zmylić wielkość mojej torby. Zazwyczaj noszę przy sobie większe zeszyty, ale nie chciałam odwracać uwagi od reszty stroju przesadnymi akcesoriami — wyjaśniła i wyprostowała się na moment, płynnymi ruchami dłoni prezentując strój, który miała na sobie. Większy plecak czy torba w jej opinii faktycznie odwracałyby uwagę od reszty, ale to raczej kwestia tego, że była zbyt drobiazgowa. Czy przeciętny facet przejmowałby się takimi rzeczami? Pewnie nie. Ale czy Sal w ogóle był przeciętny? Niekoniecznie. Nie brała go jednak też za fascynata mody, z którym będzie mogła dyskutować nad walorami estetycznymi własnej sukienki. Wystarczyło jej, by jego wzrok uciekał odruchowo na długie nogi w kabaretkach albo wcięcie w tali sukienki podkreślone gorsetowymi sznurowaniami. Fakt, że zdecydowała się na mniejszą niż zwykle torbę był kwestią wyłącznie jej delulu.
— Serio, sztuka współczesna? — Podniosła rozbawione spojrzenie znak kartki. Była w stanie bez problemu wyobrazić go sobie zamkniętego w takiej formie. Sama wprawdzie nie tworzyła w nurcie, który zapewne miał na myśli, ale to nic. Mogłaby go przecież zamienić w kolorowy kwadrat jak u Newmana albo jaskrawe, przesadnie nasycone okręgi jak u Fangora.
— Czyli przyznajesz, że jesteś zabójczo przystojny, ale żeby cię dobrze zrozumieć trzeba czegoś więcej niż rozmowy przy dwóch drinkach, bo jesteś całkowicie opleciony w konteksty? — Skupiła się znów na szkicu. Oczywiście troszkę sobie żartowała, ale naprawdę była ciekawa genezy jego własnego dowcipu. Wierzyła, że tego typu porównania nie przychodzą do nikogo bez powodu, a umiejscowienie siebie w tak pokręconej sztuce, a nie w czystym pięknie minionych lat, w pewien sposób jej imponowało.
— To jaką chcesz wzbudzać emocję, a z jaką cię namalowano? — dopytała, nie przerywając szkicowania. Jej rysunek nie był żadną abstrakcją. Na pierwszy rzut oka było widać, co przedstawiał. Stawiała linie szybkimi, zdecydowanymi ruchami, tworząc gęste, jakby nerwowe tekstury. Tworzyła nieco chaotyczne i ostre zbiory, a krzyżujące się linie budowały cienie i objętość. Rysowała dokładnie w taki sposób, w jaki myślała.

sal dykman
Werka
dogadamy się
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Relacja Sala z jego własnym rodzicielstwem była równie mocno - jeśli nie bardziej złożona niż wspomnienia River dotyczące jej własnego, co najmniej niestandardowego dzieciństwa. Blondyn wychowywał się w (zbyt) dużej rodzinie, w domu dosłownie w szwach pękających nie tylko od najbliższych członków jego familii, ale i tych dalszych krewnych, których imion czasami naprawdę nie szło mu spamiętać: kuzynów, ciotek, szwagrów i szwagierek, dzieci i dorosłych przewijających się przez jego rodzinny salon w prawdziwej feerii charakterów i osobowości. Gdy dorastał, myśl, że dzieci na jakimś etapie życia są czymś, co człowiekowi po prostu się przydarza traktował jak taką samą, świętą prawdę, jak chociażby ta, że ziemia nie jest płaska, albo, że grawitacja jest siłą utrzymującą wszystko we wszechświecie we względnym, choć często niezrozumiałym dla ludzi porządku. Dopiero w liceum, i potem na studiach, zaczął ten pewnik poddawać pod wątpliwość, zadając sobie głębsze, i mniej wygodne pytania. Czy w ogóle nadawał się na ojca? Czy byłby w stanie udźwignąć taką odpowiedzialność, skoro czasami nawet samego siebie nie potrafił dobrze nakarmić i dostarczyć na egzaminy o czasie? Z jakimi konsekwencjami dla obydwu stron relacji rodzic-dziecko mogła wiązać się jedna, spontanicznie podjęta decyzja? Jego starsi bracia dorabiali się kolejnych pociech tak, jakby była to najnaturalniejsza i najłatwiejsza rzecz pod słońcem, ale dla samego Salomona, im więcej o tym myślał, tym mniej czuł się pewien własnych kompetencji...
Do czasu, gdy poznał swoją byłą żonę. Bo chociaż ich rodzicielstwo było w gruncie rzeczy efektem niczego innego, jak zwyczajnej wpadki, kiedy dowiedzieli się o ciąży Sal ani przez moment nie pomyślał, że mogli sobie z tym nowym, życiowym zadaniem nie poradzić. Oczywiście, zapewniał samego siebie wtedy, przed szesnastoma laty, miało nie być to łatwe, ale tak długo, jak byli w tym razem, wszystko miało się skończyć pomyślnie. Cokolwiek to oznaczało.
Dziś, kiedy do tamtego stanu własnego umysłu wracał pamięcią, łezka nostalgii niemal kręciła mu się w oku w reakcji na własną naiwność i idealizm.

Trudno było Salowi stwierdzić, jakie decyzje podjąłby przed laty gdyby w tamtym czasie posiadał swój dzisiejszy poziom samoświadomości i cynizmu. Być może w ogóle nie zebrałby się na odwagę aby choćby ryzykować zostanie ojcem, ale z drugiej strony niepodjęcie takiego ryzyka byłoby przecież równoznaczne z utraceniem Aurory, a tego kompletnie nie mógł sobie wyobrazić niezależnie od tego, jak często łapał się za głowę, masował skronie w tym wymownym, klasycznym wyrazie ojcowskiej frustracji, i wywracał oczami w reakcji na jej nastoletnie humory, wszystkie ważne decyzje względem jej wychowania oddelegowując w zasadzie pod adres jej matki, zwłaszcza ostatnimi czasy.
- I słusznie - Skinął głową w geście uznania dla tej modowej decyzji ostatecznie podjętej przez brunetkę. Tak jak poprzednio, starał się nie gapić, ale coraz częściej nabierał subtelnego przekonania, że przyciąganie jego wzroku było właśnie niczym innym, jak intencją River. Zwłaszcza teraz, gdy prężąc szczupłe ciało dawała mu kolejną, niezaburzoną okazję by prześlizgnąć się spojrzeniem po przyjemnych dla oka liniach jej ciała. Odchrząknął - Masz rację. Odwracanie uwagi ogromną torbą byłoby faktycznie... Niepowetowaną stratą. Dla wszystkich zainteresowanych.
Jakkolwiek niezręczny, był to właśnie sposób, w który Sal Dykman starał się prawić swojej dzisiejszej towarzyszce komplementy.
I ewidentnie nie był w tej intencji sam, bo kolejne słowa River - o ile dobrze je zrozumiał, a nie tylko przeinterpretował w akcie żałosnego myślenia życzeniowego - odnosiły się do jego zewnętrznej prezencji, i tak bardzo zbiły go z tropu, że na moment kompletnie zamilkł, wpatrując się w kobietę tak, jakby właśnie zaczęła majaczyć w wysokiej, niebezpiecznej dla życia i zdrowia gorączce.
- Miałem raczej na myśli moje doświadczenia w karierze naukowej - Spróbował się wytłumaczyć, dochodząc do wniosku, że chwilę temu - kompletnie niecelowo - musiał chyba zabrzmieć jak totalny, zadufany w sobie bufon, i to na więcej niż jeden sposób - W NASA wszyscy skupiali się na moim mózgu, i nikt nie zwracał uwagi na moją aparycję... A najwyraźniej tu kryje się prawdziwy potencjał - Roześmiał się, bo było to tak niedorzeczne, że nie potrafiłby przecież w stanie powiedzieć czegoś podobnego z pełną powagą.
Starał się śledzić spojrzeniem niezwykle wprawne ruchy kobiecej dłoni, poruszające się jakby po trajektorii, która musiała najpierw zaistnieć w jej umyśle, w jej wizji, zanim przeniesiona została przez Cross w trójwymiar. Fascynowało go to, ale dostawał niemalże vertigo, zwłaszcza na myśl, że każdy kolejny gest artystki uwiecznia na papierze jakąś prawdę o jego istnieniu, nawet jeśli skrytą w liniach i cieniach rysunku.
- Ciekawość - Odparł bez zastanowienia. Nie podziw, nie zachwyt, i zdecydowanie nie współczucie. Sal uważał, że ciekawość jest emocją, która wprawia w ruch życie, i przerażającym było pomyśleć, że nikt już nie jest ciekaw jego samego - Natomiast na ten moment... Namalowano mnie chyba z jakąś dozą cynizmu. Sarkazmu, może - Upił kolejny łyczek alkoholu - I, choć aż żal powiedzieć to na głos, rezygnacji.

River Cross
25 y/o
MAŁA LADY PANK
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie znosiła czuć, że podjęła jakieś błędne decyzje. Zastanawianie się, co mogłaby zrobić inaczej, zazwyczaj działało na nią kiepsko. Podejmowała decyzje dość spontanicznie, nie brała pod uwagę konsekwencji, ale oczywiście nie była potem w stanie przed nimi uciec. Część z nich uderzała z siłą, po której trudno było się podnieść, a wtedy i tak nie chciała wchodzić w cały proces żałowania. Po jaką cholerę? Miała sama sobie dokładać po tym, jak los wystarczająco jej dopieprzył? Bo przecież nie ona sama, to wszystko ten okrutny świat. To tylko kolejny dowód, że kompletnie nie nadawała się do wejścia w poważny związek, z którego potem miałoby się urodzić jakieś bogu ducha winne dziecko. Nawet małżeństwo oznaczało przecież rozszerzenie odpowiedzialności. To nie tak, że ktoś stawał się od kogoś zależny, ale jednak chodziło o to, by umówić się, że od tej pory trudy codzienności para będzie dźwigać razem. Cross nie chciała skazywać nikogo na obowiązek mierzenia się z jej błędami. Oczywiście idąc za tą logiką całkowicie zależne od niej dziecko byłoby skrajnie nieodpowiedzialną decyzją.
— Dziękuję. Jeżeli mimo wszystko byś się na mnie nie gapił, zaczęłabym się poważnie martwić. Nie jestem z tych, które same się rozbierają dla zwiększenia atencji, to przecież bez sensu — wyjaśniła, z uwagą śledząc jego spojrzenie. Zdecydowanie zależało jej na zwracaniu na siebie uwagi. Miała wyjątkowo pochlebne zdanie na temat własnego ciała i lubiła je pokazywać nawet dla własnej satysfakcji. Spotkanie, takie jak to, były dodatkową rozgrywką. Starała się dopasować w jakiś sposób do gustu rozmówcy, żeby przy okazji sprawdzić, ile był wart. Konkluzja była bardzo prosta. Jeżeli metoda, którą wybrała na uwiedzenie, okazała się niewystarczająca, to najwyraźniej ów ktoś nie był w ogóle wart wciągania go w tę grę. Na szczęście Dykman nie starał się przesadnie zgrywać świętoszka, nie wychodził z niego też kompletny brak gustu. Daleko mu było do gwałtowności, do jakiej była przyzwyczajona w większości swoich relacji, ale coraz bardziej się do tego przyzwyczajała.
Nie zareagowała, gdy na chwilę zamilkł, pogubiony we własnych myślach. Mogła przecież skupiać się na szkicu. Kiedy oddawała się swojej największej pasji, świat mógł właściwie nie istnieć. Prosty rysunek wykonany w małym zeszycie był oczywiście tylko namiastką tego, czemu uwielbiała oddawać się na co dzień, ale nawet przy takich drobiazgach była w stanie oddać się sprawie całkowicie. Do tej pory nie znalazła lepszego paliwa do własnego istnienia, nic nie mogło się z tym nawet równać. No dobrze, to nie do końca była prawda. Zdarzały się wyjątki, którym potrafiła oddawać się równie mocno, ale z tego nigdy nic dobrego nie wynikało Dykman na szczęście nie zapowiadał się jako ktoś, kto mógłby dołączyć do pocztu tych anomalii. Podniosła na niego wzrok, kiedy wreszcie się odezwał. Była wyraźnie zaskoczona.
— Czekaj, czekaj. Jak to, kurwa, w NASA? — Oderwała ołówek od kartki, przerywając szkicowanie na dłużej pierwszy raz, odkąd zaczęła. Zmrużyła oczy, zastanawiając się, czy przypadkiem się nie przesłyszała, ale nie. Na pewno wszystko do niej dotarło.
— Pracowałeś w NASA i nie opierasz na tym swojego podrywu? Pozwoliłeś mi tak długo wierzyć, że jesteś po prostu nauczycielem? Sal, na boginię, skup się. — Pokręciła głową z rozbawieniem. Fetyszyzacja zawodu nauczyciela też mogła się sprawdzić doskonale w trakcie uwodzenia, ale raczej nie w przypadku kogoś takiego jak Dykman. A przynajmniej nie w jego obecnym stanie. Ale mieć takiego asa w rękawie i od niego nie zaczynać? Cross była pod wrażeniem. Uśmiechnęła się, wracając do szkicu.
— Wzbudzasz ciekawość — zgodziła się, chwilowo nie podnosząc wzroku znad rysunku. Zdążyła już dobrze przyjrzeć się twarzy mężczyzny, teraz chciała po prostu dopracować szczegóły, które utkwiły jej w pamięci.
— Ale nie sprawiasz wrażenia zrezygnowanego. Dobrze się ukrywasz albo odpuszczasz kwestie, których i tak nie miałbyś zamiaru pokazywać. Nie zrozum mnie źle – uważam, że poddawanie się jest zawsze wyjątkowo kretyńską decyzją. Może po prostu jeszcze tam nie dotarłeś, tylko zakładasz odruchowo, że tak byłoby najwygodniej? — ciągnęła, stawiając kolejne linie na kartce. Pewnie nie powinna mu robić takiej analizy, biorąc pod uwagę, jak krótko się znali i jak niewiele wiedzieli na swój temat, ale nie mogła się powstrzymać. Często się zapominała i wygłaszała swoje zdanie nawet kompletnie o nie nieproszona. Trudno było jej też przetłumaczyć, że faktycznie mogła nie mieć racji.
Skinęła głową i obróciła szkicownik w stronę Dykmana. Rysunek – jak cały notes – nie był duży. Popiersie mężczyzny było oddane naprawdę nieźle, a przynajmniej tak zakładała River. Nie wymagała zbyt wiele od rysunku, który powstawał w tak krótkim czasie. Mimo że stawiane przez nią linie były ostre, momentami wręcz agresywne, szkicowi nie brakowało łagodności. Skupiała się głównie w spojrzeniu skupionym na odbiorcy. Rysunkowy Sal wpatrywał się w oczy widza z pewną dozą niepewności i zmęczenia. Mocno zarysowany zarost dodawał twarzy powagi, a szerokie ramiona uwypuklały dostojność, która w rzeczywistym Salu gromadziła się raczej w jego wykształceniu, a nie postawie. Cross zawsze rysowała dokładnie w taki sposób, w jaki odbierała swoich modeli i nie uważała, by było to jakieś naginanie rzeczywistości. To przecież jej rzeczywistość. Najbardziej personalna, jak tylko się dało, czyli nie mogła być nieprawdziwa.

sal dykman
Werka
dogadamy się
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W tej awersji do siedzenia z konsekwencjami popełnionych samodzielnie błędów, zdecydowanie było ich zatem dwoje, po Sal w podobny sposób nienawidził czuć, że spieprzył sprawę (o ironio, uczucie to towarzyszyło mu w ostatnim czasie tak silnie, i na tak wielu różnych frontach jednocześnie, że czuł, że kompletnie stracił nad nim panowanie). Różnica była jednak między nimi taka, że podczas gdy River nie chciała dokładać sobie więcej nieprzyjemności niż to absolutnie w życiu konieczne, Salomon miał do tego kompletnie inne podejście. Samobiczowanie się było strategią, po którą sięgał aż nazbyt często, choć czasem brzydził się niemalże tego, jak narcystyczny potrafił być w tym procesie. Jakąś częścią siebie doskonale rozumiał, że nie było nic produktywnego ani konstruktywnego w siedzeniu na obitym przez los tyłku, i rozżalaniu się nad własnymi niepowodzeniami. Trudno mu było jednak przestać, zakasać rękawy, i zabrać się za poprawianie tych aspektów sytuacji, nad którymi faktycznie miał jeszcze kontrolę.
Nie był pewien, gdzie się tego nauczył, bo przecież w jego rodzinie od mężczyzn zawsze wymagano, by każdy kryzys brali czym prędzej we własne ręce, i robili wszystko by jak najszybciej go zażegnać. Może wszystko to wywodziło się z nieznośnego poczucia wstydu za fakt, że Salomon ewidentnie nie podołał sprawom wówczas, gdy jeszcze była na to jakakolwiek nadzieja. Zawiódł jako mąż, zawiódł jako ojciec, i zawiódł jako naukowiec. Zamiast udowodnić tym, którzy ufali w jego umiejętności, pokazał im jedynie wszystkie swoje najgorsze wady i bezsilność, która zamiast działać, kazała mu stać w bezruchu i patrzeć, jak wszystko co kiedyś stawiał sobie za priorytet, obraca się w pył.

Powinien był lepiej przemyśleć nie tyle nawet reakcję Cross na jego wyznanie o dawnym miejscu pracy, a raczej własną odpowiedź na zaskoczenie wymalowane na twarzy brunetki. Tak, pracował w NASA. W czasie przeszłym, oczywiście. Tak, zdawał sobie sprawę - przynajmniej na intelektualnym polu - z jakim prestiżem wiązało się to zazwyczaj w oczach szerokopojętego społeczeństwa. W hierarchii miejsc pracy ciężko było o coś bardziej imponującego, a w dodatku owianego tajemnicą, która zazwyczaj rozbudzała w słuchaczach zupełnie nową formę ciekawości. Czy to prawda, co mówiono o życiu w kosmosie? Czy NASA współpracuje z FBI, a jeśli tak, to czemu? Czy Sal poleci w kosmos? Czy z niego wróci, a jeśli tak, to za ile lat? Czy to prawda, że płacą tak dobrze? Czy Sal mógłby opisać poczucie, które ogarnia człowieka, gdy znajdzie się poza zasięgiem grawitacji?
Zaczątek spowijającego jego policzki rumieńca, teraz pogłębił się do kolejnego, znacznie głębszego tonu. Czy pracownik NASA naprawdę brzmiał o tyle lepiej, co zwykły nauczyciel? I jak naiwny Sal Dykman musiał być, by nie widzieć między tymi stwierdzeniami diametralnej wręcz różnicy...
- Wiesz co się mówi o mężczyznach - Żachnął się - Że liczy się nie jak zaczynają, a jak kończą. A ja skończyłem raczej marnie, tak szczerze mówiąc. Nie wiem, czy dałbym się poderwać, gdyby ktoś mi powiedział, że owszem, pracował dla NASA, ale pokpił sprawę tak dramatycznie, że teraz uczy w ogólniaku... - Nie był pewien, co to o nim znaczyło jako o kochanku, ale tego typu flirt raczej nie zakończyłby się sukcesem. - A nie lubię kłamać.
Cóż, to akurat była szczytna prawda. I może chodziło tylko o to, żeby ktoś - River, na przykład - uświadomił temu nieszczęśnikowi, że czasem utajenie drobnej części faktów nie zawsze musi być jednoznaczne z bezwstydnym łgarstwem, prawda? Zwłaszcza, jeśli chodzi o wylądowanie z kimś w łóżku. I oczywiście o tyle, o ile nie kłamie się w temacie chorób wenerycznych.

- Jesteś pewna, że jesteś jednak artystką, a nie psychoterapeutką? - Odciął się, w reakcji na jej (trafną) analizę. Nie było w jego słowach jednak ani grama złośliwości, raczej jakaś zaczepność, którą Sal dopiero na nowo w sobie odkrywał po zbyt długim okresie przesadnej poprawności w rozmowach z przedstawicieli płci przeciwnej. Albo własnej, choć jak do tej pory nigdy nie zastanowił się dłużej, czy kiedykolwiek odważyłby się spróbować flirtu z mężczyzną. Jeśli tak, to tylko i wyłącznie w ramach czysto naukowego eksperymentu... - Bo jeśli to drugie, to z góry uprzedzam, że może zwyczajnie mnie na ciebie nie stać...
Wiedział, że przydałaby mu się terapia - i to długoterminowa, pomocna, by rozliczyć się z całą zgrają dawnych, wypartych demonów. Upieranie się jednak, że nie miał na to czasu albo pieniędzy (a najlepiej ani tego, ani tego), było dość łatwym i popularnym unikiem.
Urwał zanim byłby w stanie jeszcze cokolwiek powiedzieć, bo właśnie stanął twarzą w twarz z... No cóż. Z samym sobą. Tylko, że zupełnie w inny sposób, niż robił to co rano, patrząc sobie w oczy w lustrzanym odbiciu.
Wersja Dykmana, która powstała pod wprawnymi ruchami River, była wiernym odwzorowaniem rzeczywistości, ale jednocześnie potrafiła uchwycić to, co zawsze uciekało uwadze Sala. Emocje, których unikał, i z którymi nie lubił się mierzyć. Zmęczenie wyrażone w ciężarze spojrzenia. Powagę, która czasami potrafiła nieproszenie wkraść się w jego mimikę i sposób, w jaki się poruszał.
Nagle zorientował się, że trochę brakuje mu powietrza. Odchrząknął. Nawykowo - sięgnął po alkohol, by zwilżyć przełyk. Jakimś cudem: nie pomogło.
- Nie. Jednak z całą pewnością artystka, nie terapeutka - Stwierdził, sięgając po próbę żartu by zamaskować własne poruszenie. To też było kompletnie bezskuteczne - Przepraszam, ja... Chyba będę potrzebował następnej kolejki - Roześmiał się, z jakąś dozą ledwie słyszalnego smutku zaplątaną w zgłoski tego stwierdzenia - Po prostu zapomniałem... Nie wiedziałem. - Wzruszył ramionami - Że ktoś byłby w stanie spojrzeć na mnie w taki sposób.


Że ktoś z n o w u byłby w stanie spojrzeć na mnie w taki sposób.

River Cross
25 y/o
MAŁA LADY PANK
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nigdy nie uważała nauki za afrodyzjak. Nie była jakąś ignorantką i zdawała sobie sprawę, że gdyby nie światłe umysły, to ludzkość byłaby teraz w czarnej dupie. Po prostu nigdy nie poczuła do tego takiego samego zewu jak do sztuki. W szkole szybko przestała próbować pojąć to, co próbowali przekazać jej nauczyciele. Jej myśli krążyły we wszystkie możliwe strony, tylko nie wokół tablicy, na których pojawiały się kolejne wzory albo definicje, które miały jej pomóc zrozumieć świat wokół niej. Problem w tym, że uznawała, że pojmuje go całkiem nieźle, choć nie ma to nic wspólnego z ramami, w których zamykali go uczeni. Nie lubiła czuć się głupia. Irytowało ją, gdy okazało się, że jej sposób myślenia nie jest po prostu akceptowany przez te wszystkie mądrale, że często jest brany za naiwny albo dziecinny, Obrażenie się na naukę było bardzo infantylne, ale to właśnie zrobiła. Nie zaskarbiła sobie tym sympatii grona pedagogicznego, a fakt, że w pewnym momencie kłócenie się z nimi stało się jej ulubionym szkolnym zajęciem, wszystko dodatkowo demolował. Po ukończeniu liceum nie miała zbyt wiele do czynienia ze światem nauki, bo to po prostu nie były kręgi, do których ją ciągnęło. A ktoś z NASA? W życiu nie była z takim na randce. A może była, a o tym nie wiedziała, bo ów ktoś się nie przyznał, tworząc dziwaczne niedopowiedzenia, jak Sal?
— I pewnie jeszcze uważasz, że unikanie mówienia prawdy, to też jest kłamstwo? — Przekrzywiła nieznacznie głowę, wpatrując się w niego tak intensywnie, jakby próbowała wyczytać odpowiedź z jego myśli, zanim pojawi się w słowach. Niedopowiedzenia mogłyby bardzo pomóc w oczarowywaniu kobiet, mężczyzn, czy kogokolwiek, kim interesował się Sal. Mężczyzna sam sobie jednak utrudniał zadanie, wytrącając sobie z ręki interesującą broń, a potem jeszcze zdejmując pancerz potencjalnych kłamstw. Bycie w pełni uczciwym w tej sytuacji faktycznie nie było proste.
— Jeżeli będziesz to nazywał pokpieniem sprawy, to na pewno nikogo na to nie poderwiesz. Najprościej byłoby unikać tematu zakończenia tamtejszej kariery albo zrzucić to na karb problemów rodzinnych. Ludzie, którym zależy wyłącznie na seksie, nie będą drążyć, bo to zbyt delikatny temat, a jeżeli spotkasz kogoś, z kim będziesz chciał budować życie, to będziesz miał milion okazji, by opowiadać o tym szczerze — wyjaśniła, jakby przedstawiała instrukcję obsługi jakiegoś urządzenia, a nie nawiązywania mniej lub bardziej głębokich relacji międzyludzkich. Wcale nie uważała się pod tym kątem za wyrocznię. Na pewno nie znała się za dobrze na długotrwałych związkach, a o tych zdrowych to słyszała co najwyżej w serialach. Nie miała jednak żadnego problemu z oczarowywaniem ludzi na tyle, by zaciągać ich do łóżka, więc przynajmniej w tej kwestii mogła wypowiadać się pewnie.
— Generalnie lepiej żebyś skupił się na opowiadaniu anegdot z pracy niż rozbieraniem na czynniki pierwsze swojego potencjalnego załamania. Możesz też opowiadać konkretnie o tym, czym się zajmowałeś, ale jak będziesz brzmieć zbyt... naukowo, to zrazisz do siebie tych, którzy nie lubią czuć się głupi — dodała jeszcze, uznając, że to dość istotne szczegóły. Na pierwszej randce wiwisekcja raczej nie była wskazana, ale zachwycanie się czyjąś ambicją albo szerokością horyzontów? Jak najbardziej. W tym wszystkim liczyła się przecież pasja. Może miała w poważaniu to, co konkretnie robił w NASA, ale lubiła słuchać każdego, kto był zakochany w swoim hobby czy zawodzie. Sama regularnie traciła głowę przez sztukę i wcale nie uważała, że gromadzenie w sobie podobnych uczuć względem gwiazdozbiorów, uprawy kalarepy albo samochodów było jakieś gorsze.
Obserwowała uważnie jego reakcję na rysunek. Zawsze lubiła to robić. Każdy reagował kompletnie inaczej. Nie wszyscy mieli w sobie odwagę, by wypuścić na światło dzienne miłość do samych siebie, która rodziła się w nich, gdy tylko dostrzegali siebie w ołówkowej wersji. Jak rasowa terapeutka wyłapywała najdrobniejsze zmiany w jego zachowaniu i starała się samym spojrzeniem wedrzeć do jego myśli, w których na pewno był najszczerszy. Żałowała, że nie miała okazji, by przygotować dla niego porządnego szkicu, nad którym musiałaby dłużej popracować, ale jak na pierwszą próbę, wyglądało to wszystko naprawdę nieźle.
— Jako terapeutka powinnam ci chyba wytłumaczyć, że przede wszystkim powinieneś patrzeć w ten sposób sam na siebie, prawda? — Oparła łokieć o blat, wsparła policzek na dłoni. W jego zmieszaniu było coś naprawdę interesującego. Odzwyczaiła się od tak prostych i niewinnych reakcji. Kobieta, którą od pewnego czasu rysowała wręcz obsesyjnie, nie zachowywała się w ten sposób. Wbrew całej swojej stoickości w ogóle nie należała do spokojnych, ani do takich, które da się onieśmielić i które na widok samych siebie nie popadają w szaleństwo namiętności. Obecność Dykmana była odświeżająca.
— Zdecydowanie nie jestem terapeutką. Mogę ci pokazać, jak podejść do tego w sposób nieco bardziej artystyczny. Powiedz.... — zawiesiła głos i oderwała się od blatu, o który się opierała. Nachyliła się w stronę mężczyzny, jakby miała zamiar zdradzić mu jakiś sekret.
— Zgadzając się na to spotkanie zakładałeś, że będziesz miał okazję poćwiczyć flirt, czy że uwolnisz się na jeden wieczór od własnej głowy, czy że mnie przelecisz? — zapytała nieco ciszej, bez cienia żartu w głosie. Naprawdę chciała znać odpowiedź i nie sprawiała wrażenia takiej, która miałaby uznać którąkolwiek opcję za obraźliwą.

sal dykman
Werka
dogadamy się
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Świat, zdaniem Sally'ego, był w czarnej dupie tak czy siak, mimo starań wszelkich najświatlejszych nawet umysłów, a czasami wręcz za ich sprawą. Jasne, odkrycie penicyliny czy opracowanie szczepionek z pewnością uratowały życie miliardów ludzi, a wynalezienie żarówki czy najróżniejszych środków transportu znacznie podniosło jego jakość, ale nauka nadal pozostawała dość bezsilna w obliczu największych, egzystencjalnych pytań i trudności. Wielkie umysły wciąż nie potrafiły wszak odpowiedzieć na pytanie, jak - i po co - znaleźliśmy się na naszej planecie, i czy jesteśmy w naszym wszechświecie tak samotni, jak nam się wydaje. Ani też przywrócić życia tym, którzy odeszli przedwcześnie.
W gruncie rzeczy, sztuka mogła być zatem równie ważna, jeśli nie ważniejsza od nauki, bo przynajmniej niejednemu służyła w celu wyrażenia i przetrawienia nawet tych najtrudniejszych emocji. Nauka zaś, w tym kontekście, miała kompletnie związane ręce.
- To zależy - Wzruszył ramionami, ewidentnie lekko skonsternowany faktem, że brunetka zdawała mu się teraz czytać w myślach. Czyli co? Zatajanie niektórych szczegółów nie było jednak kłamstwem? Gdyby Sally'emu tak łatwo było w to uwierzyć, cała jego randkowa historia pewnie byłaby o wiele, wiele łatwiejsza niż jak do tej pory.
Słuchał jej uważniej niż zamierzał, i nie miał wyjścia, jak tylko przyznać, że dziewczyna zdawała się nie tylko doskonale wiedzieć, o czym mówi, ale także mieć w swoich słowach rację. Trochę niezręcznym było przyjmowanie porad randkowych od dwudziestopięciolatki, która bez cienia wątpliwości miała w tej kwestii o wiele większą wprawę i wiedzę niż on, ale jak już być desperatem, to na całego, prawda?
- Wezmę to sobie do serca - Zapewnił. W teorii wszystko co zalecała mu River miało perfekcyjny sens, i nie wydawało się nawet aż takie trudne do zrealizowania, ale Dykman z góry zakładał, że w praktyce okazałoby się o wiele trudniejszym zadaniem. - Jestem pewien, że przy odrobinie praktyki... Gdzieś za pięćdziesiątym razem może mi się uda.
Rozumiał, że cała ta jego autoironia i samokrytycyzm, które przychodziły mu tak łatwo, jak choćby oddychanie, może skutecznie odstraszać potencjalne kandydatki (i kandydatów) zarówno na jednonocną przygodę, jak i na dłuższą i głębszą relację. Ale z drugiej strony, czy nie radzono powszechnie, aby zawsze być sobą? Sal natomiast nie byłby Salem, gdyby starał się swoje towarzystwo może nie tyle nawet zmanipulować, co przynajmniej przekonać, że jest w gruncie rzeczy atrakcyjnym, życiowo ogarniętym, i pewnym siebie facetem.

Mniej lub bardziej świadomie, Sal pozwolił obserwować całą gamę emocji przemykających w jego ekspresji mimicznej w reakcji na rysunek. Jeśli znajdował się wśród nich zachwyt, to z pewnością wzbudzony dziewczęcym talentem, a nie widokiem własnej twarzy. Sal rozumiał, że jest przystojnym facetem - i zdawał sobie sprawę, że byłby pewnie przystojniejszy gdyby dbał o siebie bardziej świadomie i z większą regularnością - ale nigdy nie przykładał do tego szczególnie wysokiej wartości, nie wspominając już o uznaniu swojej fizyczności za atut, którym mógłby torować sobie drogę na randkowej scenie. Zbyt długie wpatrywanie się we własne odbicie - lub, jak teraz, w swój portret - budziło w nim specyficzny rodzaj zakłopotania. Uniósł zaraz wzrok, napotykając spojrzenie River.
- Nie mam zbyt dużej wprawy w terapii... - Przyznał, nie powstrzymawszy się przed kolejną dozą przemyconego do ich rozmowy sarkazmu. - Szczerze? Mój ostatni terapeuta mnie rzucił. Mówił, że wyjeżdża na urlop naukowy, ale miesiąc później widziałem go w Walmartcie. Nie zaprzeczę, trochę zakłuło... - Uśmiechnął się półgębkiem. Niejednokroć słyszał o pacjentach, którzy porzucali swoich terapeutów po kilku albo kilkunastu sesjach, najczęściej wtedy, gdy naprawdę zaczynali zagłębiać się w trawiące ich od środka trudności. Ale dostać kosza od psychoterapeuty? Cóż, to był zdaniem Sala zupełnie inny poziom żenady.
Automatycznie odwrócił lekko ucho w jej stronę, tak za sprawą instynktu ciała, jak i logicznej próby dosłyszenia dokładnie jej słów w nieprzerwanym, barowym zgiełku. W reakcji na jej pytanie, nie udało mu się jednak powstrzymać zmarszczenia brwi, zbiegających się u nasady jego nosa w kolejnej fali sprzecznych emocji: konsternacji, zaskoczenia, jakiejś dozy lęku społecznego... Zaskoczyło go jednak, że teraz znalazła się też wśród nich ciekawość. A do tego nawet i jakaś doza satysfakcji.
- Uhm... - Zawahał się. Jeśli miał być zupełnie szczery, naprawdę nie wiedział jaka dokładnie intencja przyświecała mu w drodze na spotkanie z River. Ciekawość? Desperacja? Nuda? Łatwo było sobie powiedzieć, że nie ma pojęcia, i nie drążyć zanadto tej kwestii. Sal wiedział jednak doskonale, że za większością ludzkich zachowań stała jakaś intencja. Nawet, jeśli była kompletnie nieuświadomiona. - To trudne pytanie - Powiedział szczerze, przesuwając korkową podkładkę pod szklankę po drewnie barowej lady - Nie myślałem o tym, że cię przelecę - Prawie zachłysnął się ostatnim słowem, a w dodatku zaraz uświadomił sobie, że mogło to zabrzmieć niemal jak obraza. Pora więc było wkopać się jeszcze bardziej - To znaczy... Nie mówię, że byłoby to niemożliwe, po prostu... - Potarł skroń - Chyba nie chciałem zadawać sobie tego pytania. Którą z odpowiedzi najbardziej chciałabyś usłyszeć?

River Cross
25 y/o
MAŁA LADY PANK
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pokręciła głową z rozbawieniem, gdy wspominał, że w jego przypadku najlepszą metodą może okazać się do pięćdziesięciu razy sztuka. Najwyraźniej każdy miał swoje własne tempo i może nawet nie warto go w nim popędzać? Właściwie nie miała nic do tego, jak będzie mu szło. Potrzebował tylko masy wolnego czasu, jeżeli nie rzucał liczb na wiatr, a z tym mogło być różnie. Niezbędna mogła okazać się również cierpliwość, jeżeli w kwestii czasu nie pójdzie tak gładko. Znalezienie nowego sposobu na życie było możliwe nawet za dekadę i dwie, ale czy miał ochotę aż tyle czekać? Cross jasny szlag by trafił, jakby miała przeciągać takie sprawy aż tak długo. Zdecydowanie preferowała spontaniczne podejście, ale też nie lubiła osiadać na laurach. To spotkanie dawało jej jednak do zrozumienia, że prawdopodobnie mają całkowicie inne życiowe priorytety, więc może w ogóle nie powinien traktować jej rad na poważnie, bo za daleko na nich nie zajedzie?
— Jeżeli chcesz, możesz spróbować na mnie kilka razy. Będę udawać, że jeszcze nie znam tych historii — zaproponowała jeszcze, choć po jej tonie trudno było stwierdzić, czy żartowała, czy mówiła poważnie. Rozmawiało jej się z nim bardzo przyjemnie i nie widziała żadnego powodu, przez który miałaby mu nie udzielić jakiejś pomocy, ale żeby aż tak się angażować w jakiś dziwaczny rodzaj coachingu? Sama nie wiedziała, czy to było w jej stylu. Ale z drugiej strony – Sal też kompletnie nie był w jej stylu, więc może powinna podążyć za tą myślą, jak podążyła za mężczyzną? Lubiła nowe doświadczenia. Wiedziała, że ją ubogacają, głównie artystycznie. Może i z tego byłaby w stanie wyciągnąć coś, co nie pojawiłoby się nigdzie indziej?
Dobrze, że miała ugruntowane w głowie zdanie na temat własnego talentu i potrafiła odróżnić dobrą pracę od tej kiepskiej. W innym przypadku reakcja Dykmana na szkic mogłaby ją nieco zasmucić. Powinna pewnie oczekiwać więcej entuzjazmu, a nie jakichś dziwnych oznak ocierających się o zmartwienie. Lubiła podbudowywać ludziom ego, przedstawiając ich za pomocą ołówka lub pędzla. Jarało ją, kiedy dostrzegała, że zaczynają patrzeć na samych siebie w taki sposób, w jaki ona ich obserwowała. Wychodziła z założenia, że należy rozkoszować się uwielbieniem do samego siebie, kiedy tylko się da. Salomonowi było do tego jeszcze daleko.
– O wow, mówisz poważnie? Nieźle — prychnęła rozbawiona anegdotą o terapeucie. Domyślała się, że jemu nie było w wtedy do śmiechu, ale zakładała też, że zdążył sobie to już jakoś przepracować. I to bez pomocy terapeuty, więc powinien być z siebie podwójnie dumny.
— To akurat jest niezła historyjka na randkę, ale przy odpowiednich osobach. No wiesz, niektórzy mają taki syndrom, że uznają, że ja go naprawię. Nie polecam zostawać przy nich na dłużej, ale do testowania nadadzą się świetnie — dodała, wzruszając ramionami. Pakowanie się w relację z taką osobą mogło być bardzo zdradliwe. Kończyło się zazwyczaj źle dla obu stron, a tego przecież Salowi nie życzyła. Dobieranie sobie kogoś nowego nigdy przecież nie było proste, a szczególnie w momencie, gdy ktoś liczył na możliwość ustabilizowania się, a nie zaspokajania hedonistycznych pragnień. Z tym drugim mogłaby mu pomóc dużo lepiej.
Nie popędzała go. Czekała na odpowiedź, ciekawa, na co się zdecyduje. Pokiwała głową ze zrozumieniem, gdy udało mu się w końcu w skrótowej wersji przedstawić swój sposób myślenia. Nie czuła się w żaden sposób urażona. Sama przecież postawiła się w tej roli.
— Zakładałam, że chcesz mnie przelecieć. No wiesz, mężczyźni spotykający się z dużo młodszymi kobietami raczej nie zakładają, że mogą wyciągnąć z tego spotkania cokolwiek innego poza orgazmem i podbudowaniem własnego ego — wyjaśniła mu spokojnie swoją perspektywę. Sięgnęła po drinka, w którym lód zdążył już stopnieć i upiła kilka ostatnich łyków. Rozwodniony nie smakował już tak dobrze. Zamyśliła się na krótką chwilę, przesuwając językiem po dolnej wargach, żeby zebrać z nich resztki słodkiego posmaku.
— Nie jestem pewna, którą odpowiedź chciałabym usłyszeć. Nie miałam nic przeciwko układowi opartemu wyłącznie na łóżku. Nie spodziewałam się po prostu, że będziesz miał ochotę rozmawiać o czymkolwiek bardziej ambitnym niż pogoda. Ale – żeby było jasne – podoba mi się również ta wersja — dopowiedziała. Obróciła się w stronę przechodzącego obok barmana i zamówiła dla siebie jeszcze jednego drinka. Czuła, że kolejna porcja alkoholu wprawi ją w dokładnie taki stan, jakiego potrzebowała. Skoro cały wieczór szedł kompletnie inaczej niż przewidywała, to lepiej będzie, jak po prostu wywoła sobie w głowie delikatny szum i da się ponieść chwili.

sal dykman
Werka
dogadamy się
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mimmo's Place”