Biegła od dobrych czterdziestu minut gdy w
słuchawkach zabrzmiały pierwsze dźwięki piosenki.
There’s a million, billion, trillion stars but I’m down here low.
Fussin’ over scars on my soul, on my soul, on my soul, on my soul.
~^~^~^~
Astra wpatrywała się w worek na śmieci z jej prywatnymi rzeczami stojącymi na korytarzu tuż przy drzwiach, przez które właśnie weszła do mieszkania po długiej ucieczce przed ulewnym deszczem. Woda wciąż skapywała z kurtki tworząc na podłodze coraz większą kałużę wody. Żałowała, że nie mogła zalać całego domostwa przy okazji zmywając wstyd i złość, którą obdarzyli ją rodzice zastępczy.
- To hańba dla rodziny! – wyłapała, bo od razu na usta cisnęło się pytanie, o jakiej rodzinie była mowa. Nie miała nikogo poza sobą. Państwo Buckley odcięli się od bliskich i tych dalszych tworząc dom pełen imprez, po których musiała sprzątać zarzygany kibel. Nigdy w pełni nie identyfikowała się z tymi ludźmi, chociaż ci uwielbiali powtarzać, że uratowali jej życie. Nie była tu jednak bezpieczna, dlatego uciekała, wymykała się przez okno i robiła wszystko co zakazane byleby nie myśleć, że nie miała dokąd wracać. Nie chciała tu być, lecz mimo wszystko ścieżka Astry zawsze prowadziła do tego miejsca, bo miała w nim swój pokój i wspomnienia tego, co czasami było dobre. Przecież nie zawsze było źle. Rodzice adopcyjni powtarzali, że ją kochali co nieraz dawali do zrozumienia tuż po kolejnym uderzeniu w twarz. Ducette szczerze chciała w to wierzyć, bo nic innego poza tym nie miała.
- To koniec. Mamy dość. – dotarło do niej z potoku słów
matki i ojca dzielnie stojących u swego boku. Kiedyś chciałaby stworzyć coś podobnego; trwałego, pewnego, stabilnego, opartego na wzajemnym zaufaniu oraz ogromnym wsparciu jakiego jej samej aktualnie brakowało. Mimo iż byli dzicy, wręcz zakrwawiali o patologię, to kochali siebie nawzajem, czego Astra im zazdrościła. Życie u boku osoby, która szanowała całego ciebie, nawet jeśli jesteś skrajnie popi*rdolony, to coś rzadkiego i wyjątkowego.
Szkoda, że tak samo nie kochali adopcyjnej córki.
– Wynoś się i nie wracaj. – oznajmił
ojczulek bezczelnie kopniakiem podsuwając worek z
śmieciami jej rzeczami.
Czy to dziwne, że teraz zastanawiała się, na którym dworcu będzie się lepiej spało? Wolała rozważać to niż dopuścić do siebie myśl, że jedyne osoby, które z reguły powinny ją kochać teraz nienawidziły za to, że nie była tym, kim oni chcieli aby się stała.
Była wygnańcem niczym Kowu albo czarna owieczka, która warczała zamiast beczeć. Nie była super mądra ani wybitna w ważnej, według społeczeństwa, dziedzinie. Państwo Buckley nawet nie doceniali jej drygu do komputerów i ich budowy ani bystrości z rodzaju tych mało przydatnych na chemii. Nie osiągnęła niczego, była przeciętna i non stop oskarżana o nieodpowiednie zachowanie. Rodzice chcieli by stała się kimś lepszym od nich, ale nigdy nie dali jej dobrego przykładu woląc odesłać na ulicę, skąd znów trafiła do
systemu.
~^~^~^~
Rześki wiatr przywołał miłe wspomnienia, więc skręciła w jego kierunku chcąc poczuć więcej i bardziej.
They say it started with a big bang.
But they say it came out of a small thing.
~^~^~^~
Ducette nie uważała się za odpowiedzialną osobę. Ryzykowała, była na bakier z prawem, pakowała się w toksyczne relacje i podejmowała złe decyzje głównie z przyzwyczajenia, bo świat bez wybuchów dookoła był nudny, niekomfortowy i nieznany.
A to wszystko działo się jeszcze zanim ukończyła pełnoletność.
Zanim niespodziewanie została wybrana przez inną rodzinę.
Państwo Belafonte wzięli ją pod swoje skrzydła dokładnie pół roku przed tym nim zostałaby wykopana z
systemu. Nim zostałaby zmuszona żyć na własną rękę. To było nie tylko ogromne zaskoczenie, ale także silne uderzenie z niespodziewanie przyjemną rzeczywistością. Z tą stroną życia, o której zapomniała.
Rodzina, ciepło domowe, zrozumienie, wyrażanie uczuć, akceptacja i zasady wraz z wymaganiami, które miały ją rozwijać a nie niszczyć.
To było miłe podobnie jak Janet. Kilka lat starsza (prawie) przyrodnia siostra. Państwo Belafonte byli wspaniali, ale to Janet stała się znakiem
STOP w chaotycznym świecie Astry. To jej słuchała, to dzięki niej zgodziła się pójść na studia i to ONA sprawiała, że robiła mniej głupot niż dotychczas.
Dzięki państwu Belafonte miała szansę na edukację wyższą, uczyła się grać na fortepianie i poznała świat z porządniejszej strony, choć nigdy nie nazwałaby jej przesadnie burżuazyjną.
Dom rodziny Befalonfe był solidny, porządny i trwały. Był tym, czego na tamten czas potrzebowała na nowo doświadczając to, co lata temu zostało jej odebrane.
Rodziny.
Choć straty, której doświadczyła nikt nie wymaże.
~^~^~^~
Biegła przed siebie patrząc na wzburzoną wodę.
Była tak pochłonięta we własnych myślach, że nie zauważyła skraju klifu biegnąc coraz szybciej.
I’m feeling like a big bang.
‘Cause I’ve been making something out of nothing…Like my soul.
~^~^~^~
Pierwsza rodzina, którą miała rozpadła się wraz z chorobą matki.
Przez dwa lata Astra, jej brat i ojciec obserwowali jak kobieta znika w ich oczach. Pomimo ogromu woli walki dzień po dniu tracili kawałek duszy.
Ona umiera; przypominał cichy głos w głowie Astry, która kiwając głową na boki próbowała odrzucić to myślenie. Udawanie, że to wszystko wcale nie zmierzało w najgorszym kierunku, ignorowanie problemu i kreowanie rzeczywistości na swój własny sposób sprawiało, że odwlekała nieuniknione.
Odwlekała żałobę.
Chwile, podczas których powinna pogodzić się z realami i zastanowić co robić dalej. Tylko, że miała wtedy tylko trzynaście lat. Nie wiedziała o życiu zbyt wiele poza tym, że szpitale śmierdziały, mama po lekach wymiotowała ponad dziesięć razy dziennie a ojciec chował paczkę papierosów przyklejając je do spodu klapy od śmietnika.
Po śmierci matki nikt nie przyznał tego na głos, ale wszyscy poczuli ulgę. Mogli przestać walczyć o życie, którego nie dało się uratować. Astrze wydawało się, że w końcu wrócą do względnej normy. Jakoś to sobie wszystko ułożą i będą żyć dalej, lecz niecały rok później, kiedy ojciec stracił kolejną posadę, wrócił do domu, wziął torbę i wyszedł.
Nie dam rady. Nie mam na to siły.
To ostatnie słowa, które usłyszała stojąc obok starszego brata. Obok osoby, która po paru miesiącach również ją porzuciła.
~^~^~^~
Like my soul, just like my soul, you think it’s so…
Pędem gnała przed siebie pierwszy raz w życiu mając pusty umysł.
Tylko ona, zmęczone ciało i ogromna przestrzeń na końcu drogi.
Klif. Klif?! Stop!
..Infinitesimal.
~^~^~^~
Przyleciała do Toronto z Winnipeg. Była gotowa wybaczyć bratu, ponownie wpuścić go do swego życia uzdrawiając swoją duszę.
Zamiast jednak patrzeć na jego twarz, którą pamiętała jak przez mgłę, wpatrywała się w nagrobek z datą śmierci.
Umarł parę dni przed jej przylotem i nagle znów została sama. Z jednej strony miała rodzinę Belafonte, ale z drugiej ta prawdziwa – biologiczna – przepadła na amen. Nie było nikogo. Nie miała nic ani swojego wymarzonego reunion wraz z łaskawym wybaczeniem ani gdybania na temat tego, co by było..
To nie ważne.
On umarł i nic tego nie zmieni. Jedyne co Astra mogła zrobić to spróbować poznać brata. Zrozumieć, jakim był człowiekiem, co nim kierowało, kiedy zaczął jej szukać i jak (oraz czemu) umarł.
Ciekawostki
× Przez lata miała żal do brata o to, że ją porzucił. Kiedy więc ją odnalazł i jako pierwszy się odezwał, nie zareagowała od razu. Czekała rok zanim postanowiła go odwiedzić. O rok za długo.
× Z racji, że prawnie jest jedyną najbliższą rodziną brata, dostała klucze do jego domu, w którym postanowiła (tymczasowo) zamieszkać.
× Od lat nikt nie nazywał ją Astrą. Wyzbyła się delikatnego imienia przedstawiając każdemu jako Vi. Był to skrót od imienia animowanej lwicy (z bajki o Królu Lwie) Vitani, które zostało jej nadane przez brata twierdzącego, że była równie wredna co bohaterka bajki.
× Najlepiej radzi sobie z wyszukiwaniem danych oraz zdobywaniem ich z nielegalnych źródeł. Zaczynała od naprawiania komputerów małolatom, szukania danych dla dziennikarzy, detektywów, polityków, prawników oraz gangom. Z czasem, szlifując swe umiejętności w darkwebie, zajęła się tworzeniem własnych wirusów, programów zabezpieczeniowych oraz tych otwierających wszelkie blokady.
× Posiada szerokie doświadczenie zawodowe. Pracowała na zmywaku, jako dostawca pizzy, sortowała listy na poczcie, sprzedawała bilety w kinie, robiła za niańkę, kelnerowała, barmanowała, rozlewała kawę snobistycznym dupkom siedzącym za swoimi nudnymi biureczkami, sprzedawała kwiaty i sprzątała miejsca zbrodni. Kiedyś też pracowała w fabryce masła orzechowego. Wiele by dała by odzyskać zniżkę pracowniczą.
× Dzieci uwielbiają Astre głównie dlatego, bo zawsze mówi im prawdę i pozwala na rzeczy, na które nie zezwalają inni dorośli. Nic więc dziwnego, że jej kariera jako niani zakończyła się po dwóch miesiącach i to tylko dlatego, bo dzieciak, którym się zajmowała, jeszcze nie umiał mówić i.. lepiej nie wspominać jakie było jego pierwsze słowo.
× Moje życie przekracza ograniczenia ciała; stara się odreagowywać na różne sposoby, ale najskuteczniejszym od zawsze było bieganie. Zasuwa jak gepard, lecz nie męczy się tak szybko jak on.
× Posiada tatuaż – YES – na wewnętrznej stronie nadgarstka. Wyraża on otwartość na świat i gotowość podejmowania nie zawsze racjonalnych działań oraz mądrych decyzji. Na szczęście nie są one tak głupie, jak kiedyś (w większości).
×
- A gdyby tak ktoś zamknąć cię w klatce i oswoił?
- Byłabym bardziej jak róża a nie lis.