ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

gdzieś poza Toronto



   Siedział w samochodzie, przeglądając telefon. Scrollował swojego Instagrama i czytał komentarze, które zostawiali mu obserwujący. Dla niego była to największa i najefektywniejsza używka, jaką znał. Dosłownie, mógł mieć paskudny dzień, jednak przeczytanie kilkunastu pozytywnych komentarzy skutecznie rozwiewało mu wszelkie troski i problemy, które zaprzątały jego głowę. Nie był uzależniony od Internetu ani od social mediów, był jednak uzależniony od uwagi, którą ludzie mu dawali. Alfie znajdywał się w tej szczególnej i słodkiej pozycji w swojej karierze, że jednocześnie zapewniała mu ona odpowiedni poziom rozpoznawalności, ale jednocześnie pozwalała cieszyć się anonimowością, która chroniła go przed niechcianą i przesadną uwagą. Mógł sobie więc pozwalać na wiele, jednocześnie korzystając z przywilejów bycia rozpoznawalnym. Przebywał zamknięty w swoim własnym golden spot, z którego nie chciał się ruszać już nigdzie indziej.
   Wystarczyło mu, że osoby, z którymi się spotykał, mogły pozwolić sobie na prawdziwy wymiar sławy. Czasami z jednej strony otaczały go blaski fleszy i tłumy fanów, którzy podbiegali do mężczyzn, na których czekał, by zebrać autografy albo zrobić wspólne zdjęcia, by z drugiej strony przychodzić do wynajętych pokoi hotelowych, gdzie obiecywał zachowywać dyskrecję. Alfie był jak woda, potrafił dopasować się do każdej sytuacji i do każdego klienta. Potrafił również pracować z każdym, bo odpowiednia suma pieniędzy skutecznie kształtowała jego charakter dokładnie tak, jak ktoś sobie tego życzył.
   W samochodzie było ciemno, przez co wydawał się w środku znacznie przestronniejszy niż był w rzeczywistości. Sporo miejsca zajmowały tutaj luksusowe gadżety, których istnienia Alfie nigdy nie rozumiał, ale nie kwestionował ich przydatności. Nigdy bowiem nie osiągnął takiego bogactwa, żeby samemu pozwolić sobie na takie luksusy i zachcianki. Być może kiedyś w przyszłości zmieni zdanie, gdy samemu będzie mógł roztrwaniać pieniądze na takie głupoty. Pachniało tu jakimś tanim odświeżaczem powietrza i dwutlenkiem węgla, bo nikt nie wpadł na pomysł, by uchylić szyby. Klimatyzacja zdawała się nie spełniać swojej roli tak, jak powinna.
   Nie mówiąc już o zapachach dwóch sprzecznych ze sobą perfum, które zdawały się walczyć o dominację w tej zamkniętej przestrzeni.
   Jedyne światło, jakie wypełniało wnętrze pojazdu to to, które rzucał rozświetlony ekran telefonu Blooma. Rozejrzał się przez chwilę, napotykając profil Arthita, którego kolano silnie napierało właśnie na jego własne, jakby chciał zdominować całą przestrzeń, którą mieli dla siebie.
   Wyłączył telefon, rzucając go gdzieś obok na siedzenie. W samochodzie zapadła ciemność, przełamywana jedynie światłem mijanych samochodów. Droga im się dłużyła, a zapach alkoholu przyprawiał o mdłości.
   Westchnął lekko sięgając dłonią do kieszeni spodni, by wyciągnąć z niej miętową gumę do żucia. Rzadko pozwalał sobie na to, by rzuć gumę w towarzystwie, jednak teraz potrzebował jakiegoś silnego bodźca, który pozwoliłby mu skupić uwagę na czymś innym, niż mdłości wywołane całym tym zapachowym chaosem.
   – Ochłonąłeś już? – zapytał, w końcu przerywając ciszę, która wyjątkowo mu teraz ciążyła. Nie dlatego, że mu przeszkadzała i czuł się niekomfortowo, ale nie miał nic lepszego do roboty. Spojrzał w kierunku Arta, jednak teraz w całkowitej ciemności, nie widział dokładnie, w jakim był stanie. I to nieco go ośmieliło do tego, by się odezwać. – Sprawdziłem i nikt nie zrobił ci żadnych zdjęć, bo już pewnie byłyby w Internecie – dodał szybko, chcąc nieco rozładować napięcie. Dotknął go w ramię, wyczuwając wilgotną plamę, która była pozostałością po rozlanym na nim drinku.

Arthit Rattanakosin
26 y/o
For good luck!
179 cm
aktor/piosenkarz | Around the World
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#4
Art był człowiekiem o dwóch twarzach – tej ukazywanej publicznie i tej prywatnej. Ta pierwsza była sympatyczna, lubiana, niemal kochana przez fanów z obsesyjnym wręcz przywiązaniem. Był ich idolem, przykładem, kimś, kim chcieliby zostać w przyszłości. Dobrze się zachowywał, zawsze się uśmiechał, był pracowity i szanował swoich odbiorców. Niemal ideał, który stąpał po tej samej ziemi co oni. Później jednak pojawiał się ten jego wizerunek za zamkniętymi drzwiami, dostrzegany tylko przez ludzi, którzy – podobnie jak Alfie teraz – mogli znaleźć się z nim w jednym samochodzie. Z maski poukładanej i niezepsutej sławą i pieniędzmi gwiazdy niewiele wtedy zostawało.
Prywatnie był rozpieszczonym aktorem, który niczego nie udawał. Cięty język, niechęć do zwykłych ludzi. Alkohol, narkotyki, traktowanie wszystkich jak gorszy sort. Gdyby ludzie znali jego prawdziwą osobowość, wielu rodziców nigdy nie pozwoliłoby swoim pociechom pojawiać się na jego koncertach. Jakim więc cudem, pomimo bycia taką osobą, wciąż nie wyszło to na jaw? Bo wiedział, z kim się trzymać. Jak zamknąć czyjeś usta. Jak wykorzystać pieniądze oraz pozycję do tego, żeby ktoś ignorował jego zepsutą stronę. Tak samo sprawy miały się z Alfiem – przed nim nawet nie udawał, bo nie musiał. Nie spotykali się, bo drugi mężczyzna uważał Arta za kogoś wspaniałego lub wartego uwagi. Liczyły się jego status i ciężar portfela. Aktorowi to pasowało. Był to prosty układ, nieoparty na fałszywych wyobrażeniach.
Oficjalnie z nikim się nie umawiał. Nie był w związku, nie miał partnerów seksualnych ani, jeśli być bardziej bezpośrednim, utrzymanków. Co prawda nie pracował już w tajskiej branży, nie musiał przestrzegać zasad, które mu wtedy narzucano, ale wciąż był idolem na tamtym rynku. Również fani na Zachodzie wciąż widzieli go jako kogoś, kto potrafi poświęcić im siebie i swoje uczucia całkowicie. Pełnego oddania. Oczekiwali ekskluzywności. Oficjalnie – dawał im ją. Za zamkniętymi drzwiami – nie do końca. Nie pojawiał się z nikim na czerwonym dywanie. Nie określał publicznie nikogo jako osoby ważnej w jego życiu. Gdy pojawiały się kamery, osoby jak Alfie przestawały dla niego istnieć. Był to warunek niepodlegający negocjacjom. Jeśli ktoś miał z tym problem, to ich drogi się rozchodziły.

Wracali z imprezy poza miastem. Dystans nie był specjalnie długi, ale przez wypadek, który ich spotkał, czuł, jakby podróż trwała całą wieczność. Ktoś miał czelność oblać go tanim alkoholem. Za to, że nie spojrzał w jego stronę, że się nim nie zainteresował. Dlaczego miałby? Ta osoba nie była w jego typie; nie była nikim, na kim warto było zawiesić oko. Nie powiedział do niej niczego złego; odmówił jak dżentelmen. A potem, zanim zdążył się odwrócić, cała jego koszula i spodnie skończyły mokre od miksu średniojakościowej wódki i klejącego się, piekielnie słodko pachnącego napoju z liczi.
Przeglądał zdenerwowany telefon, mrucząc od czasu do czasu coś pod nosem, aż w końcu odłożył go w zagłębienie fotela, gdzie normalnie powinien stać kieliszek z szampanem albo inny trunek. Nie chciał zawracać sobie głowy tym wydarzeniem. Nie planował szukać jak opętany czegokolwiek na ten temat w internecie. Nie zrobił niczego złego. Opanował się. Nikt nie mógł mu niczego zarzucić.
Zapytany, czy ochłonął, spojrzał na blondyna z miną wyraźnie mówiącą: nawet nie zaczynaj, po czym odepchnął jego dłoń – już znacznie mniej podirytowany – nie komentując jednak sytuacji ze zdjęciami. Obiecał sobie, że dzisiaj już nie będzie o tym myślał i zamierzał tego dotrzymać.
Nie wytrzymam z tym smrodem, zaraz się porzygam – rzucił i, jak gdyby nigdy nic, zaczął się rozbierać. Najpierw zdjął buty, jeden o drugi, następnie koszulę, potem spodnie – wszystko, co miało choćby niewielki kontakt z rozlanym napojem. Otworzył okno i wyrzucił przez nie ubrania, które jeszcze przed chwilą miał na sobie. Były drogie, za drogie, żeby potraktować je w ten sposób, ale nie miał do tego cierpliwości.
W samych bokserkach i skarpetkach, z butami leżącymi niezgrabnie pod fotelem, oparł się o siedzenie i na chwilę zamknął oczy. Dopiero teraz mógł zacząć swobodnie oddychać. Zapach taniego alkoholu wciąż docierał do jego nozdrzy, ale z każdą minutą coraz słabiej. Dopiero gdy prawie go już nie czuł, ponownie zamknął okno. Miał ochotę zapalić, nawet jeśli zwyczajowo tego nie robił.
Co takim debilom siedzi w tych pustych łbach? – zaczął, wyraźnie kierując te słowa do Alfiego. – Odrzucenie to powód, żeby komuś zjebać dzień?
Nie hamował się. Nie myślał nawet o powstrzymywaniu się. Musiał to z siebie wykrzyczeć, zanim mógł wrócić do swojego typowego ja – irytującego, ale opanowanego jak mnich w buddyjskiej świątyni.

Alfie Bloom
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Jego relacja z Rattanakosinem była, jak każda z relacji, które zawierał z innymi mężczyznami, czysto biznesowa, bo opierała się na transakcji. Rzadko zdarzało się, żeby nabierał jakichkolwiek uczuć do swoich klientów. Wolał pozostawać profesjonalny i nie pozwalać sobie na to, by cokolwiek mogło się narodzić i w wielu przypadkach mu się udało. Arth był trudnym przypadkiem, bo nie miał łatwego charakteru. Alfie oczywiście miał niemałe doświadczenie z radzeniem sobie z podobnymi przypadkami, więc humorki i marudzenia mężczyzny mu nie przeszkadzały. Nauczył się je ignorować i dawać przestrzeń do tego, by emocje te ulotniły się z piosenkarza, zwłaszcza jeśli te nie były bezpośrednio skierowane do niego. Bloom w wielu przypadkach był jedynie świadkiem tego, jak ciemnowłosy daje upust nadmiarowi emocji. Rzadko się zdarzało, żeby Arth był o coś zły na niego, bo Alfie pilnował, żeby tak nie było. W końcu nie niszczy się bankomatu, który wypłaca twoje pieniądze.
   Czasami, siedząc sobie w towarzystwie swoich klientów, tworzył w swojej głowie ich portrety psychologiczne. Oczywiście nie był specjalistą, który mógłby być wykwalifikowany w tych sprawach, bo brakowało mu wiedzy psychologicznej, ale czasami pomagało mu to, w uporządkowywaniu niektórych rzeczy i wytłumaczeniu wszystkich pozostałych. Zastanawiał się więc, co mogło prowadzić do takiego zachowania akurat u Artha. Wiedział o nim tylko tyle, ile mężczyzna pozwalał mu się o sobie dowiedzieć i ile Alfie mógł wygooglować. Jako osoba publiczna, Rattanakosin miał dość pokaźną bazę informacji, które uzupełniali jego fani. Alfie był zaskoczony, jak wielką uwagą fani mogą obdarzać człowieka, którego wielbią, ale jednocześnie nie znają. Alfie mógł się bowiem dowiedzieć, jakie napoje Arth lubi pić tylko dlatego, że istniała baza zdjęć, na których przyłapano go pijącego konkretny rodzaj wody albo napoju gazowanego.
   Lubił czuć się sławny, ale taki rodzaj sławy był przerażający.
   Trochę go rozumiał. Arth sprawiał wrażenie człowieka aroganckiego, złośliwego i takiego, któremu brakuje nie tylko cierpliwości, ale też ogłady. Alfie wiedział jednak, że jego grafik był dość napięty, co prowadziło do tego, że nie miał zbyt wiele czasu na to, by marnować go na problemy. Nie mówiąc już o tym, że aktor zwracał dużą uwagę do tego, jak się prezentował, ale przecież nikt nie powinien się mu dziwić, bo oczy wielu ludzi wypatrują w nim ideału. Była to presja, która wielu pewnie by przygniotła, więc rozumiał wybuchy, gdy coś nie szło po jego myśli.
   Odsunął się od niego, gdy Arth zaczął się wiercić. W samochodzie było ciasno, więc bliskość z wiercącym się piosenkarzem wydała się w tym akurat momencie dość niebezpieczna. Nie, żeby uważał iż ten chciał mu zrobić krzywdę, ale nie chciał dostać łokciem czy kolanem. Zajął się swoim telefonem, by ponownie sprawdzić powiadomienia, jednak tych nie było za wiele. W tym czasie Arth zdążył już zdjąć górę swojego odzienia. Alfie, nagle zainteresowany tym, co działo się w samochodzie, przyjrzał się jak jego towarzysz zdejmuje spodnie. Uniósł brew do góry, bo w sumie nie wierzył w prawdziwość tej całej sceny. O tym przekonał się dopiero wtedy, gdy Arth opuścił szybę i wyrzucił ubrania. Zimny powiew powietrza otrzeźwił go i orzeźwił. Nawet nie przypuszczał, jak zbawiennym może się to okazać. Nieprzyjemny smród alkoholu zniknął z samochodu niemal tak szybko, jak ubrania Artha.
   – Zwykli ludzie nie myślą – odpowiedział. I nie chodziło mu o to, że uważał tych ludzi za głupich, ale coś podpowiadało mu, że szarzy ludzie, mający swoje problemy i sprawy, nie zastanawiali się często nad swoim postępowaniem. Alfie w sumie niewiele różnił się od przeciętnego zjadacza chleba, jednak ze względu na swoją pracę, nie mógł pozwolić sobie na spontaniczne wybuchy emocji. Był wykalkulowany i niemal każdy jego ruch i słowo było przemyślane, bo każdy, nawet najmniejszy problem, mógł pozbawić go źródła dochodu. Ludzie pokroju Artha musieli pilnować się jeszcze uważniej.
   – Jakby się nad tym zastanowić, to ma to trochę sensu – mruknął, wzruszając ramionami. Mówił szczerze, bo wiedział, że ludzie wpadali w szał, gdy coś szło nie po ich myśli. Odrzucenie często kończyło się źle, bo jakby nie było, potrzeba było sporej ilości odwagi, by do kogoś zagadać.
   – Jedyne pytanie, jakie jest ważne, to… skoro jesteś już prawie goły, to czy jesteś chociaż trochę wesoły? – zapytał, trącając jego nagie udo palcem.

Arthit Rattanakosin
26 y/o
For good luck!
179 cm
aktor/piosenkarz | Around the World
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sława po prostu mu się należała niczym powietrze. Był o tym święcie przekonany – ciężko pracował, poświęcił lata na doskonalenie głosu, wyglądu, każdego gestu, który potem oceniali miliony ludzi na całym świecie. Zasłużył sobie na to, żeby jego twarz pojawiała się na okładkach magazynów, żeby fani tworzyli tablice na Pintereście poświęcone wyłącznie jemu, żeby algorytmy Instagrama podsuwały go ludziom, którzy nawet o nim nie słyszeli. Nie wyobrażał sobie życia bez tego wszystkiego – bez pieniędzy, które płynęły strumieniem, bez tego szczególnego rodzaju uwagi, która potrafiła zmienić najgorszy dzień w coś znośnego, jeśli tylko wystarczająco dużo osób napisało pod jego zdjęciem, jak bardzo go kochają.
A jednak sława bywała męcząca. Ludzie zdawali się nie rozumieć tej prostej zasady – że bycie osobą publiczną nie oznacza bycia własnością publiczną. Że fani, choćby najbardziej oddani, nie mieli żadnego prawa do jego czasu, jego ciała ani jego uwagi poza tym, co sam zdecydował się im ofiarować z własnej woli. Irytowało go, gdy ktoś zakładał, że powinien być wdzięczny za samo istnienie na szczycie, jakby ta pozycja spadła mu z nieba, jakby nie kosztowała go bezsennych nocy, wyrzeczeń, dziesiątek castingów, na których początkowo go odrzucano, zanim ktokolwiek w ogóle poznał jego nazwisko. Nikomu nic nie był winien. To jego głos, jego twarz, jego niekończąca się gotowość do sprzedawania samego siebie na każdym możliwym kroku doprowadziły go tutaj – nie łaska losu, nie dobra wola nieznajomych ludzi z telefonami w dłoniach.
Czasem ta słodycz sławy zamieniała się w coś gorzkiego, coś, co osiadało mu na języku jak smak ziołowego lekarstwa. Dzisiejszy wieczór był właśnie takim przypadkiem – momentem, w którym ktoś, kto nie potrafił znieść odrzucenia, postanowił wylać na niego swoją frustrację razem z tanim alkoholem, jakby Art był workiem treningowym dla cudzych, niedojrzałych emocji. To była cena, którą płacił za wszystko, co posiadał. Rzadko o tym mówił głośno, ale w takie noce zaczynał się zastanawiać, czy ta cena w ogóle miała jakiś sensowny limit, czy po prostu rosła bez końca, wraz z każdym kolejnym kamieniem milowym w jego karierze.
Gdy smród już całkiem ulotnił się z wnętrza samochodu, Art poczuł, jak napięcie w jego ciele powoli opada. Wciąż był wściekły na tamtą osobę, na to, że jego drogie ubrania leżały teraz gdzieś na poboczu drogi, porzucone pośrodku niczego, jak zwykłe śmieci. Ale zawsze mógł kupić nowe. Zapewne właśnie to zrobi, jak tylko wróci do domu – jedno kliknięcie, zamówienie, zapłata i cała ta strata przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.
Westchnął ciężko i osunął się nieco niżej na siedzeniu, jakby rezygnacja miała fizyczny ciężar, który teraz przygniatał go do skórzanej tapicerki.
Nieważne, czy takie zachowanie ma sens, czy nie – powiedział w końcu, głosem pozbawionym już wcześniejszej ostrości. – Nie powinno się tak robić. Nie jestem towarem na półce, żeby każdy mógł po mnie sięgnąć i mieć mnie na własność tylko dlatego, że jestem osobą publiczną.
Sięgnął po butelkę wody stojącą w uchwycie na napoje i wypił kilka łyków, czując, jak chłód przyjemnie rozchodzi się po gardle, wypłukując resztki tego okropnego, słodkiego smrodu, który wcześniej dominował w powietrzu i czuł go też w ustach.
Najbardziej wkurwił mnie mój ochroniarz – dodał, odstawiając butelkę. – Nie zareagował wystarczająco szybko. Za co ja mu w ogóle płacę?
Czy był w lepszym humorze? Niekoniecznie. Ale towarzystwo blondyna, mimo całego tego bałaganu, stanowiło zaskakująco przyjemną odskocznię od reszty tego trudnego wieczoru – coś, czego zdecydowanie nie zamierzał sobie odmawiać, nawet jeśli nie potrafił do końca nazwać, dlaczego akurat jego obecność działała na niego kojąco.
Byłbym w dużo lepszym humorze, gdybym to nie ja jeden siedział tu w bieliźnie – rzucił zachęcająco, odbierając pytanie o wesołość bardziej jako zaczepkę niż zachętę do czegoś więcej.
Mimo to przysunął się bliżej, opierając głowę o jego ramię, przyprowadzając ze sobą ciężar całego zmęczenia, które nagromadziło się w nim przez ostatnie kilka godzin. Sięgnął po telefon, sprawdzając po raz kolejny, nerwowo, czy w relacjach na Instagramie nie pojawił się żaden materiał z całego incydentu. Nie potrafił o tym zapomnieć, choćby na chwilę, choćby na krótki moment, w którym mógłby złapać oddech.

Alfie Bloom
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Ciężko było się z nim nie zgodzić. Spora część ludzi wymagała od osób publicznych wyłączności. Owszem, można było się rozwodzić i dyskutować na temat tego, jakim statusem osoby publiczne się odznaczają, jednak wiele osób zdawało się zapominać, że byli oni również, ciągle, ludźmi, więc należały im się ludzkie prawa i wolności. Alfie potrafił jednak słyszeć głosy zawiedzionych fanów, którzy stojąc godzinami pod hotelem, w którym zatrzymał się ich idol, nie otrzymywali tego, co chcieli. Było to frustrujące i blondyn zdawał sobie z tego sprawę. Wiele osób mówiło, że ludzie są sławni jedynie ze względu na swoich fanów, więc powinni oni być im wdzięczni i w jakiś sposób się odwdzięczać. Tym co jednak do ludzi nie docierało było to, że wszelkie sławy sprzedawały nie siebie, ale produkty, które ich do tej sławy zbliżyły – filmy, seriale, piosenki czy książki.
   Alfie w sławie i zafascynowaniu widział jednak coś niesamowicie pociągającego. Wizja rąk wyciągniętych w jego stronę i ludzi krzyczących jego imię kusiła niczym syreni śpiew. Nie wiedział, dlaczego tak bardzo lubił przyciągać uwagę, zwłaszcza, że nie była ona czymś, co sprawiało mu największą przyjemność. Potrzebował jej jednak równie mocno, jak narkoman swoich używek. Chciał czuć na swojej skórze czyjś ciepły dotyk, żar oddechu i ciężar innego ciała. Pragnął, by ludzie szeptali mu do ucha i uśmiechali się na jego widok. Nie wierzył, że był zepsuty, ale gdzieś głęboko kryła się pewna pustka i wybrakowanie, które zapełniała poświęcana mu uwaga. Ta niemalże patologiczna potrzeba wywołana była pewnie faktem, że połowę swojego życia spędził w domu dziecka, gdzie uwaga opiekunów musiała zostać rozdzielona na dziesiątki wychowanków. Nigdy wiec nie miał nikogo dla siebie. Dopiero gdy został adoptowany i zasmakował tego, co inni ludzie mogą mu dać – utonął w tym uczuciu.
   Istniał jednak również nieco inny rodzaj przyjemności, taki który dawała mu świadomość tego, że miał czyjąś uwagę. Teraz w towarzystwie Arthita czuł właśnie to. Znał go, oczywiście, więc wiedział kim mężczyzna był i jaki posiadał status. Świadomość tego, że piosenkarz spędzał swój czas akurat z nim wyjątkowo przyjemnie łechtała jego ego. Nie liczyło się to, czy w swoim towarzyskim orszaku Arth posiada kolekcję podobnych mu osobników bądź osobniczek. Liczyło się tylko to co tu i teraz.
   Był na narkotycznym haju, który zapewniała mu jego uwaga.
   – Masz rację – przyznał, kiwając lekko głową. Nie chciał udawać, że było inaczej i sprzeczać się z nim. Zdanie Blooma, nawet jeśli byłoby w tej sytuacji inne, to i tak by się nie liczyło. Nie miał również takiej sławy, jak jego klient, żeby móc wypowiadać się na ten temat, bo brakowało mu doświadczenia i odpowiedniej perspektywy. – Ludzie lubią przekraczać granice – uznał, dodając szybko. W obecności ludzi sławnych oraz w ważnych dla nich momentach, ludzie potrafili zachowywać się irracjonalnie. Nie chciał usprawiedliwiać działania, które pchnęły kogoś do tego, żeby oblać Artha alkoholem, ale w jakiś sposób potrafił to zrozumieć. On sam miał momenty, w których, gdy coś nie szło po jego myśli, to miał ochotę krzyczeć i rzucać przedmiotami, które akurat miał w dłoni. Nad impulsami się nie panowało.
   – Wydaje mi się, że był zajęty kilkoma innymi osobami – przyznał, chociaż tak właściwie nie był pewny, co ochroniarz robił, bo sam skupił się na tym, co działo się z Arthem i w konsekwencji próbował odsunąć od niego osobę, która go oblała. Prawdziwym cudem sam wyszedł z tego bez szwanku, bo doszło do niewielkiej szarpaniny, dopóki napastnikiem nie zajął się ochroniarz.
   – Mam powiedzieć kierowcy, żeby się rozebrał? – zapytał rozbrajającym tonem. Wiedział, że jego towarzysz nie był w najlepszym nastroju, niemniej jednak nie znaczyło to, że nie mógł go jeszcze trochę podrażnić. Alfie nie był łagodny w obyciu, jeśli ktoś nie powiedział mu, że ma być, co zdarzało się dość łatwo, bo jego klientom podobał się jego charakter.
   Pozwolił, by Arth się o niego oparł. Lubił czuć na swoim ciele ciepło i ciężar innego. Przypominało mu to, że znajduje się w konkretnym miejscu i czasie, a nie dryfuje gdzieś z szarej nicości codziennego życia. Było to przyjemne uczucie. Spojrzał na niego z boku i na jego twarz oświetloną teraz światłem ekranu jego telefonu.
   – Daj już temu spokój na chwilę – powiedział, biorąc jego dłoń i telefon w swoje ręce. Udało mu się odebrać jego telefon i wrzucić między jego nogi, a w samochodzie znowu zrobiło się ciemno, jednak jego oczy całkiem nieźle widziały kontur twarzy Rattanakosina. – Jesteś przystojny, utalentowany i do niedawna byłeś jeszcze też całkiem nieźle ubrany… ludzie będą mówić i pisać tylko o tym, że jakiś idiota, czy idiotka zniszczyła ci dzień, a ty zachowałeś zimną krew i spokój w całej tej sytuacji… Będą cię uwielbiać jeszcze bardziej – odwrócił się w jego stronę. Przesunął dłonią po jego karku i wsunął w jego włosy, zaczynając delikatnie głaskać go po głowie.

Arthit Rattanakosin
26 y/o
For good luck!
179 cm
aktor/piosenkarz | Around the World
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
ostry język i chyba robi się tu gorąco
Czasem myślał, że powinien przestać udawać i stać się dupkiem, którym tak naprawdę był, także w życiu publicznym. Może wtedy ludzie przestaliby traktować go jak swoją własność. Pewnie stracił przy tym sporo ze swojej popularności, którą budował latami na wizerunku kogoś uroczego i sympatycznego, ale odzyskałby trochę prywatności. Z drugiej strony mógłby stracić nie tylko twarz, ale i kontrakty, a koncerty, które teraz wyprzedawały się w błyskawicznym tempie, witałyby go pustymi miejscami. Chyba obawiał się tej perspektywy bardziej niż tego, że ktoś przekroczy granice, dotknie go, gdy tego nie chce, albo spróbuje wymusić na nim coś, czego nie planował zrobić.
Dlatego towarzystwo Alfiego było mu tak bardzo na rękę. Nie brakowało mu uwagi, którą mężczyzna mu poświęcał, ale nie robił tego dlatego, że był oszalały na jego punkcie. Lubił jego pieniądze. Miał zapłacone za to, żeby znajdować się w jego towarzystwie. Seks w tym wszystkim był miłym dodatkiem, ale nie był niezbędnym elementem tego układu. Zresztą Art zawsze sobie powtarzał, że za cielesne zbliżenia nigdy nikomu nie zapłaci, jeśli może mieć je za darmo. Gdyby pojawił się choć raz na jakiejś aplikacji randkowej, nie nadążyłby ignorować wielbicieli. A Grindr? Jego skrzynka odbiorcza prawdopodobnie by eksplodowała. Dlatego nigdy nie postrzegał relacji z Bloomem jako opłacania chłopca od uciech. On kupował jego uwagę i czas. To, że go z nim spędzał, prawdopodobnie było dla blondyna przyjemne, ale nie oczekiwał niczego w zamian poza pieniędzmi. Nie było tu żadnej ukrytej agendy. Żadnych uczuć ani emocji, które mogłyby pokrzyżować ich znajomość. Tego, w przeciwieństwie do seksu, nie mógł oczekiwać od wielu osób. Bo lwia część chciała znajdować się w jego otoczeniu, ponieważ był sławny i obsesyjnie za nim szalała. Nie było w tym tej chłodnej kalkulacji. Alfiemu wystarczyło powiedzieć, że się nie zobaczą, a mężczyzna akceptował to bez zająknięcia. Miał innych, którzy mu płacili. Ta prostota ich znajomości była wygodna. Może nawet relaksująca, jak jedyny kawałek jego życia, który nie wymagał ciągłego pilnowania kolejnego ruchu.
Bo to jebane sępy są – wycedził przez zęby, na nowo nieco podminowany, ale i tak spokojniejszy niż przedtem, gdy weszli do samochodu. – Psychofani tego kalibru powinni być zamykani i izolowani od społeczeństwa. Przecież to jest chore. Na samą myśl, że ktoś może się masturbować do mojego zdjęcia i wyobrażać sobie, że jestem obok, skręca mi się w żołądku. A później spotykają mnie na eventach, próbują mnie dotknąć i się tym jarają. Ja pierdolę.
W takich momentach jego charakterek był widoczny jak na dłoni. Ukrywany z pasją przed każdym, kto nie znał go nieco lepiej. Zepsuty do szpiku kości, częściowo przez jego narcystyczną naturę, ale i w jakimś stopniu przez zmęczenie ciągłą pogonią za sławą, która nigdy nie pozwalała mu poczuć się w pełni bezpiecznym, nawet w środku tłumu ludzi krzyczących jego imię.
Nie interesuje mnie mój kierowca – wyszeptał, wyciągając się na wysokość ucha blondasa.
Bez żadnych hamulców wsunął mu dłoń pod materiał koszuli. Wodził powoli opuszkami palców po jego skórze, kierując się w górę, kreśląc kółeczka wokół dobrze zarysowanych mięśni, aż w końcu dotarł do sutka, który początkowo planował tylko szturchnąć, ale chcąc się odpłacić za żarty mężczyzny, zamiast tego go uszczypnął.
Preferuję opcję, gdy to ty wyskakujesz z ciuchów.
Prychnął niezadowolony, gdy ten pozbawił go telefonu. Nie sięgnął jednak po niego po raz kolejny. Alfie miał rację. Powinien przestać przejmować się internetem. Chociaż na moment. Uspokoić się. Wyluzować. Sytuacja została opanowana, zanim ktokolwiek mógł dopowiedzieć sobie szczegóły. Nie był wybuchowy, więc maska sympatycznego i opanowanego gościa nie spadła, mimo że w środku już wrzała mu krew, a w głowie malował sobie obraz tego, jak chwyta napastnika za szyję i zaczyna go dusić, powoli, obserwując jego twarz, aż strach zastąpiłby na niej fascynację.
Mają co uwielbiać, to prawda – pochwalił sam siebie, choć w jego głosie dominował sarkazm. Bywał narcystyczny, tak w tej sytuacji tego nie potrzebował. Wiedział, że mężczyzna przejrzał go na wylot; nie musiał więc udawać nikogo więcej, niż kim już był w jego oczach.
Na czułość ze strony Blooma zareagował dość szybko. Odwrócił głowę w jego stronę, wpierw wbijając spojrzenie w jego oczy – te ciemne, spokojne oczy, które nigdy nie oceniały go tak, jak robili to wszyscy inni. Następnie przeniósł wzrok na jego usta, sam oblizując własne i na moment zagryzając dolną wargę. Nie czekał za długo. Zbliżył się jeszcze trochę i pocałował go, bo jakimś dziwnym sposobem zaczął go kręcić teraz bardziej niż kilka minut wcześniej, gdy jeszcze próbował udawać, że jego uwaga była zajęta czymś innym.
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Alfie Bloom
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”