ODPOWIEDZ
29 y/o
Welkom in Canada
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Lato kończyło się zawsze wcześniej, niż ktokolwiek był gotów to przyznać. Nie wtedy, kiedy robiło się chłodno. Nie wtedy, kiedy liście zaczynały żółknąć ani kiedy w sklepach pojawiały się pierwsze jesienne płaszcze. Kończyło się któregoś wieczoru, zupełnie bez ostrzeżenia, mniej więcej pomiędzy siódmą a ósmą, kiedy człowiek wychodził do ogrodu z kieliszkiem w dłoni i nagle zauważał, że światło jest już inne. Niższe. Bardziej złote. Jakby słońce świeciło nie z góry, lecz gdzieś z boku. Oczywiście Edward uważał, że takie rzeczy należało świętować. Każda okazja była dobrym pretekstem\! Tym razem na zaproszeniu znalazły się więc tylko trzy słowa:
THE LAST DAYS. Niżej, znacznie mniejszym drukiem: Come dressed for a summer that never happened. Nie było żadnych dalszych instrukcji. Dom od popołudnia stał otwarty. Nie metaforycznie, naprawdę pootwierano niemal wszystkie drzwi prowadzące do ogrodu, rozsunięto szklane ściany oranżerii, podwiązano zasłony. Granica pomiędzy wnętrzem a zewnętrzem przestała właściwie istnieć. Ludzie przechodzili przez salon z bosymi stopami mokrymi od trawy, zostawiając na kamiennej posadzce ciemne ślady. Na jednym z foteli ktoś porzucił sandały. Ze złotej, metalicznej skóry, o bardzo cieniutkich i szykownych paseczkach. Na fortepianie leżał cudzy wianek z rumianku, który z każdą godziną wyglądał coraz bardziej żałośnie.
Martha rano powiedziała, że to się źle skończy. Edward odpowiedział, że w takim razie przynajmniej istnieje szansa, że będzie interesująco.
Ogród zmienił się bardziej. Z drzew zwisały długie pasma drobnych żarówek, ale nie zapalono ich wszystkich. Niektóre celowo pozostawiono ciemne, przez co światło układało się w nierówne konstelacje. Pomiędzy krzewami stały wysokie świece w szklanych cylindrach. W sadzie rozwieszono kolorowe wstążki i cienkie kawałki jedwabiu, które poruszały się przy najmniejszym podmuchu wiatru. Z daleka wyglądały jak pozostawione tam przez kogoś znaki, których znaczenia nikt już nie pamiętał. Przy fontannie ktoś ustawił dziesiątki naczyń wypełnionych wodą, kwiatami i pływającymi świecami. Płatki róż mieszały się z nasturcjami, daliami i drobnymi białymi kwiatami, których nazwy Edward nie znał.
Na trawniku rozłożono stare perskie dywany, koce i poduszki. Wszystko trochę zbyt piękne, żeby rzeczywiście leżało na ziemi. Srebro, aksamit, wyblakłe czerwienie, granaty i ochra. Pomiędzy nimi stały niskie stoliki zastawione winem, figami, winogronami, brzoskwiniami, serami i chlebem rwanym rękami zamiast krojonym nożem. Ktoś wsadził butelkę szampana do marmurowej misy z lodem. Ktoś inny używał srebrnej popielniczki jako podstawki pod kieliszek. Gdzieś nawet zachowała się pokaźna wierza wykonana z masła. I chociaż na początku była pięknie uformowana, z czasem jej powierzchnia robiła się wilgotna i roztopiona.
Goście potraktowali temat z charakterystyczną dla ludzi zbyt bogatych swobodą. Wyglądali tak, jakby właśnie wrócili z festiwalu, na którym nikt nigdy nie musiał stać w kolejce do toalety. Były półprzezroczyste jedwabne kaftany narzucone na nagie ciała, rozpięte haftowane kamizelki, szerokie spodnie, stare wojskowe kurtki, koronki i zamsz. Jeden z mężczyzn miał na sobie tylko kremowe spodnie i kamizelkę wyszywaną drobnymi lusterkami. Dziewczyna siedząca na murku przy basenie nosiła suknię tak cienką, że kiedy stawała pod światło, stawała się niemal całkowicie przezroczysta. Ktoś miał perły we włosach. Ktoś stokrotki. Ktoś zrobił sobie wianek wyłącznie z rozmarynu i po kilku godzinach pachniał jak pieczone ziemniaki.
Sam Edward miał na sobie białą koszulę, która kilka godzin wcześniej wyglądała zapewne znacznie bardziej przyzwoicie. Teraz była rozpięta prawie do połowy piersi, rękawy miał podwinięte nierówno, a na szyi cienki jedwabny szal, którego pochodzenia nie potrafił już ustalić. Podejrzewał, że rano nie należał do niego. Podobnie jak wianek z drobnych polnych kwiatów tkwiący krzywo na jego głowie. Nawet nie pamiętał kto mu ten wianek sprezentował. Pamiętał natomiast, że wypił zdecydowanie za dużo wina. Albo dokładnie tyle, ile należało.
Na środku trawnika dziewczyna w pomarańczowym kaftanie leżała na plecach i tłumaczyła grupie zasłuchanych ludzi, że gwiazdy są dziurami w niebie.
- To chyba najbardziej idiotyczna rzecz, jaką dzisiaj usłyszałem -
powiedział Edward śmiejąc się pod nosem. Nie zwracał się do nikogo konkretnego. Ot uwaga rzucona w eter. Upił wina mrużąc lekko oczy w zastanowieniu.
- Ale podoba mi się. - przyznał, spoglądając w górę na ciemne niebo. Nad ogrodem wisiała jeszcze resztka ciepła. Pachniało trawą, dymem papierosowym, woskiem, przejrzałymi owocami i wodą z basenu. Gdzieś dalej czuć było jaśmin. Ćmy uderzały miękko o szklane cylindry świec, najwyraźniej przekonane, że właśnie tam znajduje się coś, czego szukały przez całe swoje krótkie życie. Edward spojrzał na jedną z nich. Pomyślał, że trudno mieć do niej pretensje. Wypił resztę wina. Przez chwilę patrzył na pusty kieliszek ze szczerym zdziwieniem, jakby ktoś zrobił mu coś wyjątkowo nieuprzejmego.

vikram sirojc
gall anonim
38 y/o
For good luck!
185 cm
terapeuta flow state
Awatar użytkownika
Relax and enjoy the journey. The stream will carry you this way and that, but will carry you forward to where you need to go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Poświęcenie.
Inaczej: rezygnacja z własnych dóbr, potrzeb, morałów, dobrostanu w celu wyższej i d e i, czyjegoś dobra, celu, well-beingu.
Och, Vikram n i e z n o s i ł tego pieprzonego terminu.
Trudno było mu tolerować ludzi, którzy byli ofiarami własnego charakteru. Zaściankowych, leżących wygodnie w swojej szufladce, jakoby Bóg rzeczywiście istniał i grzał dla nich miejsce w niebie za wszystkie dobre uczynki. Na litość boską, rasa ludzka nie mogła być przecież tak naiwna, prawda? Zdaniem uczonego człowiek był zdolny do W I E L K I C H rzeczy. Należało tylko odnaleźć w sobie tę cząstkę, która odpowiadała za realizowanie, za naukę, za doświadczenie i próbowanie. Cóż, Sirojc zdecydowanie miał ogromną chęć do naprawiania świata i uświadamiania ludziom, że mogą więcej. Wystarczy chcieć. Wystarczy mu zaufać. Wystarczy mu się o d d a ć, a świat nabierał barw. Nie bez powodu był specjalistą w swojej nowatorskiej terapii, na którą świat nie był jeszcze gotowy przez te cholerne ograniczenia.
Na całe szczęście terapeuta miał plan, który zakładał coś, czego świat jeszcze nie widział. Musiał po prostu dobrać odpowiednie środki, a jednym z nich był niezaprzeczalnie Edward Wentworth. Uroczy, młody człowiek. Utalentowany mężczyzna, zbyt zapatrzony w odbicie w lustrze i rączkę od pędzla, zbyt s a m o t n y w mniemaniu Vikrama, aby odkryć swoje prawdziwe przeznaczenie. Sirojc był doprawdy ciekawy tego spotkania. Spędził w końcu niebywałą ilość godzin na dokładnym przestudiowaniu nie tylko jego korzeni — całej rodziny, aktów urzędowych dotyczących posiadanych dóbr i gruntu, majątku, dorobku kulturowego, osobowości, p l o t e k, od których roiło się w kręgu ludzi bogatych — ale całokształcie.
Uczony szukał dokładnie kogoś takiego. Człowieka, który już zboczył z drogi i uciekał się do drastycznych aktów, aby poczuć cokolwiek. Jego idea i opisy obrazów były doprawdy ciekawe, a zdaniem Sirojca, Wentworth widział coś prawdziwego i godnego uwagi w upadku. Gdyby tak nie było, nie radowałby się podczas ekstrawaganckich imprez, następnie przelewając obrazy z nich na płótno. Potrzebował jego pomocy, a Vikram potrzebował jego pieniędzy i oddania.
Nikt nie był tak rozkosznie posłuszny, jak bogaci chłopcy, z ustami brudnymi od alkoholu, z nosem wciśniętym w biały proszek, odziani w drogie, jedwabne stroje.
Wielka szkoda, że Sirojc nigdy nie czuł się szczególnie dobrze w jedwabiu. Nawet mimo lata, jego garderoba była stonowana, pełna koszul na długi rękaw, spodni garniturowych, płaszczy, szalików i golfów. Tego wieczoru Vasiliana musiała niezwykle się postarać, aby jakkolwiek go ubrać; finalnie, odziany w ciemne, materiałowe spodnie i równie ciemną koszulę, dotarł na miejsce znacznie później, niż przewidziano rozpoczęcie przyjęcia. A było to niezwykle d r o g i e przyjęcie; sama rezydencja była już niezwykle pokaźna, a wszystkie ozdoby, kwiaty i zapachy jedynie dodawały uroku tej szopce. Sirojc był przyzwyczajony do luksusu, toteż zupełnie nie robiło to na nim wrażenia. Mniej przyzwyczajony był do bandy młodych ludzi, upojonych alkoholem, narkotykami i seksem, a jednak to właśnie w takich ludzi uderzał najczęściej. Nie sięgnął po alkohol, samemu racząc się zbyt słodką, jak na jego gusta, lemoniadą.
Naturalnie jednak pasował do otoczenia. Rozmawiał ze sporą ilością ludzi, bo przecież na takich imprezach uwielbiali życiowe i filozoficzne rozterki. Oddawał się wysokim dyskusjom, chętnie przejmował papierosy, którymi go częstowano i bez słowa dolewał ludziom wina. Czekał na swój moment. Bacznym spojrzeniem obserwował Edwarda cały wieczór, trzymając się w pobliżu, a idealny moment zdawał się nadejść wtedy, gdy upojone dziewczę rozprawiało na temat gwiazd.
Swobodnie się przysiadł, bez słowa — póki co — uzupełniając winem pusty kieliszek Pana Wentwortha i odłożył na trawnik pustą butelkę, zajmując miejsce na miękkiej poduszce. Nie zamierzał brudzić spodni.
Ludzie mają tą intrygującą chęć nazywania wszystkiego, co ładne, swego rodzaju odrealnieniem — mruknął spokojnie, w namyśle łapiąc się za podbródek. — Desperacka próba objęcia umysłem czegoś, co nie jest na wyciągnięcie ręki, w końcu niewielu z nas miało szansę dotknąć gwiazd, czyż nie? — uśmiechnął się zagadkowo, sunąc spojrzeniem po zgromadzonych. Miał tę przenikliwią, czarującą zdolność zainteresowania towarzystwa w zaledwie kilku słowach. — Może to dziury w niebie, a może tylko nasze wyobrażenie. Może zaburzenie optyczne. Może chęć w i a r y w coś większego od nas samych — westchnął, leniwie przechylając głowę w bok, aby napotkać spojrzenie gospodarza. — Dlaczego podoba ci się ta wizja? Sądzisz, że świat ma d z i u r y, a świecą tylko dlatego, aby zakryć brzydkie załamania?
Sirojc uwielbiał naprowadzać swoich rozmówców na odpowiedzi, które pragnął usłyszeć.

Edward Wentworth
29 y/o
Welkom in Canada
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Przyglądał mu się przez chwilę ponad krawędzią kieliszka. Najpierw dlatego, że nie pamiętał, żeby wcześniej go widział, potem już z tego znacznie prostszego powodu, że patrzenie na niego okazało się przyjemne. Bądź co bądź, Edward był bardzo powierzchownym osobnikiem! Było w tym mężczyźnie coś osobliwie niepasującego do reszty wieczoru. Wśród nagich ramion, kwiatów we włosach i ludzi, którzy od kilku godzin systematycznie tracili zdolność wymawiania spółgłosek, wyglądał niemal zbyt porządnie. Ciemna koszula. Ciemne spodnie. Żadnego wianka. Żadnej koronki. Żadnego idiotycznego amuletu zawieszonego na szyi. Edward uznał natychmiast, że to interesujące. Inne. Jeszcze bardziej interesujące było to, że nieznajomy bez pytania napełnił mu kieliszek. A to godne najwyższej pochwały. Ave!
- Już Cię lubię - oznajmił z powagą zupełnie nieadekwatną do sytuacji.
- Nie wiem jeszcze, kim jesteś, ale masz doskonałe maniery. - Uniósł kieliszek w jego stronę w czymś pomiędzy toastem a podziękowaniem i napił się. Wino było czerwone, trochę za ciepłe i smakowało już właściwie tak samo jak trzy poprzednie. Albo pięć. Edward dawno przestał prowadzić rachunek. (Matematyka była jego mocną stroną tylko w szkole średniej. Dawno i nieprawda!) Słuchał jednak uważnie. Co jakiś czas zerkał na Vikrama spod przymrużonych powiek, z tym szczególnym rodzajem zainteresowania, który pojawiał się u niego zawsze wtedy, kiedy ktoś mówił coś wystarczająco dziwnego, żeby nie dało się przewidzieć następnego zdania.
- Nie. Właśnie odwrotnie. - Uśmiechnął się szerzej.
Przesunął się trochę na dywanie i oparł ciężar ciała na jednej dłoni. Wianek zsunął mu się przy tym jeszcze bardziej na bok, ale nie przejmował się poprawianiem go. Nad nimi jedna z żarówek zamigotała kilka razy i zgasła. Nikt poza Edwardem najwyraźniej tego nie zauważył. Pomyślał, że rzeczy bardzo rzadko psują się widowiskowo. Zwykle po prostu któregoś dnia przestają świecić.
- Myślę, że świat składa się prawie wyłącznie z dziur. - Rozejrzał się po ogrodzie, jakby dowody znajdowały się gdzieś pomiędzy dziewczyną śpiącą z policzkiem przyciśniętym do perskiego dywanu a mężczyzną, który właśnie próbował zapalić dwa papierosy jednocześnie.
- A my jesteśmy potwornie zajęci zasłanianiem ich ładnymi rzeczami. - Wskazał kieliszkiem ogród. Nawet nie zauważył, że wino w środku zakołysała się i chlupnęła na perski dywan.
- Kwiatami. Winem. Domami. Obrazami. Innymi ludźmi. Zwłaszcza innymi ludźmi. - Tutaj zaśmiał się cicho.
- To chyba najbardziej kosztowna metoda. - Powiedział to lekko, lecz przez krótką chwilę coś w jego twarzy nie pasowało do uśmiechu. Zniknęło jednak szybko. Edward miał wieloletnią praktykę w pozbywaniu się z twarzy rzeczy, których nie chciał na niej oglądać. Spojrzał znowu w niebo.
- Dlatego wersja z dziurami jest znacznie piękniejsza. Nie udaje, że wszystko zostało dobrze zaprojektowane. - Tym razem, kiedy odwrócił głowę, spojrzał już prosto na nieznajomego. Dłużej niż wymagała tego zwykła uprzejmość. Był ciekawy jego twarzy. Jeszcze bardziej tego spokoju, z jakim siedział pośród całego tego bałaganu, jak człowiek obserwujący eksperyment, którego wynik znał wcześniej od pozostałych.
- Chociaż z jednym się z tobą nie zgadzam - dodał po chwili. - Nie sądzę, żeby ludzie naprawdę chcieli czegoś większego od siebie. Chcą tylko czegoś, przy czym sami wydadzą się trochę mniej przypadkowi. - Uśmiechnął się i wyciągnął w jego stronę kieliszek, domagając się kolejnej porcji wina z bezczelnością człowieka, który po jednym uprzejmym geście zdążył już uznać cudzą butelkę za wspólną własność.
- Albo to życie nas do tego zmusza? Zabiera nam natchnienie, inspirację… zmusza do szarej, nudnej egzystencji. – burknął. Widocznie to on czuł się skazany na bezcelowość życia. Jakby gdzieś je zgubił po drodze. Chciał czegoś więcej. Chciał dotknąć czegoś wyższego, a zostało mu to odebrane. Może to dlatego organizował wszystkie imprezy, z nadzieją, że Melpomene albo Polihymnia zagubią się na liście gości.
- Od dawna czuje, że jestem jedną z dziur. A może całą ich konstelacją. Tylko jakoś tak… brakuje w nich światła. - pokręcił głową. Burknął znów coś pod nosem, szukając czegoś w kieszeni. Odnalazł srebrne pudełeczko, które zawsze nosił przy sobie. Zakołysał nim, sprawdzając czy zostało coś jeszcze w środku, odkrywając tylko kolejną pustkę.
– Ale masz ciekawą perspektywę. – przyznał, odrywając swoją uwagę od małego, srebrnego puzderka. - Filozof? Domorosły astrolog? - zachichotał, przechylając głowę lekko w bok i przypatrując mu się uważnie. Chciał kontaktu wzrokowego, było w nim coś hipnotuzjącekgo. Te ciemne oczy?

vikram sirojc
gall anonim
38 y/o
For good luck!
185 cm
terapeuta flow state
Awatar użytkownika
Relax and enjoy the journey. The stream will carry you this way and that, but will carry you forward to where you need to go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Młodzi ludzie byli niezwykle urokliwi. Kiedy coś przeżywali, to całym ciałem, całą d u s z ą i każdą komórką ciała. Bez względu na to, czy chodziło o szczęście, czy swój osobisty dramat. Oczywiście, tragedia zawsze była bardziej poetycka i estetyczna, niezmiennie, od wieków. Wielu poetów zostało uczonymi, a ich nazwiska osiągnęły rozgłos tylko dzięki podłemu dekadentyzmowi, który nie ulegał żadnemu, innemu uczuciu, jak rozpacz i niemożliwość odnalezienia siebie. Nie była więc to plaga tylko dzisiejszych czasów. Niewielu ludzi zaczytywało się dalej w literaturze klasycznej, paląc papierosa za papierosem i popijając to gorzkim winem, albo drogim whisky. Wszystko to zastąpiły kolorowe drinki, owocowe olejki i godne pożałowania romanse, ale bywały miejsca, w których ten dar paskudności nadal się utrzymał.
I choć impreza Edwarda była pełna kolorów, życia w postaci jedwabnych, delikatnych i ozdobnych materiałów, przejrzałych owoców, kwiatów i duchoty, tak większość jej uczestników nosiła na twarzach ten wymalowany ból, godny tylko bogatych dzieciaków, nie robiących sobie nic z prawdziwych problemów świata.
Vikram się zaśmiał. Krótko, dźwięcznie, bez większego komentarza na komplement, który ofiarował mu młodzieniec. Oczywiście, że miał doskonałe maniery; w końcu sam wychowywał się w bogatej rodzinie z tradycjami, a swoje życie utrzymywał godne szacunku, schludne i bogate. Pomijając kilka, napisanym drobnym maczkiem, mankamentów, którymi jednak nikt nie powinien sobie zaprzątać głowy.
Słuchał Wentwortha z czymś na pozór urokliwej litości, może pożałowania, a zarazem zainteresowania w bystrym spojrzeniu. Opuszkami palców rozpieszczał szyjkę butelki od wina, samemu się nim nie racząc, kiedy nie spuszczał z niego spojrzenia. Chłonął ten podsycony alkoholem i narkotykami światopogląd, robiąc w głowie dodatkowe notatki na temat mężczyzny, który był jego celem. Zauważał każdą, najmniejszą zmianę tonu, miny, przymrużenie oczy. Cicho mruknął, jakby rzeczywiście się zastanawiał nad jego słowami, nim wygodnie się nie pochylił. Bez pośpiechu wysunął z kieszeni spodni paczkę sprowadzonych z Azji, smakowych papierosów. Wsunął do ust cienki filter, odpalając go starodawną zapalniczką i rozpieścił słuchaczy zapachem dymu, przelotnie zerkając na pusty kieliszek mężczyzny. Zamiast go napełnił, odebrał mu go, odkładając na bok i traktując jako popielniczkę. Wraz z pierwszym popiołem na dnie szkła, wręczył mu w dłoń całą butelkę wina, w końcu przerywając krótką ciszę.
Jeśli świat składa się wyłącznie z dziur — podjął, przenosząc na niego spojrzenie i bystrze łapiąc go za s ł ó w k o. — Co w nim jest w całości? — uśmiechnął się leniwie, ponownie zaciągając papierosem. Fakt, że świat był tkany i do idealności było mu daleko, był przecież oczywisty. Wiedzieli o tym wszyscy. Vikram czerpał jednak niezwykłą satysfakcję z tej rozmowy, rozpoczynając rozkładać swoje macki na umyśle Wentwortha. — Myślisz, że cokolwiek jest n i e p r z y p a d k o w e? Pogoń za celem kłóci się z ideą chwytania życia. Nie o to w tym chodzi? Wszystko jest pretekstem do celebracji? — zamyślił się, ruchem podbródka wskazując na ogród, mając tym samym na myśli całokształt imprezy.
Koniec lata. Taki, jak rok temu, za rok i za dekadę.
Ty jesteś swoim panem, Edwardzie. Wy wszyscy jesteście. W końcu to tylko jednostka ma władzę nad własnym losem — skłamał gładko i mrukliwie, ponownie strzepując popiół do kieliszka w niezwykle eleganckim geście. Wzrok podniósł na Wentwortha dopiero po dłuższej chwili, specjalnie przedłużając jego pragnienie odwzajemnienia gestu. A gdy oczy na nowo się spotkały, uniósł ledwo zauważalnie kącik ust. — Czasami tylko potrzebuje odpowiedniego nakierowania i wydostania z ciemności, aby światło się pojawiło. I widzisz, tak się składa — westchnął, z drobnym, raczej udawanym rozbawieniem. — że tym się zajmuję. Prowadzę ludzi po drodze mlecznej do gwiazdy polarnej — prychnął, używając tej niepoważnej, jak na niego, metafory. Chichot Edwarda jednak przyjemnie połaskotał jego uszy, ale zaraz odezwał się ktoś jeszcze.
Czyli, takim… no, coachem? — czknął inny mężczyzna, odziany w długą, zwiewną spódnicę i koszulkę bez ramiączek. Leżał z głową na udach kobiety w sukience w słoneczniki, która bawiła się jego kręconymi włosami. Upalony jak jasna cholera.
Nie, skarbie — uśmiechnął się, gasząc papierosa. — Terapeutą — sprecyzował, krótko przesuwając spojrzeniem po reakcji wszystkich zgromadzonych, bliżej nieokreślonej, acz nie negatywnej. Cóż, był pewien, że swobodnie może zostawić kilka wizytówek i wzbogacić się o pacjentów, ale zależało mu przecież na tym jednym, k o n k r e t n y m.

Edward Wentworth
29 y/o
Welkom in Canada
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Słowo terapeuta zrobiło z Vikramem coś osobliwego. A może raczej zrobiło coś z Edwardem? Przez kilka sekund patrzył na niego bez słowa, z butelką opartą niedbale o udo. Spodziewał się chyba wszystkiego poza tym. Astrologa, poety, profesora jakiejś dyscypliny, której nazwa składała się z czterech greckich słów i nie dawała żadnego zatrudnienia. Może nawet człowieka, który zarabiał na życie przekonywaniem bogatych kobiet, że w poprzednim wcieleniu były Kleopatrą. Terapeuta wydawał się przy tym niemal rozczarowująco zwyczajny.
Tylko że Vikram nie wyglądał jak żaden terapeuta, jakiego Edward potrafił sobie wyobrazić. Terapeuci powinni chyba mieć miękkie swetry, łagodne głosy i gabinety urządzone w kolorach, których nazw nie znał żaden normalny człowiek. Powinni zadawać pytania zaczynające się od „jak się z tym czujesz” i kiwać głową w sposób sugerujący, że odpowiedź jest bardzo ważna, nawet jeśli nie jest. Ten natomiast palił papierosy, zabrał mu kieliszek, oddał całą butelkę i mówił o wyprowadzaniu ludzi z ciemności z miną człowieka, który znał tam wszystkie boczne wyjścia.
Edward poczuł znajome ukłucie ciekawości. Była to jedna z jego gorszych cech. Ciekawość nigdy nie prowadziła go do bibliotek ani muzeów. Prowadziła go do cudzych sypialni, zamkniętych drzwi, ludzi, przed którymi ktoś wcześniej zdążył go ostrzec. Szczególnie tych ostatnich.
- Och - tylko tyle wyrwało się z jego ust w pierwszej chwili. Przeciągnął to słowo odrobinę, jakby właśnie otrzymał brakujący element układanki, choć prawda była dokładnie odwrotna. Vikram nagle stał się jeszcze mniej zrozumiały. Spojrzał na kieliszek, który przed chwilą należał do niego, a teraz znajdował się w nim popiół. Zmarszczył nos.
- To Baccarat. - poinformował go z lekkim wyrzutem. Po czym napił się prosto z butelki. Zrobił to bez szczególnej elegancji, ale z taką naturalnością, jakby właśnie tym sposobem od zawsze pito wino w tym domu. Otarł kciukiem dolną wargę i oddał butelkę komuś siedzącemu obok, nie sprawdzając nawet komu. Rzeczy w domu Edwarda miały tę osobliwą właściwość, że w czasie przyjęć przestawały należeć do swoich właścicieli. Kieliszki, ubrania, papierosy, ludzie. Rano odnajdywało się je w miejscach, do których nie pamiętały, jak trafiły.
- Terapeuta - powtórzył. Tym razem zabrzmiało to prawie podejrzliwie.
Przesunął spojrzeniem po Vikramie powoli, zupełnie bez skrępowania. Ciemna koszula. Dłonie. Sposób, w jaki siedział. Twarz, na której spokój nie wyglądał na cechę charakteru, tylko na przewagę nad innymi. Edward nagle pomyślał, że ten człowiek prawdopodobnie bardzo rzadko mówił coś przypadkiem. To powinno było go zniechęcić. Ale oczywiście! Nie zniechęciło.
- W takim razie oszukiwałeś - zauważył.
- Zadawałeś pytania zawodowo. - Uśmiechnął się przy tym, więc oskarżenie straciło całą swoją wagę. Przechylił głowę, przyglądając mu się z coraz bardziej bezwstydną ciekawością.
- A ja odpowiadałem naiwnie! Czuję się wykorzystany. - Ktoś obok parsknął śmiechem. Edward nawet nie sprawdził kto. Być może nawet nie znał tej osoby i jej imienia. Jeszcze kilka minut wcześniej jego uwaga swobodnie przeskakiwała z człowieka na człowieka, światła, muzykę, czyjąś sukienkę, nagie plecy, przewrócony kieliszek. Teraz zaczynała zachowywać się inaczej. Wracała. Uparcie i irytująco wracała do Vikrama. Może właśnie na tym polegała charyzma. Nie na tym, że człowiek przyciągał uwagę, tylko że po jej odebraniu nie chciał jej już oddać.
Podciągnął jedną nogę bliżej siebie i objął kolano ramieniem. Wianek ostatecznie poddał się prawom grawitacji. Zsunął się z jego włosów i spadł na dywan pomiędzy nimi. Edward zerknął na niego, ale nie podniósł. Kwiaty zaczynały już więdnąć. Jeszcze kilka godzin temu ktoś układał je starannie, wybierając najładniejsze, a teraz leżały pomięte pod cudzymi kolanami. Przez chwilę wydało mu się to nieznośnie smutne.

- I co właściwie robisz z tymi ludźmi, kiedy już znajdziesz ich w ciemności? - Pytanie zabrzmiało lżej, niż powinno. Edward spojrzał na niego uważnie.
- Wyprowadzasz? - Uniósł lekko brwi.
- Czy przekonujesz ich, że dobrze im tam? - Uśmiech pozostał, ale coś pod nim drgnęło. Ciekawość zmieniła temperaturę. Do tej pory Vikram był interesującym nieznajomym znalezionym przypadkiem we własnym ogrodzie. Teraz Edward chciał już wiedzieć. Nie tylko czym się zajmował. Jak. Co mówił ludziom, kiedy zostawali z nim sami. Jakich pytań im zadawał. Ile czasu potrzebował, żeby człowiek powiedział mu rzecz, której wcześniej nie powiedział nawet sobie. I, co najbardziej niepokojące, co powiedziałby jemu. Ta myśl pojawiła się nagle i natychmiast zrobiła się wygodna.
Edward nie wierzył szczególnie w terapię. Właściwie nie wierzył w większość rzeczy, które wymagały regularnych spotkań i punktualności. Podejrzewał też, że jego własna psychika przypominała jeden z tych starych domów, w których kolejne pokolenia prowadziły przewody elektryczne według własnego uznania: coś działało, czegoś lepiej było nie dotykać, a światło w kuchni zapalało się czasem razem z lampą na piętrze. Dopóki budynek nie płonął, nie widział szczególnego powodu, żeby zaglądać w ściany. A jednak nagle bardzo chciał zobaczyć, co zrobiłby z nimi Vikram. Z jego ścianami. Zrobiło mu się od tej myśli niemal wesoło.
- Przyjmujesz nowych pacjentów? - Roześmiał się od razu, jakby było to przedłużenie wcześniejszego żartu. Jakby odpowiedź właściwie go nie obchodziła. Sięgnął po pozostawioną obok butelkę, ale tym razem zamiast się napić, zaczął obracać ją powoli pomiędzy dłońmi.
- Pytam oczywiście dla przyjaciela. - Podniósł wzrok. Ciemne oczy Vikrama rzeczywiście miały w sobie coś nieprzyjemnie skupionego. Edward znał spojrzenia ludzi, którzy go pragnęli, ludzi, którzy chcieli mu zaimponować, ludzi, którzy już go nie lubili, choć dopiero się poznali. To było inne. Miał przez moment absurdalne wrażenie, że nie jest oglądany, tylko czytany. Powinien był odwrócić wzrok. Nie zrobił tego. Przeciwnie, pochylił się odrobinę bliżej. Jakby mężczyzna miał swoją własna grawitację, a Edward powoli był przez nią przyciągany.


vikram sirojc
gall anonim
38 y/o
For good luck!
185 cm
terapeuta flow state
Awatar użytkownika
Relax and enjoy the journey. The stream will carry you this way and that, but will carry you forward to where you need to go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Płowił się w tym rozkosznym zaskoczeniu, lekkim zawiedzeniu, wzmożonej ciekawości. Doskonale wiedział, że nie prezentował się jak t y p o w y terapeuta, bo złamał pierwsze tabu, w ogóle tutaj przychodząc. Ludzie jego pokroju czasami zapominali o tym, że również byli jednostkami — zboczenie zawodowe niemal nieustannie kazało im szukać wewnętrznego dziecka, pielęgnować relację z samym sobą, ciszę i spokój. Sirojc niezwykle cenił sobie wspomniane aspekty, niemniej dużo mocniej wierzył w terapię poprzez dyskomfort. Zgłębianie siebie za pomocą zdecydowanie z b y t realnych doznań, które pozwalały leczonemu przekraczać granice między snem, a jawą. Ludzki umysł był w końcu niesamowity. To, jak mocno potrafił — przy pomocy odpowiedniej stymulacji — próbować chronić swojego właściciela, tylko po to, aby lada moment stać się zupełnie bezbronnym i ofiarować na tacy to, czego Vikram oczekiwał.
A od Edwarda oczekiwał wiele, choć mężczyzna jeszcze nie mógł tego wiedzieć. Pragnął wejść głęboko w tę zbłąkaną duszę, która kryła się za pociągnięciami pędzla. Chciał zrozumieć istotę jego definicji r e a l n o ś c i, do której docierało tylko po spożyciu substancji wpływających na percepcję. Czy tak bardzo był dla niego nieznośny świat rzeczywisty? Dlaczego? Skąd potrzeba ciągłej uwagi, zrozumienia, pożądania, lada moment ciszy i samotności?
Mieli do przestudiowania bardzo wiele.
Kpiący uśmiech pojawił się na twarzy mężczyzny. Jakby z namysłem spojrzał na kryształ w swojej dłoni, nim nie zakołysał nim, a popiół otulił ściany kieliszka. Ściągnął wargi, zanim posłał mu krótkie spojrzenie znad naczynia.
Wiem — oznajmił krótko, uświadamiając młodzieńca, że każdy jego ruch był przemyślany i wykonywany z premedytacją.
Zignorował opadający między nich wianek. Nie interesowały go martwe przedmioty, zwiędniete kwiaty, które już niczym nie przyciągały. Ani zapachem, ani wyglądem. W porównaniu jednak do okoliczności, zmęczona ozdoba niemal doskonale wpasowywała się w stan tego wieczornego roztopienia obecnej ludności. Zamroczone oczy, spocone ciała, lepiące się koszule do skóry. Wolniejsze umysły, spokojniejsze myśli i nieład, wszechobecny nieład, który stawał się mdle obrzydliwy.
Naiwnie? Szczerze. Czyli — sprostował, poszerzając swój uśmiech, gdy przelotnie spojrzał na rozbawioną osobę. Jego uwaga zaraz jednak wróciła na Wentwortha, a on musnął niemal c z u ł y m spojrzeniem opaloną twarz. — tak, jak tego oczekuję. Wykorzystuję w inny sposób — dodał swobodnie, zupełnie się nie zachowując, jakby właśnie powiedział coś nieprzyzwoitego. Nie pozostawiał jednak szczególnego pola do przemyśleń, gdy poprawił się na ozdobnej, miękkiej poduszce i zadarł głowę, by spojrzeć w niebo. Niezwykle gwiaździste, bezchmurne, jeszcze z pozostałościami po widowiskowym zachodzie słońca. Sierpień był potwornie lepkim miesiącem, konsystencją przypominał miód, od którego nadmiaru zbierało się na mdłości. Osiadał na żołądku i tak mocno, jak ocieplał, tak samo chłodził realnością.
Czy przekonujesz ich, że dobrze im tam?
Uśmiechnął się. W tym krótkim momencie milczał, pozwalając, aby Edward musiał swoje odczekać, by usłyszeć odpowiedź. Vikram prowadził ludzi jeszcze g ł ę b i e j — tak daleko, że nigdy by nie pomyśleli, iż mogą tam wejść. Nie zostawiał żadnej furtki do ratunku. Topił w ciemności, żywiąc się organizmem oddanym.
Metafora o prowadzeniu do gwiazdy polarnej była jednak ładniejsza i lepiej się sprzedawała.
Uczę ich kochać ciemność — oznajmił, nadal rozbawiony, przez co nikt nie mógł być pewien, czy mężczyzna nie stroi sobie zaledwie nieustannie żartów. — a tych, którzy są niewdzięczni, wyprowadzam do nudnego światła większości. Nie wszyscy potrafią docenić mrok, więc pozwalam im znaleźć komfort tam, gdzie wszyscy — wiedział, że to przekona każdą zbłąkaną duszę, pewną o swojej wyjątkowości i drodze. Dzieci kwiaty, smutne, bogate pszczółki, które tylko błagały, aby poczuć się dla kogoś w a ż n e. Vikram mógł im dać to wszystko.
Za odpowiednią cenę.
Możesz powiedzieć swojemu przyjacielowi, że jeśli mnie zainteresuje, to go przyjmę — odpowiedział, nie ruszając się choćby o krok, gdy Wentworth zmniejszał między nimi odległość. Nie urwał kontaktu wzrokowego, sięgając po ten zapomniany, paskudny wianek, z którego wyplątał jedną stokrotkę. Tę, która jeszcze się ostała i prezentowała całkiem względnie. Wychylił więc dłoń, aby wplątać ją za ucho młodzieńca, między jego włosy, muskając opuszkami palców małżowinę uszną. — Starannie dobieram swoich pacjentów. Musisz się liczyć z wagą, jaką niesie polecenie — dodał, unosząc leniwie kącik ust, nim nie cofnął dłoni. Zostawił po sobie niezwykły chłód, zapach papierosów i drzewa, a także kwiat za uchem.
I wtem, jak gdyby nigdy nic, zaczął się podnosić, niespiesznie otrzepując drogie, materiałowe spodnie z trawy.

Edward Wentworth
29 y/o
Welkom in Canada
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dotyk był ledwie dotykiem. Właściwie później Edward nie potrafiłby powiedzieć, czy Vikram naprawdę musnął jego ucho, czy tylko skórę tuż obok. Czy może to tylko lekki powiew wiatru? A jednak ciało, ten wyjątkowo głupi i łatwowierny organ, odnotowało go natychmiast. Krótki chłód opuszków. Zapach papierosów. Coś drzewnego. Stokrotka wsunięta pomiędzy włosy. Edward znieruchomiał. Nie dlatego, że gest był zbyt poufały. Na tym przyjęciu ludzie od kilku godzin robili sobie rzeczy znacznie bardziej poufałe bez pytania o imiona. Chodziło raczej o sposób, w jaki Vikram to zrobił. Bez zawahania. Bez tego drobnego pytania ukrytego zwykle w cudzym ruchu: mogę? Nie próbował sprawdzić, czy Edward mu pozwoli. Zachował się tak, jakby odpowiedź znał wcześniej.
To było bezczelne.
Edward był zachwycony! (Za-chwy-co-ny!)
Odprowadził jego dłoń wzrokiem, a kiedy Vikram zaczął się podnosić, dopiero wtedy przypomniał sobie o stokrotce. Dotknął ją ostrożnie dwoma palcami. Stokrotka trzymała się jeszcze przy życiu, chociaż miała zagięty jeden płatek. Zabawne, pomyślał, jak niewiele trzeba, żeby rzecz przestała być śmieciem. Jeszcze przed chwilą leżała w zdeptanym wianku na dywanie i Edward nawet nie chciało się po nią schylić. Teraz, ponieważ wybrał ją Vikram, nagle nabrała znaczenia. Ludzie robili tak bez przerwy. Nadawali wartość rzeczom przez sam fakt dotknięcia ich. Obrazom, domom, ubraniom. Innym ludziom. Jedna osoba potrafiła zmienić obiekt w artefakt, w relikwie. Może Vikram miał taką boską zdolność?
- Jeśli cię zainteresuje? - powtórzył. Uniosł twarz, żeby spojrzeć na stojącego mężczyznę. Pozycja była nieznośnie niekorzystna. Vikram z góry, on na dole, rozparty pomiędzy poduszkami z butelką wina przy nodze i stokrotką za uchem. Edward zazwyczaj nie lubił znajdować się niżej od kogokolwiek. Nawet architektonicznie. Tym razem jakoś mu to nie przeszkadzało. Przeciwnie. Uśmiech pojawił się powoli.
- To bardzo nieprofesjonalne. - Zabrzmiało niemal jak komplement. Wokół nich przyjęcie zdążyło przejść w tę szczególną fazę nocy, kiedy nikt już niczego nie zaczynał, ale też nikt nie chciał kończyć. Muzyka grała ciszej albo ludzie ogłuchli od alkoholu; trudno było rozstrzygnąć. Ktoś spał z policzkiem przyciśniętym do ramienia obcej kobiety. W trawie leżał jeden but, samotny i elegancki, jak zwierzę porzucone przez właściciela. Nad basenem unosiła się cienka para. Ćmy uderzały o lampy z tym samym uporem, z jakim ludzie wracali do rzeczy, które już raz zrobiły im krzywdę. Edward patrzył na Vikrama.
Starannie dobieram swoich pacjentów. Zdanie zostało w nim w sposób, który od razu go zirytował. Powinien był się roześmiać. Odpowiedzieć czymś lekkim, najlepiej odrobinę obraźliwym. Edward przez większą część życia doskonalił przecież sztukę zachowywania się tak, jakby niczego szczególnie nie potrzebował. Była to jedna z bardziej użytecznych umiejętności ludzi, którzy w rzeczywistości potrzebowali bardzo wielu rzeczy. Tymczasem poczuł coś zupełnie innego. Chciał zostać wybrany. (Oj, jak bardzo!) Odkrycie było tak absurdalne, że prawie go rozbawiło. Vikram znał go może od godziny. Był obcym człowiekiem znalezionym we własnym ogrodzie. Edward nie wiedział nawet, gdzie miał gabinet, czy rzeczywiście był dobrym terapeutą, ani czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach powinien powierzać mu swoje sekrety.
Zwłaszcza to ostatnie wydawało się coraz bardziej wątpliwe. A jednak nagle zależało mu na opinii tego człowieka. Nie na tym, żeby Vikram go polubił. To byłoby zbyt proste. Ludzie lubili Edwarda wystarczająco często i z wystarczająco błahych powodów, żeby przestało to mieć większą wartość. Chciał czegoś bardziej konkretnego. Chciał, żeby Vikram uznał, że jest w nim coś wartego otwarcia. Jakiś zamknięty pokój. Uszkodzony mechanizm. Cokolwiek, przy czym człowiek taki jak on zatrzymałby się na dłużej. Edward odstawił butelkę.
- A co cię interesuje? - Zapytał zanim zdążył wymyślić lepszą wersję pytania. To go zirytowało jeszcze bardziej.
Podniósł się z poduszek, trochę zbyt szybko. Świat wykonał krótki, miękki obrót w lewo, więc Edward na moment oparł dłoń o siedzenie, udając, że właśnie taki był plan. Po sekundzie wszystko wróciło na swoje miejsce. Dom za plecami, drzewa, Vikram. Poprawił koszulę. Stokrotkę zostawił.
- To znaczy w pacjentach. - Uściślił, chociaż wcale nie musiał.
- Co musi być z człowiekiem nie tak, żeby zasłużył na twoją uwagę? - Roześmiał się cicho.
- Oprócz posiadania przyjaciela z doskonałym poleceniem. - Stanął przed nim. Teraz różnica wysokości przestała działać na jego niekorzyść, choć nie odzyskał przez to poczucia przewagi. Z Vikramem najwyraźniej nie działało to w tak prosty sposób. Przez moment Edward miał ochotę powiedzieć mu coś prawdziwego. Ta ochota przyszła zupełnie niespodziewanie.
Mógł powiedzieć o tygodniach, podczas których prawie nie malował, a potem o trzech dniach, kiedy nie robił niczego innego. O tym, że czasami budził się rano i przez pierwszych kilka sekund nie pamiętał, dlaczego powinien wstać. O ludziach, których potrafił kochać najbardziej wtedy, kiedy już ich przy nim nie było. O potrzebie ciągłego hałasu. O tym, że cisza w dużym domu miała zupełnie inny ciężar niż cisza gdziekolwiek indziej. O substancjach, po których świat nie tyle stawał się piękniejszy, ile wreszcie wydawał mu się wystarczająco wyraźny. Ciekawy. Mógł powiedzieć cokolwiek. Nie powiedział nic.
Zamiast tego przyjrzał się Vikramowi z tym swoim lekkim, niemal chłopięcym uśmiechem, który zwykle pojawiał się chwilę przed zrobieniem czegoś nierozsądnego.
- Bo zaczynam podejrzewać, że mój przyjaciel mógłby być dokładnie w twoim guście. - Zrobił krótką pauzę. I nabrał wręcz profesorskiego tonu. (No, może trochę zbyt teatralnego).
- Terapeutycznie, oczywiście. - Parsknął śmiechem, ale nie odsunął się. Przeciwnie, został blisko. Wystarczająco, żeby znów czuć papierosy na jego ubraniu. Najgorsze było to, że naprawdę chciał wiedzieć. Vikram mówił o ciemności jak o miejscu, do którego można wejść. Jak o pokoju w domu. Edward całe życie traktował własną jak coś, co należało zagłuszyć, rozświetlić, zapić, przemalować, zaprosić do niej dwadzieścia osób i puścić muzykę tak głośno, żeby nie było słychać rur w ścianach. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że można zrobić coś odwrotnego. Usiąść w niej. Może nawet zostać. Powinien był uznać tę propozycję za ponurą. Zamiast tego poczuł niemal dziecięcą ekscytację. Taką samą, jaką czuł przed wejściem do zamkniętego pokoju albo przed otwarciem listu, który nie był zaadresowany do niego.
-Dobrze. - powiedział nagle. Sam zdziwił się stanowczością własnego głosu. Spojrzał Vikramowi prosto w oczy.
-Polecam go. - Dopiero po chwili uśmiechnął się szerzej.
-Bardzo interesujący przypadek. Fatalny charakter. Żadnej dyscypliny. Skłonność do kłamstwa, choć głównie wtedy, kiedy prawda jest nudna. - Wyliczał na palcach, coraz bardziej rozbawiony. - Pije. Pali czasami cudze papierosy. Ma problemy z autorytetami. I podobno nieznośną potrzebę bycia wyjątkowym. - Opuścił dłoń.
- Brzmi obiecująco? - To nadal był żart. Przynajmniej w formie. Tylko że Edward przestał już szukać drogi odwrotu. Nawet nie zauważył momentu, w którym rozmowa przestała być przypadkowym spotkaniem na przyjęciu, a stała się czymś, co miało mieć dalszy ciąg. Stokrotka tkwiła za jego uchem. Nie wyjął jej. A wręcz błagalnie wyliczał wady swojego przyjaciela, z nadzieją, że Vikram obdarzy go choćby cieniem zainteresowania.

vikram sirojc
gall anonim
38 y/o
For good luck!
185 cm
terapeuta flow state
Awatar użytkownika
Relax and enjoy the journey. The stream will carry you this way and that, but will carry you forward to where you need to go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Altruizm był dla niego terminem głupkowatym. Nie rozumiał, dlaczego ktoś mógł chcieć komukolwiek pomagać z czegoś tak idiotycznego, jak d o b r o ć serca. Vikram nie był typowym terapeutą, który był świeżo po studiach i wyciągał rękę do każdej, zbłąkanej duszyczki. Nie mógł pozwolić sobie wejść na głowę, a cecha umiejętności doboru pacjentów była wysoce pożądana; tacy terapeuci zawsze cieszyli się większym p o w o d z e n i e m, niż ludzie, do których można było wejść z ulicy. Nie było w tym absolutnie nic nieprofesjonalnego. Komentarz Wentwortha rozbawił go jednak na tyle, że uniósł kąciki swoich ust nieco wyżej, niż do tej pory i zaledwie posłał mu pełne politowania spojrzenie. Wyobrażenie młodego mężczyzny na temat jego zawodu było ujmujące. Doskonale pasował do stada owiec, które należało zapędzić do zagrody.
Do jego zagrody.
Responsywność przy tym działała doskonale. Wystarczyło kilka błahych gestów; dolanie mu wina, zaoferowanie butelki, wsunięcie kwiatka za włosy. Nieco dłuższy kontakt wzrokowy. Sirojc bezbłędnie wiedział, jak się zachowywać w otoczeniu ludzi pokroju Edwarda i wykorzystywał to na własną korzyść. Nie musiał robić wiele, aby zagubiony chłopiec stał się nim zainteresowany. Nauka, aby jadł t y l k o z jego ręki miała być dziecinnie prosta. Gdy stał, wyprostowany i nienaganny, patrzył na niego z tą nieznośną wyższością. Tą, która mogła irytować, ale zarazem skłaniała do absolutnego posłuszeństwa.
Czekał. Pozwalał mu zlepiać swoje słowa w pytania, dookreślenia, błądzenie dookoła, jakby desperacko nie chciał się poddać temu ludzkiemu uczuciu zakłopotania. Uniósł kącik ust do góry, następne słowa wypowiadając spokojnie i z rozwagą.
Wszystko, co jest nie tak, jest interesujące — zaczął, ponownie wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. Nie spieszył się, gdy wysunął drugą używkę, wsuwając ją zaraz do ust. Zanim odpalił papierosa, oparł filter na wardze i ponownie złapał kontakt wzrokowy z Edwardem. — ale bardziej fascynuje mnie to, co jest w stanie zrobić, aby moją uwagę zatrzymać — dokończył, przerywając ten moment dźwiękiem zapalniczki, a następnie wydmuchaniem dymu w górę. To człowiek musiał być i n t r y g u j ą c y. I bogaty.
Vikram najbardziej lubił tych, którzy sami otwarcie mówili o poczuciu zepsucia, swoistego wybrakowania. Tam, gdzie była dziura do zapełnienia, pragnął wskoczyć i się zaszyć. Zostać epicentrum, jedyną mechaniką, która trzymała wówczas pacjenta przy życiu. Uwielbiał od siebie u z a l e ż n i a ć i pozwalać, by traktowano go jako Boga. Edward mógł się zatem śmiać, gdy opowiadał o domniemanym przyjacielu, wymieniając zaraz jego cechy. Sirojc jednak nawet nie drgnął, nużąco wolno i spokojnie paląc swojego papierosa. Zdawało się nawet, że zaczynał się nudzić.
Wentworth mógł doskonale wyczuć, gdy terapeuta stracił uwagę. Był w końcu dobrym aktorem. Ciężko westchnął, strzepując papierosa i ułożył wolną dłoń na ramieniu Edwarda. Ścisnął ją niemal czule, zupełnie tak, jakby pocieszał smutne dziecko. Po ojcowsku. W ten sposób, który przywodził od razu frustrację i chęć pokazania, że jest się wartym czegoś więcej.
Nie — odpowiedział krótko i dosadnie, klepiąc zaraz to samo ramię. — niech przyjdzie do mnie, kiedy postanowi być szczery z samym sobą i ze mną. Na razie brzmi jak rozwydrzony dzieciak — uniósł kącik ust do góry, nawiązując kontakt wzrokowym ze wspomnianym dzieciakiem. To wszystko było doskonałym założeniem. Pełną świadomością, że Wentworth nie będzie chciał poddać się tej brzydkiej ocenie. Zsunął w końcu dłoń, przejął nią własnego papierosa i rzucił okiem po raz ostatni na ogród.
Nie toleruję uogólnień i fałszu. Jeśli zdecyduje się na terapię u mnie, musi wiedzieć, że przejrzymy każdy zakamarek umysłu i duszy. Bądź na to gotowy, chłopcze — oznajmił, nim się nie odwrócił, by kierować się powoli do wyjścia. Może po drodze jednak zgarnąć jakiś alkohol.

Edward Wentworth
29 y/o
Welkom in Canada
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rozwydrzony dzieciak. Nie odpowiedział od razu. Nie dlatego, że zabrakło mu odpowiedzi. (Jemu chyba nigdy nie zabrakło słów, co najwyżej sensu!)Przeciwnie, przyszło ich natychmiast kilka i wszystkie były doskonałe. Mógł zapytać, czy Vikram obraża wszystkich potencjalnych pacjentów przed pierwszą wizytą, czy tylko tych, którym wcześniej wkłada stokrotki we włosy. Mógł zauważyć, że jak na człowieka tak wyczulonego na fałsz, terapeuta zadziwiająco chętnie uczestniczył w rozmowie z kimś, kto od dobrych pięciu minut mówił o sobie w trzeciej osobie. Mógł się roześmiać. To byłoby najłatwiejsze. Tymczasem stał nieruchomo.
Dłoń Vikrama zniknęła już z jego ramienia, ale miejsce po niej pozostało osobliwie wyraźne. Edward niemal je czuł przez materiał koszuli. Nie dotyk sam w sobie. Raczej jego znaczenie. To krótkie, protekcjonalne klepnięcie było znacznie bardziej poufałe niż stokrotka za uchem i znacznie bardziej irytujące. Tak dotykało się chłopca, któremu należało dać do zrozumienia, że jeszcze nie dorósł do rozmowy dorosłych.
I tutaj, wybaczcie francuszczyznę: Och, ty skurwysynu. Pomyślał. Uśmiechnął się. Nie był obrażony. Był czymś znacznie gorszym. Zainteresowany. Edward miał tę wadę od dzieciństwa: zamknięte drzwi natychmiast stawały się ważniejsze od wszystkich otwartych. Jeśli w domu znajdowało się dwadzieścia pokoi i do dziewiętnastu wolno było wejść, prędzej czy później stał pod dwudziestym z dłonią na klamce. Nie chodziło nawet o ciekawość tego, co było w środku. Czasami za drzwiami nie było niczego poza odkurzaczem, starymi gazetami i zapachem kurzu. Ważny był zakaz. Granica. Sam fakt, że ktoś uznał, iż Edward powinien pozostać po jej drugiej stronie. Być może właśnie dlatego tak źle działały na niego ostrzeżenia. Nie dotykaj? Dotykał. Nie idź? Szedł. Nie dla ciebie? Wtedy chciał tego najbardziej.
Niebezpieczeństwo również miało swoją estetykę. Edward wiedział o tym doskonale. Rzeczy rozsądne były zazwyczaj fatalnie oświetlone, odbywały się przed siedemnastą i wymagały wypełnienia formularza. (I to takiego rodem wyciągniętego z Kafki). Wszystko, co naprawdę interesujące, zaczynało się później. Za zamkniętymi drzwiami. W samochodzie obcego człowieka. W mieszkaniu, którego adres należało zapisać na odwrocie rachunku. Od zdania: nikomu o tym nie mów. Od ostrzeżenia, którego człowiek rozsądny powinien posłuchać. Edward nie był człowiekiem rozsądnym. (Co to, to nie!)
Vikram ruszył w stronę domu. Przez chwilę Edward rzeczywiście pozwolił mu odejść. Jeden krok. Drugi. Patrzył na jego plecy i poczuł nagle znajome ukłucie irytacji, niemal identyczne z tym, które odczuwał przed obrazem, kiedy coś nie chciało mu się podporządkować. Istniał szczególny rodzaj frustracji zarezerwowany dla rzeczy niedokończonych. Niedomkniętych szuflad. Niedopitych kieliszków. Zdań urwanych tuż przed najważniejszym słowem. Człowiek mógł przejść obok nich dziesięć razy, ale za jedenastym musiał wrócić i poprawić. Vikram właśnie zostawił go niedokończonego.
Bądź na to gotowy, chłopcze.
- Chłopcze? - Edward prychnął pod nosem. Powiedział to wystarczająco głośno, żeby Vikram mógł usłyszeć. Było w tym oburzenie tak teatralne, że nie mogło być prawdziwe.
- To już drugi raz, kiedy mnie obrażasz, a nadal nie znam nawet adresu twojego gabinetu. - Ruszył za nim. Dogonił go po kilku krokach. Nie spieszył się przesadnie; byłoby upokarzające wyglądać, jakby za nim biegł. Zrównał się z nim dopiero przy ścieżce prowadzącej do domu. Pod podeszwami chrzęścił żwir. Z ogrodu dochodziła muzyka, teraz już zdeformowana przez odległość i noc, jakby grała pod wodą. Dom świecił wszystkimi oknami. Z tej strony wyglądał niemal groteskowo: wielki organizm, który połknął zbyt wielu ludzi i teraz nie potrafił ich strawić.
- Poza tym nie powiedziałem, że mój przyjaciel nie jest ze sobą szczery. - zauważył. - Powiedziałem tylko, że kłamie. To nie to samo. - Spojrzał na Vikrama z boku.
- Można doskonale wiedzieć, kim się jest, i po prostu nie informować o tym reszty świata. - To zdanie zabrzmiało poważniej, niż zamierzał. Przez moment prawie pożałował, że je wypowiedział. Prawda miała tę nieprzyjemną właściwość, że człowiek rozpoznawał ją często dopiero wtedy, kiedy usłyszał ją własnym głosem. W głowie była jeszcze myślą, więc można było ją przesuwać, odwracać, udawać, że znaczy coś innego. Nadawać różne interpretacje albo po prostu schować gdzieś głęboko. Wypowiedziana stawała się przedmiotem. Leżała pomiędzy dwojgiem ludzi jak nóż pozostawiony na stole.
W trawie przy ścieżce ktoś zostawił kieliszek. Leżał na boku, a na jego ściankach zebrały się drobne krople rosy. Pomyślał bez żadnego powodu, że rano Martha go znajdzie. Martha zawsze znajdowała rano dowody na to, że inni ludzie bawili się w nocy. Niedopałki w donicach. Bieliznę za sofą. Szklanki w bibliotece. Czasem krew na ręczniku, nigdy dużo. Dom po przyjęciu przypominał ciało po chorobie: niby to samo, ale zdradzały je drobne ślady wysiłku.
Przejrzymy każdy zakamarek umysłu i duszy. Teraz, kiedy Vikram nie patrzył już bezpośrednio na niego, Edward mógł przyznać przed samym sobą, że właśnie to zdanie zrobiło na nim największe wrażenie. Każdy zakamarek. Ludzie zwykle chcieli od niego znacznie mniej. Kochankowie chcieli określonej wersji Edwarda. Przyjaciele innej. Rodzina jeszcze innej. Galerie potrzebowały malarza. Gazety nazwiska. Goście gospodarza. Każdy brał sobie tę część, która akurat pasowała do funkcji, jaką Edward pełnił w jego życiu, i bardzo rzadko zaglądał dalej.
Może było to nawet uprzejme. Człowiek przecież również nie otwierał wszystkich szaf, kiedy przychodził do kogoś na kolację. A Vikram proponował włamanie.

Nie wizytę.
Nie rozmowę.
Włamanie. (Oho!)
Ta myśl powinna była być odstręczająca. Edward poczuł zamiast tego przyjemny, lekki ucisk gdzieś pod żebrami. Było coś niemal obscenicznie kuszącego w możliwości, że ktoś zajrzy tam, gdzie sam Edward zaglądał tylko przypadkiem. Do tych kilku sekund rano. Do pustki pomiędzy jednym obrazem a następnym. Do momentów, kiedy przyjęcie się kończyło, drzwi zamykały się za ostatnim gościem i wielki dom nagle odzyskiwał swój prawdziwy rozmiar. Do wszystkich rzeczy, które natychmiast zalewał winem, muzyką, ludźmi, seksem, farbą, czymkolwiek, co akurat znajdowało się pod ręką. Co właściwie by tam znaleźli? To pytanie było cudowne. Edward poczuł się niemal podekscytowany. Jak przed sekcją zwłok, pod warunkiem że zwłoki należały do niego.
- Każdy zakamarek? - odezwał się w końcu i odwrócił głowę w stronę Vikrama.
- To dość ambitne słowo. - Na jego ustach pojawił się ten sam uśmiech, tylko teraz było w nim mniej żartu. Coś skupionego. Prawie głodnego.
- Ludzie bardzo często mówią „wszystko”, kiedy mają na myśli tylko tyle, ile są w stanie znieść. - Zrobił jeszcze dwa kroki, potem zatrzymał się nagle. Czas więc na szczerozłotą prawdę! To również było typowe dla Edwarda: maski interesowały go tylko do chwili, w której zaczynały przeszkadzać w zdobyciu tego, czego chciał.
- Dobrze. - Tym razem powiedział to ciszej. Sięgnął za ucho i wyjął stokrotkę. Przez sekundę obracał ją pomiędzy palcami, oglądając zagięty płatek. Mógł ją wyrzucić. Zamiast tego wsunął ją do kieszeni koszuli.
- Nie ma żadnego przyjaciela. - Spojrzał na Vikrama. Rozkładając szeroko ręce.
- Ale to chyba wiedziałeś. - Nie wyglądał na zawstydzonego. Jeśli już, sprawiał wrażenie człowieka, który właśnie zdecydował się wejść do wody mimo tabliczki ostrzegającej przed prądem morskim. Było w nim nawet coś zadowolonego. Edward lubił decyzje podejmowane z pełną świadomością, że prawdopodobnie były złe. Wydawały mu się bardziej uczciwe od tych rozsądnych.
- Chcę spróbować. - I dopiero kiedy wypowiedział te słowa, zrozumiał, że nie mówi ich dla żartu. To było nowe.Nie może. Nie zobaczymy. Nie zadzwonię i umówię się na terapię. Wszystkie te miękkie słowa, których ludzie używali, żeby zostawić sobie otwarte drzwi. Chciał sprobować. Najbardziej absurdalne było to, że jeszcze godzinę wcześniej nie wiedział o istnieniu Vikrama. Teraz możliwość, że ten człowiek mógłby odmówić, zaczynała wydawać mu się osobiście obraźliwa.
- Jedna sesja. - Edward uniósł palec, jakby właśnie ustalał warunki niezwykle poważnego kontraktu. - Potem zdecydujesz, czy jestem wystarczająco interesujący dla twojej ekskluzywnej praktyki, a ja zdecyduję, czy jesteś tak dobry, jak ci się wydaje. - Uśmiechnął się szerzej. Tak było lepiej. Odzyskał odrobinę gruntu pod nogami. A jednak po sekundzie dodał:
- Tylko nie każ mi czekać trzech miesięcy. - Krótka pauza.
- Mógłbym w tym czasie przypadkiem wyzdrowieć. - Roześmiał się, choć sama możliwość wydała mu się potwornie nudna. I właśnie wtedy dotarło do niego coś jeszcze. Vikram wcale nie obiecał, że go naprawi. Nie mówił o spokoju. Równowadze. Zdrowych mechanizmach. Wszystkich tych słowach, które Edward kojarzył z jasnymi gabinetami, wodą z plasterkiem ogórka i ludźmi posiadającymi aplikacje do medytacji. Powiedział: przejrzymy każdy zakamarek. Była w tym obietnica destrukcji. Albo przynajmniej bałaganu. A Edward zawsze miał słabość do ludzi, którzy zamiast obiecywać mu bezpieczeństwo, potrafili sprawić, że zaczął zastanawiać się, co właściwie może stracić.

vikram sirojc
gall anonim
38 y/o
For good luck!
185 cm
terapeuta flow state
Awatar użytkownika
Relax and enjoy the journey. The stream will carry you this way and that, but will carry you forward to where you need to go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Vikram bawił się wybornie.
Szykując się na tę pożal-się-boże imprezę, nie zakładał tak wspaniałych rezultatów. Oczywiście w i e d z i a ł, że mu się uda, a wybrana ptaszyna wpadnie w jego ręce. Co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Złota klatka już na niego czekała, a Wentworth podświadomie wiedział, że wejdzie do środka z pocałowaniem ręki. Taka była kolej rzeczy. Niemniej, Sirojc zakładał pewien margines błędu, że, chociażby, nie skończy się zaledwie na jednym spotkaniu. Młodzieniec był typowym, bogatym chłopcem o zaburzonej percepcji; mógł poczuć się zby urażony podejściem terapeuty, aby zgodzić się tak po prostu na oddanie się w jego ręce. Ludzie nie zawsze lubili, gdy czytano z nich jak z otwartej księgi, a Vikram, niezaprzeczalnie, zdążył przejrzeć Edwarda wzdłuż i wszerz. Młody malarz nie miał jeszcze tej świadomości. Pozwalał mu w końcu myśleć, że wierzy w jego historyjkę o przyjacielu. Nie zrobił tego, czego młodszy najpewniej oczekiwał; nie zdemaskował go, stawiając wówczas samego siebie na przegranej pozycji. Było zupełnie inaczej.
I doskonale wiedział, że Wentworth podąży tuż za nim, właśnie dlatego nigdzie się nie spieszył, uśmiechając się krótko pod nosem. Z pełną satysfakcją.
Obrażam cię? — powtórzył z drobnym rozbawieniem, przelotnie zerkając na niego z uniesioną brwią. Och, Edward nie miał pojęcia, jak to jest być obrażonym przez Edwarda. Był o d k r y w a n y i dlatego tak bardzo mu się to nie podobało. — W terapii jest ważna szczerość. Kłamstwo jest fałszem, a jeśli okłamujesz innych, czy jesteś w stanie mi zagwarantować, że nie okłamujesz też siebie? Że posiadasz nad tym kontrolę? — wymruczał, nie zwalniając kroku, ale także nie przyspieszając. Jego specjalnością było czepianie się tych drobnych słów, które jego pacjenci zwykle określali mianem przypadkowych. Sirojc jednak wiedział, że n i c nie jest przypadkowe, a zwyczajnie znaczenie często na tyle ukryte, że jego odkrycie zdaje się niemożliwe.
Edward mówił dużo. Z każdym kolejnym słowem podsycał zaledwie świadomość terapeuty, że jest gotowy na jego innowacyjny program. Był doskonałym przypadkiem. Wpatrzonym w siebie, a zarazem pałającym do siebie czymś, co jeszcze nie było nienawiścią, ale uczucia nie były nacechowane jedynie pozytywnie.
Zstrzymał się w tym samym momencie, odwracając się do mężczyzny przodem. Obserwował go, gdy nadal poddawał się własnemu teatrowi. Wentworth zachowywał się, jakby nieustannie był na scenie. Przerwy między wypowiedziami, dywagacje, gestykulacje, a zarazem ciągła pogoń za c z y m ś. To coś, czego nie potrafił określić, stało jednak właśnie przed nim. Na przyznanie się zaledwie leniwie uniósł kącik ust. Chwilowo obserwował jego palec, a potem wysunął z kieszeni płaszcza wizytówkę.
Drobny prostokąt. Drogi papier, przyjemnie szorstki pod palcami w miejscu jego nazwiska. Nie było na niej wiele. Zaledwie personalia i adres, a także drobny symbol, przypominający splot roślin. Na drugiej stronie nie było już nic. Kremowy odcień. Gdyby Wentworth planował go podnieść do nosa, poczułby nikłą woń kawy i papierosów.
Obrócił ją w palcach, następnie wystawiając w jego kierunku.
Nie wyzdrowiejesz — odparł spokojnie, a te słowa zabrzmiały niemal jak o b i e t n i c a. Uśmiechnął się ponownie, robiąc krok w przód. Stał na tyle blisko, aby Edward ponownie czuł jego perfumy i obecność, ale przede wszystkim by go słyszał, gdy Vikram ściszał głos, pochylając się do niego. — We wtorek, dwudziesta. Nie toleruję spóźnień, chłopcze — zaznaczył, nim lekkim ruchem skinienia głowy nie poinformował go o zakończeniu rozmowy.
I jawnym oczekiwaniu na niego we wskazanym terminie. Och, nie mógł się doczekać pierwszej sesji.
Do zobaczenia, Edwardzie — i tyle. Bez kolejnego dotyku, bez żadnego gestu. Pozostawił go zaledwie z tym, co dał mu do tej pory; ze stokrotką we włosach i określeniem, które Edward, jeszcze nie wiedząc, powinien polubić.
Albo dostatecznie mocno znienawidzić, a Sirojc zamierzał postarać się o obydwie opcje.

Edward Wentworth

koniec <3
ODPOWIEDZ

Wróć do „#113”