ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
179 cm
aktor/piosenkarz | Around the World
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Plan filmowy
kilka godzin przed klubem
Poranek zaczął się obiecująco. Art nagrał trzy poboczne sceny bez najmniejszego zająknięcia – jedno ujęcie, może dwie poprawki oraz reżyser za każdym razem kiwający głową z tym charakterystycznym, zadowolonym uśmiechem, który Art znał aż za dobrze i który zawsze potwierdzał to, co sam już o sobie wiedział. Że był dobry. Że był najlepszy. Że cała ta ekipa, cały ten plan zdjęciowy istniały właściwie po to, żeby uchwycić go w odpowiednim świetle. Dzień zapowiadał się na kolejny mały triumf w jego karierze.
Siedział teraz na krześle u makijażystek, podczas gdy charakteryzatorka poprawiała mu podkład wokół linii żuchwy, delikatnie wklepując puder gąbeczką, a on obserwował własne odbicie w lustrze z tą samą wyćwiczoną satysfakcją, jaką czuł zawsze, gdy patrzył na siebie z bliska. Włosy układały mu się idealnie. Skóra świeciła w odpowiednich miejscach i matowiała tam, gdzie wypadało. Wyglądał zjawiskowo i jeszcze lepiej się czuł.
Sięgnął odruchowo po telefon leżący na blacie i zerknął na wiadomości – trzecie miejsce w tygodniowym rankingu popularności, o jedno wyżej niż wczoraj. Uśmiechnął się na samą myśl, odkładając telefon z powrotem ekranem do dołu.
Wtedy podszedł do niego jeden z asystentów produkcji, z tabletem przyciśniętym do piersi i miną kogoś, kto właśnie dostał zadanie, którego nikt inny nie chciał wykonać. Trudno było powiedzieć, czy był to strach, czy może niechęć do aktora. Pewnym było jednak, że nie chciał się tu znaleźć.
Art – zaczął, odchrząkując niepewnie. – Mamy mały problem. Twój partner do sceny numer siedem... nie dotarł. Korek na autostradzie, może wypadek, nie mamy jeszcze pełnych informacji, ale na pewno nie zdąży.
Poczuł, jak coś w nim tężeje. Nie od razu wybuchł – to nie było w jego stylu, przynajmniej nie na samym początku. Najpierw westchnął głośno, teatralnie, z tym samym wydechem na końcu, jaki wykonywał przed kamerą, gdy scenariusz wymagał od niego zaprezentowania prawdziwych emocji. Tylko że tym razem nie grał.
Żartujesz sobie – rzucił podirytowany, nie odrywając wzroku od lustra. Nie poświęcił nawet ułamka sekundy, by spojrzeć na asystenta. – Serio? W dniu, w którym mam najważniejszą scenę tego bloku zdjęciowego, ktoś nie potrafi dotrzeć na plan na czas? Czy ja w ogóle mam do czynienia z profesjonalistami?
Pracujemy nad rozwiązaniem
Nie interesują mnie te wymówki – uciął mężczyźnie w wieku podobnym do swojego, wstając z krzesła tak gwałtownie, że charakteryzatorka musiała cofnąć rękę, żeby nie upuścić gąbki lub, co gorsza, nie oberwać z impetem z oparcia – Macie to naprawić. Znajdźcie mi kogoś. Na już. Mam jeszcze cztery inne sceny do nagrania i nie zamierzam siedzieć tu cały dzień, czekając, aż ktoś raczy się zjawić.
Reżyser podszedł kilka chwil później, zaniepokojony poruszeniem, próbując złagodzić sytuację tym miękkim, usypiającym tonem, jakim zwykle rozmawiał z aktorami, którzy mieli gorszy dzień. Art nie dał się jednak uspokoić. Krzyżując ręce na piersi, mierzył mężczyznę wzrokiem, jakby to on osobiście ponosił winę za cały łańcuch wydarzeń, które doprowadziły do tego, że musiał teraz bezczynnie stać na planie.
Znajdziemy godne zastępstwo. Masz moje słowo – zakomunikował starszy mężczyzna. – Daj nam kwadrans.
Macie dziesięć minut – odparł aktor, nie kryjąc irytacji w głosie. – Jeśli w ciągu tego czasu nie znajdziecie mi kogoś, kto potrafi stanąć przed kamerą i nie zepsuć mi tego ujęcia swoją bylejakością, to wychodzę. Serio. Koniec tematu. Mam gdzieś, ile to będzie was kosztować.
Młoda dziewczyna z zestawem słuchawkowym na głowie – ktoś z jego ekipy, kogo imienia oczywiście nie pamiętał – podała mu odkręconą butelkę, próbując rozładować napięcie choćby drobnym gestem uprzejmości. Ręce jej się jednak trzęsły – może z nerwów, może ze zmęczenia jego wcześniejszym humorem i przez to część wody chlusnęła na jego rękaw, zanim zdążył zacisnąć palce na opakowaniu.
Ty tak na serio? – Art spojrzał na mokry materiał swojego kostiumu z takim obrzydzeniem, jakby ktoś oblał go czymś znacznie gorszym niż H2O. – Czy dzisiaj wszyscy postanowili być irytująco niekompetentni?
Odwrócił się na pięcie, nie czekając na przeprosiny, i odszedł w stronę technicznej części planu, gdzie stały rzędy sprzętu oświetleniowego oraz kilku statystów czekających na swoją kolej. Był wściekły, spięty i doskonale zdawał sobie sprawę, że cała ekipa patrzyła na niego teraz z tym samym znajomym wyrazem twarzy – mieszanką rozżalenia i rezygnacji, jaka zawsze pojawiała się u ludzi zmuszonych znosić jego humorki. Nie obchodziło go to. Praca z nim powinna być dla nich czymś, o czym zawsze marzyli w swojej karierze. Sposobnością, która otworzy im drzwi do największych wytwórni. Był ich złotym biletem i powinni mu za to codziennie dziękować.
Wtedy jego wzrok padł na Azjatę wyróżniającego się w tej bezbarwnej masie młodych i przeciętnie urodziwych mężczyzn.
Coś w jego osobie natychmiast przyciągnęło uwagę aktora – sposób, w jaki na niego patrzył – pewny siebie, ale bez tej sztuczności, którą prezentowała większość ludzi, mogących stanąć z nim twarzą w twarz. A może po prostu jego wygląd, delikatne rysy twarzy oraz szerokie barki, które Art bezwiednie skatalogował niemal błyskawicznie, oceniając kąty, proporcje, to, jak dobrze wypadłby na ekranie tuż obok niego.
Nie zastanawiał się długo. Nie czekał, aż ktoś dokończy zdanie, które akurat wypowiadał w jego stronę – jakiś asystent tłumaczył mu coś o harmonogramie, ale Art przestał go słuchać w połowie słowa. Ruszył bez zastanowienia w stronę mężczyzny, omijając z gracją kable i statywy, z tą samą pewnością siebie, z jaką poruszał się po scenie. Zignorował przy tym całkowicie kilku młodziutkich chłopaków, którzy nie potrafili oderwać od niego wzroku, w oczekiwaniu, aż ten może łaskawie na nich spojrzy.
Głos, który jeszcze przed chwilą ciął jak bicz, złagodniał w ułamku sekundy, przechodząc w coś znacznie bardziej aksamitnego – ten sam mechanizm, który pozwalał mu płakać na zawołanie przed kamerą:
Ty – pstryknął palcami, zatrzymując się tuż przed nim, taksując go wzrokiem od stóp do głów. – Potrafisz grać drugoplanowe role? Chcesz czegoś spróbować przed kamerą? Potrzebuję kogoś do jednej sceny. Uprzedzam, że będziemy się całować. – Uniósł brew, patrząc na mężczyznę z wyzywającym, niemal drapieżnym błyskiem w oku. – Jesteś wystarczająco ambitny, żeby się tego podjąć, czy wolisz stać tu z resztą tła?

Jason Choi
32 y/o
Welkom in Canada
177 cm
Tanatokosmetolog St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
No one does it better than me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszly
postać
autor

outfit

Gdyby ktokolwiek kiedykolwiek zasugerował Jasonowi, że ten wystąpi kiedyś w telewizji w towarzystwie jakiejś sławy, Choi kazałby mu iść leczyć się na głowę.
Tymczasem proszę bardzo, oto był na planie filmowym. Zgłosił się na casting właściwie bardziej dla beki, niż z faktycznej potrzeby zaistnienia na wielkim ekranie - nigdy nie miał aż takich ambicji by stać się wielką gwiazdą. Niewielki kącik w social mediach, który sobie zbudował, w zupełności mu wystarczał. Tak po prawdzie to nie spodziewał się nawet, że się dostanie - nie posiadał co prawda informacji o tym, ilu właściwie statystów było potrzebnych, ale widział jakie dzikie tłumy zjawiły się pod budynkiem w dniu przesłuchania. Wszyscy oni liczyli na swoje pięć minut na srebrnym ekranie. Choi oczywiście podchodził do tego z dużo większym dystansem. Uda się to uda, nie to trudno. Był w stanie zmarnować ten dzień czy dwa - wszystko dla tej jednej milisekundy podczas której będzie widać go gdzieś w tle, w rogu kadru, podczas którejś z kluczowych scen serialu. Nie mógł się doczekać, aż siądzie razem z kumplami i pokaże Alexowi i Ericowi konkretny wycinek z odcinka serialu. Pewnie na ekranie komórki obraz będzie tak niewyraźny, że nawet nie da się rozpoznać jego rysów twarzy. Niemniej, miałby się chociaż czym pochwalić.
Gdy nadszedł wyznaczony dzień, Jason naturalnie jako ten grzeczny i odpowiedzialny statysta zjawił się na wyznaczonym miejscu - co samo w sobie było sukcesem, bo zwykle prawie wszędzie się spóźniał. Ustawienie kilku budzików zdało jednak egzamin. Z marszu cała grupa, która dostała angaż, została skierowana na spotkanie organizacyjne, podczas którego mieli przy okazji podpisać kilka papierków. Większość stawiała parafkę od razu, nie zwracając większej uwagi co właściwie podpisuje - Jason poświęcił jednak kilka chwil na to, by przeczytać chociaż kilka podpunktów. Klauzula o obowiązku zachowania tajemnicy dotyczącej szczegółów produkcji, zakaz robienia zdjęć na planie, informacje dotyczące wynagrodzenia... pierwszy raz miał do czynienia z tego typu umową, ale wyglądała jak totalnie basic stuff, więc i on finalnie złożył podpis.
Dla Choia wizyta na planie była niemal jak wycieczka do muzeum - kiedy akurat nikt z ekipy filmowej nie przekazywał im jakichś istotniejszych informacji lub nie kierował ich w konkretne miejsce na planie, oglądał wszystko z fascynacją dorównującej tej u pięciolatka odwiedzającego fabrykę słodyczy. Siorbiąc po cichutku soczek przez słomkę, mężczyzna obserwował krzątaninę scenografów, dokładających wszelkich starań by każdy element ujęcia był na swoim miejscu. Z zaciekawieniem próbował przysłuchiwać się z daleka jak reżyser dyskutuje z kimś nad folderem, otwartym gdzieś w połowie grubości. Oczy mu błyszczały, kiedy widział jak po zakończonym ujęciu aktorzy na moment zrzucali maski, porzucając swoje postaci i stając się na powrót sobą. To ostatnie było szczególnie fascynujące.
Zdążył już zaliczyć nawet swoją własną scenę. W scenariuszu jego rola została określona jako Mężczyzna przy stoliku 3. Usadzili go w prowizorycznej kawiarni, a za rekwizyty dali im filiżanki z prawdziwą kawą i prawdziwe ciastka. Jason dostał do pary całkiem uroczą brunetkę - i chociaż jego zadaniem było po prostu stanowienie tła dla głównej pary bohaterów, Choi dołożył wszelkich starań, by wiarygodnie udawać trwającą właśnie randkę przypadkowego Mężczyzny przy stoliku 3 i Kobiety przy stoliku 5. Złapali całkiem niezły kontakt i kiedy statystom znów kazano czekać aż będą potrzebni, to właśnie z nią Jason zabijał czas, wdając się w dość ożywioną dyskusję.
O tym, że na planie pojawiły się jakieś problemy, nikt im wprost nie powiedział. Znaki były jednak dość oczywiste - ludzie z obsługi zaczęli biegać nerwowo, dyskutować szeptem między sobą, a także posyłać pełne napięcia spojrzenia ku stanowisku charakteryzatorek. Im, szaraczkom, oczywiście nikt nic nie mówił - mieli czekać i tyle. Jason westchnął cicho, powracając do wcześniej przerwanej rozmowy - a przynajmniej do momentu, kiedy obiekt zmartwień całej ekipy najwyraźniej przemaszerował przez część planu.
Choi go kojarzył - oczywiście że tak. Może nazwisko Rattanakosina nie należało do najbardziej rozpoznawalnych, jak u gwiazd Hollywoodu, ale jeśli było się fanem konkretnego gatunku filmowego, nie sposób było nie natknąć się na chociaż kilka jego produkcji - a tak się składało, że Jason zaliczał je do swojego guilty pleasure. Po cichu rozważał czy gdzieś pomiędzy ujęciami udałoby mu się zapytać o autograf. Teraz jednak zdecydowanie nie była na to chwila.
Z uprzejmym zainteresowaniem śledził wzrokiem ich rozjuszoną gwiazdę serialu. Gdy ich spojrzenia przypadkowo się skrzyżowały, Choi pozwolił sobie na minimalistyczny, serdeczny uśmiech - bo po prostu taki był. Często niewzruszona oaza spokoju, która dzieliła się tą dobrą energią z innymi. Nigdy nie spodziewał się jednak, że może to przykuć czyjąś uwagę.
Jason pozwolił sobie na pół sekundy zwłoki, zanim w ogóle otworzył usta by odpowiedzieć - po części dlatego, że musiał wyjść z pierwszego szoku, ale też dlatego by uciszyć tę drobną iskierkę irytacji, spowodowaną tym, że ktoś pstrykał na niego palcami. Nie był przecież psem by zwracać jego uwagę w ten sposób - ale sławni aktorzy chyba mieli swoje dziwactwa, więc uznał że przymknie na to oko. Tym bardziej, że istotniejsze były słowa wypowiedziane przez aktora. Jasonowi co prawda nigdy nie było po drodze z ambicją, ale takich okazji się zwyczajnie nie przepuszcza.
- Krótka rola drugoplanowa, gdzie będę mógł całować się z Artem Rattanakosinem? - mężczyzna wstał ze swojego miejsca - A myślałem, że ten dzień nie mógł stać się jeszcze lepszy. Jestem cały twój - dodał, rozkładając ramiona. Czy umiał grać? Przed kamerą? Fuck no. Ale potrafił być sobą - wesołym, czułym, wściekłym kiedy trzeba. Zmysłowym również. To chyba nawet lepsze niż udawanie, nie? Autentyczność. Albo faktycznie będzie mieć swoje pięć minut z super gwiazdą, albo reżyser uzna że gra tak chujowo, że prędko wyjebią go za drzwi. - Będę kim tylko zechcesz.

Arthit Rattanakosin
Solhy
Posty z AI, nadmierna infantylność
26 y/o
For good luck!
179 cm
aktor/piosenkarz | Around the World
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Entuzjazm mężczyzny, zamiast rozdrażnić go jeszcze bardziej, zdziałał coś zupełnie odwrotnego – Art poczuł, jak napięcie zaciśnięte w karku odpuszcza o parę stopni, jakby ktoś w końcu poluzował śrubę, która przez ostatni kwadrans groziła rozerwaniem. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, czy ten typ nie gra pewniejszego siebie, niż w rzeczywistości był, czy ten szeroki uśmiech i rozłożone ramiona nie są zwyczajnym blefem, bo został dostrzeżony. Ale nie miał teraz czasu na podejrzliwość. Miał scenę do nakręcenia. Nie skomentował wypowiedzi stażysty ani jednym słowem, nie dał mu też satysfakcji w postaci choćby drobnego, życzliwego uśmiechu. Zamiast tego teatralnie klasnął dwukrotnie w dłonie, głośno, stanowczo, tak jak robił to zawsze, gdy chciał, żeby cała ekipa wiedziała, że decyzja została podjęta i nie ma mowy o żadnym sprzeciwie. Echo tego gestu wystarczyło, żeby wokół niego zmaterializowały się dwie osoby z jego zespołu – kobieta od makijażu z paletą kolorów i zestawem pędzli przy pasie oraz mężczyzna z kilkoma częściami kostiumu przewieszonymi przez ramię. Oboje poruszali się z tą samą wyćwiczoną sprawnością ludzi przyzwyczajonych do zabójczego tempa na planach filmowych. Przy okazji ktoś z operatorki wyjawił mu imię mężczyzny, którego wybrał do odgrywania z nim tej roli. Nie planował jednak sam pytać, bo i tak go nie zapamięta. Nie widział powodu.
Ubierzcie go, umalujcie, macie kwadrans – rzucił, wyliczając polecenia, nawet nie patrząc w kierunku Jasona, jakby ten był rekwizytem czekającym na przygotowanie, nie osobą z własnym zdaniem w tej sprawie, bo choćby je posiadał, Arthit by je puścił mimo uszu.
Reżyser dogonił ich niemal biegiem, zdyszany, z wyrazem twarzy kogoś, kto właśnie dostał zawału na raty i próbował go teraz jakoś przeżyć.
Jesteś tego pewien? – zapytał, ściszając głos, jakby liczył na to, że intymność tonu przekona aktora skuteczniej niż głośny sprzeciw. – Nie mamy czasu na powtórki, a to kluczowa scena, Art. Jeśli on nie podoła...
Ani słowa więcej. Wykonuję za was robotę – uciął, nie zwalniając kroku. – Więc nie wymyślaj nowych problemów. Wiem, co robię.
Reżyser zamilkł, jakby wiedział z doświadczenia, że dalsza dyskusja z Rattanakosinem w takim nastroju nie miała najmniejszego sensu. Art zerknął jeszcze na grupkę statystów stojących z boku. Na ich twarzach malowało się rozczarowanie tak wyraźne, że aż komiczne dla aktora – jakby przed chwilą ktoś odebrał im wygraną na loterii, do której nawet się nie zapisali.
Najlepsi zawsze wygrywają – posłał w ich stronę ten sam drapieżny uśmieszek, jaki zwykle rezerwował dla kamer. Nie dbał o swoje podejście ani o ton głosu. Wiedział doskonale, że żaden z nich nie miał prawa wyciągnąć telefonu podczas nagrań, a na samo słowo nikt by im nie uwierzył, gdyby spróbowali komukolwiek opowiedzieć, co się tu właśnie wydarzyło i jakim naprawdę dupkiem okazał się ich idol. To była jedna z tych małych przyjemności, które rzadko kiedy dawały mu tyle satysfakcji co właśnie teraz.
Ruszył dumnym krokiem z powrotem w stronę przebieralni, nie oglądając się, czy Jason w ogóle za nim nadąża. Nie przejął się ani trochę, gdy jego ludzie oznajmili nowemu partnerowi, że będzie musiał się przebrać tu i teraz, na otwartej przestrzeni, bo nie zdążyli przygotować dla niego osobnej garderoby na tak krótką notę.
Całowałeś się kiedyś z facetem? – zapytał głosem tak obojętnym, że równie dobrze mógł pytać o pogodę. – Patrząc na ciebie, to pewnie tak. W takim razie nieważne. Zapomnij.
Nie obejrzał się, żeby sprawdzić, jak tamten zareagował. Nie potrzebował.
Zajął swoje miejsce niedaleko stażysty, pozwalając zespołowi nanieść ostatnie poprawki na kostium, podczas gdy charakteryzatorka pudrowała mu raz jeszcze policzki delikatnymi i wprawnymi ruchami.
Zapoznaj się ze scenariuszem – rzucił Jasonowi tonem, który brzmiał bardziej jak rozkaz niż prośba. – Kwestie nie są skomplikowane, ale musisz dobrze wypaść. Inaczej nikt cię już nigdy nie zobaczy na żadnym planie filmowym, jasne?
Nie żartował. To była obietnica łatwa do spełnienia. Nie czekał też na potwierdzenie. Gdy pędzel oderwał się od jego policzków, sięgnął po podany mu kubek mrożonej kawy, upijając łyk przez słomkę, ostrożnie, żeby nie pobrudzić sobie zębów przed nagrywkami. Następnie wcisnął go pierwszej lepszej osobie i ruszył na scenę, podczas gdy wokół cała ekipa zaczynała się ustawiać – sprzęt oświetleniowy przesuwano, by dobrze objął kadr, operator kamery sprawdzał ułożenie mikrofonów, ktoś krzyknął coś o synchronizacji dźwięku. Powietrze zgęstniało od tego znajomego napięcia, które zawsze poprzedzało pierwsze ujęcie.
Pięć minut do klapsa! – poinformował reżyser, kierując się w stronę monitora.
Po tych słowach poczuł, jak coś w nim przeskakuje – ten sam niewidzialny przełącznik, który uruchamiał się zawsze, gdy tylko usłyszał, że zaraz zaczną kręcić.
Klub, w którym rozgrywała się scena, tętnił sztucznym życiem – kolorowe światła migotały nad głowami dziesiątek statystów, których twarzy Art nawet nie próbował zapamiętać. Muzyka jeszcze nie grała, czekając na sygnał. Oparł się plecami o ścianę obok grupki ludzi, poprawiając rękaw koszuli oraz przyjmując tę samą nonszalancką pozę, którą pamiętał z prób – lekko niedbałą, ale z przytłaczającą pewnością siebie, żeby wyglądać jak milion dolarów pod każdym możliwym kątem kamery.

Jason Choi
32 y/o
Welkom in Canada
177 cm
Tanatokosmetolog St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
No one does it better than me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Wbrew temu czego większość mogła spodziewać się po kimś, kto był właśnie rozstawiany po kątach i traktowany niczym przedmiot potrzebny do odegrania sceny - Jason wcale nie czuł złości. Oczywiście, była to pewna skaza na idealnym obrazku, na wspomnieniach które mógłby mieć z tego dnia, ale Choi zwyczajnie nie brał tego do siebie. Przede wszystkim dlatego, że chociaż znał i nawet lubił role portretowane przez Rattanakosina, aktor nie był idolem, w którego Jason byłby wpatrzony jak w obrazek. Gdyby było inaczej, zapewne srogo by się rozczarował i miał fanowskie serce złamane na milion kawałków. Nie bez powodu istnieje powiedzenie, że nie powinno się osobiście poznawać swoich bohaterów. Przedmiotowe traktowanie szło nieco lepiej znieść, kiedy pochodzi od osoby, która jest ci praktycznie obca - nie od kogoś, kogo miałeś za ideał.
Druga kwestia była taka, że na dobrą sprawę, Choi nie był tu u siebie. Plan filmowy był swojego rodzaju terenem nieznanym. Nie wiedział jak się tu poruszać, więc nawet gdy spotykały go chłodne słowa, raczej starał się robić co mu kazali. Kiedy wkraczał do czyjegoś świata, przede wszystkim starał się samemu nie sprawiać problemów - bo doskonale wiedział, jak sam byłby wściekły, gdyby ktoś całkowicie zielony próbował się rządzić w jego specjalizacji.
Nie żeby ludzi jakoś ciągnęło do kostnicy domu pogrzebowego.
Poszedł więc za ciosem - grzecznie dając się umalować i ubrać. W ciszy, ale z niemałym zainteresowaniem obserwował jak makijażystka i stylista uwijają się, żeby w zaledwie kilka minut przekształcić jego osobę w kogoś wartego uchwycenia w kadrze kamery - nawet jeśli miała to być tylko pojedyncza, krótka scena. Uznał, że przy okazji może się czegoś nauczy, bo sam przecież też lubił bawić się zarówno swoim makijażem oraz ubiorem. Przebieranie się gdzieś w kącie korytarza było co prawda nieco upokarzające, ale i w tej kwestii Jason trzymał język za zębami. Widział jak zestresowani są członkowie ekipy filmowej, ostatnie czego potrzebowali to dwuminutowa gwiazda, która będzie ich próbować rozstawiać po kątach.
Mimo chłodu i dystansu z jakim traktował go Art, Choi naturalnie odczuwał także dumę. Chuj z tym, że miał być tylko zastępstwem wybranym z przymusu. Tak czy inaczej, wybrany jednak został. I to spośród wcale niemałego stadka statystów. Jego uwadze nie uszedł także fakt, że ich gwiazda musiała posprzeczać się z reżyserem. Nie słyszał oczywiście powodu kłótni, ale mógł się go bardzo łatwo domyślić. Świadomość, że Art wstawił się za nim też była niezłym boostem do pewności siebie. Nawet jeśli Choi wiedział, że to poparcie było bardzo kruche i tylko chwilowe - co z resztą Rattanakosin sam później niejako potwierdził, rzucając mu w twarz jakże serdeczną obietnicą.
- Aye, sir! - odparł krótko, wciąż niezrażony chłodnym traktowaniem. Szczerze powiedziawszy, ta groźba nie miała na niego specjalnie wpływu - głównie dlatego że Jason nie wiązał swojej przyszłości z kolejnymi wizytami na planie filmowym. Niemniej, kiedy faktycznie dostał do ręki scenariusz, poświęcił tych ostatnich kilkanaście minut, aby zapamiętać wszystkie kwestie, a także opisy tego, co jego postać powinna w ogóle zrobić. Kiedy czytał, wciąż czuł pewność siebie, ale im bliżej było do właściwego momentu kręcenia, tym większego stresa czuł - chociaż bardzo starał się, by nie było tego po nim widać. Nikt nie przeprowadził go przez wizję, jak ta scena powinna wyglądać, jaki dokładnie mieć charakter. Finalnie Jason sam pofatygował się do reżysera, chcąc go o to wszystko dopytać. Facet bardzo nerwowo odpowiadał mu na każde pytanie, ale po jego minie, Choi wywnioskował, że nie wierzy w to, że to się uda.
O tym mieli się dopiero przekonać, prawda? Całować się na pewno potrafił. Co do całej reszty - wyjdzie w praniu.
Wszyscy stanęli na swoich miejscach, światła klubu zaczęły tańczyć, jednocześnie rozległ sie trzask klapsa i zawołanie reżysera, z głośników popłynęła muzyka, a statyści zaczęli udawać że świetnie bawią na parkiecie.
Tymczasem Jason... zamarł.
Przez trzydzieści sekund, kiedy z całą mocą dotarło do niego, że teraz wszystkie oczy skierowane są na niego, nie mógł poruszyć mięśniem.
Trzydzieści sekund wystarczyło mu jednak, aby się otrząsnął. Dostrzegł przez tłum swoją dzisiejszą współgwiazdę i to mu wystarczyło. Przywołał na twarz swój profesjonalny uśmiech numer 3 - opanowany, pewny siebie, ale nie przesadnie wesoły. Jeśli miał lśnić i komuś zaimponować, to właśnie teraz. Wkroczył między tłum - całe szczęście że kamera na początku skierowana była na Arta, nie na niego. Na podłodze znajdowały się subtelnie poukrywane znaki, którędy dokładnie miał nadejść, przedzierając się przez ludzi. Dotarł do Arta, który wedle scenariusza, miał być skonfundowany na jego widok.
- Tutaj jesteś, kocie - powitał mężczyznę, obejmując go w pasie. Przy okazji niby to niepostrzeżenie wsunął w jego kieszeń oczojebnie biały pendrive, zawierający ważne dowody w sprawie wokół której kręciła się spora część fabuły serialu. - Wybacz spóźnienie, przedarcie się przez centrum o tej porze to koszmar - dodał siląc się na zirytowany ton.
To nie z nim postać Arta miała się spotkać w klubie. Ale postać Jasona zaraz popędziła z wyjaśnieniem.
- Vic odkrył, że go śledzą. Przysłał mnie - dodał szeptem, nachylając się do jego ucha, tak jakby chciał je podgryźć w czulej pieszczocie. Kusiło go, by zrobić to naprawdę, ale pozwolił sobie tylko na muśnięcie ustami jego skóry. Podobała mu się ta scena. Nie zamierzał udawać, że przebywanie tak blisko Arta nie było pociągające. Czuł wyraźnie jego perfumy, widział każdy pieprzyk na odsłoniętej szyi, każde zagrane napięcie wokół oczy czy ust. Głębokie, długie spojrzenie sobie w oczy było częścią scenariusza i przyszło mu bardzo łatwo. Doskonale rozumiał, dlaczego ludzie potrafili tracić dla Arthita głowę. Był zabójczo przystojny, a ekran tylko to potęgował.
Romantyczna część sceny spoglądania sobie w ślepia dobiegła końca, kiedy w drugim końcu sztucznego klubu wybuchło zamieszanie. Jason przybrał maskę pełną napięcia, oglądając się przez ramię. Złapał Arta za rękę i z rozkazującym "chodź!" pociągnął go ku sekcji ze stolikami i kanapami. Popchnął mężczyznę na siedzisko, by zaraz potem bezczelnie usiąść mu okrakiem na kolanach.
- Wybacz, złociutki - rzucił jeszcze tylko, by następnie nachylić się nad nim - i oto była ta wspomniana scena całowania się. Nie był to jakiś pojedynczy buziak, ale głębokie, namiętne, chociaż niespieszne pocałunki. Za jego plecami aktorzy odgrywający pościg przeszukiwali klub chcąc odnaleźć głównego bohatera - ale szeroka sylwetka Jasona i generalnie ten dość intymny moment miał za zadanie zniechęcić ich przed zaczepianiem przyssanej do siebie dwójki. Co w prawdziwym życiu niekoniecznie miałoby sens, ale hej, to przecież był tylko serial, prawda?

Arthit Rattanakosin
Solhy
Posty z AI, nadmierna infantylność
26 y/o
For good luck!
179 cm
aktor/piosenkarz | Around the World
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ktoś podał mu szklankę wody z cytryną – nie prosił o to, po prostu wiedział, że ktoś zawsze to zrobi, zanim zdąży otworzyć usta. Upił łyk, przepłukał nim gardło, dyskretnie splunął do kubka stojącego obok i oddał resztę bez słowa podziękowania. W tym czasie charakteryzatorka po raz ostatni przejechała pędzelkiem po jego czole, z tą nabożną ostrożnością, z jaką dotyka się czegoś kruchego i cennego zarazem.
Potrzebował minuty, by się przygotować. Jak miał w zwyczaju, chodził w miejscu, rozciągał ręce i rozluźniał szyję, by lepiej odegrać swoją postać. Nie miewał tremy. Nie stresował się. Chciał jednak całkowicie wcielić się w swoją rolę. Odciąć się od otaczającego go świata. Tak jakby kamery, światła, mikrofony, promptery i wszystko, co było tylko planową aranżacją, przestało istnieć. Jakby w jednym momencie przeniósł się do świata wykreowanego przez scenariusz. Stał się częścią odgrywanego uniwersum. Krytycy zgodnie chwalili go w recenzjach jego poprzednich filmów, więc chyba był w tym całkiem dobry. Nie. Nie chyba. Był zajebisty i doskonale o tym wiedział. Tak jak cały świat.
Zamknął oczy na sekundę, dwie, licząc w myślach do trzech, tak jak robił to zawsze, na planie i na scenie, odkąd zaczął karierę – mały przesąd, którego nigdy nikomu nie zdradził. Gdy je otworzył, nie było w nich już Arthita Rattanakosina.
Zgasły pomocnicze światła, reżyser zajął swoje miejsce, nastała cisza. Ostatnie kilka sekund, by złapać oddech. Zapach dymu ze sztucznej maszyny wciąż unosił się nisko nad podłogą, a reflektory czekały wygaszone, gotowe wybuchnąć kolorem na sygnał. Statyści zamarli w swoich pozycjach jak aktorzy w woskowym muzeum.

Klaps.
Akcja.
✹✹✹

Stał pod ścianą, bacznie obserwując otoczenie. Nikt go tu nie znał, a przynajmniej taką miał nadzieję. Był nową twarzą w okolicy. Przez co zwracał na siebie niechcianą uwagę. Musiał działać szybko. Jego kontakt się spóźniał. Potrzebował tych danych. Od nich zależało powodzenie jego misji.
Wtedy dostrzegł postać kierującą się w jego stronę. Jego wzrok zdecydowanie był na nim skupiony. Znał tę twarz, ale nie był to Vic. Początkowy szok szybko zniknął z jego twarzy. Tyler. Nie mógł dać po sobie poznać, że to nie jego oczekiwał. Mógłby się tym zdemaskować.
Odbił się od ściany tuż przed tym, jak ten go przytulił. Bliskość mężczyzny go na moment oszołomiła. Objął go jednak z wzajemnością, maskując przy tym gest jego dłoni. Niewielkie urządzenie bezpiecznie wylądowało w jego kieszeni. Najbardziej krytyczny moment misji się powiódł.
Drobna niedogodność. Ważne, że jesteś – wyszeptał zestresowany. Schował swoją twarz w zagięciu szyi mężczyzny. Otulił ją delikatnie swoim ciepłym oddechem. – Nieważne. Liczą się tylko dane znajdujące się na pendrivie.
Był taki czas, gdy myślał o Tylerze jak o kimś więcej niż tylko o przyjacielu. Nigdy jednak nie zbliżyli się do siebie wystarczająco. Ich drogi się rozeszły. Praca w agencji nie sprzyjała budowaniu relacji. Byli rozsyłani po całym świecie, często nie wracając do swoich rodzimych stron przez lata. Spotkanie tego właśnie mężczyzny, w tym miejscu, było dla niego większym szokiem niż nieobecność Vica.
Mieli wyglądać jak obściskująca się ze sobą para kochanków. Jak niedaleko temu było do scenariusza, który układał sobie raz za razem w głowie przez tyle lat, gdy jeszcze ich drogi się krzyżowały. Teraz miał go tak blisko siebie. Na wyciągnięcie ręki. A jednak jedyne, o czym mógł myśleć, to jak najszybsze zabranie się z tego miejsca i zabezpieczenie delikatnego urządzenia, które zostało mu przekazane.

Dostrzegł nerwowe poruszenie przy wejściu do klubu. Wszystko wydarzyło się tak nagle. Znaleźli go. Nie planował tego. Myślał, że jeśli dojdzie do tego, to zdecydowanie później, gdy już z zadowoleniem na twarzy będzie wracał do kryjówki. Ktoś musiał go sypnąć. Nie było innego wyjścia. Nie mógł jednak teraz myśleć o zdrajcy. Miał poważniejsze problemy na głowie.
Tyler miał plan. Pozwolił mu się prowadzić. Dał się pociągnąć w stronę kanap. Opadł z cichym stęknięciem na jedną z nich, a później, gotowy już otworzyć usta, zaniechał tego zamiaru, gdy Tyler zajął miejsce na jego kolanach. Przez moment wydawało mu się, że śni na jawie. Że jego marzenia właśnie się spełniają. Pewnie trudno było mu ukryć głupkowaty, wesoły wyraz twarzy.
Gdy ten wpił się w jego usta, przez moment nie oddał pocałunku. Nie z zaskoczenia, ale rozdarty między uczuciami, które nigdy nie wygasły, a powagą sytuacji rozgrywającej się w klubie. Serce waliło mu, jakby zaraz miało wyrwać się z klatki piersiowej, a każda sekunda wahania zdawała się trwać w nieskończoność. Po chwili jednak złapał go mocniej w pasie, przyciągnął agresywnie do siebie i pogłębił pocałunek. Z dziką zachłannością nie odrywał się od jego ust. Palce zacisnęły się na materiale jego koszuli, jakby chciał go przytrzymać przy sobie, choć chwilę dłużej, niż pozwalał na to zdrowy rozsądek. Jego dłoń powędrowała wyżej, po plecach, zatrzymując się na karku, przesuwając się po krótkich włosach u jego nasady. Pod tym dotykiem ciało drugiego mężczyzny zadrżało, jakby opierał się czemuś, czego sam od dawna pragnął. Czuł, jak ciężar drugiego ciała przygniata go do oparcia kanapy, jak bicie serca pod jego dłonią przyspiesza, choć nie wiedział już, czy to jego własne, czy to od Tylera. Ich języki tańczyły w harmonii, gdy za plecami mężczyzny grupka ludzi szukała go z zawziętością. Chciał, by ten moment trwał bez końca.
Gdy zrezygnowany pościg postanowił poszukać go w innym budynku, z niechęcią oderwał się od ust przyjaciela, zostawiając po sobie strużkę śliny i drobny ślad na jego górnej wardze. Chyba się nieco zapomniał. To zbliżenie, pełne pasji i zaangażowania, było czymś, czego się po nich nie spodziewał. Drugi mężczyzna w końcu nigdy nie wykazał nim zainteresowania. Nie miał powodu, by tak się temu oddać. A jednak.
Zaskoczyłeś mnie – oblizał spierzchnięte od pocałunku usta. Nie miał pojęcia, ile trwał ten akt. Wydawało mu się jednak, że zdecydowanie dłużej, niż było to potrzebne. – Chyba mamy ich z głowy.
Nie był sobą. W głowie miał mętlik. Ta bliskość przebudziła w nim coś, co od dawna próbował w sobie zagłuszyć. Nic romantycznego – bardziej surowy, cielesny głód, prosty w swojej naturze, którego nie potrafił tak łatwo nazwać ani ignorować. Nie mógł jednak tracić koncentracji. Jego życie miłosne nie było ważniejsze od misji. Z trudem zepchnął go ze swoich kolan, wstał z kanapy i poprawił ubranie. Odchrząknął głośno, błagając, by jego głos się nie łamał, choć niewielkie były na to szanse. Po czym dodał:
Dobrze było cię znowu zobaczyć po tych wszystkich latach. Czas na mnie.
Posłał mu jeszcze ostatnie, nie do końca zrozumiałe dla samego siebie spojrzenie. Jego nieco zaróżowione policzki zdradzały jednak, co tak naprawdę działo się w jego sercu. Nie był sobą. Nie zatracił się tak w kimś od bardzo dawna. Musiał ochłonąć. Oddalić się i zapomnieć o tym spotkaniu. Tylko tak mógł w pełni skupić się na powierzonym mu zadaniu.
Gdy tamten wstał, próbując go zatrzymać, ten wyrwał mu rękę z uścisku. Pogłaskał go tylko wierzchnią częścią dłoni po policzku, a następnie złożył krótki, pożegnalny pocałunek na jego ustach. Jego źrenice lśniły jak przykryte taflą lodu. Uronił jedną łzę, która wylądowała na jego nadgarstku. Wytarł ją pospiesznie w spodnie, szlochając lekko, przełknął ślinę i rzucił ostatnie:
Żegnaj, Tyler.
Usilnie walcząc ze sobą, odwrócił się i ruszył do wyjścia z budynku. Nie spojrzał przez ramię. Miał to, po co tutaj przybył.

✹✹✹
Cięcie!

Cała scena nagle zapaliła się ostrzejszym, studyjnym światłem. Ekipa zaczęła klaskać.
Mamy to. Było kilka niedociągnięć, ale poprawimy je w postprodukcji. Ostatni dzień nagrywek oficjalnie uważam za zakończony! – radośnie zakomunikował reżyser.
Ktoś gwizdnął z boku; jeden z oświetleniowców przybił piątkę koledze, jakby to oni sami wygrali w tej scenie coś istotnego. Kilka osób podeszło do Arta, poklepało go po ramieniu, gratulując mu udanej sceny. To samo spotkało Jasona – kilka pochwał od ekipy filmowej. Ktoś nawet zawołał w jego stronę coś o naturalnym talencie, co Arthit skwitował w duchu z lekkim zażenowaniem. Nie lubił, gdy uwaga ludzi rozpraszała się nawet w tak błahej sprawie. To on był najważniejszą gwiazdą tej sceny. Jakiś dobrze wyglądający farbowany blondas nie powinien mu tego odbierać.
Gdy wszyscy zaczęli się rozchodzić, Rattanakosin podszedł do swojego filmowego partnera. Na jego twarzy mieszała się radość z czymś dużo mniej przyjemnym, zdystansowanym, jakby oceniającym.
Dobra robota. Miałem co do ciebie rację. Nie zawiodłeś mnie. Co prawda, zwykły fart nowicjusza, ale brawo – pogratulował mu, choć brzmiał, jakby się zmuszał do wypowiedzenia tych słów. – Całkiem nieźle też całujesz.
Nie musiał tego dodawać. Nie było to w żaden sposób merytoryczne. Po prostu chciał. Miał na to ochotę i zrobił to.
Później do Choia podszedł ktoś z ekipy, prawdopodobnie by ustalić z nim jego wynagrodzenie i dogadać szczegóły tego, jak i w jakiej formie jego twarz pojawi się w finalnym materiale. Art skorzystał na tym zamieszaniu i się wycofał. Ruszył, rozpinając po drodze kurtkę i bez ładu rzucając ją na krzesło, przy którym wcześniej robiono mu makijaż. Udał się do swojej garderoby, ale nie zamknął za sobą drzwi. Była to ostatnia scena, ostatni dzień nagrań, więc mało kto kręcił się po okolicy. Wszyscy byli zajęci pakowaniem sprzętu filmowego, laptopów i innych przenoszonych ciągle z miejsca na miejsce elektronicznych gadżetów. Nie musiał się martwić o swoją prywatność.
Zdążył się zgrzać. Nie tylko od lamp, ale także przez scenę, którą odgrywał ze swoim stażystą. Jednym wprawnym ruchem zdjął koszulkę, która wylądowała na kanapie, a następnie rozpiął pasek, szarpnął za guzik i zostawił spodnie na ziemi, tuż obok wieszaka. Został w samych bokserkach. Jego skóra lekko lśniła od potu w nieco przygaszonych światłach pomieszczenia. Rozciągnął się, ziewając ze zmęczenia i braku wystarczającej ilości snu. Był u swojego limitu. Potrzebował się zrelaksować.
Zerknął przelotnie na swoje odbicie w lustrze, obracając głowę na boki, sprawdzając kąt żuchwy, tak jak robił to odruchowo od lat, niezależnie od tego, czy ktokolwiek patrzył. Nawet padnięty, nawet w pustej garderobie, wyglądał jak ktoś, kogo warto było fotografować. Uśmiechnął się do samego siebie, zadowolony z tego, co zobaczył – bo przecież ktoś musiał to docenić, skoro reszta świata miała wyraźnie problem ze skupieniem swojej uwagi na najważniejszej osobie na planie.
Złapał za telefon leżący na stoliku przy kanapie i, odwrócony tyłkiem do wyjścia, zaczął przeglądać coś na Instagramie. Zerknął na hashtaga ze swoim nickiem. Jakaś niedawna plotka wyssana z palca i niewiele poza tym. Skrzywił się z niesmakiem, jakby ktoś obraził go osobiście, i odłożył telefon z powrotem na stolik dużo głośniej, niż początkowo zamierzał. Szczęka mu się mimowolnie zacisnęła. Absurd. Dzień, w którym zaliczył jedną z lepszych scen swojej kariery – bo wiedział, że tak było, czuł to w kościach, w sposobie, w jaki reżyser na niego patrzył, w tonie oklasków ekipy – a internet postanowił zignorować ten fakt na rzecz kłamstwa na jego temat oraz jakiegoś k-popowego chłopczyka z nowym, skocznym singlem. Świat naprawdę był pozbawiony dobrego gustu.
Usiadł na kanapie, opierając łokcie o kolana, i przez chwilę po prostu wpatrywał się w podłogę garderoby, jakby miała mu pomóc coś wyjaśnić. Scena z Jasonem wciąż kołatała się gdzieś z tyłu głowy, uparta, nigdy do niej nie zaproszona. Nie lubił, gdy coś zostawało z nim dłużej, niż powinno. Zwykle udawało mu się błyskawicznie od tego odciąć. Zapomnieć. Zostawić za sobą. Tym razem jednak nie chciało to z niego zejść jak irytująca migrena.
Prychnął cicho pod nosem, kręcąc głową, jakby mógł w ten sposób wytrząsnąć z niej te niesforne myśli. Nie miał zamiaru się nad tym rozwodzić. To był tylko pocałunek. Zawodowy, wyreżyserowany, bez żadnego znaczenia poza granicami kamery prawie w to uwierzył – powtarzał to sobie z uporem, który sam w sobie zaczynał brzmieć dla niego podejrzanie.

Jason Choi
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”