ODPOWIEDZ
40 y/o
For good luck!
172 cm
udzialowczyni większościowa Northbridge Capital Partners
Awatar użytkownika
may the bridges I burn light my way
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

003.
Cree Bellerose


trzy tygodnie wcześniej

Minęło zaledwie kilka minut. A może pół godziny? Czas po takich wydarzeniach przestawał płynąć w normalny sposób. Rozciągał się i kurczył jednocześnie, pozostawiając po sobie urwane obrazy i pojedyncze dźwięki, jak źle zmontowany film, którego kolejne sceny nie chciały już układać się w logiczną całość. Celeste pamiętała niektóre momenty z niemal absurdalną wyrazistością, podczas gdy inne znikały całkowicie, pozostawiając po sobie jedynie niejasne wrażenie, że przecież musiało wydarzyć się coś jeszcze. Kiedy została już sama – bez ciała Howarda, za to z cholerną plamą na dywanie – dotarło do niej przede wszystkim jedno.
C i s z a .
Cholernie ciężka, nienaturalna, wręcz głucha. Stała wtedy przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem znajdował się Mitchell Howard. Obraz wciąż miała przed oczami, zbyt wyraźny, by można było uznać go za zwykłe wspomnienie. Widziała jego ciało, jego bezwładność, zapamiętała nawet sposób, w jaki światło padało na podłogę obok niego. Jej serce waliło tak mocno, że słyszała własny puls w uszach, ale poza tym nie czuła niczego, co – jak sądziła – powinna czuć. Nie było paniki ani rozpaczy, nie było też ulgi. Była tylko adrenalina, gorąca, gęsta i lepka, krążąca pod skórą niczym trucizna. Zastanawiała się wtedy, czy to normalne. Czy tak powinna zachowywać się kobieta, którą kilka chwil wcześniej oprawca próbował zgwałcić i zabić, a potem sam, w niemal absurdalnie nieszczęśliwy sposób, stracił równowagę i upadł? Czy człowiek powinien w takiej chwili płakać, drżeć, histerycznie szukać pomocy? I czy fakt, że zamiast tego czuła jedynie gotowość do działania, czynił z niej kogoś potwornego?
Nie pamiętała dokładnie, co wydarzyło się później. Wspomnienia zaczynały nakładać się na siebie jak kadry przesuwające się zbyt szybko, by można było zatrzymać je w odpowiednim miejscu. Pamiętała, że w pewnym momencie pojawił się w domu mężczyzna. Znała tę twarz. To było pewne. Nie musiała się zastanawiać, skąd ją kojarzy ani dlaczego jego obecność nie wzbudziła w niej wtedy zdziwienia. Coś w nim było znajomego, osadzonego gdzieś głębiej niż zwykła pamięć, i właśnie dlatego przyjęła jego pojawienie się niemal bez oporu. Nie potrafiła jednak odtworzyć całej sceny. Został jej głos – spokojny, opanowany i znajomy na tyle, by nie wzbudzić w niej sprzeciwu.
To właśnie ten głos powiedział jej, żeby poszła do pokoju, uspokoiła się i zebrała myśli. Nie pamiętała, czy od razu posłuchała. Pamiętała za to dotyk. Silny, męski uścisk dłoni na obolałych ramionach. Nie był brutalny ani szorstki. Był po prostu pewny. Taki, który nie pozostawiał wiele miejsca na sprzeciw, ale jednocześnie dawał jej coś, czego wtedy rozpaczliwie potrzebowała – poczucie, że ktoś przejął kontrolę nad tym, co działo się wokół niej. Pamiętała korytarz, później drzwi do jednego z pokoi gościnnych i krawędź łóżka pod opuszkami palców. Pamiętała własne uda i dłonie drżące od natłoku emocji, choć nie potrafiła powiedzieć, jak długo tam siedziała ani co dokładnie działo się za zamkniętymi drzwiami.
Jedno pytanie wracało do niej wyraźniej niż pozostałe.
– Co teraz będzie?
Wspomnienie tej chwili było mgliste, niemal wyblakłe, ale odpowiedź pamiętała zaskakująco dobrze.
– Zajmę się tym.
Dwa słowa wypowiedziane spokojnie, bez najmniejszego śladu wahania, jakby cała sytuacja była czymś, co da się uporządkować, zamknąć i odsunąć na bok. I przez krótką chwilę rzeczywiście chciała w to uwierzyć. Siedząc na skraju łóżka, próbowała uspokoić oddech, podczas gdy gdzieś w głębi domu pojawiały się dźwięki, których nie potrafiła przypisać do żadnej konkretnej osoby. Kroki. Przesuwane przedmioty. Krótkie, nieregularne szmery. Miała nieprzyjemne wrażenie, że w willi znajduje się ktoś jeszcze. Że tych odgłosów było zdecydowanie za dużo jak na dwie żywe dusze. Być może jednak wszystko tylko jej się wydawało. Pamięć po tamtej nocy nigdy nie pozwoliła jej rozstrzygnąć tej kwestii.
Potem wszystko nagle przyspieszyło. Jakby ktoś przewinął taśmę do przodu i przestał przejmować się tym, co powinno zostać pomiędzy jednym obrazem a drugim. Jej własny krzyk. Czyjś głos. Drzwi otwierające się gwałtownie. Prywatny detektyw wpadający do środka w odpowiedzi na hałas. Pytania, coraz więcej pytań, zadawanych przez ludzi, którzy pojawiali się znikąd i oczekiwali od niej jasnych odpowiedzi, choć sama nie wiedziała jeszcze, co właściwie się wydarzyło. Wreszcie niebieskie światła odbijające się od szyb i ścian, zimne i pulsujące, nadające całemu salonowi niemal obcy wygląd.
Celeste nie pamiętała kolejności tych wydarzeń. Nie miała jej pamiętać. Nie powinna. Była w szoku, a szok miał tłumaczyć wszystko, czego nie potrafiła odtworzyć. Wiedziała jednak, że musi przejąć kontrolę nad własną historią, zanim zrobi to ktoś inny. Bo nikt nie uwierzyłby w zwykły wypadek. Nie przy Howardzie, nie przy niej i nie po wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. Nie po plotkach, artykułach i szeptach ciągnących się za nimi od miesięcy. Ludzie nie wierzyli w przypadki. Potrzebowali winnych, potrzebowali motywów, potrzebowali historii, którą można było powtórzyć przy kolejnej kawie i jeszcze raz przy kolejnym artykule. Potrzebowali opowieści.
Dlatego siedziała później na zaplamionej, jasnej sofie, wyprostowana mimo bólu rozchodzącego się po całym ciele, pozwalając ratownikom zajmować się zadrapaniami i rozcięciami. Pozwalała im chodzić po dywanie. Odpowiadała na pytania krótkimi zdaniami i pilnowała każdego gestu, szczególnie dłoni, które drżały nie dlatego, że nie potrafiła nad nimi zapanować, ale dlatego, że tego od niej oczekiwano. Kobieta po traumatycznym wydarzeniu powinna drżeć. Powinna być rozbita, przerażona i zdezorientowana. Celeste odgrywała więc swoją rolę z precyzją, z jaką przez lata prowadziła negocjacje warte miliony dolarów.
Pod powierzchnią wszystko wyglądało jednak inaczej. Pozostawała zadziwiająco spokojna, niemal niepokojąco spokojna. Adrenalina wciąż buzowała w jej żyłach, czuła ją w napiętych mięśniach karku, w lekkim mrowieniu opuszków palców i przyspieszonym oddechu, który mimo wszystko nie wymykał się spod kontroli. Nie czuła winy. Nie zrobiła niczego, co sama potrafiłaby nazwać zbrodnią. Nie popchnęła go, nie zdecydowała za niego, że po kilku dniach ciągłego picia przyjdzie właśnie do niej, nie zmusiła go do czynów, które zamierzał popełnić. A jednak świadomość własnej niewinności nie przynosiła ulgi. Pozostawiała jedynie dziwną pustkę, jakby stała pośrodku zawalonego budynku i próbowała ocenić szkody, zanim jeszcze opadł kurz.
W pamięci pozostało jej jeszcze jedno wrażenie – nie tyle wspomnienie konkretnej sceny, co pewność, że coś się nie zgadzało. Wiedziała, że Howard wcześniej leżał na podłodze. Wiedziała, że tam był. Pamiętała jego ciało i własne spojrzenie utkwione w miejscu, którego później miała nie rozpoznawać. Reszta rozpływała się w coraz bardziej niepewnych granicach. Nie wiedziała, kto wyniósł ciało. Nie pamiętała dokładnie, kto pojawił się w domu ani kiedy. Nie potrafiła odtworzyć wszystkich kroków, głosów i drzwi otwierających się gdzieś poza zasięgiem wzroku. Zostały jej jedynie pojedyncze kadry, których nie umiała już ze sobą połączyć.

aktualnie

Salon wyglądał tak, jakby tamta noc nigdy się w nim nie wydarzyła.
Zniknął jasny dywan, który wcześniej zajmował niemal całą środkową część pomieszczenia. Zniknęła również jasna sofa, obszerna i wizualnie lekka, obita materiałem w odcieniu złamanej bieli. Nie było już szklanego stolika kawowego na cienkich metalowych nogach, którego przezroczysty blat sprawiał, że całość wydawała się jeszcze bardziej przestronna. Celeste kazała wymienić wszystko, co mogło przywoływać dawny układ salonu. Nie dlatego, że poprzednie meble przestały jej odpowiadać. Nie chodziło nawet o estetykę. Po prostu nie chciała już patrzeć na pomieszczenie, które znało tamtą noc.
Teraz wnętrze było znacznie spokojniejsze. Jasna, drewniana podłoga pozostała odsłonięta, dzięki czemu salon wydawał się większy i bardziej uporządkowany. W miejscu dawnej sofy stanęła szeroka, głęboka kanapa w eleganckim, grafitowym odcieniu. Jej prosta forma nie próbowała dominować pomieszczenia, ale trudno było przejść obok niej obojętnie. Ciemna tapicerka dobrze komponowała się z jasnymi ścianami i naturalnym drewnem, nadając wnętrzu głębi, której wcześniej nie miało. Nie było w tym jednak nic ciężkiego. Grafit uspokajał przestrzeń, zamiast ją przytłaczać.
Przed kanapą stał teraz ręcznie wykonany stolik kawowy z jasnego drewna. Miał prosty, szlachetny kształt, szeroki blat i delikatnie zaokrąglone krawędzie. Naturalne usłojenie pozostało widoczne, dzięki czemu drewno nie wyglądało na idealnie wygładzone i pozbawione charakteru. Był to jeden z tych przedmiotów, których wartość nie wynikała z rzucającej się w oczy ozdobności, lecz z materiału, wykonania i świadomości, że ktoś poświęcił mu więcej czasu, niż wymagała zwykła produkcja.
Salon miał w sobie ten rodzaj spokoju, który nie wynikał z pustki, lecz z dobrze przemyślanej harmonii. Wysokie okna wpuszczały do środka miękkie, rozproszone światło, które przesuwało się po jasnej podłodze i drewnianych powierzchniach. Jasne ściany odbijały je bez ostentacji, a grafitowe dodatki porządkowały całość. Na ścianach wisiały bardziej stonowane obrazy w prostych, ciemniejszych ramach. Pojawiło się kilka pojedynczych dekoracji z drewna i metalu, ale żadna z nich nie zabierała wnętrzu przestrzeni. Nie było tutaj przepychu. Każdy przedmiot znajdował się dokładnie tam, gdzie powinien, a pomiędzy nimi pozostawiono wystarczająco dużo pustego miejsca.
Nie przypominał już miejsca, które Celeste pamiętała z tamtej nocy. W nowym układzie nie było niczego, co pozwalałoby jej niemal bezwiednie odtworzyć dawną scenę. Nie było jasnego dywanu, na którym pamięć uparcie zatrzymywała obraz leżącego Howarda. Nie było szklanego stolika. Nie było jasnej sofy. Wszystko zostało przesunięte, zmienione albo zastąpione czymś nowym. Nawet pusta przestrzeń pośrodku pokoju wydawała się należeć już do innego domu.
A jednak jeden przedmiot pozostał. Fortepian. Stał w rogu dokładnie tam, gdzie wcześniej, jakby Celeste nie potrafiła albo nie chciała zmusić go do odejścia razem z resztą. Jego czarna, lśniąca powierzchnia odbijała miękkie światło wpadające przez okna, a białe i czarne klawisze tworzyły spokojny, znajomy rytm. W nowym wnętrzu wyglądał niemal jeszcze bardziej na swoim miejscu. Był jednym z niewielu elementów, który nie wymagał żadnego usprawiedliwienia ani zmiany. Po prostu trwał.
Nad jego klawiaturą pochylała się teraz kobieca sylwetka. Jasne blond włosy opadały miękko wzdłuż ramion, częściowo rozsypane na plecach, częściowo zsuwające się na jedno ramię za każdym razem, gdy pochylała głowę nad klawiaturą. Smukłe palce przesuwały się po klawiszach bez pośpiechu, odnajdując kolejne dźwięki z wprawą kogoś, kto nie musiał już zastanawiać się nad tym, co robi.
Muzyka płynęła leniwie, niespiesznie wypełniając salon. Nie była na tyle głośna, by narzucać się przestrzeni. Raczej osiadała w niej miękko, zatrzymując się na wysokich ścianach, drewnianej podłodze i ciemnej powierzchni fortepianu. Była czymś pomiędzy myślą a tłem – wystarczająco obecna, by zająć dłonie, ale nie na tyle, by wymagać od Celeste pełnego skupienia. Pozwalała jej trwać w tej krótkiej chwili spokoju, w której nie musiała niczego wyjaśniać ani nikomu niczego udowadniać.
Dopiero odgłos kroków wyrwał ją z tego rytmu. Najpierw był niemal niezauważalny, stłumiony przez gruby dywan leżący w innej części domu i odległość dzielącą salon od korytarza. Potem pojawił się drugi, wyraźniejszy. Czyjeś kroki zbliżały się w jej stronę, coraz mniej dyskretne, aż wreszcie muzyka zaczęła brzmieć jak coś zupełnie niepasującego do chwili.
Jej palce zwolniły. Ostatnie dźwięki wybrzmiały pojedynczo, zanim ucichły całkowicie. Celeste nie odwróciła się od razu. Przez moment pozostawała pochylona nad klawiaturą, jakby dawała melodii jeszcze kilka sekund na zniknięcie z pomieszczenia. Dopiero kiedy usłyszała głos gosposi, podniosła głowę i powoli odwróciła się w tamtą stronę.
Kobieta stała kilka kroków od drzwi, a tuż za nią znajdował się mężczyzna.
– Pani Williams, przyszedł nowy detektyw, chciał się przedstawić i zadać pani kilka pytań.
Celeste słuchała bez pośpiechu, przez chwilę jeszcze opierając dłonie na klawiszach. Dopiero po chwili uniosła nieznacznie głowę. Najpierw spojrzała na gosposię, a później przeniosła jasne spojrzenie na mężczyznę stojącego za nią. Był młody. Zdecydowanie młodszy, niż się spodziewała. Nie powiedziała niczego od razu. Po prostu przyglądała mu się przez moment, jakby pierwsze wrażenie wymagało od niej więcej uwagi niż sama obecność kolejnego policjanta w jej domu.
Kącik jej ust drgnął ledwie zauważalnie, choć trudno było powiedzieć, czy był to cień rozbawienia, czy zwykła uprzejmość. Oderwała jedną dłoń od klawiatury i położyła ją na krawędzi fortepianu, nie spuszczając wzroku z młodego detektywa.
– Nowy detektyw? A co się stało z poprzednim?
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#3
Wiadomość od przełożonego przyszła nieoczekiwanie, bez żadnej fanfary, jakby była kolejnym nieważnym tematem do odhaczenia na liście. Takich otrzymywał wiele. Nie był jednak pewien, czy tym razem ktoś się nie pomylił. Ruszył do jego biura bez żadnych oczekiwań. Po drodze minął kilka znajomych twarzy, z którymi zamienił kilka słów i szybko się pożegnał. Rolety na drzwiach zaszeleściły, gdy wszedł do środka. Sierżant wręczył mu teczkę przez biurko, nie patrząc nawet w jego stronę, będąc zajętym czymś innym na ekranie komputera.
Sprawa Celeste Williams. Śledztwo rozpoczęte trzy tygodnie temu. Poprzedni detektyw odszedł z departamentu, więc wróciła na półkę do przydzielenia. Teraz jest twoja. Dobrej zabawy – wyrzucił z siebie wyćwiczoną formułkę, irytująco znużonym głosem i zaraz po tym pomachał ręką, dając Cree do zrozumienia, że może już sobie pójść. Detektyw zacisnął mimowolnie szczękę, ale nic nie powiedział.
To było tyle. Żadnego kontekstu, żadnego ostrzeżenia, żadnej wskazówki, dlaczego akurat ta sprawa, akurat teraz, akurat jemu. Detektyw niepospiesznie przejął teczkę, krótko podziękował i skierował się do wyjścia z pomieszczenia z tym dziwnym, nieprzyjemnym uczuciem, które zawsze towarzyszyło mu, gdy coś wydawało się zbyt gładkie, zbyt pozbawione emocji ze strony ludzi, którzy powinni mieć jakąś opinię na dany temat.
Zanim jeszcze na dobre zapoznał się z aktami, spróbował poszperać wśród ludzi, którzy mogliby coś o tym wiedzieć. Zaczepił jednego z techników kryminalnych na korytarzu, zadał kilka niewinnych pytań o sprawę tej całej Williams. Mężczyzna wzruszył tylko ramionami, mrucząc coś o tym, że nie pamięta szczegółów, że to było dawno, że lepiej zapytać kogoś innego. Dawno? Nie minął jeszcze miesiąc. Nie drążył jednak tematu. Wrócił pomiędzy boksy na open space'ie i ruszył w stronę biurka wskazanej mu osoby. Ten ktoś inny okazał się równie niepomocny. Kolejna funkcjonariuszka odpowiedziała mu wymijająco, zerkając przy tym nerwowo w stronę biura kierownictwa, jakby sama rozmowa o tej sprawie była czymś ryzykownym. Po czwartej takiej odpowiedzi Bellerose zrozumiał, że wcale nie miał do czynienia z plagą grupowej amnezji. Sprawa kobiety należała do tych, które robiły się głośne w mediach, pozwalając sępom się najeść, ale w samym śledztwie stawały się gorącym ziemniakiem – czymś, czym nikt nie chciał zajmować się dłużej, niż było to konieczne, z obawy, że poparzy sobie palce.
Kiedy w końcu usiadł z raportem przy swoim biurku, doznał czegoś w rodzaju cichego szoku. Przekartkował go raz. Potem drugi, jakby liczył na to, że strony same się uzupełnią. Dokument, który powinien być fundamentem całego śledztwa, okazał się cienki, niepełny, poszatkowany fragmentami wyciętymi najwyraźniej na życzenie prawników. Znalazł tam dane samej Celeste Williams, informacje o tym, w jaki sposób była powiązana z ofiarą – niejakim Mitchellem Howardem – oraz raport z sekcji zwłok, który nie wnosił absolutnie nic nowego poza suchym stwierdzeniem oczywistej przyczyny zgonu. Reszta? Białe plamy, zamazane akapity, brakujące strony, których numeracja sugerowała, że kiedyś się tam znajdowały.
Poczuł, jak narasta w nim rezygnacja. Powiedzieć, że nie był zadowolony, że ta bomba z krótkim lontem trafiła w jego ręce, byłoby sporym niedoszacowaniem. Oparł łokcie o biurko, zakrywając twarz dłońmi na dłuższą chwilę, próbując poukładać sobie w głowie, od czego w ogóle zacząć. Ciało dawno pochowane albo skremowane – nie miał pojęcia, bo nawet tej informacji nie było w aktach. Miejsce zdarzenia oddano właścicielce zaledwie dwa dni po incydencie, co samo w sobie było absurdalnie szybkie jak na sprawę tej wagi. Pozostawało mu więc dokładnie jedno źródło informacji – ten okaleczony do granic papier, który swoją użytecznością niewiele wnosił do sprawy – oraz niepewna droga do przodu, po którą naprawdę nie chciał w tym momencie sięgać.
Rozmowa w cztery oczy z Celeste Williams.
Nie cieszył się z tej perspektywy. Czuł ten znajomy, ciężki rodzaj apatii, jaka towarzyszyła mu zawsze, gdy trafiał na sprawę już z góry skazaną na porażkę, jeszcze zanim zdążył zadać pierwsze pytanie jakiemukolwiek świadkowi. Ktoś wcześniej zadbał o to, żeby ta historia nigdy nie została w pełni opowiedziana. Kimkolwiek był, zrobił to cholernie skutecznie. To przebudziło w nim już dawno wygaszoną złość – tę samą, która kiedyś pchnęła go do tej roboty. Nie przepadał za ludźmi przekonanymi, że pieniądze i znajomości potrafią wymazać wydarzenia, które nie pasowały do ich perfekcyjnego życia.

Droga na przedmieścia The Kingsway niemiłosiernie mu się dłużyła – nie ze względu na korki, których o tej porze prawie nie było, ale przez to, jak wiele czasu miał na myślenie. A to, w tym konkretnym przypadku, nie prowadziło do niczego dobrego.
Bębnił palcami o kierownicę na czerwonym świetle, bez rytmu, bez celu — potrzebował, żeby robiły cokolwiek innego, niż tylko zaciskały się w napięciu na skórzanej powierzchni. Zastanawiał się, jak w ogóle zacząć tę rozmowę. Co mógł powiedzieć, a czego zdecydowanie nie powinien? Jak daleko mógł się posunąć, zanim Celeste Williams – albo ktoś z jej otoczenia – wezwie zastępy prawników, którzy ostatecznie zamkną jej usta na resztę przesłuchania. Szczątkowe informacje, jakie zdołał zebrać od przełożonego, od kolegów po fachu, i te nieliczne, na wpół zrozumiałe fragmenty raportu – nic z tego nie tworzyło solidnego gruntu pod nogami. Czuł się, jakby wchodził do pokoju z zawiązanymi oczami, próbując wyczuć ściany rękami, zanim o coś się potknie.
Nie mógł jednak wyjść przed tą kobietą jako ktoś niedoświadczony, niepewny tego, co robi – nawet jeśli, uczciwie mówiąc, w tej konkretnej sprawie dokładnie tak się czuł. Cała ta historia, pozycja Williams, ludzie z jej otoczenia i ogromne pieniądze zamieszane w to przywodziły mu na myśl zaglądanie do gniazda pełnego szerszeni. Jeden zły ruch, jedno niewłaściwie zadane pytanie, i mógł obudzić coś, czego wcale nie chciał doświadczyć na własnej skórze.
Zaparkował samochód w wyznaczonym miejscu przed rezydencją, wysiadł, wziął jeszcze dwa głębokie wdechy, które nie za wiele mu pomogły, zanim ruszył w stronę drzwi, gdzie przycisnął dzwonek. Przedstawił się służbie, która otworzyła mu drzwi bez zadawania pytań, i został zaprowadzony do pomieszczenia, w którym urzędowała pani domu.
Gdy ją zobaczył przy instrumencie, niemal od razu wyłapał kilka szczegółów – sposób, w jaki siedziała, i ten rodzaj kontrolowanego spokoju, który rzadko bywał naturalny. Promieniująca twarz o młodej aparycji, która w żadnym razie nie zdradzała jej prawdziwego wieku. Po chwili złapał jej przeszywające spojrzenie, które sugerowało mu, że ta rozmowa nie będzie należeć do najprostszych.
Nie podszedł bliżej. Nie uśmiechnął się, nie skłonił głowy, nie zdjął z siebie tej ciężkiej aury, z jaką przybył do jej domostwa.
Cree Bellerose – przedstawił się krótko i rozejrzał po pomieszczeniu. Rezydencja robiła wrażenie, a sam pokój nie odbiegał przepychem od tego, co już zdążył dostrzec po drodze – wysokie okna, kunsztowne materiały, przestrzeń zaprojektowana tak, żeby onieśmielała każdego, kto tu zawitał.
Mój poprzednik przepadł bez śladu – rzucił z lekkim, sarkastycznym humorem w głosie. – Podobno stwierdził, że praca detektywa to dla niego za dużo i zajmie się czymś bardziej przyziemnym. Składaniem domków dla ptaków, o ile dobrze pamiętam. Niestety, raczej więcej go nie zobaczymy.
Wtedy jeszcze nie zdecydował, czy zamierzał grać dobrego glinę, czy tego mniej przychylnego dla kobiety. Wszystko zależało od tego, jak potoczy się ich rozmowa. Coś jednak przeczuwał, że nie przypadną sobie do gustu. Rzadko się w tej kwestii mylił.

Celeste Williams
40 y/o
For good luck!
172 cm
udzialowczyni większościowa Northbridge Capital Partners
Awatar użytkownika
may the bridges I burn light my way
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree Bellerose


trzy tygodnie wcześniej

Jeszcze niedawno ta posiadłość była jej prywatną twierdzą. Jedynym miejscem, nad którym miała pełną kontrolę. Tutaj nie było miejsca na przypadek. Każdy detal został wcześniej zaplanowany, każdy mebel wybrany osobiście, każda przestrzeń miała spełniać dokładnie jedną funkcję – dawać jej to, czego potrzebowała najbardziej. Ciszę. Ciszę po kolejnych spotkaniach zarządu, po godzinach negocjacji, po rozmowach z inwestorami, którzy od miesięcy próbowali przekonać ją, że wiedzą lepiej, jak powinna prowadzić własną firmę.
Dzisiaj cisza i prywatność przepadły bez śladu. Ich miejsce zajęły krótkie, rzeczowe komendy policjantów, trzask otwieranych walizek techników kryminalistyki, szelest jednorazowych kombinezonów i nieustanny błysk aparatów fotograficznych. Salon przypominał teraz miejsce pracy. Zimne, uporządkowane i pozbawione jakiejkolwiek intymności. Każdy miał własne zadanie, każdy poruszał się pewnym krokiem, jakby nie znajdował się w czyimś domu, lecz na miejscu, które od początku należało do niego.
Jeden z techników przykucnął przy rozbitej designerskiej lampie, ostrożnie oznaczając jej położenie niewielkimi, żółtymi znacznikami. Ktoś zbierał odłamki szkła do foliowych woreczków, podczas gdy drugi dokumentował każdy ruch aparatem. Ktoś inny pobierał wymazy z poręczy schodów, klamek i framug drzwi, a kolejna osoba, z miarką w dłoni, odnotowywała odległości pomiędzy ścianą, sofą i rozrzuconymi elementami wyposażenia. Wtedy dokumentowali wszystko. Każdy szczegół. Każdy ślad, nawet ten, który na pierwszy rzut oka wydawał się zupełnie nieistotny. W śledztwach to właśnie z takich drobiazgów najczęściej powstawała później cała historia.
Drzwi wejściowe niemal nie przestawały się otwierać. Kolejni funkcjonariusze wchodzili do willi i z niej wychodzili, wymieniając między sobą krótkie komunikaty przez radio. Dwóch policjantów rozmawiało z sąsiadami przed posesją. Ktoś sprawdzał taras. Ktoś zaglądał do ogrodu. Inni przechodzili przez kolejne pomieszczenia, zaglądając do gabinetu, sypialni i garderoby. Nie szukali ciała. Szukali odpowiedzi. Śladów walki. Materiału biologicznego. Odcisków palców. Wszystkiego, co mogło powiedzieć im, co wydarzyło się w tej willi, zanim Mitchell Howard wyszedł.
Przez wysokie okna Celeste widziała migające niebiesko-czerwone światła radiowozów. Refleksy odbijały się od tafli basenu i przeszklonych ścian, raz po raz zalewając wnętrze zimną poświatą. Jeszcze nigdy ten dom nie wydawał jej się tak obcy. I nie dlatego, że coś zostało zniszczone. Nie dlatego, że po eleganckich wnętrzach zostały ślady butów i porozstawiane znaczniki. Powód był znacznie prostszy.
Dom przestał należeć do niej. Każdy otwierał jej szafki. Każdy zaglądał do pomieszczeń, do których zwykle nie wpuszczała nawet gości. Każdy czegoś szukał, każdy miał prawo dotknąć rzeczy, których dotąd nikt nie miał prawa nawet przesunąć. A ona musiała siedzieć spokojnie i sprawiać wrażenie, że godzi się na utratę kontroli.
To właśnie było najtrudniejsze. Nie ból żeber, który rozchodził się po klatce piersiowej przy każdym głębszym oddechu. Nie gardło piekące tak mocno, że momentami miała wrażenie, iż za chwilę zabraknie jej powietrza. Nie pieczenie świeżych ran na szyi i przedramionach, które przypominało o sobie przy każdym ruchu.
K o n t r o l a .
Od lat budowała swoje życie na przekonaniu, że wszystko można przewidzieć. Wystarczy odpowiednio wcześnie zauważyć zagrożenie. Wystarczy być trzy ruchy przed przeciwnikiem. Tymczasem teraz po jej domu spacerowali ludzie, których nie była w stanie zatrzymać. Dotykali jej rzeczy, fotografowali jej prywatność, zadawali pytania i decydowali, gdzie może usiąść, a do czego nie powinna nawet podchodzić.
Doprowadzało ją to do szewskiej pasji. Oczywiście nie mogła tego po sobie pokazać. Siedziała więc spokojnie, z kocem narzuconym na ramiona, pozwalając ratownikowi oczyścić kolejne zadrapania. Z zewnątrz wyglądała jak kobieta pogrążona w szoku. I częściowo rzeczywiście nią była. Tyle że nie z powodu tego, co widzieli policjanci.
Jej szok wynikał z czegoś zupełnie innego. Z faktu, że po raz pierwszy od bardzo dawna znalazła się w sytuacji, nad którą nie miała pełnej kontroli. Mimo wszystko jej umysł nie zwalniał nawet na sekundę. Rejestrowała wszystko. Który technik zabezpiecza lampę. Czy ktoś zainteresował się śladami przy ścianie. Czy zabrano już kieliszki. Czy policja wciąż traktuje to wyłącznie jako miejsce napaści... czy może wiadomość o odnalezieniu ciała Mitchella Howarda zdążyła już zmienić kierunek całego śledztwa.
Od odpowiedzi na to pytanie zależało znacznie więcej, niż ktokolwiek obecny w tej willi mógł przypuszczać.
– Pani Williams, chcielibyśmy...
Detektyw Foster kucnął przed kobietą, lecz nie zdążył dokończyć zdania. Celeste przeniosła na niego jasne tęczówki. Mocno ściągnięte brwi sugerowały jednak, że upór powoli ustępował bólowi.
– Na nic nie odpowiem bez mojego adwokata.
Były to jedyne słowa, które funkcjonariusze usłyszeli od niej po swoim przybyciu i których nie usłyszeli ponownie, dopóki Cyrus Whitmore nie pojawił się na miejscu. Głośne syknięcie wyrwało się z ust kobiety, kiedy gazik nasączony środkiem dezynfekującym dotknął kolejnego rozcięcia. Zacisnęła szczęki, starając się nie drgnąć. To nie miał być koniec medycznych atrakcji. Gardło paliło niemiłosiernie, momentami utrudniając złapanie pełnego oddechu, a żebra bolały przy każdym najmniejszym ruchu. Miała tylko nadzieję, że skończyło się na stłuczeniach. Po zderzeniu ze ścianą i późniejszym upadku mogła spodziewać się wszystkiego.

aktualnie

Cree Bellerose.
Nie kojarzyła tego nazwiska. Tak samo jak nie kojarzyła twarzy, która teraz znajdowała się naprzeciwko niej. Nowa krew. Świeża krew. Od samego początku zwróciła uwagę na jego nieprzeniknioną minę. Na hardość i pewnego rodzaju twardość spojrzenia, która nie wynikała jeszcze z doświadczenia, lecz z ambicji. Pozwoliła sobie przez moment dokładniej przyjrzeć młodemu detektywowi, zatrzymując wzrok na jego twarzy odrobinę dłużej, niż wymagała tego zwykła uprzejmość.
Nie przedstawił się jako „detektyw Bellerose”. Po prostu "Cree Bellerose". Niejednokrotnie już sam sposób przedstawienia się pozwalał wysnuć kilka pierwszych wniosków. Nie był nadęty. Nie próbował podkreślać swojej pozycji. Najwyraźniej nie potrzebował tego, żeby poczuć, że ma przewagę. A jednak przyjechał tutaj ambitny, świeży i najwyraźniej bardzo chętny, żeby wszystko ocenić po swojemu.
Ambicja.
Powinna wzbudzić w niej pewnego rodzaju szacunek. A jednak wzbudziła niepokój. Wizyta młodej, świeżej krwi na wydziale mogła oznaczać dla niej tylko jedno – kłopoty.
Podobno stwierdził, że praca detektywa to dla niego za dużo i zajmie się czymś bardziej przyziemnym. Składaniem domków dla ptaków, o ile dobrze pamiętam.
Krzywy uśmieszek przemknął po jej twarzy, kiedy usłyszała, jak sarkazm subtelnie pobrzmiewał w jego głosie. Westchnęła cicho.
– I składanie domków dla ptaków okazało się przegrać z detektywistycznymi ambicjami. Ciekawe.
Odchyliła się do tyłu i zamknęła pokrywę klawiatury. Odgarnęła blond włosy do tyłu, pozwalając, by miękko opadły na plecy. Nie spiesząc się szczególnie, podniosła się z miejsca, poprawiła przewiązane w talii kremowo-białe kimono, którego miękki materiał łagodnie opływał jej ramiona, a następnie skinęła w kierunku gospodyni.
– Zostaw nas, Agnes. Poradzę sobie.
Kobieta skinęła tylko głową i wyszła. Celeste doskonale jednak wiedziała, że pleciuga bez wątpienia wcale nie zamierzała się zbytnio oddalać. Pewnie zaszła niedaleko, gdzieś za róg korytarza, żeby wieczorem, wraz ze swoim małym kółeczkiem różańcowym, móc podzielić się historią co najmniej stulecia. W jej wykonaniu zapewne szybko dorobiłaby się kilku dodatkowych szczegółów, których rzeczywistość nigdy nie posiadała.
Blondyna ruszyła w kierunku barku.
– Zaproponowałabym jakiś trunek alkoholowy, ale rozumiem, że jest pan oficjalnie na służbie, więc nie może mi pan potowarzyszyć – rzuciła to przez ramię, przechodząc obok detektywa, który akurat stanął jej na drodze do drewnianej komody kryjącej w sobie zdecydowanie nie najtańsze alkohole.
Otworzyła drzwiczki. Uderzył w nią charakterystyczny zapach drewna, wymieszany ze słodko-gorzką wonią trunków. Z lekkim brzękiem wyciągnęła szklaną butelkę dobrej whiskey oraz ciężką szklankę, która tępym dźwiękiem odbiła się od drewnianego blatu. Nie spieszyła się, jakby to ona dyktowała tempo tej rozmowy.
– A więc... – Jej głos niemal zlał się z cichym dźwiękiem alkoholu przelewającego się z butelki do ciężkiego szkła. – O co chce mnie pan zapytać, zanim postanowię wezwać swojego adwokata?
Nie powinna tak ryzykować. Dobrze wiedziała, że Cyrus wścieknie się, kiedy dowie się, że nie zadzwoniła od razu. Był jej prawnikiem właśnie po to, by w takich sytuacjach robić za filtr pomiędzy nią a ludźmi, którzy zadają pytania, na które lepiej nie odpowiadać. A mimo to chciała pozostawić sobie choć odrobinę przyjemności kontrolowania sytuacji. Po swojemu. Nawet jeśli kontrola w tej sytuacji była już tylko mocno pozorna.
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree doskonale wiedział, jak zakończyło się poprzednie śledztwo. Jak trudno było dowiedzieć się od kobiety czegokolwiek, co nie zostało wcześniej kilkukrotnie przemaglowane przez jej adwokatów. Nie planował podchodzić do niej z podstępem. Nie widział w tym żadnego celu. Chciał wykorzystać brutalniejszą, bardziej bezpośrednią taktykę – frontalny atak. Skonfrontować ją tu i teraz, nie dając jej czasu na przemyślenie kolejnych wypowiadanych słów, ale jednocześnie pozostawiając kontrolę nad sytuacją w jej rękach – a może lepiej byłoby powiedzieć, w jej ustach. Miał świadomość, że to ona miała tu przewagę. Krzyczało to jej otoczenie, pozycja, spojrzenie, każdy skrupulatnie wykalkulowany gest, a nawet to, w jaki sposób odpowiadała mu sarkazmem na jego własne słowne zagrywki. Chciał ją zaskoczyć. Pokazać, że woli obedrzeć sztywną, sformalizowaną formułę przesłuchań na rzecz czegoś płynniejszego, bardziej bezpośredniego. Tak funkcjonował dotychczas. W ten sposób radził sobie z najtrudniejszymi sprawami. Zaskoczenie działało lepiej niż strach, groźby czy stawianie wymagań. To Williams dzierżyła najpotężniejszą broń – decyzję o tym, kiedy zakończyć rozmowę, kiedy go wyprosić, kiedy dać mu znać, że przegrał i musi odpuścić. Nie zamierzał poddawać się tak szybko. Nie po to tu przyjechał, ażeby wracać z pustymi rękami.
Podszedł nieco bliżej, bardziej po to, żeby rozejrzeć się po pomieszczeniu, niż po to, aby skrócić dystans między nimi. Nie planował naciskać. Nie chciał wymusić na niej niczego, co by mu nie pomogło w tej sprawie. Wiedział, jak wiele osób ceniło sobie własną przestrzeń. Jak szybko stawali się niespokojni, gdy pozorna wolność, zamiast rosnąć, malała, zaciskając się wokół nich. To klaustrofobiczne uczucie przyparcia do muru, bez drogi ucieczki, było największym wrogiem wielu detektywów. Tracili wtedy cierpliwość. Podejmowali pochopne kroki. Zbyt szybko zachłystywali się władzą, której na dobrą sprawę w tej sytuacji wcale nie posiadali. Prawo ich mocno ograniczało. On jednak nie zawsze tak kurczowo go słuchał.
Przyglądając się z zainteresowaniem jakiejś figurce, której pochodzenia nie potrafił określić – nigdy nie znał się na tego typu rzeczach – odpowiedział jej, że praca detektywa bywa zdradliwa. Wypalenie zawodowe było czymś bardzo realnym. Ale nie tylko ono:
Przez całą karierę można zajmować się zazdrosnymi żonami mordującymi swoich zdradzających mężów lub na odwrót, a potem raz trafić na sprawę, która człowieka przerasta. Wtedy ani wiek, ani doświadczenie nie odgrywają już żadnej roli. Lepiej odpuścić niż dać się zwariować.
Zerknął tylko przez moment na odchodzącą służącą. Przeczuwał, że kobieta mogła być cenniejszym źródłem informacji niż sama pani domu. Wiedział jednak, że Celeste nigdy nie pozwoliłaby mu z nią porozmawiać, a już na pewno nie w cztery oczy.
Potem, po raz pierwszy od dłuższej chwili, powrócił wzrokiem do niej. Nie wpatrywał się intensywnie. Nie śledził uważnie każdego jej ruchu. Był w tym naturalny i swobodny. Niemal niegroźny.
Oficjalnie skończyłem na dzisiaj – rzucił w sprawie alkoholu. – Ale skoro tak wcześnie wyszedłem z biura, uznałem, że zdążę jeszcze wpaść z wizytą.
Zasugerował jej tym, że nie jest już na służbie. Oficjalnie. Że na dobrą sprawę nie powinien się tu zjawiać, ale z jakiegoś powodu i tak to zrobił.
Jestem staromodny – dodał po chwili, z lekkim, nieprzytłaczającym uśmiechem. – Whiskey on the rocks, jeśli chciałaby pani umilić mi tę wizytę.
Skrócony dystans nie sparaliżował go. Znał tę grę. Wiedział, że to pułapka. Że kobieta go testowała. Nie winił jej za to – może nawet był odrobinę pozytywnie połechtany, że widziała w nim problem dla siebie. W końcu młody, zbyt pewny siebie, obdarty z tej szorstkiej, wyuczonej detektywistycznej postawy, na którą inni tak łatwo się nabierali. Był jak otwarta księga. Problem polegał na tym, że nie każdy, kto go czytał, robił to z dobrych intencji. Mimo to nie ukrywał niczego, co później ktoś mógłby wykorzystać przeciwko niemu.
Następnie to on podszedł do niej bliżej. Tym razem pozwolił sobie na to świadomie. Wciąż dzieliło ich kilka kroków, ale echo ich głosów nie niosło się już po całym salonie. Poczuł jej perfumy. Kobiece, wonne, na pewno bardzo drogie. Trudno było je zignorować. Przykładała wagę do detali, ale nie była w tym – przynajmniej w jego oczach – ostentacyjna.
Rozpiął kurtkę. Chłodniejsze popołudniowe powietrze na zewnątrz nie pokrywało się z temperaturą panującą wewnątrz. A może to kobieta stojąca przed nim tak na niego działała?
Oparł się o ścianę. Nonszalancko, ale nie prostacko. Nie skrzyżował rąk. Nie był w tym oczywisty. Poczuł się swobodniej, ale nie całkowicie pozbawiony gardy.
Nie od razu odpowiedział na jej pytanie. Zasugerował najpierw, nie naciskając:
Nie znajdujemy się na komisariacie ani na żadnym wydarzeniu za zamkniętymi drzwiami. Nie mam przy sobie dyktafonu. Nie nagrywam naszej rozmowy – uprzedził ją, gdyby to nie było jeszcze wystarczająco oczywiste. – Zasugerowałbym, byśmy odpuścili sobie zwroty grzecznościowe. Nie dlatego, że nie wiem, co to szacunek, ale by nadać nieco luźniejszy ton tej i tak już wystarczająco napiętej wymianie zdań.
Nie przejął się wzmianką o adwokatach. Tu miał asa w rękawie. I zamierzał jej o tym przypomnieć. Z zadziornym, może zbyt pewnym siebie uśmiechem, planował jej uświadomić, że sama zgodziła się na tę rozmowę:
Nie musiałaś mnie przyjmować – dostrzegł celnie. – Sprawa jest już niemal zamknięta, a ty zostałaś odsunięta od wszelkich podejrzeń. A jednak tu jestem. Czy przyjęłabyś mnie, gdybyś naprawdę nie chciała ze mną porozmawiać?
Nie miał pojęcia, dlaczego kobieta to zrobiła. Dlaczego pozwoliła sobie na taką swobodę, a może nawet na brak rozsądku? Chciał jednak wykorzystać daną mu okazję, nawet jeśli nie dowie się za wiele nowego. Darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.
Zerknął za siebie, tam, gdzie wcześniej, na zdjęciach z folderu, widniały zupełnie inne meble.
Jesteś zadowolona z przemeblowania? – zapytał niezobowiązująco. Po chwili przerwy, ze spojrzeniem ponownie ulokowanym na jej twarzy, dodał: – Możemy zacząć od czegoś prostego. Opowiedz mi, proszę, co czułaś, gdy tamtego dnia zobaczyłaś tego mężczyznę u progu swoich drzwi.
Zaczekał. Nie ponaglał jej. Milczenie potrafiło zdradzić więcej niż najlepiej sformułowane pytanie.
Jego bezpośredniość nie wynikała z ambicji. Te już dawno temu odłożył na półkę wraz z wybujałym ego. Praca detektywa na tym nie polegała. Preferował determinację. A przynajmniej wtedy, gdy mógł sobie na nią pozwolić.

Celeste Williams
40 y/o
For good luck!
172 cm
udzialowczyni większościowa Northbridge Capital Partners
Awatar użytkownika
may the bridges I burn light my way
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree Bellerose


Przez całą karierę można zajmować się zazdrosnymi żonami mordującymi swoich zdradzających mężów lub na odwrót, a potem raz trafić na sprawę, która człowieka przerasta. Wtedy ani wiek, ani doświadczenie nie odgrywają już żadnej roli. Lepiej odpuścić niż dać się zwariować.
Krzywy wcześniej uśmieszek poszerzył się nieznacznie, kiedy pokręciła głową. Nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego pozwoliła sobie na tę krótką, ledwie uchwytną pauzę, kierując spojrzenie ponad ramieniem detektywa, ku obrazowi zawieszonemu na oddalonej ścianie. Zatrzymała na nim wzrok ułamek sekundy dłużej, niż wymagałaby tego zwykła nieuwaga. W rzeczywistości był to tylko kolejny sposób na odebranie rozmowie odrobiny jego kontroli.
– A przypadkiem to właśnie upór i determinacja nie powinny być jednymi z cech dobrego detektywa? – zapytała mimochodem, unosząc przy tym jasne brwi.
W pewien sposób można było uznać to za wyzwanie. Niewielkie, subtelne, podane w sposób, który w razie potrzeby można było jeszcze obrócić w niewinne pytanie. Pozwalała sobie jednak na odrobinę przeciągnięcia liny na swoją korzyść. Same słowa nigdy nie były dla niej wystarczające. Liczyły się czyny. To, co człowiek robił, kiedy nikt nie patrzył, miało znacznie większą wartość niż wszystko, co potrafił powiedzieć, siedząc naprzeciwko kogoś przy stole.
Dobry detektyw z zasady bywał albo bardzo arogancki, albo bardzo skromny. Raczej nic pomiędzy. Ta pozorna pewność siebie często wynikała z doświadczenia, czasem z głupoty, a niekiedy z desperackiej potrzeby udowodnienia wszystkim wokół, że nadal ma się nad czymś kontrolę. Celeste potrafiła rozpoznać każdą z tych wersji.
Przechodząc obok, pozwoliła, by ogon jej perfum pozostał w pomieszczeniu nieco dłużej niż ona sama. Odrobinę słodki, zmysłowy i wyrazisty zapach orientalnej wanilii mieszał się z energetyzującą nutą czarnej kawy. Zawsze używała tych samych perfum. Nie dlatego, że była przywiązana do jednej marki czy jednej woni. Po prostu nauczyła się, że pewne rzeczy warto powtarzać, jeśli działały.
Zawsze pozwalała sobie na tę odrobinę nonszalanckiej kokieterii. Nigdy jednak nie była ona przypadkowa i niekoniecznie prowadziła do czegoś więcej. Czy tym razem liczyła na to, że zdoła w ten sposób choć odrobinę rozproszyć jego uwagę? Być może. Nie zamierzała przecież udawać, że nie dostrzega własnych atutów. Jednocześnie różnica wieku była aż nazbyt widoczna. Tego rodzaju sztuczka znacznie lepiej działała z mężczyznami starszymi od niej, bardziej podatnymi na przewidywalność kobiecych gestów. W jego przypadku przewaga młodości niemal natychmiast traciła znaczenie, zastąpiona czymś znacznie bardziej irytującym – dojrzałością po obu stronach.
Mimo wszystko wychodziła z założenia, że kto nie ryzykuje, ten nigdy nie dowie się, czy potencjalna przyjemność była tego warta. W końcu kto nie ryzykuje, nie zazna nawet potencjalnej przyjemności picia szampana. Choć w tym przypadku znacznie bardziej adekwatne były mocniejsze trunki.
Ale skoro tak wcześnie wyszedłem z biura, uznałem, że zdążę jeszcze wpaść z wizytą.
– A zatem whiskey on the rocks – odparła. Nachyliła się, sięgając do zamrażarki. Otworzyła jej drzwiczki i przez moment wnętrze wypełniło chłodne, białe światło, odcinające jej sylwetkę od reszty pomieszczenia. Wyjęła opakowanie z kostkami lodu i położyła je na blacie barku. Pomieszczenie było przestronne, urządzone z tą samą konsekwencją co reszta domu. Ciemne drewno kontrastowało z jasnymi powierzchniami, a światło wpadające przez ogromne przeszklenia rozlewało się po podłodze długimi smugami. Wszystko wyglądało na przemyślane. Za spokojne. Za uporządkowane jak na miejsce, które jeszcze niedawno stało się sceną wydarzeń, których nie dało się już wymazać.
Spojrzała na niego kątem oka. Widziała, jak porusza się po salonie. Pozornie beztrosko, jakby nie chciał dawać jej żadnego powodu do niepokoju. Jakby liczył na to, że uśpi jej czujność. Że wystarczy kilka spokojnych gestów i odpowiednio dobrany ton, aby uwierzyła, że grają do jednej bramki. Nie wierzyła.
Nie znajdujemy się na komisariacie ani na żadnym wydarzeniu za zamkniętymi drzwiami. Nie mam przy sobie dyktafonu. Nie nagrywam naszej rozmowy.
Nie odezwała się przez większość czasu. W milczeniu, z pełną uwagą sięgnęła po metalowe szczypce i wyjęła pierwszą kostkę lodu. Obróciła ją pomiędzy końcówkami narzędzia, jakby nawet tak banalna czynność zasługiwała na odrobinę precyzji, po czym wrzuciła ją do ciężkiej szklanki.
Nie musiałaś mnie przyjmować.
Druga kostka odbiła się od szklanych ścianek głuchym, krótkim dźwiękiem. Przez chwilę potoczyła się po dnie, zanim zatrzymała na pierwszej.
A jednak tu jestem. Czy przyjęłabyś mnie, gdybyś naprawdę nie chciała ze mną porozmawiać?
Trzecia kostka znalazła się w szklance dopiero wtedy, kiedy Celeste uniosła wzrok.
Jej jasne spojrzenie zatrzymało się na mężczyźnie stojącym nieopodal. Przyglądała mu się badawczo, lecz bez pośpiechu. Nie było w tym ani nerwowości, ani wyraźnego dystansu. Tylko ten sam spokój, który od początku stanowił jej najpewniejszą tarczę.
Unosząc głowę, poczuła, jak blond fale opadają miękko na plecy i ramiona. W jasnym, jedwabnym kimonie wyglądała niemal jak coś całkowicie niepasującego do ciężaru tej rozmowy – jak luksusowe złoto rozlane na bieli. Na pierwszy rzut oka spokojna. Delikatna. Niemal anielska.
Tyle że biel bywała najbardziej zgubnym kolorem. Daleko jej było do aniołka.
Zasadniczo wpuściła cię Agnes, nie ja – odparła z ironią, pozwalając, by kącik ust uniósł się nieznacznie. Przechyliła głowę i ujęła butelkę whiskey w dłoń. Jej palce zacisnęły się na szkle pewnie, bez najmniejszego zawahania. – I masz rację. Tak czy siak nie musiałam cię przyjmować. Ale źle na to patrzysz.
Nalała złotą ciecz do szklanki. Alkohol wpłynął pomiędzy kostki lodu, wypełniając wolne przestrzenie i odbijając światło wpadające przez okna. Przez moment złota barwa wydawała się niemal zbyt ciepła jak na tę rozmowę.
Pochyliła się nieznacznie nad blatem, pozwalając, by każdy ruch pozostał spokojny i całkowicie opanowany. To on był tutaj intruzem. Nie ona. Nie miała najmniejszego powodu, by się spieszyć. Nie miała również zamiaru dawać po sobie czegokolwiek poznać.
Sprawa miała być rychło zamknięta. Tego należało się trzymać.
– To nie kwestia chęci rozmawiania. Nie mam nic do ukrycia. – wzruszyła ramionami. Jedwabne kimono poruszyło się łagodnie wzdłuż jej ramion, podkreślając ich drobną, szczupłą linię.
Szklanka powoli zaczęła matowieć od zimnego szkła i lodu. Podała ją detektywowi. Przez krótką chwilę nie wypuściła jej jednak, pozwalając, by chłód wilgotnej powierzchni i ciepło jej opuszków spotkało się z jego dłonią.
– I muszę przyznać, że zmiana detektywa na sam koniec dochodzenia wydaje się dość... nietypowa.
Wbiła w niego spojrzenie. Nie oddała mu od razu szklanki. Dopiero po tej krótkiej chwili puściła szkło i odsunęła dłoń. Następnie pozwoliła sobie odejść. Powolnym, miękkim krokiem, całkowicie boso, podążyła w kierunku wysokiego okna. Za jego taflą rozpościerał się tył domu. Basen leżał nieruchomo, niemal idealnie gładki. Woda odbijała fragmenty jasnego nieba i linię domu, jakby nawet ona została zmuszona do zachowania pozorów spokoju. Nic nie zdradzało, że za tymi samymi szybami wydarzyło się coś, co na zawsze podzieliło jej życie na dwa etapy.
– Jestem – skwitowała. Nie miała ochoty wchodzić w większą polemikę. Temat tego, co się wydarzyło, znał doskonale. Musiał mieć wszystko zapisane w zeznaniach. Musiał widzieć zdjęcia salonu wykonane tamtego dnia. Wiedziała też, że nie przybył tutaj nieprzygotowany. Nie była na tyle naiwna, aby w to uwierzyć. Wiedziała to już w chwili, gdy ujrzała młodą twarz za plecami swojej gosposi. Przez moment w pomieszczeniu było słychać wyłącznie cichy, jednostajny szum klimatyzacji i ledwie słyszalny stuk lodu o ścianki szklanki.
Możemy zacząć od czegoś prostego. Opowiedz mi, proszę, co czułaś, gdy tamtego dnia zobaczyłaś tego mężczyznę u progu swoich drzwi.
Ku jego zaskoczeniu jej reakcja mogła wydać się całkowicie nieadekwatna do sytuacji. Pomieszczenie wypełnił śmiech. Nie był jednak rozbawiony. Nie był nawet złowieszczy. Brakowało w nim wszystkiego, co zwykle powinno towarzyszyć śmiechowi. Nie było lekkości, swobody ani szczerego humoru.
Był pusty. Był śmiechem człowieka, który przeszedł już wystarczająco dużo, aby płacz i strach dawno temu przestały być użyteczne. Człowieka, który musiał nauczyć się zamieniać każdą z tych emocji w coś, co pozwalało po prostu przetrwać kolejny dzień.
– I to ma być coś prostszego? – zapytała z wyraźną ironią. Nie oderwała spojrzenia od basenu. Objęła brzuch lewym ramieniem, a w prawej dłoni nadal trzymała szklankę. Upiła z niej niewielki łyk, pozwalając, by alkohol na moment zatrzymał się na języku, zanim przełknęła.
W jaki sposób miało to być proste? Od tego zaczęła się cała katastrofa. Od jednego mężczyzny stojącego u progu jej domu. Od kilku sekund, które wystarczyły, aby wszystko, co do tej pory uważała za własne i bezpieczne, zaczęło się rozpadać. Od chwili, w której otworzyła drzwi i popełniła błąd, którego później nie można już było cofnąć. W tamtym momencie poniosła porażkę. Przeceniła swojego rywala.
– Pewność siebie – odpowiedziała po chwili. Jej głos był spokojny. Niemal chłodny. Dopiero po krótkiej pauzie dodała: – Zgubną, jak się okazało zaraz po otwarciu drzwi.
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej pytanie zwieńczył drobnym uśmieszkiem, który mimowolnie wykwitł na jego twarzy. Nie mógł się nie zgodzić z kobietą. W tym samym czasie jednak wiedział, że determinacja i upór nie zawsze szły w parze z wytrwałością. Praca w policji bywała trudna. Czasem po bardzo nieudanej sprawie przypominała bardziej szkołę przetrwania niż wykonywany codziennie zawód. Trzeba było sobie poradzić z tyloma kłodami rzucanymi pod nogi, że niektórzy nie potrafili podołać. Przerastało ich to. Nawet jeśli fizycznie byli gotowi stawić czoło kolejnym przeszkodom, sypała im się psychika. Akademia i przekazywana przez nią teoria, a praktyka pracy w terenie, to były zgoła inne wyzwania. Nie dało się ich porównać. Nie było mowy o żadnej taryfie ulgowej. Dlatego, gdy ktoś rezygnował z pracy detektywa, zdawał sobie sprawę, że to już ten czas, ten moment.
Powinny. Mam cichą nadzieję, że większość moich kolegów po fachu właśnie nimi kieruje się podczas pracy – wyjaśnił, choć wcale nie musiał. Może chciał zbudować wokół siebie aurę kogoś, kto jest nie tylko gliną, ale i zwykłym człowiekiem, rozumiejącym uczucia i emocje, które mogły popchnąć kogoś w kierunku nieoczekiwanej decyzji. Czy miał na myśli tylko funkcjonariuszy? Niekoniecznie. – Każdy ma jednak swoją wytrzymałość. Czasem pewne tematy nas przerastają. Ostatecznie jesteśmy tylko ludźmi.
Nie należał do tych nadętych, aroganckich młodzików, którzy, posiadając dobrą passę w zamykaniu trudnych spraw, wchodzili do pokoju zaraz po swoim ego. Nie chełpił się tym, co osiągnął. Nie widział ku temu powodu. Traktował swoją pracę przede wszystkim jako misję doprowadzenia społecznych szkodników przed wymiar sprawiedliwości. Nie interesowały go pochwały ani wywiady, w których pojawiałby się jako ten, który doprowadził śledztwo z kategorii przypadków beznadziejnych do końca. Robił to dla ludzi oraz dla swojego miasta. Nie był żadnym altruistą ani bohaterem. Swoje miał za uszami. Starał się jednak być najlepszą wersją siebie, nawet gdy bywało z tym ciężko.
Kroki stawiał krótkie, powolne, jakby myślał nad każdym z nich nieco zbyt długo. Nie czuł się osaczony pozycją kobiety. Nie widział w niej zagrożenia. Doskonale zdawał sobie sprawę, że to ona chciała kontrolować sytuację. Posiadać ostatnie słowo. Pokazać mu tym miejscem, ale i całą swoją postawą, że to ona jest tutaj najważniejsza. Ona jest w centrum uwagi. To ona rozdaje karty i zdecyduje, kiedy obecne rozdanie się zakończy. Nie widział w tym problemu. Pozwoliła mu już i tak na o wiele więcej, niż się po niej spodziewał. Sam nie był łagodny. Nie był wyrozumiały ani nie podążał ściśle za protokołem. Na jej miejscu wielu ludzi już dawno wybrałoby numer do swoich prawników. Ona tego nie zrobiła. Pozwoliła mu się rozgościć w tej rozmowie. Chciał to dobrze wykorzystać.
Niczego nie dotykał, ale wodził spojrzeniem po każdym elemencie wystroju. Nigdy do końca nie rozumiał potrzeby posiadania tak wielu ozdób, do tego kosztujących zdecydowanie za dużo. Zbierały tylko kurz, który gosposia musiała wymiatać raz za razem. Kusiły swoim pięknem, zadowalały oczy pragnące podziwiać. Ale czy z czasem się nie nudziły? Czy nie stawały się przez to nijakie?
Skinął głową, zadowolony ze swojego zamówienia. Nie pił często, ale gdy już to robił, był w tym dość staromodny. Nie sięgał zbyt często po piwo, wódkę czy jakieś fikuśne drinki. Preferował proste, ale eleganckie trunki. Może tym samym pogłębiał stereotypy o detektywach, ale miał je za nic. Nie robił tego przecież na pokaz. Nie próbował nikomu udowodnić, że zna się na dobrym alkoholu i szanuje kunszt jego destylacji. Nie sięgał jednak po tanie marki. Często omijał te amerykańskie. Whiskey preferował szkockie. Wciąż miał w planach wybrać się do Wielkiej Brytanii i odwiedzić kilku producentów. Tych mniejszych, bardziej kameralnych. Nie miał jednak na to czasu.
Czuł spojrzenie kobiety na plecach. Wbite w nie niczym odłamki szkła, na których wylądował z bolesnym trzaskiem po tym, jak wyleciał przez rozbitą szybę. Wbijały się najpierw w jego kamizelkę, by później, delikatnie sięgając skóry, rozciąć ją w kilku miejscach i pozostawić krwawe ślady. Nie był to nieprzyjemny ból. Nie chciał od niego uciekać. Leżał wyjątkowo spokojnie. Oddychał równomiernie. Jego życiu nic nie zagrażało. Był to akceptowalny dyskomfort. Nie zamierzał jednak pozostać jej dłużnym na długo.
Nic w tym miejscu nie dzieje się bez twojej wyraźnej zgody, nieprawdaż? – zapytał retorycznie, gdy ta próbowała przerzucić sprawczość na swoją służbę. – To jak pośrednik, który wykonuje brudną robotę za swojego szefa. Odpowiedzialność wciąż spoczywa na zleceniodawcy.
Jego ton głosu lawirował między sarkazmem a obojętnością. Nie atakował jej, tylko odbijał piłeczkę. Raz za razem, małymi kroczkami. To nie była pierwsza taka rozmowa w jego życiu. Prawdopodobnie też nie ostatnia. Cała trudność w nich polegała na tym, żeby nie dać się sprowokować. Z tym nie miewał problemów. Był irytująco spokojnym człowiekiem. Oazą, w której można było odnaleźć schronienie, gdy wszystko wokół pochłaniała gniewna nawałnica.
Wszyscy coś ukrywamy. Nie jesteś wyjątkiem – sprostował krótko. Niekoniecznie miał na myśli sprawę, z jaką się u niej zjawił. Nikt nie był nieskazitelnie białą kartką papieru. W jej wieku, a nawet w jego, każdy posiadał już postrzępione rogi, plamy, których nie dało się wymazać. Nawet za pomocą wybielacza w postaci pieniędzy.
Sięgnął po szklankę, która jednak pozostała na chwilę dłużej w objęciu jej palców. Nie podziękował poza krótkim skinieniem głowy. Wiedział, że to element jej gry, próba przejęcia kontroli nad sytuacją. Nie cofnął się. Nie dał jej tej satysfakcji. Jej delikatne dłonie kontrastowały z jego własnymi. Nie były one szorstkie, bo nigdy nie pracował fizycznie. Nie były też gładkie, ponieważ nosiły pamiątki z różnych akcji. Drobna blizna po spotkaniu z nożem. Ślad po kuli, która musnęła wierzchnią stronę prawej ręki. Drobne niedoskonałości, które demaskowały jego status społeczny.
Zwykłe proceduralne przekazanie sprawy, gdy poprzednik, ze względu na okoliczności, nie jest już w stanie się nią zajmować – wyjaśnił prosto, bardzo zawodowo. Nie chciał wdawać się w szczegóły. – Zresztą nowe spojrzenie na ten temat może okazać się bardzo odświeżające. Nie uważasz?
Raz za razem, pośrednio, dawał jej znać, że jej nie ufa. Był przekonany, że kobieta nie była tu bez winy. Nie mógł jej jednak niczego udowodnić. Nie mógł przyprzeć jej do muru. Nie miał dowodów. Nie był nawet pewny, czy w ogóle je znajdzie.
Na zdrowie – zaproponował krótko, unosząc szkło w geście toastu.
Bursztynowy trunek połaskotał przyjemnie jego podniebienie, a następnie rozlał się czymś ostrzejszym po przełyku. Nie był to tani alkohol. Bardzo mu przypasował. Nie zamierzał jednak chwalić go na głos. Nie wypadało.
Śmiech, któremu, jego zdaniem, daleko było do rozbawienia, maskował pewne emocje, które kobieta ukrywała w każdym spojrzeniu, w każdym geście, ale jeszcze nie potrafiła zapomnieć o czymś tak świeżym. Nawet jeśli uważał, że nie była bez winy, doskonale wiedział, że została zraniona tamtego dnia.
Powoli ruszył za nią. Nie spieszył się. Dał jej czas na strawienie retorycznego pytania, na pogodzenie się z bezczelnością, którą ją obdarował. Ciął głęboko, ale miał ku temu powody. Chciał wywołać w niej coś naturalnego, nieukrytego za tą maską opanowanej kobiety, niemal zbyt perfekcyjnej jak na jego gust.
Gdy znalazł się jeden krok za nią, wyjrzał przez okno. Dla niego ten widok był zwyczajny. Nieco zbyt wystawny, może trochę pompatyczny, ale nie niósł ze sobą żadnego ładunku emocjonalnego. Wiedział jednak, że dla kobiety nie było to takie proste. Za te właśnie struny planował szarpnąć, gdy tylko pojawi się ku temu okazja.
Nie spodziewałaś się zobaczyć Howarda tego dnia u progu twoich drzwi, prawda? – zapytał lekko, tonem głosu, którym jej jeszcze dzisiaj nie uraczył. – Dlaczego więc znalazł się w twojej posiadłości? Dlaczego został zaproszony do środka? Dlaczego zostałaś z nim sama?
Na część tych pytań znał już odpowiedź. W końcu czytał raport. Zapoznał się z notatkami poprzednika. Pamiętał słowa, które padły podczas przesłuchania świadków, w tym samej Williams. Dlaczego więc drążył ten temat raz jeszcze? Jaki miał cel w otwieraniu tak świeżych ran? O tym kobieta miała się dopiero przekonać.

:rhys:
ODPOWIEDZ

Wróć do „#18”