ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
brutalne opisy miejsca zbrodni
#5
marzec 2026
W prasie nazywali go The Tanner – Garbarzem – choć nikt w departamencie nie lubił tego pseudonimu, bo brzmiał niemal zbyt niewinnie jak na to, co ten człowiek robił swoim ofiarom. The Butcher klikało lepiej. Trzy miesiące. Cztery ciała. A oni wciąż nie mieli nic poza teoriami, które stawały się nieaktualne, nim nabrały realnych kształtów. Cree potarł oczy kciukiem i palcem wskazującym, jakby próbował przegonić zamglone spojrzenie spowodowane brakiem snu.
Metoda była zawsze ta sama, powtarzalna do granic obsesji. Sprawca działał szybko – sekcje zwłok sugerowały, że cały proces, od unieszkodliwienia ofiary do skończenia roboty, nie trwał dłużej niż dwadzieścia minut. Pozbawiał je skóry z wybranych partii ciała – pleców, ramion, czasem twarzy – z chirurgiczną wręcz precyzją, jakby ktoś przez lata ćwiczył tę umiejętność na czymś innym, zanim przerzucił się na ludzi. Może pracował w fabryce przy obróbce mięsa? Nie, to nie pasowało. Za dobrze radził sobie z bajerowaniem ofiar, jak na kogoś, kto całe życie siedział zamknięty w budynku gdzieś na obrzeżach miasta. Może patolog? Tanatopraktor? Kimkolwiek by nie był, nim zmienił hobby, na pewno był w tym piekielnie dobry.
Same fragmenty skóry, rozciągnięte i oczyszczone, zawieszał na miejscu zbrodni jak makabryczne eksponaty, groteskowe dzieła sztuki – na ścianach, na łańcuchach, raz nawet na wystawowym manekinie w opuszczonym sklepie. Opisał tę wystawę jako tchnięcie życia w nieożywioną postać. Na każdym z nich, wyryte albo wypalone, znajdowały się symbole, litery, fragmenty czegoś, co mogło być mapą, kodem, albo kompletnie bezsensownym majaczeniem chorego umysłu. Zespół analityków przez tygodnie próbował dopasować je do siebie. Na nic się to zdało. Poszlaki prowadzące donikąd albo, co gorsza, w pokręcony sposób, który stawał się dla nich jasny dopiero wtedy, gdy było już za późno, do kolejnego ciała. Policja czuła się bezradna i nie bez powodu. Nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z kimś tak obsesyjnie dokładnym. Motywem nie mogła być zemsta, nienawiść, czy cokolwiek innego, co łatwo wpasowywało się w ustalony i wielokrotnie wcześniej przerabiany szablon. To właśnie ta niepewność była w tym wszystkim najgorsza.
Ofiary łączył wzorzec, który Bellerose znał już na pamięć, bo wracał do niego każdej bezsennej nocy. Młode kobiety. Zawsze pracujące same, w późnych godzinach, w miejscach na tyle małych i niepozornych, że nikt specjalnie nie zwracał uwagi na to, kto tam pracuje ani o której zamyka. Staroświecka wypożyczalnia filmów przy Bloor, gdzie dziewczyna kończyła o północy, bo nikt inny nie chciał tej zmiany, a ona musiała zarobić na studia. Budka z hot dogami, działająca do drugiej nad ranem dla pijanych klientów wracających z barów, obsługiwana przez młodą mamę, która, zostawiona przez partnera, chciała zapewnić dziecku jak najlepsze życie, biorąc najgorsze i najniebezpieczniejsze zajęcia. Całodobowa pralnia samoobsługowa. Kiosk z gazetami. Miejsca, które istniały na marginesie miasta, obsługiwane przez ludzi, których nikt nie sprawdzał, czy dotarli bezpiecznie do domu.
Sprawca był perfekcjonistą. Nie zostawiał niczego, co mogłoby ich na niego nakierować. Żadnego DNA poza tym pochodzącym od samych ofiar. Żadnych odcisków, żadnych włókien, żadnego monitoringu w okolicy, który mógłby ich nakierować – jakby wiedział dokładnie, gdzie znajdowały się kamery, i omijał je z taką łatwością, że część zespołu zaczynała podejrzewać kogoś z dostępem do wewnętrznych systemów miasta. To była jedna z tych niewielu teorii, które w ogóle miały sens. I to właśnie dlatego detektyw, mimo że oficjalnie nikt nie był przydzielony do tej sprawy – bo była delikatna, wyjątkowo trudna do ukrycia i zbyt niewygodna, żeby ktokolwiek chciał wziąć ją na siebie w pełnym wymiarze godzin – nie potrafił po prostu odejść. Nikt nie potrafił, ale strach przed porażką skutecznie odstraszał wszystkich od zaangażowania się bardziej, niż wymagał tego obowiązek. Niewielu chciało ryzykować. Obawiali się, że igranie z ogniem w końcu spowoduje, że sami się poparzą. Co prawda, Garbarz jeszcze ich nie przestrzegł, by zostawili go w spokoju, ale to była tylko kwestia czasu.
Opinia publiczna była już bliska paniki. Nagłówki gazet stawały się coraz bardziej krzykliwe i oskarżycielskie wobec policji, która nie potrafiła złapać jednego chorego skurwysyna. Tabloidy niekoniecznie używały tego sformułowania, ale wydźwięk był dla niego podobny. Rozumiał tę wściekłość. Sam ją czuł, tylko skierowaną w innym kierunku, nieco bardziej personalnym – bo to on stawał nad kolejnym ciałem, nie mogąc już nic zrobić dla tej niewinnej kobiety, która spotkała tego szarlatana.

Piąta ofiara czekała na niego w warsztacie samochodowym przy jednej z bocznych uliczek Etobicoke, dokładnie tam, gdzie dyspozytor wysłał zespół zaledwie godzinę wcześniej. Marcowy chłód wciąż trzymał się miasta z uporem, który odmawiał ustąpienia miejsca wiośnie – wiatr wdzierał się przez otwarte okna warsztatu, poruszając czymś, co wisiało na drucianej siatce w głębi pomieszczenia, leniwie się kołysząc.
Bellerose wysiadł z samochodu, zapinając kurtkę pod samą szyję, i ruszył w stronę taśmy, za którą kręcili się już technicy i kilku mundurowych, wszyscy z tymi samymi, znużonymi twarzami ludzi, którzy widzieli to już zbyt wiele razy. To nie był brak empatii ani stalowe nerwy, tylko zwykłe zmęczenie. Zaakceptowanie niesprawiedliwej rzeczywistości.
Zapach wewnątrz uderzył go, nim jeszcze przekroczył próg – metaliczny, gęsty, zmieszany z wonią rdzy i starego oleju silnikowego, który przesiąkł ściany. Żołądek skręcił mu się nieprzyjemnie, ale nie zwolnił kroku. Pogoda nieco ułatwiała im funkcjonowanie w takim miejscu – bardzo dobrze zabezpieczała ciało i płyny ustrojowe przed szybkim rozkładem. Nie chciał nawet wyobrażać sobie tego swądu, jeśli sprawa przeciągnęłaby się do lata.
Wyciągnął telefon, wybrał numer, który już zapamiętał, ale nigdy go nie zapisał. W ostatnim czasie kontaktowali się ze sobą zdecydowanie zbyt często. Należał do kogoś z działu technicznego, do kobiety zajmującej się cyberprzestępczością, która miała wyjątkowy talent do dostrzegania wzorców tam, gdzie inni widzieli tylko chaos.
Peregrine – rzucił krótko, gdy usłyszał kliknięcie odebranego połączenia. Przycisnął telefon mocniej do ucha, drugą ręką masując kark, próbując uwolnić się od narastającego napięcia. – Mam kolejne miejsce. Musisz to zobaczyć, zanim ktokolwiek zdąży tu narobić bałaganu.

helena peregrine
33 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
165 cm
nobody smart plays fair
Awatar użytkownika
Running with bulls
Working my miracles
Holding my world together with a boot string
Living the dream
Benzos and gasoline
Coffee and blue light screens till the morning
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakiekolwiek
typ narracji3os.
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

30
trigger warning
miejsce zbrodni
"Mam kolejne miejsce".
Jadę — odpowiada bez zbędnych ceregieli. Rozłącza się w tym samym momencie, w którym chwyta znoszoną ramoneskę z oparcia fotela. W pośpiechu opuszcza komendę, sprawdzając po drodze wiadomości w oczekiwaniu na adres.

Nie musi pytać, o jaką sprawę chodzi – częstotliwość telefonów od Bellerose'a wzrosła wraz z aktywnością Garbarza. Detektyw szybko nauczył się, na kogo może liczyć w kwestii śledztwa, które większość pracowników TPS omija szerokim łukiem. Z dobrych powodów – tych samych, dla których Helena w nie brnęła.
Morderca, który już dorobił się w mediach przydomka, a w niektórych kręgach nawet rzeszy fanów, był dokładny i skrupulatny. Jednocześnie działał na tyle chaotycznie, by przewidzenie jego następnego ruchu graniczyło z cudem. Pozwolenie sobie na oficjalny przydział do tej sprawy równało się zawodowemu samobójowi, jeśli nie wręcz samobójstwu, bo opinia publiczna domagała się sprawiedliwości wręcz natarczywie. To zrozumiałe – ludzie chcieli spać spokojnie, wiedząc że oni ani ich bliscy nie padną ofiarą grasującego seryjnego – ale jednocześnie dziennikarska wścibskość rzadko pomagała w rozwiązaniu takich spraw. Zbyt skrupulatne wykonywanie obowiązków czwartej władzy nie tylko rozdmuchiwało ego sprawcy, ale i uprzedzało go o następnych ruchach policji, coraz odważniej krytykowanej w dotyczących Garbarza artykułach.

Peregrine miała to – krótko mówiąc – w dupie. Mogła zostać obsmarowana, wymieniona nawet z imienia i nazwiska. Czasami po cichu nawet na to liczyła, bo wtedy może przynajmniej spotkałaby się z Garbarzem twarzą w twarz. Zaspokojenie ciekawości było większym priorytetem nawet od bezpieczeństwa, odkąd jej młodszy brat wyjechał z kraju, a Helena nosiła w sobie aroganckie przekonanie, że potrafiłaby się obronić przed seryjnym mordercą. Równie dobrze i tak może już znajdować się na liście potencjalnych ofiar – pasowała do profilu. Młoda, samotna kobieta. Pracoholiczka, która z pracy wychodzi czasami dopiero wtedy, gdy poranna ekipa sprzątająca nieśmiało prosi o przestrzeń w jej biurze. Ze specjalizacją w kuszeniu losu – jeśli można tak nazwać angażowanie się w sprawę na pierwszy rzut oka z góry straconą.
Te właśnie lubiła przecież najbardziej.

Dociera na miejsce w rekordowym tempie, świadoma, że musi uprzedzić falę dziennikarzy, która niedługo zwali im się na karki – nie ma pojęcia, skąd mogliby już wiedzieć o odkryciu kolejnego miejsca zbrodni, ale czuła to niemal podskórnie. Kiwnięciem głowy wita kilku techników stojących przed warsztatem. Przechodzi pod taśmą policyjną, bierze od kogoś parę nitrylowych rękawiczek i kieruje się do epicentrum okropnego zapachu, który wypełnia przestrzeń. Z daleka widzi spięte plecy Bellerose'a. To, że detektyw się przejmuje, ceni w nim chyba najbardziej – nawet jeśli z doświadczenia wie, że to mogło jedynie utrudnić sprawę.
Jemu także jedynie kiwa głową na przywitanie, szybko skupiając się na wnikliwej obserwacji miejsca zbrodni – czy też raczej ekspozycji, bo ilość krwi sugeruje, że do morderstwa doszło gdzieś indziej. Skórowanie odbywało się zawsze post mortem, jako część wręcz rytuału. Miejsce odnalezienia ciała było jedynie opowieścią o całym zajściu – sterylne i dopracowane do granic możliwości. Nieskazitelne. Wszystko, co widać, to element narracji sprawcy. Wliczając w to nieprawidłowości.

A gdzie reszta? — pyta, mrużąc oczy. Odwraca głowę na Bellerose'a. — Brakuje jednego fragmentu — mówi, wskazując na drucianą siatkę w głębi pomieszczenia. Za chwilę znowu odwraca wzrok na ciało. Może się mylić, ale cztery dosyć małe płaty skóry nie byłyby w stanie pokryć wszystkich braków zauważalnych na ciele ofiary. — Nie wygląda ci to tak, jakby wzrok ofiary był skierowany w konkretne miejsce? — Staje na trajektorii tego niewidzącego spojrzenia; dłonią wytycza jego tor, który pada na ziejące pustką miejsce zaraz obok zawieszonych fragmentów skóry. Podchodzi tam i za chwilę odwraca się do detektywa z nagleniem w spojrzeniu.
Pośród pyłu i starych plam oleju, pod siatką czai się wyryty w brudzie, niemal niezauważalny rysunek przypominający topografię terenu.
Przypomina ci to coś?

Cree Bellerose
echo
to tylko forum jbc
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
szczegółowy opis miejsca zbrodni
Już jakiś czas temu doszedł do wniosku, że trudne, może wręcz beznadziejne sprawy takie jak ta były zakodowane gdzieś głęboko w jego DNA. Jeszcze za czasów Nowego Orleanu trafiał na podobne przypadki powiązane z lokalną sektą. Nie był co prawda przydzielany do nich bezpośrednio – był wtedy tylko funkcjonariuszem w patrolówce, kimś, kogo nikt nie pytał o zdanie – ale przez braki kadrowe zjawiał się na miejscach zbrodni wystarczająco często, by makabra przestała być dla niego czymś abstrakcyjnym. Widywał różne rzeczy. Czasem podobne do tej. Nigdy jednak sprawca nie bawił się z nimi w kotka i myszkę. Nikt nie zapewniał im groteskowej rozrywki w formie zagadek zapisanych na fragmentach ludzkiego ciała. To było nowe. Gorsze.

Czy obawiał się prasy i opinii publicznej? Czy to, jak zawzięcie próbowano przerzucić winę za grasującego psychola na policję, stawało się dla niego powodem, by zrezygnować? Niekoniecznie. Wiedział, że przez ludzi przemawiał strach. Obawiali się o swoich bliskich i słusznie – w końcu schemat działania Garbarza był znany, i nikogo szczególnie nie wykluczał. Żony, dziewczyny, samotne kobiety, często w miejscu pracy, a jeden z przypadków wydarzył się nawet w mieszkaniu ofiary. Nie wybrzydzał. Nie dyskryminował. Ciężko było przygotować listę osób zagrożonych; wyszłaby zbyt obszerna, bezużyteczna, żeby mogła im w jakikolwiek sposób pomóc. Straciliby na nią tylko czas.
Garbarz nie popełniał typowych błędów innych seryjnych morderców. Był skrupulatny i dokładny w tym, gdzie i jak popełniał zbrodnie, przez co tak naprawdę od dawna im umykał. Może i piąta ofiara nie sugerowała jeszcze, że sytuacja była aż tak beznadziejna, ale czas między kolejnymi ciałami zawężał się w niepokojącym tempie. Wcześniej były to nawet dwa miesiące przerwy. Od czwartego ciała minął zaledwie tydzień. Sprawca – widząc bezskuteczność policji – najwyraźniej się rozkręcał. A to tylko potęgowało społeczne napięcia, które i tak już wisiały nad miastem, jak ołowiana chmura.

Gdy Helena zjawiła się na miejscu, jak zwykle był zaskoczony tym, jak szybko kobieta przechodziła do działania. Nawet on, znając to śledztwo równie dobrze co ona, nie miał takiego tempa. Może po prostu się nie spieszył. Wiedział, że wciąż byli dalecy od rozwiązania sprawy. Że dzisiejszej ofierze już nie pomogą.
Rozejrzałem się po budynku i nie znalazłem nic więcej. Może wziął sobie coś na pamiątkę? – zasugerował, wzruszając ramionami. – Wcześniej tego nie robił, ale to samo myśleliśmy o tym, że nie rozczłonkowuje ofiar, a czwarta nas pod tym względem zaskoczyła.
Poprzednie ciało znaleźli dosłownie w kawałkach. Odnalezienie wszystkich kończyn, a w końcu i głowy, zajęło im sporo czasu. Każdy element wskazywał na inną poszlakę, które razem złożyły się na kilkucyfrowy szyfr do otwarcia zamka przy niewielkim pudełeczku znalezionym w ustach głowy oddzielonej od reszty ciała. Dlatego, kiedy kobieta zauważyła teraz podobny zabieg przy nowym ciele, nie poczuł się zaskoczony. W jego spojrzeniu było tylko ponure potwierdzenie tego, czego się spodziewał. W milczeniu śledził jej poczynania i przestąpił kilka kroków, gdy wskazała na rysunek.
Szkic przedstawiał jedną z dzielnic mieszkalnych na obrzeżach Toronto – sugerowały to budynki ułożone w podobnej odległości od siebie, powtarzalne i nieprzypominające biurowców ani innych budynków użytkowych. Czy morderca planował zaatakować w tak zaludnionym otoczeniu? Czy stał się na tyle beztroski, czy może po prostu na tyle pewny siebie? Obie wizje przerażały go jednakowo. Wolałby, żeby to był przypadek. Wiedział jednak, że z Garbarzem takie przypadki się nie zdarzały.
Nie powiem ci, która to dokładnie ulica, ale wygląda na Rexdale. Obszary tuż przy granicy miasta – rzucił, po czym odwrócił się i podszedł do jednego z techników zajmujących się numerowaniem i opisywaniem znalezionych poszlak. Wziął od niego dwa przedmioty i po chwili wrócił do Heleny. – Gdy na ciebie czekałem, znalazłem jeszcze fotografię i klucz. Wygląda mi to na jakąś szopę zaraz przy budynku mieszkalnym. Klucz pewnie pasuje do widocznego zamka.
W trakcie rozmowy podszedł do nich jeden z funkcjonariuszy – zdyszany, blady, wyglądający, jakby przed chwilą zobaczył ducha. Po krótkim przedstawieniu się poinformował ich, że znaleziono ciało drugiej ofiary, tuż za ścianą, w pomieszczeniu, do którego wcześniej nie mogli się dostać. Chwilę temu udało się przewiercić zamek i otworzyć drzwi. Dodał, głosem nieco łamiącym się na końcu zdania, że to, co tam zastali, wywróciło zawartość żołądka każdemu, kto wszedł do środka – więc niech się lepiej przygotują na najgorsze.
Westchnął. Nie tylko ze zmęczenia, ale też z rezygnacji. Wszystko szło nie po ich myśli.
Panie przodem? – zasugerował Peregrine. To nie tak, że nie chciał wejść jako pierwszy do pomieszczenia. Naoglądał się już dzisiaj brutalnych scen. Kolejna nie sprawiłaby mu większej różnicy. – To nasze pierwsze podwójne morderstwo.
Takiego obrotu sytuacji nie przewidział. Zdziwił się wcześniej, że piąta ofiara nie wniosła do dochodzenia niczego, czego nie widzieli wcześniej. Jak właśnie się przekonali, sromotnie się pomylił. Poczuł, jak gardło zaciska mu się w dokładnie ten sam sposób co za każdym razem, gdy rzeczywistość okazywała się gorsza od najmroczniejszych scenariuszy.
Drugie ciało. Tego samego dnia.

helena peregrine
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”