29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Najwyraźniej za często — odparła, chociaż kącik jej ust drgnął jeszcze odruchowo, jakby nawet teraz musiała dać mu tę drobną satysfakcję. Gdy jego głowa opadła na oparcie, złośliwie przesunęła dłoń razem z nią, odsuwając włosy z wilgotnego czoła. Kilka krótszych kosmyków przykleiło się przy skroni, tuż obok zaschniętej krwi, więc zgarnęła je ostrożniej, dopiero wtedy przyglądając mu się nieco uważniej.
Wyglądał inaczej. Wyglądał nie tak. Rozchylona koszula odsłaniała obojczyki i klatkę piersiową, ale jej spojrzenie zatrzymało się najpierw na szyi, na ruchu pod skórą, kiedy przełknął ślinę, później przesunęło wyżej, wzdłuż żuchwy. Był zbyt blisko, żeby podobne szczegóły mogły jej umknąć, a ona najwyraźniej nie potrafiła zupełnie przestać zwracać na nie uwagi, nawet kiedy rozsądek podpowiadał, że miała przed sobą coś znacznie ważniejszego. Nadal czuła ciepło jego skóry pod palcami, i nadal pamiętała, jak niewiele dzieliło jej dłonie od jego ciała przy rozpinaniu kolejnych guzików.
Tyle że teraz coraz mniej podobał jej się sposób, w jaki na nią patrzył.
Na wzmiankę o narkotykach zamarła w pół ruchu.
— Domyślasz się jakie? — zapytała po chwili, potrzebując odpowiedzi chyba przede wszystkim na upewnienie się, że dobrze usłyszała (i dlatego, że raczej nie znała się na narkotykach). Mówił o tym tak spokojnie, jakby właśnie przypomniał sobie coś zupełnie nieistotnego, a przecież jeszcze niedawno chciał odzyskać szklankę. Chyba całe szczęście, że mu ją wydarła — I ile tego wypiłeś?
Spojrzała w stronę odstawionego alkoholu. Pamiętała jego zapach, ale trudno było oczekiwać, że nagle odgadnie po nim zawartość, skoro sam Vincent najwyraźniej nie był jej pewien. Bardziej martwiło ją to, dla ilu rzeczy zdążyła znaleźć inne wyjaśnienie. Z guzikami miał sobie nie radzić przez poranione dłonie, siedział ciężko, bo był zmęczony, a rozgrzana skóra… Cóż, z tym od początku miała problem, lecz nadal próbowała podciągnąć ją pod wysiłek i to, co wydarzyło się przed jej przyjściem.
Sięgnęła po telefon, odblokowała ekran i dopiero wtedy spojrzała w kierunku drzwi.
Dalej leżało przewrócone krzesło, dokumenty i szkło, na ścianie nadal była krew. Nie miała pojęcia, co właściwie się tutaj wydarzyło, ale wpuszczenie ratowników do poranionego właściciela klubu, który być może został jeszcze czymś odurzony, raczej nie skończyłoby się bez pytań. Ba, w Kanadyjskich realiach to wywołałoby dość porządny alarm wśród służb. Z drugiej strony nie mogła siedzieć i czekać, aż sam uzna, że jednak potrzebował pomocy.
— Masz lekarza, który może tu przyjechać? — Wróciła do niego spojrzeniem, nie wypuszczając telefonu z dłoni. Zanim go odłożyła, włączyła latarkę. — Popatrz teraz na mnie — poprosiła.
Pochyliła się bliżej, przesuwając światło kolejno ku jego oczom. Obserwowała reakcję jego źrenic, porównywała ze je ze sobą, choć z tej odległości widziała również drobne różnice w kolorze tęczówek. Poczuła jego oddech na swoim policzku; ciepły, przesycony alkoholem, a pod nim nadal ten znajomy zapach, który potrafił przypomnieć jej o ostatnim wieczorze w najmniej odpowiednim momencie.
Przełknęła ślinę i poprawiła telefon. Zwykle przecież pierwsza odwracała wzrok, teraz sama prosiła, żeby na nią patrzył, i musiała jakoś znieść również to, co poza niepokojem robiła z nią ta bliskość. Nawet z rozciętą wargą i krwią przy brwi nadal był Monroe, przez którego ugotowała za dużo obiadu, zapakowała go w pojemniki i przyjechała tutaj, chociaż po drodze zdążyła kilka razy uznać, że nie powinna.
Wyłączyła światło.
— Kręci ci się w głowie? Niedobrze ci? Widzisz podwójnie?
Studia nie zrobiły z niej lekarza, ale po inżynierii biomedycznej wiedziała przynajmniej, że przy urazie głowy i czymś nieznanym w alkoholu nie wystarczyło sprawdzić jednej rzeczy i uznać, że wszystko było dobrze. Dokończyła zsuwanie koszuli, ujęła jego nadgarstek i przez chwilę sprawdzała puls, spoglądając również na klatkę piersiową. Tatuaże poruszały się wraz z oddechem, pomiędzy nimi odznaczały się stłuczenia, a ona złapała się na tym, że kciukiem przesuwała po boku jego dłoni.
Nie przestała, tylko zrobiła to jeszcze raz, delikatniej.
Przywykła, że to on wiedział, co robić, nawet jeśli sposób, w jaki się do tego zabierał, potrafił doprowadzać ją do szału, teraz natomiast łapała się na tym, że czekała na jakąś znajomą reakcję. Na spojrzenie, które zatrzyma się na niej nieco przytomniej, kolejną zaczepkę, cokolwiek, co pozwoliłoby jej uznać, że wcale nie było tak źle. Nie chciała jednak domagać się od niego zapewnień, które dotychczas rozdawał tak hojnie i z których niewiele wynikało. Potrzebowała, żeby pozwolił jej się sobą zająć, nawet jeżeli nie wszystko potrafiła zrobić sama; on przecież tyle razy zostawał przy niej, kiedy była przestraszona, uparta albo… trudna. Tylko wolałaby, żeby przestał tak ciężko opierać głowę i spojrzał na nią w ten swój denerwujący sposób, przez który jeszcze niedawno nie wiedziała, gdzie podziać oczy.
Puściła jego rękę, żeby sięgnąć po opatrunek, i przyłożyła go do rozcięcia przy boku. Poprawiła się na kanapie, kolano nadal pozostawiając w punkcie bezpośredniego styku.
— Powiedz mi o tej butelce — poprosiła ciszej. — Co ci powiedzieli, kiedy ją przynieśli?
Vincent Monroe
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiele rzeczy wydawało mu się w tej chwili całkowicie logiczne.
Alkohol, który spożył, był całkiem normalny - to znaczy jak wszystko domowej roboty, co kiedykolwiek mu wręczono. Dużo gorsze i bardziej walące poszczególnymi składnikami niż to, co można było kupić. Mocniejsze i bardziej kopiące. Wymuszające uśmiech i podziękowanie za podarunek, który najchętniej wylałoby się do zlewu.
Czuł się również po nim dość odprężony. Nie bolał go brzuch, nie czuł, by coś było "nie tak". Jego ciało otulała miękka kanapa i na ten sam wzór czuł wpływ działających na niego substancji w jego umyśle. Był w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś chciałby w ten sposób przeprowadzać spotkania biznesowe. I był w stanie uwierzyć, że Steve byłby osobą na tyle pierdolniętą, by spróbować połączyć to wszystko w jedną butelkę.
A jednocześnie czuł drzemiącą gdzieś pod tą miękką pierzyną irytację. Owszem, sam, odruchowo, wypił tego zbyt dużo, niż powinien. Ale choć został oględnie ostrzeżony, nagłość pozbawiania go wszelkiej kontroli go irytowała.
- Rekreacyjne? - odparł pytaniem na pytanie, z nutą żywego rozbawienia schowaną w głosie. To przecież nie miało znaczenia jakie były to narkotyki, a on nie był też znawcą by rozpoznawać je po nazwach. Z pewnością nie były to stymulanty, po nich nie czułby się tak s p o w o l n i o n y.
- Sprawdzasz w internecie jak działają narkotyki, kujonie? - Jego brew pomknęła w górę, głowa oderwała się od oparcia kanapy gdy sięgnęła po telefon. Był to, jak się okazało, o g r o m n y błąd, bo Haze bezczelnie przyświeciła mu prosto w oczy latarką, która musiała mieć moc tysiąca słońc.
Zniósł ten proceder na całą połowę wieczności, w której chyba wypaliła mu siatkówkę. Zmrużył oczy, wyciągając w jej stronę rękę - celował w telefon, lecz zamiast tego zamknęła się na jej nadgarstku. Wyczulony na jej skórę, nawet w tym spowolnionym trybie nie pozwolił, by jego chwyt był mocny - z jego pomocą odsunął wyłącznie jej telefon od swojej twarzy. - Jesteś strasznie niemiłą pielęgniarką, Haze.
Słońce musiało zajść - albo jej latarka wyrządziła na tyle szkód, że gdy wreszcie ją wyłączyła, potrzebował chwili by zorientować się w panującym wokół mroku. Jego oczy poszukiwały jej obok, przechodziły przez ten punkt styku, przez palce na jego dłoni, na siedzącą obok kobietę.
Ją widział dużo ostrzej niż kiedykolwiek wcześniej.
Widział drobny pieprzyk na jej twarzy i parę nieśmiałych piegów, które wypełzły pod wpływem słońca. Małą bliznę przy samej linii włosów, tak bladą i niewyraźną, że musiała pochodzić z czasów dzieciństwa, może nawet zapomniana przez samą posiadaczkę. Całą mapę drobnych niedoskonałości, rozsianych po jej idealnej twarzy jak linie papilarne, dzięki którym zawsze mógłby ją rozpoznać.
Był n a ć p a n y.
- Widzę przed sobą jedną histeryczkę - odrzucił sarkastycznie, ale złośliwość nie przeniknęła jego głosu, pozostawiając go tak łagodnym, jak bywał wyłącznie w jej obecności. - Czy też ją widzisz? Czy to jednak kostucha?
Jakby w natychmiastowym wymiarze sprawiedliwości, opatrunek zetknął się z raną na jego boku - a jemu w gwałtowny sposób przypomniano, że w ogóle ją posiadał. Syknął, odsuwając się nieco od jej ręki w reakcji, która nie miała zbyt wiele wspólnego z logiką, ale bardzo dużo z poszukiwaniem komfortu, którego, pomimo otumaniającego działania krążących w jego żyłach substancji, nie czuł zbyt wiele.
Nie z każdym, piekącym punktem na jego ciele i łomotem młota pneumatycznego w jego głowie.
- Pili ją ze mną - odrzucił niechętnie, nie rozumiejąc, skąd w ogóle powstała potrzeba przeprowadzania w y w i a d u, gdy sytuacja, w jego oczach, nie była w żaden sposób paląca. Dostrzegał jednak troskę wymalowaną na jej twarzy, choć nie potrafił do końca powiedzieć dlaczego tam była. Nie czuł się szczególnie źle, a Haze w ogóle nie powinno tu być.
A jednak bardzo cieszyło go to, że tu była.
- Prędzej czy później przestanie działać. - jego głowa znów oderwała się od kanapy, choćby na chwilę, by móc przekazać jej swoje pokrzepiające przekonanie również z pomocą spojrzenia. - Nie umrę od tego - dodał, z całkowitą powagą, lecz rozbawienie znów błysnęło w jego oczach. - Choć chciałbym zobaczyć, jak tłumaczysz się z zamordowania mnie ochronie.

dream reaper
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rekreacyjne nie było odpowiedzią, której potrzebowała. Właściwie nie było nawet nazwą określonej grupy substancji, bo równie dobrze mógł mówić o czymś, co miało go jedynie rozluźnić, jak i o czymś, co w połączeniu z alkoholem oraz uderzeniem w głowę mogło skończyć się zdecydowanie gorzej. Najbardziej niepokojące pozostawało jednak to, że Vincent najwyraźniej sam nie wiedział, co właściwie wypił. Mogli równie dobrze dolać mu płynu do płukania podłóg – Sosnowe Marzenie bądź coś podobnego.
A ona próbowała ustalić czy dostał coś, po czym będzie jedynie opowiadał głupoty czy jednak coś, przez co za chwilę przestanie oddychać. Różnica była dla niej dość istotna.
Nie zdążyła dodać niczego więcej, bo jego palce zamknęły się na jej nadgarstku, a telefon odsunął się wraz z jej dłonią. W pierwszym odruchu spojrzała właśnie na nie; na poharatane knykcie, drobne rozcięcia i krew, która zaschła przy jednym z paznokci, później na kciuk spoczywający na jej skórze. Pozwoliła mu kierować swoją ręką, dopóki sama nie wyłączyła latarki, i dopiero wtedy opuściła telefon telefon.
— Sam jesteś niemiłym pacjentem — odpowiedziała, nie mając nawet pojęcia, czemu bierze udział w tej dziecięcej przepychance.
W półmroku trudniej było jej ocenić jego źrenice, ale za to znacznie łatwiej zauważyć, że Vincent nadal się jej przyglądał. Zwykle pierwsza odwracała wzrok. Tym razem wytrzymała odrobinę dłużej, chociaż coś ścisnęło ją pod żebrami, kiedy dotarło do niej, jak blisko nadal się znajdowali. Wystarczająco, by widziała zaczerwienienie na białkach jego oczu i cienką smugę krwi ciągnącą się od rozcięcia przy brwi. Wystarczająco, żeby oddech przesycony alkoholem osiadał ciepłem na jej policzku.
Dopiero jego kolejna zaczepka sprawiła, że zmrużyła lekko oczy.
— Nie, widzę za to jednego głupka poprawiła go. Kącik jej ust drgnął, choć bardziej pod wpływem znajomego tonu niż samego żartu.
Przemycił jednak, w całym tym bełkocie, jedną informację, która choć w mikroskopijny sposób ją uspokajała. Fakt, że jego wspólnicy – jak zwał tak zwał – również pili zawartość tej samej butelki pozwalał założyć jej, że przynajmniej nie został otruty. Biorąc jednak pod uwagę gabaryty Monroe, to cokolwiek by tam się nie znalazło – było w dawce jak dla konia.
Nie rozwiązywało to jednak jej problemu. Podobnie jak to, jak sarkazm nadal pobrzmiewał w jej głosie, kiedy zapewnił ją, że nie umrze. Zniknął dopiero przy kolejnych słowach. Jej palce zatrzymały się na opatrunku w bezruchu.
Monroe żartował, oczywiście. Wskazywało na to rozbawienie błyskające w jego oczach, lekko uniesiony kącik rozciętej wargi i sposób, w jaki mówił o własnej śmierci. Najwyraźniej naprawdę bawiła go myśl, że to właśnie ona mogłaby go zabić, a później stać przed ochroną Rapture i próbować jakkolwiek się z tego wytłumaczyć.
Bo przecież było to absurdalne.
Przynosiła mu jedzenie, sprawdzała puls i siedziała obok z dłonią przyciśniętą do jego nagiej skóry, martwiąc się nawet tym, że przez moment patrzył na nią mniej przytomnie niż zwykle. Nie wyglądała jak ktoś, kto planował zrobić mu krzywdę. Jeszcze kilka tygodni wcześniej prawdopodobnie sama nie uwierzyłaby, że po wszystkim, co przeżyła, pozwoli jakiemukolwiek mężczyźnie znaleźć się dostatecznie blisko, żeby mogła przejmować się każdą zmianą w jego oddechu.
A jednak pomiędzy tym wszystkim nadal istniała jej siostra.
Istniała propozycja, której przyjęcie miało sprowadzić Vincenta do roli zapłaty, nawet jeżeli z każdym kolejnym spotkaniem coraz trudniej było jej myśleć o nim w podobny sposób. Miała go wydać ludziom, którzy z pewnością nie zamierzali posadzić go na kanapie i opatrzyć ran; wiedziała o tym od samego początku, ale dotychczas znacznie łatwiej było nie zastanawiać się, co właściwie wydarzy się później.
Zaczynała nienawidzić siebie za to, jak łatwo przychodziło jej ukrywanie kłamstwa pomiędzy rzeczami prawdziwymi.
— Nie żartuj tak — powiedziała ciszej, niż zamierzała. Zsunęła z niego spojrzenie i skupiła się całkowicie na ranie. Oczyściła ją delikatnie z krwi i zanim zalała ją nowa fala, zakleiła całą sznytę stripami, które znalazła w aptecze. Zostało jej tylko okleić jego bok gazami, by zabezpieczyć ranę. Nie odzywała się w czasie tego zabiegu, nie reagowała zbytnio – świadomie całą swoją uwagę inwestując w naprawę. Byleby tylko zagłuszyć sumienie,
Podniosła na niego spojrzenie, choć tym razem pobieżnie przesunęła nim po jego twarzy, ostatecznie zatrzymując się na jego rozciętym łuku brwiowym, świadomie unikając samych oczu. I jego spojrzenia.
— Masz dwie możliwości, Monroe. Podajesz mi numer do lekarza, który powie mi czy aby na pewno mam się tobą nie martwić — zaczęła, sięgając wacikiem do pokrytego krwią miejsca — albo idę po tego twojego sympatycznego managera i pytam go przy całym klubie, kto zajmuje się tobą, kiedy jesteś półnagi i średnio kontaktujący. — Pewnie była cała lista takich osób, które za wspólny mianownik miały to, że były seksownymi kobietami i wszystkie konsekwentnie powtarzały Monroe, że jest gorący.
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może gdyby posiadał w sobie odrobinę przytomności, dostrzegłby treść zmiany w jej mimice, powstałą w reakcji na jego słowa. Słowa, które były przecież ż a r t e m.
Nie zamierzał dzisiejszego wieczoru umierać. Wątpił, by Avis uwierzył w to, jakoby Haze własnoręcznie przyniosła mu zgubę. Ktokolwiek wparowałby w tej chwili do gabinetu, szukałby winnego gdzie indziej - we właścicielach whisky, którą mu podarowano, w osobach, które sięgnęły po nóż. Może nawet w nim samym, w jej głupocie, zwierzęcym instynkcie, który nakazywał mu przeć naprzód nawet, gdy logika podpowiadała by się wycofać.
Nie wiedział, co się zmieniło - wiedział jednak, że c o ś to zrobiło.
A to sprawiło, że jego własne brwi się zmarszczyły, w otumanionym umyśle pojawiła się nuta powagi, którą go zaraziła. Rozmowa z Haze przypominała poruszanie się po polu minowym - każda, nawet najdrobniejsza uwaga mogła spowodować eksplozję, która całkowicie przekształcała energię w pomieszczeniu. Nauczył się wokół tych min lawirować.
Naćpany, jednak, najwyraźniej wchodził w pierwszą, jaka się napatoczyła.
- Nie dołożę ci problemu pozbycia się mojego ciała - zaczął, w desperackiej próbie wyjaśnienia, uspokojenia jej, cofnięcia czasu, cofnięcia kroku, który wdepnął w miejsce, w które nie powinien wchodzić. Kącik jego ust pozostał uniesiony w górę, lecz wyłącznie do chwili, w której nasączona środkiem do dezynfekcji gaza nie dotknęła jego rany, a jego szczęka napięła się by nie zwerbalizować dyskomfortu. - Wiem, jak smakuje śmierć - mruknął, w jego głowie nie brzmiało to tak pompatycznie jak gdy zostało wypowiedziane na głos. - Dzisiejszy wieczór co najwyżej przypłacę dietą z leków przeciwbólowych przez najbliższe dni.
Jego instynkt, nawet pomimo płomieni, które trawiły jego bok i skroń, i które wdzierały się do jego głowy, pozostawał uśpiony. Może mógłby zrzucić to na karb jej obecności lub narkotyków rozlewających się w jego systemie, ale z doświadczenia wiedział, że ta jedna rzecz w jego kwestii była niezawodna.
N a p r a w a była dobrym określeniem.
Jego ciało było narzędziem, którym posługiwał się w dowolny sposób, każde zadane mu obrażenia oderwane od umysłu, który pozostał nimi niezmącony. Nie dbał o to - i właśnie dlatego uważał, że i ona nie powinna się o to dbać, ani tym się zajmować. Z pewnością miała inne, lepsze rzeczy do roboty dzisiejszego wieczoru.
A jednak myśl, że na jej miejscu miałby pojawić się ktoś inny, wydawała mu się trudna do zniesienia.
Szczególnie, gdy była tak b l i s k o.
- Błagam, nie - westchnął, czując przypływ irytacji na samą myśl, że miałby stanąć twarzą w twarz ze swoim sympatycznym managerem w tym stanie. - Nie chcę spędzić reszty nocy na słuchaniu wykładu o tym, dlaczego nie powinienem robić rzeczy, które robię.
Urwał, gdy wacik trafił w jakiś newralgiczny punkt na jego skroni. Prąd przemknął przez jego ciało, a on nie spostrzegł, gdy jego dłonie odnalazły punkt, na którym mogłyby się zacisnąć, uziemić go z dala od tych bólowych sensacji. Jedna chwyciła za siedzenie kanapy, druga - nieświadomie zacisnęła się na jej udzie.
- To - mruknął, wypuszczając materiał kanapy ze swojej dłoni by wskazać ostentacyjnie swój s t a n. - Jest najtańsza opcja. Nie kosztuje pieniędzy ani nie kosztuje ludzi - tłumaczył, nie wiedząc w zasadzie dlaczego. Wypełniał ciszę gdy tkwiła obok, przypominając mu o minie, w którą wdepnął, jak i o świadomości tego, że zaraz nie będzie mu potrzebna - w ten sposób, który był jasny do wytłumaczenia i racjonalny. Nie mógł przecież poprosić jej, by została. - Więc jest najlepsza.
Dopiero teraz zorientował się, że jego dłoń zacisnęła się na kobiecym udzie.
Rozwarł palce, pozwalając jej swobodnie się poruszyć gdy sięgała do apteczki. Może tak było l e p i e j. Może powinna wyjść, stworzyć dystans między nimi. Przy każdym ich spotkaniu był najbardziej opanowaną i kontrolowaną wersją siebie, jaka istniała.
Ale dzisiejszego wieczoru resztki tej samokontroli były opóźnione, przytłumione przez działanie substancji jak odruchy, które powinien wciąż posiadać, lecz najpierw musiał o nich świadomie pomyśleć.
- Nie potrzebuję lekarza - dodał, przypominając sobie pierwszą opcję - tym samym nie wybierając żadnej.

let me explain
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wiedziała, czy bardziej nie podobało jej się to, jak swobodnie mówił o śmierci, czy fakt, że najwyraźniej uważał własne doświadczenie w tym temacie za dostateczny argument, żeby mogła już przestać się przejmować. Jakby wcześniejsze znalezienie się wystarczająco blisko niej automatycznie oznaczało, że potrafił bezbłędnie ocenić, kiedy groziła mu ponownie; jakby człowiek, który nie wiedział nawet, czym został odurzony, był w tej chwili najbardziej wiarygodnym źródłem informacji na temat swojego stanu.
Nie był.
To miało mnie uspokoić? — zapytała, przenosząc wzrok z rany na jego twarz. — Bo jeżeli tak, to chyba powinieneś spróbować jeszcze raz.
Nie doczekała się przecież żadnej diagnozy, jedynie zapewnienia człowieka, który niemal od początku ich znajomości usiłował wmówić jej, że wszystko potrafił rozwiązać s a m. Tym razem różnica polegała wyłącznie na tym, że krwawił w kilku miejscach, był naćpany i nadal uważał, że miała uwierzyć mu na słowo.
To było jego słowo, więc w innych okolicznościach może nawet by wystarczyło. Teraz niekoniecznie.
Jej ciało odpowiedziało na jego dotyk odruchowo, spinając mięśnie pod materiałem spodni, a alarmujący impuls rozszedł się od miejsca dotyku, wspinając się po kręgosłupie, zostawiając za sobą napięcie. Paraliż rozlał się po jej tkankach, zostawiając za sobą tępe poczucie braku kontroli i braku możliwości ucieczki. Jedynie przygotowanie na to, co będzie dalej. Na najgorsze.
Zanim jednak jej umysł zdążył rozpoznać się w sytuacji, nacisk zmalał, acz nie zniknął całkowicie. Wolną dłoń przesunęła na jego nadgarstek, nie próbując jednak poluzować chwytu, tylko układając palce nad tętnem. Nadal było szybsze, niż powinno, choć sama nie wiedziała, ile z tego mogła przypisać temu, co wypił, a ile wacikowi przesuwającemu się po otwartej ranie.
Nie skomentowała tego, czując jak skamieniałe ciało z wolna się rozluźnia. Nadal czuła na udzie ciepło jego skóry i miejsca, w których palce zdążyły mocniej wcisnąć się w materiał, ale jemu i tak udało się już wrócić do tłumaczenia, dlaczego pozwolenie organizmowi na samodzielne poradzenie sobie z narkotykami, alkoholem oraz obrażeniami było rozwiązaniem najlepszym, bo najtańszym.
Brzmiało to jak logika kogoś, kto każdą udzieloną mu pomoc próbował sprowadzić do długu. Czyli brzmiało to jak jej logika. Z tą różnicą, że jej zasoby wydawały się być od początku znacznie mniejsze – sądząc choćby po tym, że ona nie rozbijała się po penthouse’ach z obłędnym widokiem.
— Ale mnie kosztuje. Nerwy — odezwała się, zanim zdążyła zastanowić się, czy rzeczywiście chciała to powiedzieć. Sięgnęła po jeden z gazików, aby go zwilżyć środkiem i przetrzeć nim twarz mężczyzny w miejscach, gdzie wciąż pozostawały rozmazane, czerwone smugi. — Martwię się o ciebie — przyznała po chwili. Wypowiedzenie tego na głos okazało się dziwniejsze, niż zakładała, przede wszystkim dlatego, że nie potrafiła już schować tych słów za troską o uraz głowy, nieznane narkotyki czy odpowiedzialnością za człowieka, którego przypadkiem znalazła w podobnym stanie. Robiło się to skomplikowane. I czuła, jak coraz mocniej i boleśniej osiada w niej całej.
Sięgnęła ponownie do apteczki, wysuwając z pudełka jeden z plastrów z pterodaktylem i odklejając papierowe zabezpieczenie. Westchnęła ciężko, jakby to miało jej pomóc pogodzić się z własną porażką. Przegrywała z naćpanym facetem. Przegrała bo mu ustąpiła.
— Ale widzę, że nie wezmę cię ni prośbą, ni groźbą, Monroe. — Pokręciła głową z dezaprobatą; kąciki ust, które przy tym zadrgały zdradziły ją. — Skoro nie potrzebujesz lekarza, to ktoś powinien mieć na ciebie oko przez cały ten czas. Może ci się przecież pogorszyć. — Wyciągnęła w jego stronę dłonie, by nakleić kolorowy opatrunek. — Chociaż w tym byś się mnie posłuchał.
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

M a r t w i ę się.
Słowa wybrzmiały obco, jakby wypowiedziane w innym języku bądź za grubą ścianą, należące do hałaśliwego sąsiada. Tym większy stworzyły dysonans, gdy wraz z nimi kobieca dłoń przesuwała się po jego twarzy robiąc coś nadmiarowego - takiego jak ścieranie śladów krwi z jego policzka czy skroni, których obecność w żaden sposób życiu mu nie zagrażała.
Te obce, tajemne słowa osiadły na jego klatce piersiowej i trzewiach, zacisnęły się na nich mocno, pewnie, aż wypaliły w jego wnętrzu ślad w kształcie każdej literki z osobna.
Nie powinien przywiązywać do nich większej wagi. Były dość kulturalnym wyrazem troski o kogoś, z kim było się połączonym - choćby więzami koleżeństwa, współpracy bądź nocnego wyciągania z opresji. Haze nieustannie twierdziła, że miała wobec niego dług, mógł to być więc jakiś sposób, w jaki chciała go odpracować.
Nie musiał daleko szukać argumentów - same wpadały mu do głowy. Był ranny na tyle, by mogła się do czegoś przydać. Przyszła tu przypadkiem, przynosząc mu obiad, zapewne w zamian za to, że samochód wylądował u niej tak, jak zapowiedział.
Zesztywniała, gdy jego dłoń podświadomie odnalazła jej nogę - jakby w tym układzie, w którym pomogła mu zdjąć z siebie koszulę i opatrywała jego rany, ten rodzaj bliskości, który opierał się na czymś praktycznym, był jedyną jej formą, jaką akceptowała.
Powtarzał sobie wszystkie te rzeczy, jak mantrę, ale ta nieznośna kreatura gdzieś za jego mostkiem wciąż trzepotała, wciąż czuł ją aż przy samym gardle.
Haze była p r o b l e m e m.
- Zgłaszasz się na ochotnika? - zażartował, gdy sam widok kolorowego plastra z pterodaktylem zbliżającego się do jego twarzy kompletnie wymazał to zdanie na jej temat, które odbijało się echem w jego czaszce sekundę wcześniej.
Był naprawdę naćpany.
Nie wiedział tylko, czy głównym winowajcą była substancja w jego żyłach, czy zapach jej perfum, otaczający go jak miękka kołdra przez cały ten czas, gdy była tak blisko.
- Już dość dla mnie zrobiłaś - poprawił się, na tyle szybko, by nie wymuszać na niej pełnej zakłopotania decyzji. Żart był tylko żartem. A Haze była zbyt skomplikowaną istotą, by w tym stanie potrafić ją rozwikłać. - Miną godziny, zanim to ze mnie zejdzie.
Odchrząknął, prostując się. Zmusił swój kark do posłuszeństwa, nawet gdy pod wpływem delikatnego nacisku jej palców, gdy przyklejała plaster, znów opadł na oparcie kanapy. Jego ciało przypominało marionetkę - bezwładną i obojętną, póki nie znajdowała się obok.
Niezgrabną i gwałtowną, gdy jej obecność ciągnęła za któreś sznureczki, wymuszając na nich działanie.
- Obiecuję, że kogoś poproszę - skłamał, lekką ręką składając obietnicę bez pokrycia, jak zresztą miał w zwyczaju. Honor był dobrem luksusowym, przeznaczonym dla osób, które posiadały komfort potencjalnej utraty własnej przewagi. Nie wierzył w honor. - Dziękuję, za plaster, i za obiad.
Chłód wtargnął w miejsce, w którym była wcześniej. Przemknął po jego nagim torsie i po krawędziach opatrunku, który założyła, wspiął się po jego ramionach i dotarł do skroni, która ostatnia pamiętała jej palce.
Słońce zdążyło już schować się za horyzontem, kąpiąc wnętrze gabinetu w półmroku rozświetlanym przez złote światło lampki. W ostatnich jego promieniach, odbitych od nieba i budynków otaczających Rapture, widział wciąż z wielką dokładnością kontury jej twarzy i ciemne, długie włosy opadające na jej ramiona falami.
- Możesz iść, Violet - dodał łagodniej, ruchem podbródka wskazując oględną okolicę drzwi, przez które przeszła jakiś czas temu.
Nawet, jeśli jakaś jego część pragnęła, by i ona pozostała na nie tak ślepa, jak ślepy w tym momencie był on.

a debt with no end
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zdążyła odpowiedzieć na pytanie, bo Vincent niemal natychmiast zrobił to za nią. Zgłoszenie się na ochotnika przestało najwyraźniej wchodzić w grę, zanim w ogóle zdążyła zdecydować, czy zamierzała przyznać na głos, że dokładnie to przed chwilą zrobiła.
Docisnęła plaster do jego skóry, przesuwając opuszkiem wzdłuż niewielkiego skrzydła pterodaktyla, żeby upewnić się, że żadna z krawędzi nie zacznie zaraz odchodzić. Kolorowy obrazek wyglądał absurdalnie na tle rozciętej brwi, ciemniejącego stłuczenia oraz resztek krwi, których nie udało jej się jeszcze zetrzeć.
Oderwała dłoń dopiero, kiedy zapewnił ją, że miną godziny, nim działanie nieznanej substancji ustąpi. Jakby była to kolejna informacja, która miała ją uspokoić, a nie dokładne wyjaśnienie, dlaczego nie powinien zostawać sam. Obserwowała, jak próbował się wyprostować, jak jego głowa ponownie opadła pod naciskiem jej palców na oparcie kanapy, i nawet przez chwilę nie wyglądał jak ktoś, komu należało wierzyć w kwestii własnego stanu.
Obietnica również przyszła mu zdecydowanie zbyt łatwo; zwłaszcza gdy brało się pod uwagę sposób, w jaki wyślizgiwał się jej z poprzednich przymusów sięgnięcia po pomoc. Nie sięgnął po telefon, nie podał jej żadnego nazwiska ani nawet nie powiedział, kogo właściwie zamierzał poprosić. Zamiast tego podziękował za obiad i plaster w sposób, który nie pozostawiał wiele miejsca na kontynuowanie wizyty.
Kiedy wskazał drzwi, spojrzała w tamtą stronę.
Mogła wyjść. Właściwie powinna, skoro przyjechała wyłącznie po to, żeby oddać mu jedzenie, a później bez pytania zaczęła rozbierać go i opatrywać w jego własnym gabinecie. Być może rzeczywiście zrobiła już dostatecznie dużo. Być może Vincent próbował powiedzieć jej to możliwie łagodnie, zamiast wprost przyznać, że jej obecność przestała być potrzebna. Wniosek, jaki z tego wyciągnęła sprawił, że coś nieprzyjemnie ścisnęło ją pod żebrami.
Mogła wyjść. Powinna wyjść? Chciał, aby wyszła. Zbyt uprzejmy dla niej, by powiedzieć jej to dosadniej. Tyle, że gdyby wyszła to nie wiedziałaby, czy Monroe rzeczywiście po kogokolwiek zadzwonił. Mogłaby co najwyżej siedzieć z telefonem w dłoni, odliczać kolejne godziny i zastanawiać się, czy jego stan przypadkiem się nie pogorszył, a on sam nie okazał się zbyt uparty, żeby komukolwiek o tym powiedzieć.
Ponownie przeniosła na niego wzrok.
— Jakoś ci nie wierzę — przyznała wreszcie.
Zakręciła butelkę środka do dezynfekcji i odłożyła ją do apteczki razem z pozostałymi gazikami. Zsunęła się nieco dalej na kanapie, pozostawiając pomiędzy nimi dostatecznie dużo miejsca, żeby nie musiał odbierać jej obecności jako kolejnej próby zajmowania się nim. Nie zamierzała się narzucać. Nie zamierzała również zostawiać go samego tylko dlatego, że wskazał jej drzwi. Mała hipokrytka.
— Poczekam, aż kogoś poprosisz — dodała, spoglądając na niego uważnie. — I aż ten ktoś faktycznie tutaj przyjdzie. Wtedy sobie pójdę, skoro tak bardzo chcesz mnie wymienić na kogoś. — To miała być jedna z kolejnych, niewinnych zaczepek, które przecież wcześniej tak łatwo wsuwała między słowa, gdy z nim rozmawiała. Miała, ale została uszczypliwością, której nie planowała przemycać, a która wkradła się w wypowiedziane sylaby.
I to było dość nierozsądne z jej strony, bo skoro zrozumiała, że próbował ją wyprosić i stwierdziła, że był wobec niej zbyt uprzejmy, aby zrobić to w mniej bezpośredni sposób (choć zdanie ‘możesz iść’ w połączeniu ze spojrzeniem w kierunku drzwi było odpowiednio d o s a d n e), to niebezpiecznym i nieco nie fair było zostawanie pomimo tego.
still here
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Haze, jak już to ustalił nawet w oparach gasnącej świadomości, była kobietą s k o m p l i k o w a n ą.
Jednocześnie tkwiła tuż obok po to, by zaraz znajdować się bardzo daleko, odcinając od rzeczywistości grubą kreską, wznosząc każdą możliwą barierę wokół siebie, a światem, który mógłby ją dopaść. W loży żartobliwie nazwał ją Bambi przez wyraz, który malował się na jej twarzy - jakby padł na nią snop światła, którego się nie spodziewała i zamarła w przerażeniu, oczekując na rozwój wydarzeń.
Im dłużej jednak z nią przebywał, tym bardziej umacniał się w przekonaniu, że przypominała zwierzę - ranne.
Permanentnie wciśnięte w róg, rozglądające się za każdym zagrożeniem na horyzoncie pragnąc uniknąć go, nim znajdzie się zbyt blisko. Każde naruszenie jej przestrzeni, które w innym przypadku byłoby zwyczajnym wyrazem kultury bądź nieistotnym gestem, poruszało jakieś systemy alarmowe w jej głowie, ale nie potrafił wciąż pojmować tego co właściwie było dla niej zagrożeniem. W niektórych chwilach był to on. W innych, w tych, w których był zagrożeniem dla wszystkich innych wokół, zupełnie nie.
Nie powinno go to obchodzić.
W jego życiu wszystko było tak zerojedynkowe, jak tylko był w stanie je takim uczynić. Wiedział, gdy czegoś chciał, wiedział gdy tego nie chciał. Albo ktoś pragnął jego bliskości w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu, albo nie. Żadna osoba nie zachowywała się przy nim w taki sposób.
Żadnej kobiecie nie pozwolił zajść tak daleko, jeśli wiedział, że jej zainteresowanie nim nie było jedynką albo zerem.
Był przecież d u m n y.
Może mniej niż ludzie w jego życiu zwykle bywali. Może pozwalał im na zbyt wiele, może zbyt rzadko blokował. Może cenił swoją skórę zbyt nisko, niżej niż własne zasoby w pieniądzach i ludziach. Może brał sprawy w swoje ręce zamiast mieć od tego ludzi i własnoręcznie dokonywał interesów, plamiąc swoje dłonie zamiast wydawać rozkazy tym, którzy splamiliby własne dla niego.
Ale miał swoją dumę. Nawet w przypadku n i e j.
- Nie chcę kogoś innego. - jego słowa wybrzmiały w połowie tej skutecznej i względnie racjonalnej analizy, wypowiedziane przez zupełnie inny proces myślowy, który odbywał się w tym samym czasie. Ten, który dostrzegł odrobinę urazy w sposobie, w jaki to wypowiedziała.
Ten, który nie chciał, żeby wyszła.
Najwyraźniej jego duma była nie tylko zasobem o niskiej wyjątkowości na przestrzeni innych ludzi zajmujących się tym fachem, była też żałośnie nieobecna zawsze, gdy Violet Haze okazywała mu odrobinę uwagi.
- Chcę ciebie - mruknął, w tym stanie niezdolny do przeanalizowania tego, czy nawet jego słowa wybrzmiały żałośnie, czy jednak były całkiem znośne. W tym stanie powoli, ze zgrozą, stwierdzał, że nie czuł nawet kosmyków włosów, które zwykle irytowały go opadając na jego czoło.
Nie czuł w zasadzie nic - poza łupaniem w jego głowie, pieczeniem skóry i ciągnięciem taśm, które założyła na płytką ranę w jego talii.
Poza wspomnieniem dotyku jej palców, pieszczotliwie wygładzających kolorowy plaster z dinozaurem.
Resztki jego dumy uleciały za okno gdy tylko sobie o nim przypomniał. A jednak nieszczególnie go to w tej chwili interesowało.
Odwrócił głowę, jego policzek spoczął na szczycie oparcia kanapy gdy unoszenie głowy w górze stawało się coraz trudniejszym wyzwaniem, a chciał móc na nią patrzeć. Nawet, gdy się odsunęła. Wiedział, że zrobiła to bardziej dla siebie, niż dla niego.
Słusznie. Może powinna trzymać się poza zasięgiem jego rąk, niezdolnych do delikatności, której zawsze od niego wymagała.
- Zostań - westchnął, z cieniem uśmiechu na jego twarzy, kącikiem ust leniwie unoszącym się w górę w zapowiedzi drobnej złośliwości, która zwykle nadchodziła nagle. - Pomogę ci z twoimi wieczornymi krzyżówkami.
Nie, żeby był w stanie dokonywać jakichkolwiek sensownych procesów myślowych w tym momencie. Gdyby kazała mu przeliterować słowo krzyżówka, prawdopodobnie poległby po trzeciej literze.

i don't want anyone but you.
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie chcę kogoś innego.
To zdanie przyniosło jej ulgę, choć przecież nie powinno, skoro jeszcze przed chwilą wmawiała sobie, że została wyłącznie dlatego, że Monroe nie potrafił zadbać o siebie i ktoś musiał dopilnować, aby przez najbliższe kilka godzin nie stracił przytomności. Nie miało dla niej znaczenia, czy ją wypraszał, czy zamierzał zastąpić kimś innym. Właściwie tego właśnie chciała – żeby zadzwonił po kogokolwiek, kto wiedziałby lepiej od niej, co robić.
Tyle że następne słowa zupełnie nie pasowały do żadnego z tych wyjaśnień.
Chcę ciebie.
Napięcie przemknęło impulsem przez przedramię aż do karku, a później rozpłynęło się pod skórą czymś gorącym, wypełzającym na szyję i osadzające się na policzkach zdradzieckim różem. Dlaczego? Przecież nie powiedział niczego, czego nie dałoby się rozsądnie wyjaśnić. Właśnie rozmawiali o tym, kto miał z nim zostać i dopilnować, aby doszedł do siebie. Wybrał ją zamiast lekarza – bo koszta, czy managera – aby uniknąć niepotrzebnego moralizowania.
Problem polegał na tym, że nawet wyłącznie w tym znaczeniu robiło z nią rzeczy, których nie potrafiła zignorować. Jeszcze chwilę wcześniej perspektywa, że jej obecność stała się niechciana, wywołała ten znajomy, nieprzyjemny ucisk pod żebrami; teraz rozluźnił się niemal natychmiast, zastąpiony ulgą tak wyraźną, że poczuła się przez nią przyłapana – mogła tylko dziękować losowi, że w pomieszczeniu nie było już zbyt wiele światła, a percepcja Monroe była zaburzona narkotykami.
Miała znacznie gorszy problem, niż koloryt skóry, który postanowił zdezerterować.
Chciała, aby jej chciał.
I trudno było to już upchnąć za wyjaśnieniem – bo to było jej potrzebne. Potrzebne, aby jej zaufał na tyle, by odsłonił się całkowicie. Potrzebne, bo tak jej kazano; bo było to stawką, której żądano za bezpieczeństwo siostry.
Prawdziwy powód był jeszcze gorszy – chciała go dla siebie. Nie w ramach monety przetargowej; nie z zamiarem sprowadzenia go do roli wpatrzonej w nią owieczki, którą zaraz poprowadzi na rzeź. Chciała, chociaż nie powinna. Nie mogła. Chciała, bo była fałszywą egoistką. I pozostanie nią, niezależnie od scenariusza, który by wybrała. A samo to, że w ogóle zauważała więcej niż jeden, ten o c z y w i s t y, było przerażające.
Zostań wypowiedziane przez niego, wywołało już całkowite zwarcie w jej umyśle – głównie dlatego, że nie brzmiało to jak polecenie. A przecież Vincent Monroe nie prosił. Wydawał polecenia, podejmował decyzje za innych i odmawiał przyjęcia jakiejkolwiek pomocy. Teraz patrzył na nią, prosząc o coś, co zamierzała zrobić nawet wtedy, kiedy była przekonana, że tego nie chciał.
To także nie powinno sprawić jej przyjemności.
Na szczęście jego widok – wrażenie tego, jak ciężko przychodziło mu utrzymywanie się w pionie; jak wielkim wysiłkiem zdawało się być nawet zwyczajne mrugnięcie i znajomość wydarzeń sprzed paru długich chwil, były idealnym sposobem na sabotaż tego, jak poczuła się przez te kilka krótkich zdań.
Był n a ć p a n y.
Substancja, której nazwy nawet nie znał, mogła rozwiązać mu język równie dobrze, jak odebrała kontrolę nad resztą ciała. Nie musiała zastanawiać się, czy powiedziałby jej to samo przytomny; przede wszystkim nie powinna przywiązywać znaczenia do niczego, co mówił w tym stanie.
Prawdopodobnie rano sam nie będzie chciał go pamiętać.
— Jesteś naćpany, Monroe — stwierdziła wreszcie, opuszczając spojrzenie na apteczkę, z której wyciągnęła kolejną gazę i zwilżyła środkiem dezynfekującym; tym samym, który zdążyła już odstawić z przekonaniem, że skończyła. — Dlatego uznam, że nie wiesz, co mówisz. — Uśmiechnęła się, jak gdyby chcąc przekonać jego, jak i siebie samą, że uwierzyła w niezręczną zabawność całej tej sytuacji.
Przysunęła się jednak do niego, by sięgnąć do jego ręki, którą ujęła za palce i przyciągnęła do siebie delikatnie. Przesunęła gazikiem trzymanym w drugiej dłoni po jego knykciach, poświęcając zaczerwienionej skórze na nich wyjątkowo dużo uwagi.
— Nie rozwiązuję wieczorami krzyżówek, ale skoro tak ci na nich zależy — zaczęła, przesuwając gazą po jego skórze — mogę zrobić dla ciebie wyjątek. Sprawdźmy: inaczej: Vincent Monroe, na sześć liter, ostatnia „K”. Myślę, że powinieneś znać odpowiedź. — Kąciki jej ust zadrgały, ostatecznie nie układając się w żaden większy uśmiech.
i'll blame it on the drugs
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego słowa faktycznie wybrzmiały dość dwojako.
Jakaś cząstka jego świadomości wypowiedziała je w ten sposób specjalnie. Inna tkwiła zaskoczona, z początku święcie przekonana, że mówili wyłącznie o dzisiejszym wieczorze. Tym, w którym zasugerowała, że może chciałby w towarzystwie kogoś innego dochodzić do siebie ranny i n a ć p a n y, a on zwyczajnie dokonał sprostowania.
W końcu posiadał wiele osób, którym mógłby - z grubsza - zaufać, ale z żadną z nich nie chciałby spędzać w tej chwili wieczoru. Był niezależny do bólu a obecnie na tyle świadomy, by wiedzieć, że znajdował się we wrażliwym stanie. Był odsłonięty, gdyby coś się stało bądź pomysł, nieważne jak głupi, wpadł do czyjegoś łba, nie miałby równych szans na obronę. Nie chciał pokazywać nikomu, że w ogóle doprowadził do takiej sytuacji.
Nie chciał, by ktokolwiek go w tej sytuacji oglądał, co przekładało się na chwilową samotność.
Powoli jednak świadomość tego, jak wybrzmiały jego słowa, docierała do wszystkich zakamarków jego otępionego umysłu. Ponieważ nie chodziło tylko o jeden wieczór, jednorazową sytuację, o wdzięczność za to, że się nim zajęła oraz to, jak specyficznym było to uczuciem, gdy ktoś się tobą zajmował.
Chodziło o n i ą.
O to, w jaki sposób zagnieździła się w jego głowie wpadając wtedy do jego loży w ucieczce przed napastującym ją politykiem. O to, jak jego umysł nieustannie wracał do każdej ich interakcji, jak zapamiętywał z równą szczegółowością jej pusty wyraz twarzy gdy mężczyzna ciągnął ją do samochodu jak i lekki uśmiech, z którym ścierała krew z jego policzka. Jak odnotowywał wszystkie fakty na jej temat wbrew własnej woli, zapamiętując to, że nie potrafiła gwizdać jak i rodzaj dinozaurów, które lubiła najbardziej na pieprzonych plastrach.
Był n a ć p a n y.
A jednak nie wrzuciło to do jego głowy rzeczy, których wcześniej w niej nie było. Uwidoczniło jedynie te, na które nie chciał patrzeć, które skrzętnie ignorował, zrzucał na karb przypadków bądź przysług, które był jej winien przez wpakowanie jej w kłopoty.
- Jedno nie wyklucza drugiego - odrzucił, jakby wraz z whisky połknął jakieś pieprzone serum prawdy i ta odległa, przykryta substancjami samoświadomość zaskomlała gdzieś z tyłu jego obolałej głowy, błagając go, by wreszcie się zamknął.
Jakże łatwo było ją ignorować gdy znów chwyciła jego dłoń we własną.
Gdy światło latarni rozbłysło na ulicy za ich plecami, wpadając przez przestronne okno jakby wyłącznie po to, by rozświetlić jej profil. Odnajdywał na jej twarzy każdy pieg i każdy pieprzyk, który odnotował wcześniej w swojej głowie jakby upewniając się, że wciąż tam były, a posiadana przez niego mapa nie straciła na aktualności.
- Czy to nie oczywiste po wszystkim, co dla ciebie robię? - wyrwało mu się zamiast syknięcia, gdy ostrze środka dezynfekcyjnego wreszcie spotkało się z jego zdartymi knykciami. Jego brwi zmarszczyły się nieco, wzrok skupił na tym, co robiła, choć ciało odnotowywało wyłącznie jej bliskość.
Dotyk skóry, sporadycznie docierający do niego zamiast miękkiej gazy. Ciepło ciała, wyczuwalne pomimo dzielącej ich odległości.
Musiał się opanować.
- Hmm... - ciche mruknięcie było pierwszą odpowiedzią na wysoce skomplikowane pytanie, które pośrednio mu zadała. Nie potrafił się na nim skupić - przede wszystkim potrzebował tych myślowych procesów by wymyślić sposób, by utrzymać ten dystans, którego zawsze tak bardzo potrzebowała.
Zsunął się nieco z oparcia kanapy, gdy doskwierający mu ból głowy podjął decyzję za niego. Ułożył się na miękkim materiale siedzenia, przypadkiem przerywając to, co wcześniej przecież już skończyła. Jego głowa spoczęła gdzieś nieopodal siedzących w rogu mebla ud, nogi zaś wystawały ponad jego krawędź, co w żaden sposób mu nie przeszkadzało.
Przetarł dłonią twarz, w próżnej próbie odegnania migreny bądź odzyskania utraconej trzeźwości. Gdy zamrugał, dostrzegł ją nad sobą, gdzieś wysoko - ciemne kosmyki z tej perspektywy przysłaniały mu większość jej widoku.
- Masz ładne włosy - zauważył bezmyślnie, wpatrując się w spływające kaskadą, ciemne fale. - Łajdak - dodał, wracając do poprzedniej myśli, gdy odpowiedź przemknęła wreszcie przez jego umysł. - Następne.

Violet Haze
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rapture”