ODPOWIEDZ
25 y/o
Welkom in Canada
188 cm
chwilowo zawieszony student psychologii więc pracuje jako mechanik samochodowy
Awatar użytkownika
„Najgorzej nie jest wtedy, kiedy coś czujesz. Najgorzej jest wtedy, kiedy wiesz, że nie powinieneś — a i tak nie potrafisz przestać.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

012
Noah wszedł do klubu z jednym prostym zamiarem: usiąść przy barze i urżnąć się w trupa. Nawet nie próbował wyciągać telefonu, pisać do kogoś czy szukać towarzystwa na siłę. Doskonale wiedział, że ostatnio odwalił tyle akcji i tak bardzo spieprzył sprawę na tylu frontach, że najlepiej było po prostu trzymać się od ludzi z daleka. Sam ze sobą nie mógł wytrzymać, więc doskonale rozumiał, że nikt inny też nie miałby ochoty znosić jego marudzenia. Stronił od każdego, bo wiedział, że jakikolwiek kontakt skończyłby się awanturą albo przynajmniej drętwą atmosferą. Zamiast tego wolał wtopić się w głośny, anonimowy tłum, gdzie nikt niczego od niego nie chciał i nikt nie zadawał zbędnych pytań.
Głowę rozwalał mu kompletny mętlik. Emocje zbierały się w nim od dni, a ten wieczór miał być po prostu odskocznią. Najbardziej dobiło go przypadkowe spotkanie z Audrey. Chociaż wielkie uczucie dawno zgasło i doskonale wiedział, że stało się tak wyłącznie z jego winy, przez jego głupotę i olewackie podejście, to nadal była dla niego cholernie ważną osobą. Nie myślał już o wracaniu do siebie, ale chciałby mieć w niej chociaż przyjaciółkę, kogoś, komu mógłby bez ściemy powiedzieć, co u niego słychać. Audrey dała mu jednak wyraźnie do zrozumienia, że nie ma tak łatwo i na wybaczenie trzeba sobie zapracować. Powiedziała wprost, że potrzebuje czasu i musi się w ogóle zastanowić, czy chce go jeszcze mieć w swoim życiu w jakiejkolwiek roli. Dla Noaha to był jak strzał w pysk, bo zdał sobie sprawę, że stracił ostatnią osobę, na której naprawdę mu zależało.
Jakby tego wszystkiego było mało, niedawno na jego drodze pojawiła się nowa laska. Wpadła mu w oko od razu, ładna, bystra, wygadana. Problem w tym, że od pierwszego momentu traktowała go z góry. Dawała mu odczuć na każdym kroku, że jest dla niej kogoś gorszego sortu, jakby był jakimś gówniarzem albo kimś z niższej półki, z kim nie warto tracić czasu. Każda próba kontaktu z nią kończyła się tak samo: czuł się olewany albo wyśmiewany. To uderzyło w jego i tak mocno poturbowane ego. Z jednej strony czuł wstyd i poczucie winy przez Audrey, z drugiej strony narastała w nim złość i frustracja przez tę nową dziewczynę, która robiła z niego kompletne zero.
Wszystkie te sprawy skumulowały się w nim do takiego stopnia, że czuł ciężar w klatce piersiowej. Złość na samego siebie, bezsilność i poczucie, że wszystko wokół niego się sypie, doprowadziły go na skraj. Nie był typem faceta, który idzie na terapię albo wypłakuje się komuś w rękaw. Znał tylko jeden sprawdzony sposób na reset i odreagowanie tak mocnego stresu: po prostu się zalać. Chciał wyłączyć myślenie, zatrzeć obraz Audrey i zapomnieć o głupich uśmieszkach Cassie.
Podszedł do baru, przepchnął się przez tłum i zaczął zamawiać. Najpierw wódka na szybkie przełamanie pierwszych oporów, a chwilę później kolejne shoty. Nie patrzył ani na cenę, ani na to, co ze sobą miesza. Pijąc, czuł, jak alkohol spływa mu przez gardło, a z każdym kolejnym kieliszkiem napięcie powoli opada. Z każdym wypitym drinkiem świat wokół zaczynał tracić ostre krawędzie. Muzyka waliła tak głośno, że aż wibrowała mu podłoga pod stopami, ale dla niego to było idealne tło.
Stał oparty o blat baru, trzymając w łapie kolejną szklankę. Było mu już wszystko jedno, co wydarzy się jutro, jak bardzo będzie cierpiał rano. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. W pewnym momencie, gdy obrócił się w stronę parkietu, żeby złapać pion i zorientować się w sytuacji, jego wzrok zatrzymał się na kolesiu stojącym parę kroków dalej przy barze. Noah zamrugał parę razy, próbując wyostrzyć wzrok. Koleś zamawiał właśnie kolejną kolejkę i śmiał się do barmana w charakterystyczny sposób. Od razu go poznał, mimo że nie widzieli się szmat czasu. To był Dante. Koleś, z którym jeszcze w czasach liceum potrafił przetrwać najbardziej hardkorowe meliny, opuszczać lekcje i chlać najtańszy alkohol po bramach aż do nieprzytomności. Widok starego kumpla od wspólnego staczania się na dno był w tym momencie dokładnie tym, czego nieświadomie potrzebował. Podbił do niego od tyłu, chwiejąc się lekko na nogach i bez patyczkowania się walnął go mocno w ramię, żeby zwrócić na siebie uwagę.
- Dante?! No nie wierzę! - rzucił głośno, próbując przekrzyczeć basy walące z głośników. Wyszczerzył pysk w pijackim uśmiechu, rozłożył szeroko ręce i zamachał szklanką, z której prawie wylał resztkę alkoholu. - Nic się nie zmieniłeś, ziomek! - ryknął, po czym oparł się ramieniem o jego bark, mocno go ściskając.
Dante Levasseur
Ostatnio zmieniony czw wrz 03, 2026 1:50 pm przez Noah Beaumont, łącznie zmieniany 1 raz.
pączek
ktoś prowadzi moją postać bez ustaleń, nudy, braku rozwoju fabuły
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chyba można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że wszystko układało się u niego całkiem dobrze. Zbyt dobrze…? Być może. Jednak zdecydowanie nie miał w zwyczaju martwić się podobnymi banałami na zapas, czy z niepokojem wypatrywać na horyzoncie jakiejś katastrofy tylko dlatego, że póki co wszystko szło zbyt gładko.
Z całą pewnością jego wizyta w klubie nie wynikała więc z tego, że musiałby zapijać problemy, od jakichś próbować się odciąć, czy cokolwiek podobnego. Powodem mogła być za to… zwykła nuda. Kiedy wychodził z domu, Elsa wciąż jeszcze była w pracy i chociaż zdecydował się odwiedzić ją tam jeszcze w międzyczasie, raczej nie zanosiło się na to, by miała opuścić salon zbyt szybko. Nie wyglądało też, by mogła sobie w ogóle pozwolić na jakąś dłuższą przerwę, w której mógłby zająć jej nieco więcej czasu, więc… nie pozostawało mu nic innego, jak tylko uprzedzić ją, że najpewniej nie wróci do domu zbyt szybko – choć wciąż miał zamiar zrobić to zanim jego dziewczyna miałaby wyjść do pracy kolejnego ranka – i po prostu samodzielnie zadbać o znalezienie sobie jakiejś ciekawej rozrywki. A ponieważ o taką najłatwiej było właśnie w klubie… nikogo chyba nie powinno zdziwić, że ostatecznie wylądował właśnie w jednym z nich.
Może rozsądnym posunięciem z jego strony byłoby zadbanie również o jakieś sprawdzone towarzystwo… Najlepiej takie, które w dodatku rzeczywiście dopilnowałoby, żeby wrócił do domu jeszcze tego samego wieczora – choć w takim razie wybór tego możliwego towarzystwa byłby raczej niewielki… – zamiast przypadkiem przedłużać to wyjście do kilku kolejnych dni… Przez moment nawet faktycznie podobny pomysł przeszedł mu przez myśl, ostatecznie jednak musiał dojść do wniosku, że może wcale nie było potrzeby ciągnąć tu ze sobą kogokolwiek, skoro i tak zamierzał wypić ledwie kilka drinków i grzecznie wrócić do domu. Równie dobrze mógł w tym czasie pogadać przez chwilę z barmanem, którego znał przecież całkiem nieźle – czego wciąż jakoś nie postrzegał jako czegoś niepokojącego, nawet mimo faktu, że z tym znał się tylko przez swoje wizyty w tym miejscu. Podobnie jak z kilkoma innymi, również w innych klubach w mieście. Nadal nic nadzwyczajnego, nadal nic, co można byłoby uznać za jasny sygnał, że może rzeczywiście powinien nieco ograniczyć swoje wyjścia do podobnych miejsc…
Przechylając do ust szklankę z kolejnym drinkiem, z całą pewnością nie spodziewał się tego nagłego uderzenia w ramię. Część alkoholu musiała więc pójść na zmarnowanie, rozlewając się na i tak nieco poklejony blat, jednak nie tym zamierzał przejmować się w pierwszej chwili. Bo oczywiście, że przynajmniej sekundę lub dwie musiał poświęcić na to, by zastanowić się, czy faktycznie podczas swojej niedługiej obecności w klubie miałby już podpaść komuś wystarczająco, by musieć spodziewać się jakiejś zaczepki. Ale… może i alkohol rzeczywiście zaczynał już przyjemnie szumieć mu w głowie i może znajdował się prawdopodobnie w całkiem niezłym momencie, tuż pomiędzy podjęciem rozsądnej decyzji o powrocie do domu, a pozwoleniem na to, by w głowie zmaterializował mu się jakiś idiotyczny pomysł, który wymagałby natychmiastowej realizacji i całkowicie wykluczałby ten grzeczny powrót dokądkolwiek… Wciąż jednak mógł być pewny, że nie wypił aż tak dużo, żeby faktycznie zdążyć podpaść komuś w jakikolwiek sposób. A słowa, które dotarły do niego, gdy odwracał się, żeby przekonać się kto postanowił go w to ramię zdzielić, mogły jedynie utwierdzić go w tym przekonaniu.
Uśmiechnął się szeroko na widok kumpla z liceum, który… biorąc pod uwagę te zamglone przez alkohol wspomnienia ze szkolnych lat, mógł najwyraźniej znajdować się w swoim naturalnym środowisku. I chyba dokładnie to samo można byłoby powiedzieć o Dantem…
Czyli dokładnie tak samo jak ty – zaśmiał się, poklepując go po ramieniu w odpowiedzi na to entuzjastyczne powitanie. – W sensie… dalej jesteś najebany. Nie wytrzeźwiałeś od liceum, czy po prostu próbujesz cofnąć się o tych parę lat?
W porządku, może i sam był póki co w stanie nieco bardziej trzeźwym niż Noah, ale… tak, oczywiście, że wypowiedziany przez niego żart równie dobrze można byłoby odnieść również do niego samego. I to nie tylko dziś, a także w niemal każdym innym, losowo wybranym momencie – wciąż istniała całkiem spora szansa, że rzeczywiście trafiłoby się na ten, w którym Dante miałby być dokładnie tak samo najebany jak w czasach liceum. I pewnie nawet nie byłoby aż tak wielkim nadużyciem stwierdzenie, że faktycznie od czasu skończenia szkoły raczej nie zdarzało mu się tak zupełnie trzeźwieć na zbyt długi czas. Może i od niedawna nabierał w tym nieco większej wprawy, ale… to też szło mu raczej dość opornie.

Noah Beaumont
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
188 cm
chwilowo zawieszony student psychologii więc pracuje jako mechanik samochodowy
Awatar użytkownika
„Najgorzej nie jest wtedy, kiedy coś czujesz. Najgorzej jest wtedy, kiedy wiesz, że nie powinieneś — a i tak nie potrafisz przestać.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pod zamkniętymi powiekami powracały wydarzenia sprzed niedawna: zgrzyt blachy, huk poduszek powietrznych i asfalt, na którym leżał, nim dotarły do niego pierwsze syreny. Koszmar tamtej nocy wciąż siedział pod jego skórą niczym tnące szkło, ale to, co miało nadejść, przerażało go znacznie bardziej. Nadchodzące spotkanie z kuratorem sądowym wisiało nad nim jak wyrok. Przypomnienie sobie tego oficjalnego pisma sprawiało, że żołądek wywracał mu się na drugą stronę. Kurator miał prześwietlić jego życie, sprawdzić, czy nadaje się do powrotu do społeczeństwa, czy jest niereformowalnym wrakiem, który być może znowu kogoś zabije na drodze. Stres zżerał go od środka, mieszając się z potężnym poczuciem winy wobec Audrey i kompletnym bagnem, w jaki zamieniła się jego codzienność. Potrzebował resetu. Musiał za wszelką cenę wyłączyć ten głośnik w swojej głowie, który bez przerwy przypominał mu o czekających go konsekwencjach.
Kompletnie zignorował fakt, że wcześniej pchnął go niechcący ramieniem i że część płynu ze szklanki powędrowała prosto na bar. Dla kogoś w jego stanie rozlany drink był zaledwie błahostką, niewartą zastanowienia. Oparł się biodrem o bar, trzymając jedną rękę na krawędzi, żeby nie polecieć w bok i nie stracić i tak mocno zachwianej równowagi. Zamiast przejmować się jakimkolwiek przepraszaniem, po prostu machnął lekceważąco dłonią w stronę rozlanej kałuży. Reakcja, jaką dostrzegł na twarzy rozmówcy, upewniła go tylko w przekonaniu, że nie popełnił błędu i trafił na właściwego człowieka. Przez dłuższą chwilę przyglądał mu się z mocno przymrużonymi oczami, próbując wyostrzyć wzrok i na sto procent upewnić się, na kogo właściwie trafił. Przez mocno szumiący w głowie alkohol potrzebował dobrych kilku sekund na zebranie myśli, ale kiedy wreszcie w jego zamroczonym umyśle wszystko wskoczyło na odpowiednie tory, a rysy twarzy stojącego obok faceta stały się jasne, na twarzy Noaha wykwitł szeroki uśmiech. Chwiejąc się na nogach, uniósł rękę i poklepał go bratersko po ramieniu. Wyglądał na kogoś, kto jest już w całkiem zaawansowanym stadium upojenia, ale jednocześnie wciąż ma w sobie ogromne pokłady determinacji, żeby ten wieczór dopiero na dobre rozkręcić.
To przypadkowe wpadnięcie na Dantego było dokładnie tym, czego zdesperowany Noah szukał. Zamiast stać samemu, miał przed sobą okazję, żeby chociaż na parę godzin całkowicie wyłączyć myślenie. Śmiał się, kręcąc głową, jakby sam nie do końca wierzył w to zrządzenie losu. Żaden normalny człowiek w jego sytuacji nie pakowałby się w dalsze chlanie na chwilę przed rozliczeniem przez sąd, ale Noah nie był w stanie myśleć racjonalnie. Był nakręcony, że nie spędzi reszty nocy na samotnym rozmyślaniu o zniszczonym życiu.
Zaśmiał się cicho pod nosem, w pijanym uśmieszku i pokręcił głową z rozbawieniem, jakby obaj w cofnęli się o kilka dobrych lat wstecz, do liceum. Noah prychnął krótko pod nosem, rozciągając usta w szerokim, lekko bezczelnym uśmiechu. Słowa Dantego trafiły w punkt prosto w cel, choć za nic w świecie nie przyznałby głośno, jak bardzo prawdziwa była ta uwaga.
- Cofnąć? Stary, ja po prostu utrzymuję stały poziom, żeby organizm nie przeżył szoku - wypalił bez namysłu, machając przy tym bagatelizująco dłonią. - Poza tym, z biegiem lat alkohol robi się droższy, więc trzeba z tego korzystać, póki jeszcze wątroba nie złożyła oficjalnego wypowiedzenia na piśmie. - Zaśmiał się chrapliwie, opierając się mocniej o blat, bo głowa na moment zrobiła się niepokojąco ciężka. - A tak poważnie, to po prostu cieszę się, że na ciebie trafiłem. Serio. - Spojrzał niecierpliwie w stronę barmana, który właśnie sięgał po butelkę. - Więc nie pierdol, tylko mów, co pijesz, bo jak widzisz, dzisiaj nie przyjmuję żadnych wymówek ani grzecznych powrotów do domu.
Obaj doskonale pamiętali dawne czasy i żaden z nich nie musiał udawać kogoś, kim nie był. Słowa były tu całkowicie zbędne, bo wieź i nieme porozumienie z lat szkolnych natychmiast wróciły na swoje miejsce, jakby czas wcale nie upłynął. Łączyła ich ta sama niepisana zasada co kiedyś - zero pytań, zero moralizowania i pełne przyzwolenie na to, by po prostu spłynąć z prądem nocy. Wystarczyło jedno spojrzenie, by bezbłędnie wyczuć, że pod tymi wszystkimi warstwami dorosłości i życiowych trudności, wciąż byli dokładnie tymi samymi dzieciakami, którzy potrafili zapomnieć o całym świecie przy pierwszym lepszym szkle.
Dante Levasseur
pączek
ktoś prowadzi moją postać bez ustaleń, nudy, braku rozwoju fabuły
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie miało prawa skończyć się dobrze.
A już na pewno nie tym grzecznym powrotem do domu, który jeszcze do niedawna mógł stanowić całkiem realną opcję, a który nagle zamieniał się w jakąś bardzo odległą wizję – w dodatku taką, którą Dante coraz mniej chętnie brał w ogóle pod uwagę. Najwyraźniej z góry musiał założyć, że zwyczajnie nie pozostawało mu wiele więcej, jak tylko pogodzić się z tym, że to miał być po prostu kolejny wypad do baru, który może i z początku miał skończyć się na ledwie kilku grzecznie wypitych drinkach oraz powrotem do domu o względnie przyzwoitej porze, ale… wszystko wskazywało na to, że plany musiały się nieco pozmieniać. Jak bardzo? Tego jeszcze nie wiedział, ale wnioskując po stanie, w jakim znajdował się Noah – prawdopodobnie już teraz powinien na wszelki wypadek uprzedzić Elsę, że nie powinna spodziewać się go w domu zbyt wcześnie.
Albo zasugerować zamówienie kumplowi Ubera, co pewnie byłoby tą najrozsądniejszą opcją. Gdyby jednocześnie nie było tą, która nie miała nawet prawa przejść Dantemu przez myśl. Nawet jeśli nie trzeba było wiele, by dojść do wniosku, że Beaumont nie powinien raczej decydować się na kolejnego drinka… obaj byli przecież – podobno – dorośli, o podobnych kwestiach mogli decydować samodzielnie, a Dante był prawdopodobnie ostatnią osobą, która mogłaby sugerować komuś odpuszczenie dalszego picia i powrót do domu.
Zresztą, wspomnienie licealnych czasów też jakoś niespecjalnie sprzyjało tym rozsądnym decyzjom. Mało to razy zdarzało im się wtedy testować własne możliwości, nie myśląc nawet o zakończeniu picia, jeśli tylko wciąż byli w stanie utrzymać w ręku butelkę, puszkę, czy inną szklankę – zależnie od okoliczności…? Tymczasem Noah zdawał się być aktualnie nawet tych kilka poziomów wyżej, nadal utrzymując się w pionie. Średnio bo średnio, ale jednak. Nadal nie runął na ziemię i może nawet byłby w stanie przejść tych kilkanaście kroków, nie przegrywając po drodze walki z grawitacją, więc… wniosek mógł być tylko jeden – jak najbardziej nadawał się do dalszego picia.
Słusznie. Do trzeźwienia lepiej nie dopuszczać, w końcu to nic fajnego – parsknął śmiechem, nie mogąc nie zgodzić się z jego słowami. Zwłaszcza, że poniekąd sam wyznawał chyba podobną zasadę.
Dopił to, co pozostało mu w szklance, pustą natomiast odstawił na blat. Choć przed tym dał sobie tych kilka sekund na przyjrzenie się jej, jakby przez tę krótką chwilę zdrowy rozsądek próbował jednak walczyć o prawo głosu i przypomnieć mu, że nie tak miały wyglądać plany na ten wieczór. Niestety, ta walka musiała skończyć się całkowitą porażką, dlatego już po chwili Dante mógł po prostu uśmiechnąć się beztrosko, przenosząc spojrzenie na Beaumonta.
Pewnie coś mocniejszego niż do tej pory. Wygląda jakbym miał do nadrobienia parę kolejek, żeby cię w ogóle dogonić – i chyba niespecjalnie mu ten przymus przeszkadzał, o czym dość jasno mógł świadczyć wciąż wyraźnie rozbawiony ton głosu. Właściwie… znacznie bardziej zaczynało przeszkadzać mu raczej to, że póki co czuł się stanowczo zbyt trzeźwo. Na szczęście nie był to jednak problem, którego nie mogłaby rozwiązać porcja kilku shotów – bo przecież tyle powinno chyba wystarczyć, by rzeczywiście przynajmniej trochę nadgonić ten dystans, jaki jeszcze ich dzielił.
No i totalnie nie wiem za kogo mnie masz, skoro myślisz, że miałbym szukać jakichś wymówek – nawet nie starał się, by dość wiarygodnie udawać to rzekome oburzenie. Ale mimo wszystko faktem pozostawało, że jeszcze w czasach licealnych z całą pewnością daleki był od tego, żeby w ogóle próbować jakkolwiek wykręcać się od jakichś imprez. Pod warunkiem, że rzeczoną wymówką nie miałoby być to, że wcześniej zdążył już umówić się z Elsą – w takim przypadku rzeczywiście zdecydowanie bardziej wolał spotkania z dziewczyną niż upijanie się po raz kolejny ze znajomymi. – Co proponujesz zamiast tego grzecznego powrotu do domu? Poza treningiem wątroby, to raczej dość oczywiste…
W niemym toaście uniósł na moment kieliszek z jednym z przygotowanych przez barmana shotów, w kolejnej chwili przechylając szkło do ust. Tak, czując to dobrze znane palenie w gardle, mógł chyba utwierdzić się w przekonaniu, że to zdecydowanie miał być jeden z tych wieczorów, który po prostu nie miał prawa zakończyć się nudą. A chociaż alternatywą było zwykle pakowanie się w coś wyjątkowo durnego, w co absolutnie nie warto było się pakować… na pewno nie miał zamiaru jakkolwiek narzekać. Wręcz przeciwnie. Wciąż utrzymujący się na twarzy uśmiech chyba dość wyraźnie mógł świadczyć o tym, że i on cieszył się, że kompletnym przypadkiem mogli natknąć się na siebie w klubie i zyskać tym samym okazję do tego, by rzeczywiście w pewien sposób cofnąć się do czasów liceum.

Noah Beaumont
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
188 cm
chwilowo zawieszony student psychologii więc pracuje jako mechanik samochodowy
Awatar użytkownika
„Najgorzej nie jest wtedy, kiedy coś czujesz. Najgorzej jest wtedy, kiedy wiesz, że nie powinieneś — a i tak nie potrafisz przestać.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Noah, nie czekając na żaden ruch ani potwierdzenie, po prostu leciał dalej swoim pijackim tempem. Dla niego liczyło się tylko to, że nie stał już przy barze sam. Sam fakt, że obok pojawił się stary kumpel, wystarczył, żeby uznać tę noc za uratowaną. Głowa ciążyła mu coraz bardziej, a gdzieś z tyłu na sekundę przemknęła myśl o sądzie, kuratorze i całym tym syfie, który czekał go za kilka dni. Szybko ją jednak zagłuszył, bo nie po to tu przyszedł. Wystukiwał palcami nerwowy rytm o klejący się blat, co chwilę zerkając na barmana, który jego zdaniem ruszał się zdecydowanie za wolno. Chciał dostać kolejną kolejkę i przestać myśleć. Alkohol już robił swoje, a świadomość, że będzie pił z kimś, kto pamięta jeszcze szkolne czasy, działała lepiej niż jakakolwiek terapia. Im mniej myślał o własnym życiu, tym lżej mu się oddychało.
Oparł się ciężej o bar i zmrużył oczy, próbując wyostrzyć wzrok na twarzy Dantego. Świat lekko mu pływał, ale nawet przez alkohol zauważył jedną rzecz - Dante wyglądał przy nim podejrzanie trzeźwo. Noah zaczął się zastanawiać, czy kumpel dopiero wszedł do klubu i nie zdążył jeszcze nic konkretnego wypić, czy może po prostu przez te wszystkie lata nauczył się lepiej trzymać procenty. Sam czuł się już tak, jakby podłoga delikatnie falowała pod nogami.
- Trzeźwość jest przereklamowana - mruknął pod nosem, prychając z rozbawieniem. Pijacka solidarność zawsze poprawiała mu humor bardziej niż jakiekolwiek rozsądne gadanie. Kiedy Dante rzucił tekst o mocniejszym kalibrze i nadrabianiu zaległości, aż uśmiechnął się szerzej i od razu machnął dłonią w stronę barmana.
- I to mi się podoba - skomentował z zadowoleniem. Odwrócił wzrok na półki pełne butelek, próbując skupić się na czymkolwiek poza dudniącym basem. Muzyka waliła prosto w klatkę piersiową, a alkohol powoli wyciszał wszystko to, czego od tygodni nie potrafił uciszyć. Sąd. Kevin. Kurator. W tej chwili liczyło się tylko to, żeby następny kieliszek jak najszybciej wylądował na blacie.
Prychnął, słysząc udawane oburzenie kumpla i mocniej złapał krawędź baru, bo nogi znowu zrobiły się jakieś dziwnie miękkie.
- Za kogo? Za typa, który pewnie znowu musiałby się gęsto tłumaczyć w domu, gdyby za wcześnie tu odleciał - rzucił z szerokim uśmiechem, posyłając mu wymowne spojrzenie. Na samo wspomnienie Elsy przewrócił oczami. Nie znosili się od lat i właściwie już nawet nie pamiętał, od czego dokładnie to wszystko się zaczęło. Wiedział tylko, że gdyby dowiedziała się o ich dzisiejszym wypadzie, Dante miałby przesrane. - A co do planu... proponuję absolutny brak planu - dodał, nachylając się bliżej. - Siedzimy tutaj, dopóki nie zamkną lokalu albo dopóki nas stąd nie wywalą. Potem będziemy się martwić.
Wreszcie barman postawił przed nimi kieliszki. Noah zgarnął swój niemal od razu i opróżnił go jednym ruchem. Alkohol zapiekł w gardle, aż syknął pod nosem, a chwilę później przyjemne ciepło rozlało się po całym ciele. Odstawił puste szkło z głośnym stuknięciem i przez moment stał z przymkniętymi oczami, pozwalając, żeby procenty zrobiły resztę roboty.
To przypomniało mu najlepsze imprezy z liceum. Czasy, kiedy największym problemem było to, czy starczy im kasy na jeszcze jedną kolejkę, a nie to, czy za kilka dni usłyszy wyrok albo będzie musiał tłumaczyć się przed kuratorem. Cholernie tęsknił za tamtą prostotą. Uniósł dłoń i dał barmanowi znak, żeby od razu nalewał następną rundę.
Patrzył, jak szkło znowu wypełnia się alkoholem, kiedy do głowy wpadł mu pomysł, który po kilku shotach wydawał się wręcz genialny. Zwykły klub nagle zrobił się jakiś nudny. Beaumont poczuł, jak na twarz sam wpełza mu cwaniacki uśmiech. Klub ze striptizem. Znał jedno miejsce dosłownie kilka ulic dalej. Dobre drinki, głośna muzyka i dziewczyny, przez które połowa facetów zapominała, jak się nazywa. Przez sekundę przemknęła mu myśl o Elsie. Gdyby dowiedziała się, że Dante tam poszedł, pewnie urwałaby mu łeb. Jemu zresztą też.
I właśnie dlatego ten pomysł podobał mu się jeszcze bardziej.
W jego pijanej logice nie było w tym przecież nic złego. Nie chodziło o zdradę ani o ciągnięcie kogokolwiek do łóżka. Chodziło o rozrywkę, kilka drinków więcej i wieczór, którego jutro pewnie i tak nie będą pamiętać w całości. Barman skończył nalewać drugą kolejkę, a Noah zgarnął swój kieliszek, nachylił się do Dantego, żeby przebić się przez dudniącą muzykę i uśmiechnął się jak dzieciak, który właśnie wymyślił najlepszy plan świata.
- Słuchaj... skoro już tak ładnie nadrabiamy zaległości z młodości, to co powiesz na strip klub? Znam idealne miejsce parę ulic stąd.

Dante Levasseur
pączek
ktoś prowadzi moją postać bez ustaleń, nudy, braku rozwoju fabuły
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet jeśli miał nieco inne plany na ten wieczór, najpewniej musiałby skłamać chcąc upierać się przy ta przypadkowa możliwość nadrobienia paru zaległości utworzonych od czasu ukończenia liceum, nie była w żaden sposób atrakcyjna. Bo jasne, że znacznie przyjemniej wlewało się w siebie kolejne porcje alkoholu, kiedy pod ręką miało się znajomego, z którym w dodatku dzieliło się całkiem sporo ciekawych wspomnień. Wprawdzie… dość spora część z nich mogła być całkiem skutecznie zamglona przez alkohol wypity wspólnie w czasach nastoletnich, a druga ich część jeszcze skuteczniej przez ten sam alkohol zniekształcona… Ale nikt przecież nie zamierzał przejmować się podobnymi szczegółami. Na pewno nie teraz, kiedy priorytetem rzeczywiście powinno być nadgonienie tego, co zdążył już wypić Noah i pozbycie się tego stanowczo zbyt trzeźwego stanu.
Nie pij więcej, bo pieprzysz od rzeczy. Nikomu nie muszę się z niczego tłumaczyć – parsknął śmiechem, bez zastanowienia sięgając po kolejnego shota i wciąż jakoś nie będąc w stanie ani potraktować tej uwagi zbyt poważnie, ani jakkolwiek przekonująco się na nią oburzyć. Nawet jeśli w jakimś minimalnym stopniu mogłaby okazać się całkiem słuszna. Bo czy Elsa byłaby zadowolona z tej jego zmiany planów…? Najpewniej nie. Ale też nie sądził, by z tego powodu miała urządzać mu awanturę, czy choćby raczyć jakimiś większymi wyrzutami. Paroma adekwatnymi komentarzami i mniej lub bardziej zawoalowaną uwagą, że ewidentnie mógł mieć jakiś problem z asertywnością, jeśli w grę wchodził alkohol… być może. Ale wciąż nie spodziewał się, żeby po powrocie do domu musiał od progu tłumaczyć się jej i usprawiedliwiać.
Zakładając, że wciąż mimo wszystko zamierzał do tego domu wrócić nieco wcześniej niż po upływie kilku kolejnych dni… Pod tym względem jednak jego plany zdecydowanie nadal się nie zmieniły, a więc wciąż wszystko powinno być jak najbardziej w porządku. Nawet jeśli szeroko uśmiechnął się na to całkiem jasne przedstawienie tego, jak miałby prezentować się ich plan na najbliższy czas.
No dobra, ale przynajmniej planowanie dalej idzie ci nie najgorzej. Nie mam nic do dodania – zaśmiał się ponownie, przechylając do ust kolejną porcję alkoholu i powoli czując, że rzeczywiście był na całkiem niezłej drodze do tego, by wyprowadzić się ze stanu, w którym zdrowy rozsądek mógłby jeszcze próbować odzywać się w jakichś ostatnich rozpaczliwych odruchach. Coraz skuteczniej – nie żeby było to jakoś szczególnie trudne zadanie… – tłumiły go zarówno wypite shoty, dudniąca muzyka, a także niespodziewane towarzystwo. Mieszanka w zupełności wystarczająca do tego, by w kilka chwil całkowicie zapomnieć o jakimś niedorzecznym pomyśle, jakim mógłby być grzeczny powrót do domu, czy poprzestanie na tych kilku wypitych wcześniej drinkach. A także do tego, by na rzuconą przez Beaumonta propozycję zareagować szczerym uśmiechem i spojrzeniem godnym kogoś, kto może i podświadomie zdawał sobie sprawę z tego, że najpewniej nie był to najlepszy pomysł, ale… właśnie przez tę świadomość jak najbardziej chciał go zrealizować. Niemal jak tych kilka lat temu, gdy rzucona przez kogoś z ich grona propozycja wystarczała, by bez wahania poderwać się z miejsca i zabrać za realizację. I kiedy pojawiająca się wizja ewentualnych konsekwencji zdecydowanie do niczego nie zniechęcała – a wręcz przeciwnie.
Zresztą… co złego mogłoby się stać tym razem? W końcu fakt, że był w całkiem udanym związku i że nie myślał o oglądaniu się za kimkolwiek innym, w żadnym razie nie determinował tego, że nie mógłby odwiedzić wspomnianego przez kumpla strip klubu, prawda? Zwłaszcza, że taka wizyta wydawała się po prostu całkiem zabawna. I tyle wystarczyło, by bez zastanowienia przechylić ten ostatni uzupełniony przez barmana kieliszek, tym samym będąc już gotowym na zmianę miejsca.
Tym razem przynajmniej nikt nie każe nam spierdalać, jakby ktoś miał się wygadać, że dowody mogą być trochę przerobione… – parsknął rozbawiony, odnajdując w zakamarkach pamięci wspomnienie o tym, że w tych dawnych czasach rzeczywiście próbowali już ze znajomymi odwiedzić klub ze striptizem. Tak ze zwykłej ciekawości, którą może nawet udałoby się zaspokoić, gdyby rzeczywiście ktoś – za cholerę jednak nie byłby w stanie przypomnieć sobie kto – nie zaczął przy wejściu niezbyt dyskretnie rozwodzić się na temat tego, że te fałszywe dowody faktycznie mogły się sprawdzić. No cóż. Nie sprawdziły się. Ale o to akurat tym razem z całą pewnością nie musieli się już martwić.
Chociaż… może dalej się zdarzyć, jak ktoś się zorientuje, że ledwie trzymasz pion i… – krótki wybuch śmiechem przerwał sam sobie tę wypowiedź, orientując się po kilku krokach w stronę wyjścia, że sam również widocznie trochę za bardzo wziął sobie do serca to nadrabianie dystansu shotami. Chwilowe zachwianie równowagi nie mogło być jednak żadną przeszkodą. Podobnie zresztą jak możliwość, że faktycznie i tym razem mogliby nie przekroczyć nawet progu strip klubu. W końcu… chyba wciąż żaden z nich nie był szczególnie wymagający, jeśli chodziło o miejsce, w którym mieliby kontynuować pozbywanie się tych resztek trzeźwości. – Dobra, nieważne. Prowadź, Beaumont.
Wyjście na zewnątrz i odcięcie się od zbyt głośnej muzyki momentalnie wywołało ten charakterystyczny szum w uszach, a powiew świeżego powietrza mógł dawać złudne wrażenie, że obydwaj byli jeszcze w stanie wypić choćby i drugie tyle. Nie było więc sensu marnować czasu na ewentualne błądzenie, zdając się w tej kwestii na tego, który podobno doskonale wiedział, gdzie powinni się kierować.

Noah Beaumont
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
188 cm
chwilowo zawieszony student psychologii więc pracuje jako mechanik samochodowy
Awatar użytkownika
„Najgorzej nie jest wtedy, kiedy coś czujesz. Najgorzej jest wtedy, kiedy wiesz, że nie powinieneś — a i tak nie potrafisz przestać.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Noah patrzył na Dantego, ale przez chwilę widział w nim po prostu tamtego gówniarza z liceum, z którym potrafili przepić całe kieszonkowe na ławce za szkołą, nie przejmując się zupełnie tym, co wydarzy się jutro. Wtedy życie wydawało się śmiesznie proste — nie było kuratorów, widma rozprawy sądowej ani strachu, który teraz dopadał Noaha za każdym razem, gdy na chwilę trzeźwiał. Spoglądając na kumpla, czuł desperacką potrzebę zatrzymania tej chwili. Dante przypominał mu czasy, kiedy życie było prostsze i nie musiał bez przerwy myśleć o tym, co schrzanił. Mętny umysł natychmiast podsuwał mu myśl, że dopóki piją razem, ten dawny, beztroski świat wciąż jakoś trwa.
- Jasne, jasne. Wracaj do domu, to się przekonasz - rzucił z chrapliwym rozbawieniem, po czym bez zastanowienia trącił swoim kieliszkiem o szkło Dantego i wlał w siebie kolejną porcję.
Gdy alkohol palił go w przełyku, skrzywił się krótko, a w jego głowie natychmiast pojawiła się Elsa. Doskonale pamiętał te jej protekcjonalne, pełne wyższości spojrzenia z dawnych lat - zawsze traktowała go jak zarazę, jak kogoś z gorszego świata, kto ściąga jej idealnego faceta na dno. I chociaż dzisiaj rzeczywiście był na dnie, to sama myśl o jej wiecznie skrzywionej twarzy budziła w nim mściwą satysfakcję. Wiedział, że Elsa nienawidziła go z wzajemnością. Przez głowę przemknęła mu mściwa myśl, że każdy kolejny shot i każda kolejna godzina spędzona przez Dantego w jego towarzystwie były małym rewanżem na Elsie i jej idealnym obrazku życia.
Obserwując uśmiech na twarzy kumpla, Beaumont poczuł, jak z jego własnych piersi schodzi część tego dławiącego ciężaru, który nosił od tygodni. Panicznie bał się momentu, w którym kumpel powie dobra, starczy, wracam do siebie. Gdyby został sam przy tym barze, wszystkie czarne myśli wróciłyby ze zdwojoną siłą. Alkohol był jedyną barierą odgradzającą go od paniki, a towarzystwo stanowiło idealny pretekst, by nie zatrzymywać się ani na moment. Widząc, że kumpel naprawdę daje się wciągnąć w ten wir, poczuł ulgę, jakby właśnie udało mu się odsunąć wszystkie problemy jeszcze o kilka godzin.
- Do usług. Najlepsze plany to te tworzone na kolanie przy barze - odparł, zgarniając swój kieliszek i przełykając zawartość od razu po nim.
Słysząc akceptację swojej propozycji, poczuł przyjemny dreszcz rozbawienia. W pijanym stanie klub ze striptizem wydawał mu się genialnym pomysłem - głośna muzyka, mocne drinki, ładne dziewczyny i brak miejsca na jakiekolwiek głębokie, trudne rozmowy. Strip klub był idealnym miejscem, żeby przez kilka godzin nie myśleć o niczym.
- Stare, dobre czasy. Dzisiaj przynajmniej rocznik z dowodu się zgadza, więc bramkarz może nam co najwyżej naskoczyć - zarechotał głośno, gdy w pamięci błysnęło mu wspomnienie tamtej nieudanej akcji z młodości, kiedy uciekali spod drzwi z duszą na ramieniu.
Gdy Dante zaczął kpić z jego równowagi, a chwilę później sam zatoczył się w drodze do wyjścia, zareagował błyskawicznie. Złapał go mocno za ramię, klepiąc po plecach.
- I kto tu ledwie trzyma pion, co? Zobacz na siebie, parę shotów i już cię znosi! - zaśmiał się chrapliwie. - Spokojnie, wpuszczą nas. A jak nie, to znajdziemy następną melinę.
Po pchnięciu drzwi i wyjściu na zewnątrz wciągnął głęboko do płuc powietrze, ale nagła zmiana otoczenia i tak sprawiła, że głowa zaczęła mu ciążyć jeszcze bardziej. Przez szum w uszach na chwilę wróciła mu myśl o jutrzejszym dniu - o spotkaniu z kuratorem i o tym, że znowu stacza się na samo dno. Natychmiast odepchnął ją od siebie, jeszcze mocniej skupiając się na tym, żeby nie myśleć o niczym. Przetarł dłonią twarz i ruszył chodnikiem, próbując utrzymać prostą linię.
- Dobra, idziemy. To jakieś pięć minut piechotą. Prosto, potem w lewo za rogiem - rzucił przez ramię, wskazując ręką drogę i mocno pilnując krawężnika, byle tylko nie dać po sobie poznać, jak bardzo świat zaczął mu wirować przed oczami.
Dante Levasseur
pączek
ktoś prowadzi moją postać bez ustaleń, nudy, braku rozwoju fabuły
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Fifth Social Club”