Renoir przez chwilę pozwolił sobie jeszcze na cień uśmiechu, kiedy przypomniał sobie reakcję Cobie na jego wcześniejsze żarty. Dziewczyna najwyraźniej coraz swobodniej sobie z nim poczynała i, co gorsza, zaczynało mu się to podobać. „OK, boomer” będzie musiał jej kiedyś oddać, bo przecież nie mógł pozwolić, żeby młodsza koleżanka wyszła z tej wojny słownej zwycięsko. Zresztą jej mina, kiedy naprawdę rzuciła się sprawdzać ostatnią stronę nakazu, była warta więcej niż cała ta sprawa z wyimaginowanym serduszkiem. Teraz jednak żarty się skończyły.
Renoir przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Stał przed monitorem z rękami skrzyżowanymi na piersi i pozwalał, żeby nagranie przeleciało jeszcze raz. Nie interesowało go już samo zobaczenie Setha. To było za mało. Po kilku latach pracy nauczył się, że najważniejsze rzeczy często znajdowały się gdzieś pomiędzy oczywistymi faktami. A tutaj tych „pomiędzy” zaczynało robić się zdecydowanie za dużo.
Najpierw 19:27. Mężczyzna w prochowcu i kapeluszu. Pojawił się na piętrze od strony przeciwnej niż winda, otworzył pokój 819 kartą i wszedł do środka. Ponad godzinę przed Sethem. Renoir zmrużył oczy. To był dla niego najważniejszy fragment całego nagrania. Ktoś był tutaj wcześniej. Ktoś przygotował pokój, zanim Jill w ogóle przekroczyła próg hotelu. Nie wyglądało to na przypadkowe spotkanie.
Potem Seth z Jill. Spokojni, wręcz zwyczajni. Para. Gdyby nie wiedział, czego szuka, prawdopodobnie nawet nie zwróciłby na nich większej uwagi. Następnie drzwi 819, uścisk dłoni i fragment białej koszuli. Ciemniejsza skóra. Za mało, żeby wyciągać jakiekolwiek wnioski. Można w sumie przejrzeć „ważne osoby” w Toronto pod względem grupy etnicznej, ale to jak szukanie igły w stogu siana. Renoir zapamiętał jednak szczegół i od razu odrzucił pokusę dopowiadania sobie reszty. Kamera była kiepska, a kiepska kamera potrafiła zrobić z człowieka kogoś zupełnie innego, niż był w rzeczywistości. Kiedyś był blisko pomyłki, więc jakieś doświadczenie miał.
21:11. Seth wychodzi. Sam. Coś wciąga do nosa. Renoir tylko lekko zmrużył oczy. Narkotyk? Być może. Wątpił, że to legalna tabaka. Nie zamierzał nazywać tego faktem bez potwierdzenia. Potem Jill. 1:47. Sama, owinięta prześcieradłem, ledwo utrzymująca się na nogach. Ten obraz nie wywołał w nim szoku. Wywołał coś znacznie bardziej praktycznego - zimną pewność, że dziewczyna nie znalazła się tam z własnej woli. Przez moment przeszła mu przez myśl, że gdyby zobaczył swoją córkę w takim stanie... Oj, klękajcie narody!
A później 2:32. Ten sam prochowiec. Ten sam kapelusz. Drugi mężczyzna wychodzi z pokoju, ale nie korzysta z windy. Idzie w przeciwnym kierunku i znika z obrazu. Czterdzieści pięć minut po Jill. Renoir powoli wypuścił powietrze nosem. W głowie miał już pierwszą chronologię. 19:27. 20:30. 20:38. 21:11. 1:47. 2:32. Nie zamierzał jednak wyrzucać wszystkich swoich wniosków przy Collinsie i ochroniarzu. Menadżer był zbyt spokojny, hotel zbyt chętny do zasłaniania się prywatnością, a Renoir zbyt długo pracował w federalnych, żeby rozdawać obcym ludziom własne hipotezy za darmo. Omówi to na spokojnie z Cobie gdy będzie na to dobry moment.
-
Cofnij do 19:27.
Poczekał, aż ochroniarz zatrzyma nagranie. Wskazał ekran palcem.
-
Tutaj. Ten pierwszy. Chcę dokładnie wiedzieć, skąd dostał się na to piętro.
Nie wyjaśnił, dlaczego akurat ten moment interesował go najbardziej. Logicznym było, że były dodatkowe schody, zwykłe albo przeciwpożarowe. Ewentualnie gość miał wynajęte dwa pokoje i z niego przeniósł się na moment do miejsca zbrodni. Odwrócił się natomiast do Collinsa.
-
Potrzebujemy logów kart dostępu do pokoju 819. Wydanie karty, numer karty, wszystkie użycia od momentu jej aktywacji. Jeżeli system rejestruje wejścia kartami pracowniczymi, chcę również te dane. Najlepiej wszystkie dane gości na tym piętrze.
Collins mógł sobie zachowywać tę swoją hotelową uprzejmość. Renoir już jej nie potrzebował.
-
Wszystkie kamery obejmujące wyjścia z tego korytarza. Szczególnie tę stronę, w którą poszedł po wyjściu z pokoju.
Dopiero wtedy spojrzał na mężczyznę zza monitora.
-
Nie chcę żadnych filtrów pod kątem tego, co uważa pan za istotne. Ja zdecyduję, co jest istotne. Czy to jasne?
Ton nadal miał spokojny. Właśnie dlatego zabrzmiało to znacznie bardziej stanowczo niż podniesiony głos. Zerknął na Cobie, westchnął cicho. W takiej sytuacji nie mógł pozwolić sobie na uprzejmość. Robił wszystko według procedur, co czasami go wkurzało. Renoir ponownie skierował wzrok na nagranie z 21:11.
-
To samo dla Setha. Lobby, wyjście, parking. Chcę jego trasę od momentu, kiedy opuścił windę, aż do chwili, kiedy zniknie z kamer. Zanim zaczniemy dyskutować o prywatności gości, przypominam, że mamy nakaz. Jeżeli dokument czegoś nie obejmuje, pytamy sędziego. Jeżeli obejmuje - wykonujemy go. Proste.
Nie było w tym krzty uśmiechu. Jeszcze kilka minut wcześniej mogli rozmawiać normalnie. Teraz Renoir miał przed oczami pobitą nastolatkę, dwóch mężczyzn i pokój, który ktoś najwyraźniej przygotował na długo przed jej przyjazdem. Nie zamierzał pozwolić, żeby elegancki hotel i jego prawnicy zamienili śledztwo w przepychankę o to, czy funkcjonariusze mogą zobaczyć kawałek zapisu z kamery.
-
Jeżeli coś z tego materiału zniknie, zostanie nadpisane albo ktoś spróbuje przy nim manipulować, będziemy rozmawiać już zupełnie inaczej. Ze mną będziecie rozmawiać inaczej.
Krótka pauza, zrobił dwa kroki w stronę Collinsa.
-
Więc zróbmy to po prostu dobrze.
Odwrócił się z powrotem do monitora. Nie powiedział Cobie wszystkiego, co właśnie zaczynało układać mu się w głowie. Nie wspomniał o czterdziestu pięciu minutach, które drugi mężczyzna spędził w pokoju po wyjściu Jill. Nie pytał jeszcze, dlaczego ktoś pojawił się na ósmym piętrze ponad godzinę wcześniej. Nie powiedział też, że najbardziej interesowało go to, skąd ten człowiek przyszedł i dlaczego tak bardzo pilnował, żeby jego twarzy nie zobaczyła żadna kamera. To były pytania dla nich. Nie dla hotelu. Renoir zerknął jeszcze raz na zatrzymany obraz mężczyzny w kapeluszu.
-
Mamy więcej, niż mieliśmy dziesięć minut temu.
Jego wzrok przesunął się na Cobie.
-
Ale nadal nie mamy nazwiska.
Reszta mogła poczekać. Najpierw ustalą, skąd przyszedł. Potem, dokąd poszedł. Dopiero później zaczną ustalać, kim właściwie był.
Cobie Takeda