Zabawnym wydawało się to, że w ogóle rozmyślali o jakichś granicach - że od czasu do czasu zastanawiali się nad tym czy nie powiedzieli lub nie zrobili zbyt dużo. Ale prawda była taka, że oni faktycznie żadnych granic nie ustalili - i w tym tkwił cały sekret ich niesamowitej, wspólne podróży. Miała być spontaniczna, trochę szalona, na pewno całkowicie swobodna i co najważniejsze, wolna od barier i granic świata codziennego. Tych ram, w których Solene trwała od najmłodszych lat, które ją ukształtowały i trzymały w ryzach aż do tej pory - które nie pozwalały jej tak naprawdę poznać otaczającego ją świata i ludzi wokół. Dzisiaj chciała po prostu przez tych kilka godzin być po prostu sobą, więc nie było mowy o tym, by jakiekolwiek pytanie było złe, a jakikolwiek gest niewskazany. Owszem, nie znali się - panował lekki dyskomfort, potrzebowali czasu, by w ogóle zacząć ze sobą normalnie rozmawiać, ale w tej jednej chwili na potężnej karuzeli świat skurczył się do obrębu ciasnego wagonika, w którym byli tylko oni dwoje. Trzymający się za ręce. Śmiech wypełniał przestrzeń naprzemiennie z krzykiem pełnym przerażenia - malowała się wokół nich cała gama pięknych, niezapomnianych emocji. I co najważniejsze - doświadczali tego
razem.
Ten moment był w jakiś sposób
intymny - Jasper widział właśnie wiele jej pierwszych razów: pierwszy raz w parku rozrywki, pierwszy raz, gdy piła alkohol prosto z butelki, pierwszy raz, gdy śmiała się głośno, pierwszy raz oczy błyszczały jej radością, pierwszy raz pozwoliła sobie na chwile zapomnienia z nieznajomym, pierwszy raz grała w jakąś dziecięcą grę, pierwszy raz pędziła na karuzeli. Te
pierwsze razy były wyjątkowe i to właśnie on w tych wyjątkowych chwilach jej towarzyszył. Mimo, że nie miała pojęcia jaka była jego historia, kim tak naprawdę był, ile miał lat, co przeżył, co robił poza muzyką… w normalnej rzeczywistości te informacje byłyby jej potrzebne, by zachować jakikolwiek spokój - obce osoby towarzyszyły jej wyłącznie w pracy, tam spotykała klientów, adwokatów, sędziów; ale w życiu prywatnym miała ściśle określone grono ludzi, do którego ciężko było się dostać. W tej chwili jednak Jasper Porter stanowił wyjątek od reguły. Dał jej to pozorne uczucie wolności, której tak uparcie pragnęła i był wyznacznikiem jednego z najważniejszych doświadczeń w jej życiu.
Być może dokonał czegoś przełomowego.
Adrenalina niemal szumiała jej w głowie, huk karuzeli i zderzenia z wiatrem dosłownie zapierały dech w piersiach, przerażenie sprawiało, że serce biło jej niemiłosiernie szybko. Targało nią tak wiele emocji - ale to jego dłoń stanowiła dla niej jedyne oparcie, którego potrzebowała. Nie spodziewała się, że przełamanie tej bariery fizyczności przyjdzie jej tak łatwo, a może jeszcze nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, działając pod wpływem chwili. Gdy wreszcie kolejka się zatrzymała, na twarz opadła jej kaskada ciemnych włosów, oddech był przyspieszony, kąciki ust nadal unosiły się w bliżej nieokreślonym uśmiechu, a palce nadal kurczowo trzymały męską dłoń. Była…
szczęśliwa. Tak po prostu. Poczuła jednak pewną ulgę, gdy uwolniono ich z zabezpieczenia i popatrzyła na Jaspera. Jego zmierzwione włosy dodawały mu niemal chłopięcego uroku, uśmiech błąkający się na ustach był urzekający i przykuwał jej uwagę, a co więcej sięgał oczu - a te błyszczały radośnie. Uniosła nieznacznie kąciki ust, a potem zaśmiała się, słysząc jego pytanie. -
Jeszcze jeden? O nie, może nie było tak źle jak sądziłam, ale to zdecydowanie już był szczyt mojego szaleństwa - stwierdziła z rozbawieniem -
Zasłużyłam na duże lody? - uniosła wymownie brew ku górze, zerkając w następnej kolejności na ludzi, którzy opuszczali już wagoniki. Nim zdołała powiedzieć coś więcej, poruszyła dłonią i wówczas dotarło do niej, że nadal zaciskała ją w tej jego - nadal trzymali się za ręce. Niemal automatycznie spojrzała w dół na ich splecione dłonie i po chwili wyswobodziła swoją z jego uścisku. To całkiem zabawne, że ta pozornie odważna, niezłomna, wygadana i pewna siebie kobieta, która rozstawiała ludzi na sali rozpraw, nagle najzwyczajniej w świecie się zawstydziła. Cofnęła rękę i uniosła wzrok na mężczyznę. -
Wybacz… ja… spanikowałam w trakcie jazdy… - mówiła, kręcąc głową z niedowierzaniem dla samej siebie -
Ale doceniam, że mnie nie puściłeś. Podobało Ci się? - spytała, nagle zdając sobie sprawę z tego, że to pytanie mogło zabrzmieć nieco dwuznacznie -
To znaczy, czy przejazd Ci się podobał? - dopytała, czując, że jej policzki najpewniej przybrały już lekko zaróżowiony kolor i to nie tylko za sprawą wypitego alkoholu. To i tak cud, że wpuścili ich na dzisiejszą atrakcję, nie dyskwalifikując ich poprzez alkohol, który być może było od nich czuć. Kiedy jednak pracownik posłał im nieco zniecierpliwione spojrzenie, uniosła ręce w geście obronnym i podniosła się, po czym z pomocą Jaspera wysiadła z wagonika, a potem zeszli z podestu, całkowicie opuszczająco obszar karuzeli.
Stojąc już na pewnym, twardym gruncie, poprawiła rozwiane, długie włosy oraz materiał sukienki. Idąc śladem Jaspera, rozejrzała się za jakimś stoiskiem ze słodkościami, ale…
-
Solene? - usłyszała nagle znajomy, damski głos. Nim zdołała w ogóle zareagować, dostrzegła kobietę z dwójką nastoletnich dzieci, a zaraz za nimi kroczył jej mąż. Mężczyzna współpracował kiedyś z jej narzeczonym, ale oboje znali również jej matkę. W jednej chwili zniknął jej radosny uśmiech, ciało wyraźnie się spięło, a w głowie zapanował istny chaos. Niemal ogarnęła ją panika.
-
Solene, no oczywiście, tak mi się wydawało, że to Ty. Co Ty tutaj robisz? - pyta radośnie, rzucając zaciekawione spojrzenie w kierunku Jaspera. Natłok myśli w głowie Rhodes sprawia, że odpowiada nim Jasper zdoła zrobić to jako pierwszy, gdyby ewentualnie miał taki zamiar. Śmieje się nerwowo i wita się z obojgiem dorosłych, kiwając również z uśmiechem głową do młodzieży.
-
Spontaniczny, urodzinowy wypad ze znajomymi z pracy. Właśnie się za nimi rozglądaliśmy, rozdzieliliśmy się na chwilę - skłamała gładko, zadziwiająco swobodnie, chociaż pewne drobne elementy mogły wskazywać na to, że była wyraźnie spięta i zdenerwowana. Roześmiani znajomi jednak zdawali się tego nie zauważać, wspominając o tym, że powinni się za jakiś czas w końcu spotkać - mając na myśli oczywiście ją i jej narzeczonego. Solene kiwa tylko nerwowo głową i wysila się na uśmiech, ale w końcu dzieci ich ponaglają, więc po krótkim pożegnaniu jej spanikowane spojrzenie ucieka w kierunku Jaspera.
-
Muszę stąd natychmiast iść - powiedziała i zerknęła za siebie, aby się upewnić, że znajomych już nie było w pobliżu -
Chodźmy do wyjścia, tam powinnam złapać taksówkę - dodała, ale ruszyła przodem nawet nie czekając na reakcję mężczyzny. Potrzebowała się ulotnić. Wyjść poza obszar parku, by mieć pewność, że nie wpadnie już na nikogo znajomego. Jakie istniało prawdopodobieństwo, że o tej porze, akurat dzisiaj - spotka tu kogoś, kto znał nie tylko jej narzeczonego, ale i matkę? Szansa musiała być znikoma, więc po prostu miała cholernego pecha. Już sobie wyobrażała aferę, która wywiązałaby się, gdyby dowiedzieli się, że była w parku rozrywki, zamiast razem z nimi na ważnym bankiecie, który właśnie trwał. Ta kłótnia i tak była nieunikniona, ale gdyby mieli świadomość gdzie była i jeszcze w dodatku z kim, pewnie oszaleliby ze złości. Solene wracała w te swoje sztywne ramy szybciej niż by sobie tego życzyła - wystarczył jeden, krótki impuls. To spotkanie brutalnie sprowadziło ją na ziemie. Nie zważała nawet na nierówności podłoża, po prostu musiała się stąd jak najszybciej ewakuować. -
To nie był dobry pomysł, nie powinno mnie tu w ogóle być… - mówiła właściwie sama do siebie, ale Jasper na pewno ją słyszał, bo już zrównał z nią krok, gdy docierali do bramy prowadzącej do wyjścia z parku. Przekroczyli bramki i odetchnęła głęboko, dostrzegając, że na parkingu stała taksówka. Spojrzała ponownie na Jaspera, mając poczucie, że widzi go w tej chwili po raz ostatni - było jej przykro, że tak się to kończyło, że nie dostali więcej czasu… że jej chwila wolności musiała się zakończyć właśnie w taki sposób - w momencie, w którym dopiero nabierała barw.
-
Nie wiem co dzisiaj we mnie wstąpiło... ale dziękuję Ci za tych kilka godzin - powiedziała i spojrzała z żalem na trzymaną w rękach maskotkę -
Nie mogę go zabrać… - powiedziała i oddała mu ją; nawet jeżeli Jazz nie chciał jej zabrać, to Solene wypuściła ją z rąk i mężczyzna po prostu musiał ją złapać. Nie mogła wrócić do mieszkania z pluszakiem, bo to nie tylko byłby dowód jej dzisiejszych ekscesów, ale jednocześnie wywołałoby to niepotrzebną lawinę pytań. A teraz zależało jej tylko na tym, by ugasić pożar, który Ci znajomi mogli w niedalekiej przyszłości wzniecić. -
U Ciebie będzie mu lepiej, w końcu jesteście imiennikami - dodała jeszcze cicho, spoglądając najpierw na maskotkę, a potem już na Jaspera. Nie widziała w jego oczach zaskoczenia, pewnie się tego spodziewał - słyszał jej kłamstwo, widział jej panikę w obecności tamtych ludzi. Miała wrażenie, że nadal dostrzegał więcej niż powinien, ale nie mogła już dłużej tego kontynuować - nie mogła mu dać nic więcej. Nie powiedziała „żegnaj”, nie rzuciła też „do zobaczenia”, bo przecież to miał być ostatni raz, gdy na siebie patrzyli. Ale ciężko było jej zerwać kontakt wzrokowy, dlatego ostatnie kroki stawiała na oślep, cofała się, by jeszcze przez chwile móc dzielić z nim spojrzenie, ale gdy wokół rozległ się jakiś niespodziewany śmiech, ten znowu spłoszył ją niczym dzikie zwierze. Wówczas odwróciła się i poszła prosto w stronę taksówki, którą odjechała w kierunku centrum - w bezpowrotną drogę do swojego świata i codzienności, z której nie było już dla niej absolutnie żadnej ucieczki.
Nadal jednak czuła na skórze ciepło jego dłoni.
Jasper Porter