40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dotyk był formą komunikacji, czasami dużo prostszą niż słowa. Niewerbalne komunikaty rzadko oszukiwały. Język mógł kłamać, łatwo było zmanipulować prawdę pięknymi frazesami, ale ciało? Ludzie nie mieli nad nim tak dużej władzy jak sądzili. Ulegało instynktom, potrafiło zachowywać się nieprzewidywalnie. Mięśnie spinały się mimowolnie, dreszczy na skórze nie sposób było uniknąć. Rozszerzająca się źrenica, przyspieszony puls, wykwitający na twarzy rumieniec – wszystko to zdradzało skrywane przez milczenie emocje. Kiedy ją łapał, gdy noga podwinęła się na zdradliwej powierzchni, również był to odruch bezwarunkowy. Naturalna reakcja na nadchodzące zagrożenie i chęć ochrony drugiej osoby. Czy palce zaciskające się na jej talii, pozostające tam odrobinę zbyt długo, również stanowiły coś nieświadomego? Nie był pewien. Wiedział, że jego percepcja była ograniczona przez krążący w żyłach alkohol, mógł po prostu nie zauważyć, że trzyma ją o kilka sekund za długo. A może po prostu chciał to zrobić, gdzieś podświadomie? Była cholernie atrakcyjną kobietą i niezależnie od tego jak planował poprowadzić ten wieczór – prosto, niezobowiązująco i nienachalnie, bez zbędnych podtekstów – nie potrafił nic poradzić na fakt, że jego ciało reagowało samo.
Dopiero pojutrze? — Odwrócił spojrzenie, czując jej zmieszanie. Nie chciał… przekraczać granic. Nigdy ich nie ustalili, ale przecież wydawały się jasne. Znali się raptem kilka godzin, może mniej? Niewątpliwie łączyło ich coś więcej, coś co ciężko opisać, to dziwne metafizyczne przyciąganie, jakby wszechświat chciał, by spotkali się akurat w takim momencie. Nie oznaczało to jednak, że powinien to wykorzystać. — To wciąż masa czasu, by nie dać się dogonić rzeczywistości. — Uśmiechnął się, jakby chciał jej złożyć kolejną niepoprawną propozycję, by została z nim odrobinę dłużej. Przeciągnęła wycieczkę po metaforycznym Wiedniu aż do świtu, a może i następnego dnia, oddając się słodkiej beztrosce, ale czy to również nie byłoby przekroczeniem granicy?
Zabawne, że w ogóle się nad tym zastanawiał. Jazz rzadko się wahał, najczęściej po prostu skakał na głęboką wodę, płynąc z falą nieuchronnych konsekwencji. Gdyby Solene była kimś innym, gdyby nie jej spojrzenie, które posłała mu w barze, pełne niewypowiedzianego smutku, gdyby nie dobór piosenki, jej chęć ucieczki i wszystkie małe gesty, które wskazywały na to, że pierwszy raz od dawna czuła się wolna, może wieczór potoczyłby się zupełnie inaczej. Gdyby była kimś innym, zapewne wyciągnąłby ją z baru i oczarował, tak jak oczarował wiele innych kobiet. Zaoferowałby jej zupełnie inny rodzaj rozrywki i zapomnienia. To byłaby prostsza droga. Ale kiedy na nią patrzył, coś kazało mu czekać i słuchać. Spróbować zrozumieć.
Tak, na ogół bohaterowie wygrywają. — Zaśmiał się. Kolejny fizyczny kontakt, tym razem zainicjowany przez nią, zapewne nieświadomie, zignorował niemal zupełnie. Nie dlatego, że chciał, ale dlatego, że powinien. Oboje byli pijani. Po prostu ulegali impulsom. Rozmowa w barze była impulsem. Zgodzenie się na wycieczkę było impulsem. Park rozrywki był impulsem. Każdy dotyk to tylko impuls. — Nie wiem czy mam być urażony, że nazwiesz pluszowego szopa moim imieniem… — popatrzył na nią, gdy szli w stronę kolejki. Ściskała pluszaka, jak największy skarb. Jakby faktycznie wygrał dla niej coś cennego, a maskotka nie była jedynie nagrodą pocieszenia, a symbolem wielkiej zmiany i wielkiego zrywu. — Czy cieszyć się z faktu, że ten Jazz to cholerny szczęściarz, bo wylądował w objęciach pięknej kobiety. — Te słowa również były impulsem. Tym razem jednak się na nim złapał i poczuł, że powinien go powstrzymać, zanim w ogóle miał miejsce. — Nie chodziło mi o to. Nie chciałem… — niespodziewanie to on się zmieszał, nie potrafiąc się wytłumaczyć, co było widokiem dość zaskakującym, zważając na jego dużą swobodę we wcześniejszych kontaktach. — Whisky uderzyło mi do głowy — zaśmiał się, przybierając swój głupkowaty uśmiech. Próbował zmienić temat, odgonić dziwne napięcie, które pojawiło się w powietrzu. Może tylko on je poczuł? Może niepotrzebnie przejmował się jednym nieprzemyślanym zdaniem, które wyrwało się z jego ust.
Na horyzoncie na szczęście pojawiła się upragniona kolejka, a temat płynnie przeszedł na szalony pomysł skorzystania właśnie z tej atrakcji.
Właśnie ta. Nie pójdziemy na karuzelę dla dzieci. Superdziewczyny po prostu latają, tutaj to najbliższe temu uczuciu. — Nie pozwolił jej uciec. Musiała za nim podążać, gdy wchodził na podest i wtedy, gdy odblokowały się bramki, a pracownik zaprosił ich do zajęcia miejsc. Wahała się, ale jednak udało mu się ją przekonać, prostym podstępem – sięgnął do jej ambicji. Nie wycofywała się, nie ona, przecież z taką łatwością zagarniała przestrzeń wokół siebie. Kapitulacja, po tej całej podróży, którą dotychczas odbyli nie wchodziła w grę. W końcu przyjęła więc wyciągniętą w jej kierunku dłoń. Pomógł jej przejść przez konstrukcję, a później zająć miejsce w kolejce. Trzask zapinanych pasów oznaczał, że już nie mogła zmienić zdania, nie było ucieczki. — Nie zginiesz, zaufaj mi. — Uśmiechnął się w jej kierunku. Światła wagonika zaczęły migotać, a to oznaczało, że do startu pozostało im niewiele czasu. Mały wyświetlacz z zegarem rozpoczął odliczanie. — Obiecuję, że dostaniesz największe lody. Cokolwiek tylko chcesz. — Wydawało się, że mówił coś jeszcze, ale głośny mechanizm zagłuszył jego słowa. Kolejka ruszyła, powoli tocząc się po szynach w górę. Zmieniające się ciążenie przygniatało ciało do siedzenia. Lubił to uczucie, budującą się adrenalinę, która zaciskała żołądek. Wyczekiwanie na szybki zjazd w dół i szybko bijące serce, które chciało wyskoczyć z piersi. Solene wydawała się jednak przerażona tą wizją i podjętą przed siebie decyzją. Złapała Jaspera za dłoń, zapewne zupełnie nieświadomie, szukając w jego obecności poczucia bezpieczeństwa. Zacisnął więc palce mocniej, jakby chciał powiedzieć, że wszystko będzie w porządku. Pozwalał aby jej drobniejsza dłoń mocno zamykała się na jego podczas ostrzejszych zakrętów. Tym razem również ją obserwował, na tyle ile pozwoliła prędkość i targające nimi przeciążenia. To jak się uśmiechała, zamykała oczy, gdy znów lecieli w dół, jak jej włosy tańczyły na wierze. Wydawało mu się, że oprócz jej przerażonego krzyku, usłyszał również cichy śmiech.
Dwie pętle. Kilkadziesiąt sekund czystej adrenaliny. Odrobina strachu, nowo poznana radość i faktycznie to uczucie, jakby na chwilę latali, gdy ciążenie się zmieniało. Światła parku rozrywki, które migały w dole, były jak odległe planety na tle nocnego nieba. Przejazd musiał jednak kiedyś dobiec końca, a oni – ponownie – powinni zejść na ziemię. Dłoń Solene wciąż jednak zaciskała się mocno na jego własnej (kolejny i m p l u l s), a on nie zamierzał tego przerywać. Nawet wtedy, gdy głośny dźwięk pozwolił im zwolnić zabezpieczenia i wysiąść z wagonika. Czekał aż sama przerwie kontakt.
Mówiłem, że nie będzie tak źle. — Wzruszył ramionami i uśmiechnął się, spoglądając na nią. Jego włosy były w kompletnym nieładzie, roztargane przez wiatr. Oczy błyszczały radośnie, z przekonaniem, że po raz kolejny udało im się osiągnąć tego wieczora coś, co stanowiło mały kamień milowy. — To jak, jeszcze jeden przejazd, czy jednak wiszę ci porządną porcję słodkości? — Ludzie wokół nich zaczęli opuszczać miejsca. Pracownik kolejki popatrzył na nich wymownie, ale Jasper zignorował to spojrzenie. Przecież dzisiaj mieli być nietykalni, prawda?


supergirl
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
adwokat | Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
I've got to get a move on with my life, it's time to be a big girl now and big girls don't cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zabawnym wydawało się to, że w ogóle rozmyślali o jakichś granicach - że od czasu do czasu zastanawiali się nad tym czy nie powiedzieli lub nie zrobili zbyt dużo. Ale prawda była taka, że oni faktycznie żadnych granic nie ustalili - i w tym tkwił cały sekret ich niesamowitej, wspólne podróży. Miała być spontaniczna, trochę szalona, na pewno całkowicie swobodna i co najważniejsze, wolna od barier i granic świata codziennego. Tych ram, w których Solene trwała od najmłodszych lat, które ją ukształtowały i trzymały w ryzach aż do tej pory - które nie pozwalały jej tak naprawdę poznać otaczającego ją świata i ludzi wokół. Dzisiaj chciała po prostu przez tych kilka godzin być po prostu sobą, więc nie było mowy o tym, by jakiekolwiek pytanie było złe, a jakikolwiek gest niewskazany. Owszem, nie znali się - panował lekki dyskomfort, potrzebowali czasu, by w ogóle zacząć ze sobą normalnie rozmawiać, ale w tej jednej chwili na potężnej karuzeli świat skurczył się do obrębu ciasnego wagonika, w którym byli tylko oni dwoje. Trzymający się za ręce. Śmiech wypełniał przestrzeń naprzemiennie z krzykiem pełnym przerażenia - malowała się wokół nich cała gama pięknych, niezapomnianych emocji. I co najważniejsze - doświadczali tego razem.
Ten moment był w jakiś sposób intymny - Jasper widział właśnie wiele jej pierwszych razów: pierwszy raz w parku rozrywki, pierwszy raz, gdy piła alkohol prosto z butelki, pierwszy raz, gdy śmiała się głośno, pierwszy raz oczy błyszczały jej radością, pierwszy raz pozwoliła sobie na chwile zapomnienia z nieznajomym, pierwszy raz grała w jakąś dziecięcą grę, pierwszy raz pędziła na karuzeli. Te pierwsze razy były wyjątkowe i to właśnie on w tych wyjątkowych chwilach jej towarzyszył. Mimo, że nie miała pojęcia jaka była jego historia, kim tak naprawdę był, ile miał lat, co przeżył, co robił poza muzyką… w normalnej rzeczywistości te informacje byłyby jej potrzebne, by zachować jakikolwiek spokój - obce osoby towarzyszyły jej wyłącznie w pracy, tam spotykała klientów, adwokatów, sędziów; ale w życiu prywatnym miała ściśle określone grono ludzi, do którego ciężko było się dostać. W tej chwili jednak Jasper Porter stanowił wyjątek od reguły. Dał jej to pozorne uczucie wolności, której tak uparcie pragnęła i był wyznacznikiem jednego z najważniejszych doświadczeń w jej życiu.
Być może dokonał czegoś przełomowego.
Adrenalina niemal szumiała jej w głowie, huk karuzeli i zderzenia z wiatrem dosłownie zapierały dech w piersiach, przerażenie sprawiało, że serce biło jej niemiłosiernie szybko. Targało nią tak wiele emocji - ale to jego dłoń stanowiła dla niej jedyne oparcie, którego potrzebowała. Nie spodziewała się, że przełamanie tej bariery fizyczności przyjdzie jej tak łatwo, a może jeszcze nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, działając pod wpływem chwili. Gdy wreszcie kolejka się zatrzymała, na twarz opadła jej kaskada ciemnych włosów, oddech był przyspieszony, kąciki ust nadal unosiły się w bliżej nieokreślonym uśmiechu, a palce nadal kurczowo trzymały męską dłoń. Była… szczęśliwa. Tak po prostu. Poczuła jednak pewną ulgę, gdy uwolniono ich z zabezpieczenia i popatrzyła na Jaspera. Jego zmierzwione włosy dodawały mu niemal chłopięcego uroku, uśmiech błąkający się na ustach był urzekający i przykuwał jej uwagę, a co więcej sięgał oczu - a te błyszczały radośnie. Uniosła nieznacznie kąciki ust, a potem zaśmiała się, słysząc jego pytanie. - Jeszcze jeden? O nie, może nie było tak źle jak sądziłam, ale to zdecydowanie już był szczyt mojego szaleństwa - stwierdziła z rozbawieniem - Zasłużyłam na duże lody? - uniosła wymownie brew ku górze, zerkając w następnej kolejności na ludzi, którzy opuszczali już wagoniki. Nim zdołała powiedzieć coś więcej, poruszyła dłonią i wówczas dotarło do niej, że nadal zaciskała ją w tej jego - nadal trzymali się za ręce. Niemal automatycznie spojrzała w dół na ich splecione dłonie i po chwili wyswobodziła swoją z jego uścisku. To całkiem zabawne, że ta pozornie odważna, niezłomna, wygadana i pewna siebie kobieta, która rozstawiała ludzi na sali rozpraw, nagle najzwyczajniej w świecie się zawstydziła. Cofnęła rękę i uniosła wzrok na mężczyznę. - Wybacz… ja… spanikowałam w trakcie jazdy… - mówiła, kręcąc głową z niedowierzaniem dla samej siebie - Ale doceniam, że mnie nie puściłeś. Podobało Ci się? - spytała, nagle zdając sobie sprawę z tego, że to pytanie mogło zabrzmieć nieco dwuznacznie - To znaczy, czy przejazd Ci się podobał? - dopytała, czując, że jej policzki najpewniej przybrały już lekko zaróżowiony kolor i to nie tylko za sprawą wypitego alkoholu. To i tak cud, że wpuścili ich na dzisiejszą atrakcję, nie dyskwalifikując ich poprzez alkohol, który być może było od nich czuć. Kiedy jednak pracownik posłał im nieco zniecierpliwione spojrzenie, uniosła ręce w geście obronnym i podniosła się, po czym z pomocą Jaspera wysiadła z wagonika, a potem zeszli z podestu, całkowicie opuszczająco obszar karuzeli.
Stojąc już na pewnym, twardym gruncie, poprawiła rozwiane, długie włosy oraz materiał sukienki. Idąc śladem Jaspera, rozejrzała się za jakimś stoiskiem ze słodkościami, ale…
- Solene? - usłyszała nagle znajomy, damski głos. Nim zdołała w ogóle zareagować, dostrzegła kobietę z dwójką nastoletnich dzieci, a zaraz za nimi kroczył jej mąż. Mężczyzna współpracował kiedyś z jej narzeczonym, ale oboje znali również jej matkę. W jednej chwili zniknął jej radosny uśmiech, ciało wyraźnie się spięło, a w głowie zapanował istny chaos. Niemal ogarnęła ją panika.
- Solene, no oczywiście, tak mi się wydawało, że to Ty. Co Ty tutaj robisz? - pyta radośnie, rzucając zaciekawione spojrzenie w kierunku Jaspera. Natłok myśli w głowie Rhodes sprawia, że odpowiada nim Jasper zdoła zrobić to jako pierwszy, gdyby ewentualnie miał taki zamiar. Śmieje się nerwowo i wita się z obojgiem dorosłych, kiwając również z uśmiechem głową do młodzieży.
- Spontaniczny, urodzinowy wypad ze znajomymi z pracy. Właśnie się za nimi rozglądaliśmy, rozdzieliliśmy się na chwilę - skłamała gładko, zadziwiająco swobodnie, chociaż pewne drobne elementy mogły wskazywać na to, że była wyraźnie spięta i zdenerwowana. Roześmiani znajomi jednak zdawali się tego nie zauważać, wspominając o tym, że powinni się za jakiś czas w końcu spotkać - mając na myśli oczywiście ją i jej narzeczonego. Solene kiwa tylko nerwowo głową i wysila się na uśmiech, ale w końcu dzieci ich ponaglają, więc po krótkim pożegnaniu jej spanikowane spojrzenie ucieka w kierunku Jaspera.
- Muszę stąd natychmiast iść - powiedziała i zerknęła za siebie, aby się upewnić, że znajomych już nie było w pobliżu - Chodźmy do wyjścia, tam powinnam złapać taksówkę - dodała, ale ruszyła przodem nawet nie czekając na reakcję mężczyzny. Potrzebowała się ulotnić. Wyjść poza obszar parku, by mieć pewność, że nie wpadnie już na nikogo znajomego. Jakie istniało prawdopodobieństwo, że o tej porze, akurat dzisiaj - spotka tu kogoś, kto znał nie tylko jej narzeczonego, ale i matkę? Szansa musiała być znikoma, więc po prostu miała cholernego pecha. Już sobie wyobrażała aferę, która wywiązałaby się, gdyby dowiedzieli się, że była w parku rozrywki, zamiast razem z nimi na ważnym bankiecie, który właśnie trwał. Ta kłótnia i tak była nieunikniona, ale gdyby mieli świadomość gdzie była i jeszcze w dodatku z kim, pewnie oszaleliby ze złości. Solene wracała w te swoje sztywne ramy szybciej niż by sobie tego życzyła - wystarczył jeden, krótki impuls. To spotkanie brutalnie sprowadziło ją na ziemie. Nie zważała nawet na nierówności podłoża, po prostu musiała się stąd jak najszybciej ewakuować. - To nie był dobry pomysł, nie powinno mnie tu w ogóle być… - mówiła właściwie sama do siebie, ale Jasper na pewno ją słyszał, bo już zrównał z nią krok, gdy docierali do bramy prowadzącej do wyjścia z parku. Przekroczyli bramki i odetchnęła głęboko, dostrzegając, że na parkingu stała taksówka. Spojrzała ponownie na Jaspera, mając poczucie, że widzi go w tej chwili po raz ostatni - było jej przykro, że tak się to kończyło, że nie dostali więcej czasu… że jej chwila wolności musiała się zakończyć właśnie w taki sposób - w momencie, w którym dopiero nabierała barw.
- Nie wiem co dzisiaj we mnie wstąpiło... ale dziękuję Ci za tych kilka godzin - powiedziała i spojrzała z żalem na trzymaną w rękach maskotkę - Nie mogę go zabrać… - powiedziała i oddała mu ją; nawet jeżeli Jazz nie chciał jej zabrać, to Solene wypuściła ją z rąk i mężczyzna po prostu musiał ją złapać. Nie mogła wrócić do mieszkania z pluszakiem, bo to nie tylko byłby dowód jej dzisiejszych ekscesów, ale jednocześnie wywołałoby to niepotrzebną lawinę pytań. A teraz zależało jej tylko na tym, by ugasić pożar, który Ci znajomi mogli w niedalekiej przyszłości wzniecić. - U Ciebie będzie mu lepiej, w końcu jesteście imiennikami - dodała jeszcze cicho, spoglądając najpierw na maskotkę, a potem już na Jaspera. Nie widziała w jego oczach zaskoczenia, pewnie się tego spodziewał - słyszał jej kłamstwo, widział jej panikę w obecności tamtych ludzi. Miała wrażenie, że nadal dostrzegał więcej niż powinien, ale nie mogła już dłużej tego kontynuować - nie mogła mu dać nic więcej. Nie powiedziała „żegnaj”, nie rzuciła też „do zobaczenia”, bo przecież to miał być ostatni raz, gdy na siebie patrzyli. Ale ciężko było jej zerwać kontakt wzrokowy, dlatego ostatnie kroki stawiała na oślep, cofała się, by jeszcze przez chwile móc dzielić z nim spojrzenie, ale gdy wokół rozległ się jakiś niespodziewany śmiech, ten znowu spłoszył ją niczym dzikie zwierze. Wówczas odwróciła się i poszła prosto w stronę taksówki, którą odjechała w kierunku centrum - w bezpowrotną drogę do swojego świata i codzienności, z której nie było już dla niej absolutnie żadnej ucieczki.
Nadal jednak czuła na skórze ciepło jego dłoni.

Jasper Porter
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Sol
everything we like
ODPOWIEDZ

Wróć do „Bar Poet”