ODPOWIEDZ
29 y/o
Welkom in Canada
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Wyszedł z domu za wcześnie. Nie “trochę za wcześnie”, w sposób rozsądny i charakterystyczny dla ludzi, którzy sprawdzają wcześniej korki. Za wcześnie o prawie czterdzieści minut, chociaż droga zajmowała dwadzieścia dwie, a samochód czekał przed domem od wpół do ósmej. Przez ostatnie trzy dni sprawdzał adres tyle razy, że potrafiłby go zapewne podać w środku nocy, wyrwany z głębokiego snu. Mimo to, siedząc już z tyłu samochodu, wyjął z kieszeni wizytówkę i przeczytał go ponownie. Nazwisko. Adres. Emblemat ze splot roślin. Nic więcej. Vikram nie potrzebował niczego więcej.
Edward przesunął kciukiem po wypukłych literach i schował kartonik z powrotem do kieszeni płaszcza. Nosił go przy sobie od tamtego wieczoru, od ich pierwszego spotkania. Początkowo przez przypadek (ehe!). Potem dlatego, że nie chciało mu się go wyjąć. W końcu przestał wymyślać powody.
Za oknem Toronto przesuwało się w mokrych kawałkach. Padało wcześniej i ulice zachowały po deszczu ten szczególny połysk, przez który miasto wyglądało jak własna, trochę lepsza wersja. Światła samochodów rozciągały się na asfalcie. Ludzie pojawiali się na kilka sekund w szybie i znikali: kobieta z psem, mężczyzna niosący papierową torbę, para stojąca pod markizą restauracji. Edward patrzył na nich bez większego zainteresowania. Od wtorkowego poranka wszystko było tylko czymś, co należało zrobić przed dwudziestą. To było irytujące. Jeszcze bardziej irytowało go, że właściwie wcale nie próbował temu zapobiec.
Przez ostatnie dni wracał do ich rozmowy z dokładnością człowieka analizującego obraz po wyjściu z muzeum. Nie pamiętał już nawet wszystkich zdań. Pamiętał za to przerwy między nimi. Sposób, w jaki Vikram na niego patrzył. To nieznośne wrażenie, że kiedy Edward mówił jedno, tamten słyszał jeszcze dwie albo trzy rzeczy znajdujące się pod spodem.
Nie wyzdrowiejesz. Normalny człowiek powinien uznać to za wyjątkowo kiepską reklamę terapeuty. Edward uznał za najciekawszą rzecz, jaką ktokolwiek powiedział mu od miesięcy. Może dlatego jechał? Oczywiście przygotował się również do wizyty w sposób, który sam przed sobą nazywał przypadkowym. Przebrał się dwa razy. Pierwsza koszula była zbyt formalna, druga sprawiała wrażenie, jakby próbował wyglądać nieformalnie, co było jeszcze gorsze. Ostatecznie założył cienki, grafitowy sweter z kaszmiru (czy innej Vicuñii), czarne spodnie i długi, ciemny płaszcz. Bez krawata. Bez żadnego wyraźnego logo. Zegarek, który kosztował więcej, niż powinien kosztować przedmiot służący wyłącznie do informowania człowieka, że jest za wcześnie. Wyglądał dobrze. Nie dla Vikrama. Po prostu wyglądał dobrze we wtorki.
Pachniał inaczej niż na przyjęciu. Tamtego wieczoru zapach mieszał się z dymem, alkoholem, ogrodem i cudzymi perfumami. Teraz był czystszy. Chłodny irys, drewno, odrobina piżma przy skórze. Perfumy nałożył oszczędniej niż zwykle, choć wcześniej przez chwilę stał przed lustrem z flakonem w dłoni, zastanawiając się, czy terapeuci zwracają uwagę na takie rzeczy. (Oczywiście zwracają!) Vikram zwracał uwagę na wszystko. Albo gorzej, Edward odnosił wrażenie, że Vikram wiedział wszystko. Znał odpowiedzi.
Samochód zatrzymał się przed właściwym adresem o dziewiętnastej czterdzieści siedem. Edward spojrzał na zegarek.
- Świetnie. - mruknął. Kierowca zerknął na niego w lusterku, najwyraźniej nie wiedząc, czy komentarz był skierowany do niego.
- Proszę objechać kwartał. - Osiem minut później byli z powrotem. Dziewiętnasta pięćdziesiąt pięć. Tym razem Edward wysiadł. Powietrze było wilgotne i chłodne. Zatrzymał się na moment przy samochodzie, poprawiając mankiet swetra pod płaszczem. Budynek wyglądał zwyczajniej, niż sobie wyobrażał. To go rozczarowało. Przez ostatnie kilka dni zdążył najwyraźniej wybudować Vikramowi w głowie odpowiednią świątynię i teraz rzeczywistość miała czelność nie posiadać nawet schodów wystarczająco monumentalnych, żeby do niej prowadzić. Spojrzał na numer budynku zawieszony w rogu. Dopiero wtedy pomyślał, że może przecież odejść. Była to myśl czysto teoretyczna. Od chwili, kiedy Vikram podał mu wizytówkę, Edward wiedział, że przyjdzie. Być może wiedział to nawet sekundę wcześniej. W tym właśnie tkwiło coś niepokojącego: Vikram również wiedział. Nie zaprosił go właściwie. Nie zapytał, czy Edward chciałby się umówić. Podał dzień i godzinę z pewnością człowieka informującego o czymś, co już zostało postanowione. A Edward zjawił się dokładnie wtedy, kiedy kazano mu się zjawić. Ta świadomość powinna go zirytować. Zamiast tego poczuł coś nieprzyjemnie podobnego do zadowolenia. Lub podniecenia? Wszedł do środka. Pierwsze uderzyło go ciepło. Potem cisza. Nie prawdziwa, oczywiście. Budynki nigdy nie były naprawdę ciche. Miały instalacje, rury, drewno zmieniające objętość pod wpływem temperatury, czyjeś kroki piętro wyżej. Domy i ludzkie ciała miały pod tym względem wiele wspólnego: nawet kiedy udawały spokój, coś bezustannie pracowało w środku. Edward zdjął płaszcz. Nagle poczuł się dziwnie widoczny. Na przyjęciu miał przewagę tłumu. Mógł odejść, odwrócić uwagę, powiedzieć coś komuś innemu. Tutaj nie było nikogo, za kim można było się schować. Poczuł lekki niepokój. Tyle że pod nim znajdowało się coś jeszcze. Coś znacznie bardziej wstydliwego.
Ciekawość miała swoje granice. Fascynacja również. To, co Edward od kilku dni robił z obrazem Vikrama we własnej głowie, zaczynało przypominać proces, w którym człowiek bierze zwykłego śmiertelnika i bardzo cierpliwie odbiera mu wszystkie ludzkie cechy. Nie pozwala mu się mylić. Nie pozwala mu być przeciętnym. Każdemu gestowi przypisuje znaczenie, każdemu słowu drugie dno. W ten sposób powstawały bóstwa. Albo bardzo złe decyzje.
Schował dłonie do kieszeni spodni i rozejrzał się po wnętrzu korytarza, tym razem uważniej. Chciał zobaczyć jego książki. Obrazy. Przedmioty, które wybrał. Chciał wiedzieć, czego Vikram dotyka każdego dnia, na czym zatrzymuje wzrok, co uważa za piękne, a co za warte zachowania. Była w tym zachłanność kolekcjonera, której Edward nie chciał jeszcze rozpoznawać.
Przyszedł przecież na terapię. Tak przynajmniej zamierzał to nazywać. A potem usłyszał ruch gdzieś dalej i całe wcześniejsze napięcie zebrało się nagle w jednym miejscu, tuż pod mostkiem. Edward wyprostował się odruchowo.


vikram sirojc
gall anonim
38 y/o
For good luck!
185 cm
terapeuta flow state
Awatar użytkownika
Relax and enjoy the journey. The stream will carry you this way and that, but will carry you forward to where you need to go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Myśl o niepowodzeniu znika tak szybko, jak zdąży się pojawić.
Przed oczami uczonego rozpiera się widok kilku nowych kart pacjentów. Nazwiska, które są mu doskonale znane; potrafi je przypasować do twarzy po ostatniej wizycie w posiadłości Wentwortha. Krótki, niemal histeryczny śmiech odbija się echem od dźwiękoszczelnych ścian ozdobnego gabinetu. Sukces jest na wyciągnięcie ręki, pojawia się tak błyskawicznie, jak zwiększa się liczba na jego koncie.
Między kościstymi palcami obraca ozdobną filiżankę — sprowadzoną z Chin — w której ziołowy napar zdążył już ostygnąć. Coś, co jest kluczem do n o w o ś c i i wyzdrowienia. Vasiliana zerka na niego niepewnie, równie nieśmiało kontrolując godzinę, którą wybija zegar; do dwudziestej zostało jeszcze sporo czasu. Dziewczę jawnie wątpi w pomysłowość swojego pracodawcy i stwórcy, a Sirojc pod bardziej bacznym okiem obserwuje, jak ta małymi łykami popija herbatę.
Mentalnie notuje, aby p ó ź n i e j przypomnieć jej, dlaczego w ogóle się tutaj znajduje.
Nie jest szczególnie podekscytowany. Poważna osobowość terapeuty nie pozwala mu na dziecięcą radość z ptaszyny, która samowolnie pozwala na zamknięcie się w klatce. To, co przykuwa zainteresowanie, to jego nikła obecność; tym się też kieruje przez cały dzień. Brak wyjątkowych przygotowań, ot, rutynowy grafik dnia. Dwa spotkania z podopiecznymi. Wyjście z lunch z inwestorem nieruchomości, który wpatruje się w niego maślanymi oczami, godząc się na każdą propozycję Sirojca. Wianuszek wyznawców rośnie, ale jemu ciągle jest mało. W jego słowniku nie ma w końcu słów, których definicja pasowałaby do terminów o negatywnym nacechowaniu.
Pół godziny przed wyznaczoną godziną tylko się upewnia, że Vasiliana przygotowała wszystkie dokumenty dla nowego p a c j e n t a. Gabinet jest położony na ostatnim piętrze malowniczej okolicy. Nie jest tu gwarno, nie ma za wiele sklepów. Piękne, stare kamienice, w których wynajem lokalu kosztuje szalenie dużo. Sufity są wysokie i ozdobne, a architektura rozpieszcza, choć nie jest wymowna. Drewniane drzwi strzegą sanktuarium, za którymi znajduje się długi korytarz. Na ścianach wiszą drogie obrazy szanowanych malarzy, a niewielka poczekalnia składa się ze skórzanej kanapy z ozdobnymi poduszkami.
W powietrzu unosi się zapach kadzidła.
W środku są jeszcze dwoje drzwi — na jednych wisi srebrna plakietka z personaliami terapeuty, za drugimi znajduje się toaleta. Biurko Vasiliany jest położone tyłem do okna, szerokie, a przy nim siedzi młode dziewczę. Nie ma jeszcze dwudziestu sześciu lat. Niewinny wyraz twarzy ozdobionymi jest jasnymi włosami; piaskowy blond pasuje do niebieskich oczu, a rozbiegane spojrzenie przypomina absolutne oddanie. Na twarzy rozciąga się sympatyczny uśmiech, gdy Wentworth przekracza próg, a Vasie momentalnie podnosi się ze swojego krzesła.
Vikrama nigdzie nie ma.
Pan Edward Wentworth, zapraszam. Vikram szykuje się do sesji. W międzyczasie proszę o zapoznanie się z formularzami i wypełnienie dokumentów — mówi spokojnym, melodyjnym głosem, gdy zmniejsza dystans i wręcza mężczyźnie plik dokumentów. Podstawowe informacje, regulamin terapii, zgoda na wykorzystanie nietypowych technik i m e t o d, personalizowany cennik i umowa na wysoką kwotę. Mały druk, w którym jest dopiero mowa o ewentualnej rezygnacji. — Wszystkie punkty można omówić oczywiście z Vikramem. To tylko formalność — zachęca, skłaniając lekko głowę, nim nie wskazuje na kanapę i niewielki stolik, przy którym Edward może się rozgościć.
Panująca w pomieszczeniu cisza może być przytłaczająca, ale Vasiliana zdaje się czuć absolutnie swobodnie. Milczy jednak tylko przez chwilę, dłużej nie mogąc wytrzymać; i zarazem nie pozwalając Edwardowi na skupienie się na dokumentach.
Vikram o Panu wspominał, chociaż proszę mu nie mówić — chichocze, pochylając się lekko, by wesprzeć ramiona na swoim biurku. — Nie pożałuje pan tej decyzji. Mnie też pomógł.
Doskonale kłamie.

Edward Wentworth
29 y/o
Welkom in Canada
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward przez krótką chwilę patrzył na dziewczynę, jakby pojawiła się w niewłaściwym miejscu opowieści. Spodziewał się Vikrama. Było to oczywiście niedorzeczne. Istnieli przecież recepcjoniści, asystenci, sekretarki i cała ta infrastruktura potrzebna ludziom ważnym do tego, żeby nie musieli osobiście otwierać drzwi. Mimo wszystko poczuł ukłucie rozczarowania. Niewielkie, prawie dziecinne. Jak człowiek, który przyszedł do kościoła i zamiast Boga zastał ministranta.
- Tak. Dziękuję. - Odebrał od niej dokumenty. Dopiero teraz przyjrzał się Vasilianie dokładniej. Była młodsza, niż się spodziewał. Miała w sobie coś zadziwiająco łagodnego, co zupełnie nie pasowało do miejsca, jakie Edward zdążył przez ostatnie dni skonstruować we własnej głowie. Z jakiegoś powodu wyobrażał sobie, że ludzie otaczający Vikrama powinni być do niego podobni. Surowi. Nieprzeniknieni. Może nawet trochę nieprzyjemni. Tymczasem ona wyglądała niemal niewinnie.
Usiadł na wskazanej kanapie, zakładając nogę na nogę. Płaszcz położył obok siebie, dokumenty na kolanie. Przez moment ich nie czytał. Rozglądał się. Obrazy zainteresowały go pierwsze. Oczywiście. Przesunął po nich wzrokiem powoli, próbując rozpoznać autorów, okres, może nawet ceny. Stary nawyk. Edward właściwie nie potrafił patrzeć na przedmioty bez natychmiastowego umieszczania ich w jakimś systemie: dobry, zły, drogi, pretensjonalny, prawdziwy, udający prawdziwy. Tutaj jednak złapał się na czymś innym. Nie oceniał ich według własnego gustu. Próbował odgadnąć gust Vikrama. Dlaczego ten? Czy sam go wybrał? Pomyślał nagle, że gdyby zobaczył jego mieszkanie, wiedziałby więcej. Sypialnię. Łazienkę. Szafę. Lodówkę. Te wszystkie miejsca, których człowiek nie urządza już dla innych z taką starannością jak salon. Prawda o ludziach znajdowała się zazwyczaj właśnie tam: w niedomkniętej szufladzie, zużytym ręczniku, książce pozostawionej grzbietem do góry przy łóżku.
Pierwsza sesja jeszcze się nie rozpoczęła, a on już mentalnie włamywał się terapeucie do mieszkania. Dopiero wtedy opuścił wzrok na formularze. Nazwisko. Data urodzenia. Adres. Kontakt w nagłym przypadku. Długopis zatrzymał się nad ostatnią rubryką. Nagły przypadek. Jakie zabawne określenie. Jakby istniał człowiek, do którego należało zadzwonić, gdy Edward Wentworth nagle przestawał sobie radzić z własnym istnieniem. Wpisał nazwisko bez większego namysłu i przeszedł dalej. Regulamin czytał już dokładniej. Nie dlatego, że szczególnie przejmował się regulaminami, tylko dlatego, że wyobrażał sobie Vikrama układającego te zasady. To nadawało im absurdalnie osobisty charakter. Każdy punkt zaczynał brzmieć jak instrukcja pozostawiona specjalnie dla niego. Potem dotarł do zgody na wykorzystanie nietypowych technik i metod. Uniósł lekko brew. Przeczytał jeszcze raz. Kącik jego ust drgnął. (Ha! Oczywiście.) Vikram nie mógł po prostu prowadzić terapii.
Poczuł tę samą przyjemność, którą kilka dni wcześniej wywołało w nim “nie wyzdrowiejesz”. Jakby każde kolejne odkrycie potwierdzało hipotezę, której desperacko pragnął nie obalić: że Vikram rzeczywiście był inny. Że Edward nie pomylił fascynacji z dobrze skrojonym garniturem i odpowiednim sposobem patrzenia ludziom w oczy. Przeszedł dalej. Kwota nie zrobiła na nim większego wrażenia. Właściwie odczuł coś odwrotnego. Gdyby była zwyczajna, prawdopodobnie poczułby zawód. Wysoka cena pasowała do całej reszty. Była kolejną bramą, kolejnym sposobem oddzielania tych, którzy mogli wejść, od tych, którzy mieli zostać na zewnątrz. Dopiero drobny druk zatrzymał go na dłużej.
Warunki rezygnacji. Przeczytał je raz. Potem drugi. I wtedy odezwała się Vasiliana, wyrywając go z zamyślenia. “Vikram o Panu wspominał.”
Edward podniósł głowę tak szybko, że prawie zdradził się bardziej, niż chciał. Coś drobnego wydarzyło się w jego twarzy. Nie uśmiech jeszcze. Raczej moment, w którym twarz przygotowuje się do uśmiechu, zanim właściciel zdąży jej tego zabronić.
- Naprawdę? - Za szybko. Zdecydowanie za szybko. Opuścił więc wzrok na dokumenty, jakby właśnie przypomniał sobie o ich istnieniu.
- To znaczy... mam nadzieję, że nic szczególnie kompromitującego. - Lekkość głosu udała mu się całkiem dobrze. W środku natomiast natychmiast rozpoczęło się coś żenującego. Oznaczało to rozmowę, której Edward nie słyszał. Moment, w którym nie było go w pomieszczeniu, a mimo to pojawił się w nim jego obraz. Vikram musiał wypowiedzieć jego nazwisko. Być może powiedział coś jeszcze. Jedno zdanie. Dwa? Może opisał go Vasilianie. Może ocenił. Edward chciał wiedzieć co. Chciał wiedzieć natychmiast. Poczuł absurdalną zazdrość wobec dziewczyny tylko dlatego, że posiadała kilka zdań Vikrama, których on nie posiadał. Spojrzał na nią ponownie.
- Co powiedział? - Pytanie wyszło z jego ust, zanim zdążył zdecydować, czy chce je zadać. Parsknął cicho i pokręcił głową.
- Nie. Proszę nie odpowiadać. To było bardzo nieprofesjonalne pytanie przyszłego pacjenta. - Pacjenta. To określenie zabrzmiało dziwnie przyjemnie. Jak przynależność. Vasiliana mówiła dalej. “Nie pożałuje pan tej decyzji. Mnie też pomógł.” I właśnie to zdanie zrobiło z nią coś zupełnie nowego. Edward przestał widzieć sekretarkę. Przyjrzał jej się uważniej, już bez wcześniejszej pobłażliwości. Coś w sposobie, w jaki powiedziała pomógł, było zbyt gładkie, zbyt pewne. Ale Edward nie szukał kłamstwa. Jeszcze nie. Był zbyt zajęty czymś znacznie bardziej interesującym. Ona była dowodem. Kimś, kto znajdował się po drugiej stronie procesu, którego Edward jeszcze nie rozumiał.
- Pani też była jego pacjentką? - Nie próbował nawet ukrywać zainteresowania. Przez moment wyobraził sobie Vasilianę siedzącą dokładnie tam, gdzie on za chwilę będzie siedział. Mówiącą Vikramowi rzeczy, których nie mówiła innym. Poddaną temu spojrzeniu. Rozebraną z kolejnych warstw własnych wyjaśnień, aż zostawało coś prostszego, może brzydszego, może prawdziwszego.
Spojrzał jeszcze raz na umowę. Powinien zadawać pytania. Każdy prawnik, którego znał, dostałby apopleksji na widok człowieka podpisującego podobny dokument bez konsultacji. Dorian prawdopodobnie wyrwałby mu długopis z ręki. Ta myśl wystarczyła. Edward podpisał. Najpierw jedną stronę. Potem drugą. Przy zgodzie na nietypowe metody zawahał się może przez pół sekundy, ale nie dlatego, że chciał odmówić. Przeciwnie. Chciał zrozumieć, dlaczego w ogóle poczuł potrzebę zawahania.
Podpis.
Data.
Inicjały.
Kolejny podpis.
Było coś osobliwego w podpisywaniu własnego nazwiska tyle razy. Po trzecim przestawało wyglądać jak nazwisko. Po piątym stawało się tylko ruchem dłoni. Człowiek oddawał kawałek po kawałku swoje litery, aż na końcu zostawał sam gest zgody. Odłożył długopis na stolik.
- Nie mam pytań. - Powiedział to spokojnie ik spojrzał w stronę drewnianych drzwi ze srebrną plakietką. Nazwisko Vikrama. Zwykłe litery na kawałku metalu, a jednak Edward patrzył na nie sekundę dłużej, niż było to konieczne. Z drugiej strony znajdował się człowiek. Tylko człowiek. Musiał sobie o tym przypomnieć, ponieważ jego umysł wykonywał od kilku dni dokładnie przeciwną pracę. Człowiek mógł się mylić. Człowiek mógł być próżny, nudny, zmęczony, małostkowy. Mógł mieć zły dzień. Mógł powiedzieć coś banalnego. Mógł okazać się rozczarowaniem. Bóg nie miał tego luksusu. Edward właśnie dlatego zawsze uważał kult za wyjątkowo okrutną formę miłości. Kiedy robiło się z człowieka bóstwo, odbierało mu się prawo do bycia człowiekiem. A jednak robił Vikramowi dokładnie to samo. Co gorsza, czerpał z tego przyjemność.

vikram sirojc
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”