29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trzymany przez nią gazik znieruchomiał na jego knykciach, gdy zadał pytanie, na które nie potrafiła odpowiedzieć bez wpadnięcia w kolejną pułapkę. Oczywiście, że zauważyła, choć byłoby znacznie łatwiej, gdyby nie zauważała każdego razu, kiedy pojawiał się obok, chociaż nie musiał; kiedy odsuwał od niej niebezpieczeństwo albo przejmował kontrolę w chwili, gdy ona nie potrafiła zrobić niczego poza staniem w miejscu i próbą zmuszenia własnych płuc do kolejnego oddechu. Zauważyła, jak za każdym razem, kiedy jej ciało reagowało na niego jak na zagrożenie, zatrzymywał się albo zmieniał sposób, w jaki jej dotykał. Zauważyła, jak sprawiał, że czuła się dobrze w jego towarzystwie, bo traktował ją inaczej, niż jej umysł ustalił, że będzie i powinna być traktowana.
Nie musiała wierzyć jego słowom, bo posiadała wystarczająco dużo dowodów, które pozostawił czynami.
A każdy z nich prowadził do tego samego, brutalnego wniosku: To nie Vincent był dla niej zagrożeniem. To ona była zagrożeniem dla niego. Coś ścisnęło ją brutalnie w gardle, tak gwałtownie, że przez moment nie potrafiła przełknąć śliny. Patrzyła na jego dłoń spoczywającą we własnej; większą, ciężką i teraz bezwładną, z poranioną skórą, pod którą nadal wyczuwała puls. Tymi samymi dłońmi chronił ją i sprawiał, że powoli zaczynała wierzyć, że każdy jej ruch nie musiał się wiązać z bólem czy cierpieniem.
A ona natomiast zbliżała się do niego od początku po to, żeby pewnego dnia nie zdążył się obronić. Miała zdobyć jego zaufanie, znaleźć słaby punkt i zaprowadzić go do ludzi, którzy nie zamierzali odpłacić mu za wszystko, co dla niej zrobił czymś zgoła innym niż kolejnym plastrem z kolorowym dinozaurem. Im bardziej stawał się wobec niej uważny, tym lepiej wykonywała swoje zadanie, a przecież jeszcze kilka tygodni wcześniej potrafiła przedstawiać to sobie jako całkiem prosty rachunek. Jeden zły, obcy mężczyzna za siostrę. Ktoś niebezpieczny za niewinne dziecko.
Tyle że Vincent przestał być obcy. I przestał być zły, w jej perspektywie. Nawet jeśli nosił cudzą krew na rękach, nawet jeśli na jej własnych oczach odbierał komuś życie. Prawdopodobnie więc nigdy nie był tym zagrożeniem, z którego próbowała zrobić go we własnej głowie, żeby wszystko stało się prostsze.
Nigdy nie odpowiedziała, zasłaniając się krzyżówką.
Obserwowała, jak układał się na kanapie, aż jego głowa znalazła się niepokojąco blisko jej ud, a kilka ciemnych kosmyków otarło się o materiał spodni. Powinna przesunąć się dalej, zrobić mu miejsce, aby mógł wygodnie się położyć i odpoczywać – biorąc pod uwagę stan, w jakim się znajdował. Zamiast tego, jak skończona, zachłanna egoistka, którą była z fałszywie prawdziwą troską przesunęła palcami po jego czole, zbierając wolne, wyjęte spod ładu kosmyki jego włosów i układając je w czymś, co w jakimś stopniu odwzorowywało jego własny ruch, który parokrotnie zarejestrowała.
Banalny komplement sprawił, że napięcie w gardle zelżało odrobinę, zastąpione czymś prawie podobnym do rozbawienia. Prawie, bo wyrzut sumienia nadal siedział zbyt głęboko i zbyt intensywnie trzymał ją za szyję, aby mogła swobodnie zaczerpnąć powietrza.
— Ty też — odbiła, czymś bzdurnym, co miało być adekwatną obroną do tego naćpanego komplementu, który otrzymała. Nie potraktowała go jako nieistotny, przeciwnie. Był banalny, a przez to wydawał się być szczery. Dawno nie dostała dobrego słowa, które można było tak po prostu przyjąć i nie doszukiwać się podtekstu.
Był naćpany.
— Łajdak — powtórzyła w udawanym zastanowieniu, jednocześnie przesuwając spojrzeniem po bliskim otoczeniu, w poszukiwaniu czegoś, co mogłaby wciągnąć na mężczyznę, traktując jako okrycie. Też nie dlatego, że jakoś szczególnie przeszkadzał jej roznegliżowany, a w odruchu zwyczajnej troski. — To ładne słowo. — Ostatecznie zaciągnęła na niego swoją cienką kurtkę, w której przyszła. — Myślałam o czymś innym, ale pasuje. — Bez planszy wszystko, co uzgodnili mogłoby pasować. Kącik jej ust zadrgał nieznacznie, gdy Monroe domagał się następnego hasła; być może chciał jej pokazać, jak proste były krzyżówki. — Osiem liter. Coś, co dajesz komuś, kiedy przestajesz zakładać, że cię skrzywdzi. — Przesunęła dłoń, która przez cały czas pozostawała wsunięta między jego czarne kosmyki, na bok jego głowy, a kciuk delikatnie poprowadziła po skroni zaczepiając o linię jego włosów. Drobny uśmiech wywołany przez łajdaka powoli przygasł, kiedy zamiast podsunąć mu kolejną złośliwość, świadomie skierowała wymyśloną zabawę w znacznie mniej niewinną stronę.
some answers are better left blank
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Robił wszystko, co mógł, by zachować dystans.
To była jedna rzecz, której Haze od zawsze pragnęła. Wystarczająca ilość pustej przestrzeni by nikt nie mógł jej dosięgnąć, wystarczająca by mogła swobodnie zaczerpnąć oddech. Dotyk nigdy nie był dla niego czymś szczególnym, zwykle bywał wręcz czymś n a t u r a l n y m, choć skłamałby mówiąc, że jego dłonie zwykle gładziły czyjś policzek zamiast zwijać się w pięści i wymierzać w niego cios.
Dotyk - czego nauczył się dość szybko - w przypadku Violet Haze był czymś bardzo skomplikowanym.
Nie potrafił jednak trzymać się z dala. Zawsze jakaś chwila roztargnienia, moment nieuwagi przywracał go do ustawień fabrycznych, poddając impulsowi. To zawsze przychodziło mu z największą łatwością, był człowiekiem nieposiadającym wysokiego poziomu samokontroli w żadnym aspekcie - ani pozytywnym, ani negatywnym. Każda emocja potrafiła zagnieździć się w jego głowie i powoli, skutecznie przejąć kontrolę nad jego czynami, nad sposobem, w jaki patrzył i w jaki oddychał.
Tym trudniej było mu ignorować to gdy te resztki cierpliwości, które skrupulatnie pielęgnował w jej towarzystwie były tak łatwe do zignorowania, gdy w jego krwiobiegu krążyła niebezpieczna mieszanka alkoholu i innych substancji rekreacyjnych.
Dlatego się p o ł o ż y ł.
Leżenie obok kogoś, kto siedzi, było przecież naturalną formą wprowadzenia jakiegoś rodzaju dystansu. Przede wszystkim upoważniało każdą z osób do nieutrzymywania kontaktu wzrokowego i do odsunięcia się na odległość, która była dla wszystkich komfortowa. Nigdy nie sądził, że znajdzie się ktoś, z kim pragnął obserwować sufit, lecz był skłonny to robić byle tylko Haze nie sztywniała.
Plan, w założeniu, był prosty i powinien być skuteczny. On - odpoczywał. Ona - miała czyste sumienie, że nie zostawiała go w tej sytuacji samego.
I jak każdy inny, który snuł wplatając ją jako jeden z jego elementów, plan legł w gruzach gdy wyczuł przy swoich włosach jej dotyk.
Włosy, za jego sprawą, stały się tematem rozmowy, nic więc dziwnego, że zwróciła na nie uwagę. On jednak być może nie powinien na to reagować w sposób, w jaki zrobił natychmiast - przesuwając swoją głowę bliżej, spragniony tego dotyku, wrażenia kobiecych palców przemykających pomiędzy ciemnymi kosmykami. Resztki samoświadomości dostrzegły, że zrobił to jak pieprzony p i e s, wyczuwający dłoń właściciela gdzieś nieopodal swojego pyska, jednak nie potrafiły cofnąć się w czasie i powstrzymać impulsu.
Mrugnął, obserwując jej poczynania gdy sięgała po coś, a on liczył na to, że nie były to znów piekące gaziki. Gdy zamiast tego chłodny materiał kurtki znalazł się na jego nagiej skórze, zmarszczył brwi, nie rozumiejąc dlaczego w ogóle postanowiła go przykryć. Nie było mu przecież zimno.
Chyba fizycznie nie był w stanie się wychłodzić w obecnej sytuacji.
Niemniej kurtka pachniała n i ą, nagromadzeniem perfum pryskanych zawsze przed wyjściem i wnętrzem jej mieszkania nim wypełnił je zapach gotowanego makaronu. I m p u l s znów sprawił, że zapragnął podciągnąć kurtkę wyżej, utopić się w tym zapachu, jednak jego palce zesztywniały gdy chwycił fragment odzieży i rozwarły się, natychmiast go puszczając.
D y s t a n s.
Miał być łatwiejszy do utrzymania w tej pozycji. Jego ból głowy faktycznie znikał, wrażenie pokoju rozmytego w szwankujących pod wpływem zmęczenia oczach również zelżało, niosąc pozorowane wrażenie trzeźwości.
A jednak nie potrafił nie pamiętać o jej c i e p l e, o udach tkwiących parę centymetrów od jego twarzy. Udach, o których nie mógł myśleć, ponieważ wtedy to ciepło wsuwało się w objęcia jego organizmu, rozpalając go od środka.
- Kurtka? - odpowiedział odruchowo, ponieważ w jej zdaniu chowało się danie czegoś, komuś, a przed chwilą dała mu swoją kurtkę, więc wydawało mu się to w pełni racjonalne i adekwatne jako odpowiedź.
Przeliterowanie tego słowa zajęło mu nieznośną ilość czasu. W tym czasie zdążył wysunąć jedną rękę spod materiału ubrania, którym go przykryła i nim spostrzegł, zgiął ją w łokciu, bawiąc się długimi kosmykami ciemnych włosów zawieszonych paręnaście centymetrów nad jego ciałem.
I choć zamarł, nie był w stanie zmusić się do przerwania tego niewinnego odruchu.
- Zaufanie - poprawił się, marszcząc brwi, gdy reszta wypowiedzianego przez nią zdania wreszcie osiadła na jego świadomości wraz z niesionym przez nie znaczeniem. Jego palce zatrzymały się, ciemny kosmyk wymknął spomiędzy nich gdy przeniósł swój wzrok z jej włosów na zawieszoną gdzieś powyżej twarz. - Dlaczego myślałaś, że mógłbym cię skrzywdzić?
Czy sam jej przed tym nie przestrzegł?
Czy zdarte do krwi knykcie dłoni, wyciągniętej na spotkanie jej włosów nie było wystarczającą odpowiedzią na zadane przez nie pytanie, tak jak broń tkwiąca gdzieś w okolicy jego biurka i szkarłat plamiący ściany jego gabinetu?
A jednak mimo wszystko, mimo tej logice, która mu nie umykała nawet w tym stanie, myśl wydawała mu się niedorzeczna.

Nothing's Gonna Hurt You Baby
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaufanie.
Za drugim razem trafił, choć pierwsza odpowiedź wydała jej się na tyle niedorzeczna, że kącik jej ust zadrgał od powstrzymanego rozbawienia. Kurtka nie miała nawet ośmiu liter, ale nie zamierzała wymagać od niego umiejętności liczenia w tym stanie. Obserwowała w tym czasie jego palce zaczepione o jeden z kosmyków jej włosów, przesuwające się po nim bez żadnego konkretnego celu, aż zatrzymały się zupełnie, a ciemne pasmo wyślizgnęło się spomiędzy nich i opadło między nimi. Jej kciuk, po chwili, na wydźwięk pytania, także znieruchomiał przy jego skroni.
Pytanie nie powinno było jej zaskoczyć. Właściwie odpowiedź znajdowała się wszędzie dookoła nich: w broni, którą trzymał gdzieś w gabinecie, w śladach krwi, jakich nie zdołano dokładnie usunąć i w skórze na jego knykciach zdartej na skutek uderzania innego człowieka. Znajdowała się też w ostrzeżeniu, które sam jej kiedyś podarował, a które najwyraźniej wyparowało z jego pamięci wraz z trzeźwością. Mogła wskazać dowolną z tych rzeczy, udzielając mu odpowiedzi na tyle oczywistej, że nawet naćpany powinien ją zrozumieć i przyjąć.
Tyle że żadna z nich nie wyjaśniała, dlaczego nadal siedziała w tym miejscu, pozwalając mu bawić się swoimi włosami i przesuwając opuszką palca po ciepłej skórze jego skroni. Dlaczego nie cofnęła ręki, kiedy przysunął głowę bliżej, zamiast tego dostosowując ruch do nowego ułożenia ciemnych kosmyków. Ani dlaczego potrafiła patrzeć na zdarte knykcie i jednocześnie nie obawiać się, że te same palce zacisną się zaraz wokół jej nadgarstka w którymś scenariuszu odbierając kontrolę. Bo żadna z tych rzeczy nie była prawdą. I nie była spójna z tym, co nawet sama mu powiedziała – że nie jest tak zły, jak wszyscy o nim mówią. I jak sam o sobie mówił.
Vincent mógł ją skrzywdzić. Nie tylko fizycznie, nawet jeśli właśnie ten rodzaj zagrożenia najłatwiej było rozpoznać i przygotować na niego ciało. Monroe miał dar do pojawiania się obok już na tyle często, aby jego nieobecność stawała się bardzo odczuwalna; zapamiętywać rzeczy, których nie powinna była mu pokazywać i zadawać proste pytania w sposób, który pozostawiał po sobie znacznie większy bałagan, niż powinien.
Tyle że zaufanie nie oznaczało przecież przekonania, że ktoś nie był całkowicie zdolny do wyrządzenia krzywdy; chodziło raczej o to, że wciąż posiadało się świadomość, że, owszem, mógł, połączoną jednak z niezrozumiałą pewnością, że tego nie zrobi.
Ona roboczo zakładała, że każdy wyrządzi jej krzywdę, bo tak było bezpieczniej.
Zdała sobie sprawę, że milczała zdecydowanie zbyt długo; że spędziła w bezruchu znacznie więcej czasu, niż tyle, ile mogłoby się nawet nie rzucić w oczy. Obracała jego pytanie w umyśle i obchodziła je z każdej możliwej strony zastanawiając się i szukając sposobu, w jaki mogłaby mu na nie odpowiedzieć. Mogła ominąć je, wybierając jakąś wygodną wymówkę lub po prostu odpowiedzieć pytaniem na pytanie – spytać, dlaczego sądził, że chodziło akurat o nią, kiedy po prostu grali. W wyimaginowaną krzyżówkę, w której hasła tworzyła ona. Mogła też powiedzieć prawdę. Mogła – tylko teoretycznie, jeśli miałaby to być szczera prawda, a nie tylko jej część, która wywołałaby znacznie więcej pytań niż zamknęłaby tematów.
W praktyce prawda była niewygodna. Była raną przykrytą świeżym strupem, którą wystarczyło jedynie poruszyć, aby rozwarła się na nowo i znów zaczęła krwawić. Zaufanie było towarem deficytowym u niej, choć nawet nie rozdawała go chętnie i ledwo na palcach jednej ręki potrafiłaby wskazać, kogo nim obdarowywała.
Dla Monroe jakiś czas temu musiała zarezerwować jeden z nich. Nie oddać, bo tego nie potrafiła jeszcze zrobić – gdyby tak było, nie wahałaby się teraz z formą prawdy, jaką chciała mu przekazać.
— Nie traktuj tego zbyt osobiście — odpowiedziała w końcu, przenosząc spojrzenie na losowo wybrany, ładny mebel na drugim końcu pokoju. — Lepiej zakładać po ludziach najgorsze. Przynajmniej wtedy rzadziej potrafią czymś zaskoczyć. Jeśli okażą się lepsi, zawsze można zmienić zdanie i mile się zaskoczyć. W drugą stronę jest to mniej przyjemne. — Dlatego lepiej było zawsze szykować się na najgorsze, niż wierzyć w coś, a potem boleśnie, niemal brutalnie się rozczarować. Wyczekiwana krzywda wciąż bolała, ale nie było aspektu rozczarowania i złamanej nadziei, które sprawiały, że cierpienie było intensywniejsze. — Zresztą — pociągnęła dalej, jeszcze zanim jego naćpany umysł zdołał podsunąć mu odpowiedź — chciałeś rozwiązywać krzyżówki, a nie przeprowadzać terapię dla par.
Umilkła dopiero wtedy, gdy dotarło do niej, że próbę ucięcia tematu poprzedziła wyjaśnieniem zdecydowanie dłuższym, niż wymagała tego zwyczajna krzyżówka. Przeniosła spojrzenie z powrotem na jego twarz, a znieruchomiały wcześniej kciuk ponownie przesunęła po skórze jego skroni, jak gdyby ta krótka przerwa nigdy nie miała miejsca.
worry about yourself
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cisza, która zapadła po jego pytaniu nie uszła jego uwadze - nawet pomimo stanu, w którym był obecnie.
Trwała zbyt długo, a może to czas zakrzywiał się pod wpływem wypitej przez niego z whisky substancji? Wystarczająco długo, by jego brwi zmarszczyły się lekko, umysł rozpoczął własną próbę znalezienia odpowiedzi, której nie zwerbalizowała. Bo czy oczywistym nie było, że powinna uważać go za zagrożenie? Czy nie przemawiały za to wszystkie znaki na niebie i pieprzonej ziemi?
Czy to nie przez n i e g o nacisnęła na spust, odbierając komuś życie?
W zasadzie to w jaki sposób przeszli nad tym do życia codziennego?
Broń w jego dłoniach była czymś naturalnym, jakąś formą ich przedłużenia, z pomocą czego mógł zyskać to, czego potrzebował. Jednak pierwszy raz, w którym przelał cudzą krew, wyglądał w inny sposób. Był chaosem i bólem, głową uderzającą o ścianę zbyt mocno, odgłosem pękającej czaszki i stąpnięciem upadającego ciała.
On również wtedy nie zareagował.
A przynajmniej nie w sposób widoczny na zewnątrz. Przemoc była elementem jego codzienności, weszła mu w nawyk, to wydawało się wyłącznie jej kolejną, ostateczną formą.
Zastanawiał się, dlaczego ona nie zareagowała.
Dlaczego osoba, która nie powinna mieć nic wspólnego z brutalnością, nie zamknęła się w sobie, nie zadzwoniła po policję, nie wezwała karetki. Dlaczego wsiadła z nim do jego samochodu, dlaczego sięgnęła po chusteczkę i przetarła nią krew z jego policzka.
Dlaczego tamto wydarzenie nie odmieniło jej życia, nie przełamało go na czas przed i po, dlaczego i dla niej było to wyłącznie nową, ostateczną formą przemocy.
I gdy wreszcie się odezwała, jej odpowiedź nie rozwiała tej chmury niepokoju, która zagościła już w jego umyśle. Nie była wyczerpująca, nie wydawała się w pełni prawdziwa. W jego biznesie k a ż d y widział w ludziach najgorsze, zakładał złą wolę nawet tam, gdzie jej nie było. Tego typu odpowiedź nie wydawała się wymagać takiej ciszy, takiego namyślenia i oderwania wzroku od niego na rzecz losowego mebla stojącego gdzieś obok.
Zanotował to, jak wszystko inne na jej temat, w tym samym miejscu, z tą samą skrupulatnością.
- Nie wiedziałem, że jesteśmy parą - odrzucił sarkastycznie, zamiast tego chwytając się słówka, którego, jak podejrzewał, użyła wyłącznie przypadkowo.
Jeśli byli, stanowili bardzo popierdoloną definicję tego słowa.
Mrok zagościł już na dobre wewnątrz gabinetu. Nie miał pojęcia, która była godzina - dziewiąta? Dziesiąta? Z pewnością nie powinien czuć się tak zmęczony, ale jego otępiały umysł przyswajał nienaturalnie niską ilość informacji, a wyczerpane bólem ciało poszukiwało wygodnej pozycji, w której mogłoby spocząć.
- Będziesz tu siedzieć pół nocy? - mruknął z niezadowoleniem. Kurtka zsunęła się z jego ciała gdy, przy akompaniamencie grymasu wymalowanego na twarzy, uniósł się lekko, poprawiając swoją pozycję.
Przesunął się, wciskając w oparcie kanapy, której siedzenie było na tyle szerokie, by pomieścić ich oboje. Pozwolił kurtce spaść całkowicie w dół i przyciągnął ją lekko do siebie, tak, by uformowała bardzo dyplomatyczną barierę.
- Albo ty się kładziesz albo ja siadam - zadecydował, pragnąc tego wyrównania, o które wcześniej nieszczególnie dbał na rzecz dystansu. - W krzyżówce to słowo miałoby siedem słów.
Chyba. Nieszczególnie ogarniał zasady tej gry, którą prowadzili, ale wydawało mu się, że i on może zmusić ją do zgadywana.
A przecież odsunął się wystarczająco i nawet wzniósł kurtkę między nimi w formie bariery, byle tylko podtrzymać to, na czym zależało jej im najbardziej.
D y s t a n s.

Violet Haze
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Formalnie rzecz biorąc, jesteśmy parą, Monroe — zaczęła, spoglądając na niego z udawaną powagą, choć drgający figlarnie kącik ust konsekwentnie próbował ją zdradzić. — Para to dwójka ludzi, zwierząt albo obiektów, które w danym momencie znajdują się obok siebie.
Skoro uparł się widzieć w niej zapaloną pasjonatkę krzyżówek i prawdopodobnie już do końca życia, nieśmieszne, nie zdoła mu tego wybić z głowy, równie dobrze mogła wykorzystać ów tytuł do przedstawienia niemal słownikowej definicji słowa para. Z drugiej strony powinna jednak uważać, bo droga od amatorki krzyżówek do panny przemądrzałej, zwłaszcza w stanie, w jakim znajdował się Monroe, mogła okazać się niezwykle krótka.
Mrok zdążył wypełnić gabinet, zacierając kontury mebli i bałagan pozostawiony w jego drugiej części. Dopiero teraz zwróciła uwagę, jak późno musiało być; czas minął niezauważenie gdzieś pomiędzy opatrywaniem jego ran, wymyślaniem kolejnych haseł i pilnowaniem, żeby nie stracił przytomności.
Została przy nim zdecydowanie dłużej, niż planowała. Dłużej, niż w ogóle powinna była planować, jeśli chciałaby zachować wobec niego choć niewielki procent uczciwości. Jakaś jej część uważała to za nierozsądne, druga, znacznie głośniejsza i zdecydowanie bardziej pazerna na jego obecność, ukrywała to pragnienie pod troską o jego stan, przekonując, że tak będzie dla niego bezpieczniej.
A do samego piekła brukowała sobie drogę właśnie w ten sposób, próbując decydować o tym, co było dla niego b e z p i e c z n e, kiedy zamierzała ostatecznie poprowadzić go na rzeź.
Zabrała dłoń, gdy się poruszył, w koniuszkach palców wciąż czując echo ciepła jego skóry. Obserwowała jak podnosi się przy akompaniamencie grymasu, jak kurtka zsuwa się z jego odsłoniętego boku, a kilka ciemnych kosmyków opada mu na czoło i przykleja się do wilgotnej skóry.
Nie rozumiała co próbował zrobić, dopóki nie przesunął się bliżej oparcia, pozostawiając obok siebie dostatecznie dużo miejsca, aby zmieścili się na nim oboje. Kurtkę przyciągnął pomiędzy nich, układając ją w coś na kształt prowizorycznej granicy. Była cienka, miękka i wręcz bezużyteczna, ale bardzo wymowna
Coś ścisnęło ją miękko pod żebrami na ten widok.
Monroe, odurzony, obolały i ledwo przytomny, nadal wydawał się respektować jej przestrzeń i to próbować jej przekazać. A nie musiał nawet tego robić – ufała mu już wystarczająco, aby wiedzieć, że nie powinna obawiać się jego dotyku. Problem polegał jednak nie na tym, co w i e d z i a ł a; ani na tym, co rozsądek uważał za sensowne.
Problem polegał na tym, że nie bała się, że Vincent ją skrzywdzi, tylko tego, że jej ciało zachowa się tak jakby mógł.
Przez moment naprawdę rozważała jego propozycję. Mogła przecież ułożyć się po swojej stronie kurtki, nadal obserwować jego twarz z bliska i pilnować, czy oddech pozostawał miarowy. Brzmiało to niebezpiecznie przyjemnie, ale wystarczyłoby, żeby kanapa ugięła się pod ich wspólnym ciężarem albo Monroe poruszył się bez ostrzeżenia, nawet nieintencjonalnie zmniejszając pozostawioną między nimi odległość, aby napięcie przeszyło jej ciało, płuca odmówiły nabrania kolejnego oddechu. Nie miałaby nad tym żadnej kontroli. Mogłaby znieruchomieć, odsunąć się gwałtownie albo patrzeć na niego bez słowa, aż w jego jeszcze bardziej zamroczonym umyśle pojawiłaby się pewność, że zrobił coś złego.
Nie chciała mu tego robić, zwłaszcza że odkąd go poznała to ani razu nie zrobił świadomie niczego złego.
— Vincent — odezwała się wreszcie, wypowiadając jego imię tak, jakby miało być jednocześnie przeprosinami i początkiem wyjaśnienia. Dopiero kiedy wybrzmiało pomiędzy nimi, poczuła, jak jej gardło zaciska się boleśnie, zatrzymując wszystko, co miało nastąpić później. Chciała powiedzieć, że mu ufała. Że część niej naprawdę pragnęła położyć się obok i sprawdzić, czy tym razem jej ciało pozwoli jej pozostać tam równie spokojnie, jak przed chwilą pozwalało przesuwać palcami po jego włosach. Żadne z tych słów nie potrafiło jednak przedostać się przez ucisk, który pojawił się w jej gardle. I prawdopodobnie przez to, że wywołałoby to więcej pytań.
— Ultimatum ma dziewięć liter, nie siedem — powiedziała zamiast tego, chwytając się desperacko głupiej gry, którą sam chwilę wcześniej pociągnął dalej. Była łatwiejsza od prawdy i nie wymagała od niej tłumaczenia, dlaczego tak prosta propozycja zdołała w kilka sekund odebrać jej wcześniejsze rozbawienie.
But my head is full of poison and my heart is full of doubt
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaufanie, jak się okazało, nie sięgało zbyt daleko.
Może jego szczytem był sam fakt jej przebywania w jego towarzystwie pomimo stanu, w jakim zastała jego gabinet - oraz, cóż, jego samego. W jednej chwili wydawało się jakimś sukcesem, wypracowanym z cierpliwością, której zwykle nie przejawiał, by w następnej przekształcić się w coś, co, mimo wszystko, nie miało wielkiego znaczenia.
Bo przecież potrafił trzymać ręce przy sobie.
To nie tak, że w obecnym stanie było to dla niego naturalne. W zasadzie naturalne nie było w żadnym - lecz Haze z każdym ich spotkaniem uczyła go, jeśli nie t r e s o w a ł a, do zachowywania tego dystansu, na którym zależało jej najbardziej. I choć substancje krążące w jego żyłach przywracały go do ustawień fabrycznych, w którym jego ciało pragnęło działania impulsywnego a umysł skupiał się na detalach jej twarzy i sposobie, w jaki na ramiona opadały jej włosy, resztki tej t r e s u r y w nim pozostały.
Problem polegał na tym, że choć Haze była wysoce skomplikowana, Monroe w niektórych aspektach jej wtórował.
Nie wyobrażał sobie, na przykład, zapadnięcia w sen na kanapie podczas gdy ona siedziała obok w tej niewygodnej pozycji, w której mogłaby szybko pożałować faktu zgodzenia się na pilnowanie go tej nocy. W jego propozycji zresztą nie chował się żaden podtekst, który mogłaby wyczuć i który mógłby zasiać w niej panikę, którą dostrzegł gdzieś w głębi ciemnego spojrzenia gdy odwracała je w bok, usiłując znaleźć racjonalną odpowiedź.
Odpowiedź, która miała być negatywna.
Nie musiała się w zasadzie wypowiadać ani słowa, nawet w obecnym stanie wyczuł jej napięcie na samą myśl, że mogłaby się koło niego p o ł o ż y ć. Dlatego westchnął, choć próbował tego n i e robić i zsunął z siebie kurtkę, która tkwiła obok niczym bariera gwarantująca jej bezpieczeństwo - choć prawdziwym gwarantem była stojąca za jej ułożeniem intencja.
- Miałem na myśli słowo parytet - odrzucił, przesuwając dłoń po miękkim materiale siedziska by znaleźć w nim odpowiednie oparcie.
Łomot odbił się w jego czaszce gdy wsparł się na siedzeniu, nieznośnie powoli podnosząc w górę. Ból był czymś, co nauczył się już ignorować, lecz jego cała moc została wyssana przez narkotyk siejący spustoszenie w jego organizmie oraz zmęczenie, które jednocześnie osłabiało i wzmacniało jego działanie w tych aspektach, w których powinno być na odwrót. Na przykład: wolałby w tej chwili czuć mniej i być nieco bardziej przytomny, a zamiast tego jego ostrość widzenia kończyła się na kobiecej twarzy podczas gdy każde zakończenie nerwowe w okolicy nawet najdrobniejszych ran wrzeszczały przy każdym ruchu.
I wiedział, że powinien to zignorować.
Reakcje Violet były jak ten słoń, tkwiący w rogu pomieszczenia od samego początku ich znajomości. Głównie dlatego, że wcale nie musiała mu się z nich tłumaczyć. Mogła zwyczajnie nie chcieć się do niego zbliżać tak samo, jak mogła nie chcieć odpowiadać mu na pytanie dlaczego tak właśnie było.
- Co byłoby takie złe w położeniu się na tej kanapie, Haze? - zapytał wbrew rozsądkowi, który z pewnością będzie rozpamiętywał każde wypowiedziane przez niego słowo gdy uda mu się go odzyskać.
Nie wiedział, co pchnęło go do pytania. Zmęczenie, substancje, a może ta pieprzona, skomplikowana sytuacja, w której nie sposób było odczytywać wysyłane przez nią sygnały gdy jeden stał w bezpośrednim zaprzeczeniu do drugiego.
Chwycił jej kurtkę i odłożył obok niej, oddając podarunek, który wcześniej mu zaoferowała. Samemu rozejrzał się za swoją koszulą - co prawda poszarpaną i zakrwawioną w jednym miejscu, lecz wciąż będącą czymś, co mógł na siebie nałożyć.
- Czy to dalsza część twojego zakładania po mnie tego, co najgorsze?

always assuming the worst case scenario
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Nie po tobie. Po wszystkich — sprostowała, może odrobinę zbyt szybko, jak gdyby miało to zapobiec aby potraktował jej słowa osobiście; choć przecież już potraktował. — Lepiej mile się zaskoczyć niż brutalnie rozczarować — powtórzyła, sprowadzając to do tego, co wyjawiła mu chwilę temu.
Problem pojawił się akurat teraz, gdy te słowa wybrzmiały jeszcze raz. I kiedy jej rozsądek postanowił spotkać je z tymi, które wypowiedział on, chwilę temu; gdy zwraccał jej uwagę na wszystko, co do tej pory zrobił. Nie w formie wypomnienia ani próby wymuszenia na niej jakiegokolwiek długo wdzięczności, a bardziej wskazania, choć nie wprost, i n t en c j i tej znajomości, która rzeczywiście pozostawała sprzeczna z tym, czego zwykła spodziewać się po ludziach – a po mężczyznach w szczególności.
I nagle poczuła się po prostu n i e s p r a w i e d l i w a wobec niego; poczuła się źle, bo Monroe miał wtedy rację. Pojawiał się obok, kiedy wcale nie musiał, zatrzymywał, kiedy widział, że ona nie potrafiła zrobić kolejnego kroku i ani razu nie wykorzystał tego, jak niewiele było trzeba, żeby przestała panować nad własnym ciałem – a nawet więcej: pomagał jej tę kontrolę zachować. Powinna umieć oddzielić jego osobę od wszystkich pozostałych. Problem tkwił w tym, że najwyraźniej nie umiała, nie do końca i nie zawsze wtedy, kiedy najbardziej tego chciała.
Chciała mu to wyjaśnić. Poczuła taką potrzebę, by wyłożyć mu to wszystko uczciwie, na tyle, na ile mogła być wobec niego uczciwa. Tylko, że istniała jeszcze obawa, że nie zrozumie. Był mężczyzną i chociaż intelektem przewyższał znaczną część przedstawicieli własnej płci – co wcale nie znaczyło, że zamierzała mu to kiedykolwiek powiedzieć – wciąż pozostawał tylko mężczyzną. A jej historia wymagała znacznie większych pokładów empatii i wejścia w cudze buty, niż każda inna, zwyczajna opowieść o czymś złym.
Westchnęła, sięgając po odłożoną obok kurtkę. Wciągnęła ją na kolana i wygładziła dłonią zagięty rękaw, próbując jednocześnie poukładać słowa w sposób, który nie będzie wymagał wyciągnięcia z niej całej reszty. Nie chciała mówić o tym tutaj, w jego gabinecie w miejscu, w którym nie czuła się swojo. I nie chciała robić tego teraz, kiedy Vincent ledwo utrzymywał na niej ostrość spojrzenia, chociaż nadal robił to z nieprzyjemną dla niej uwagą.
— Wytłumaczę ci to, kiedy nie będziesz naćpany — powiedziała w końcu, podejmując pewne postanowienie, zanim cokolwiek w jej umyśle zdołało dopuścić się sabotażu wypowiedzenia go na głos.
Było to dość sprytne ustalenie, bo po pierwsze odraczało konieczność szczerości, a po drugie istniało prawdopodobieństwo, że całe spotkanie rozetrze mu się w pamięci i już do tego nie wróci. Nie miała pojęcia, jak działały narkotyki i nigdy nie chciałaby tego zmieniać. Jeśli jednak zapamięta, będzie musiała dotrzymać słowa, bo kiedy już zdecyduje się o tym opowiedzieć, wolałaby nie robić tego dwukrotnie wyłącznie dlatego, że za pierwszym razem Monroe był zbyt odurzony, aby ją pamiętać.
— Oferuję szczerość w tym temacie, Monroe. Coś, czego nie odważyłam się dać nikomu — odezwała się, zsuwając dłoń z kurtki na siedzenie kanapy. — Tylko połóż się z powrotem, źle się na ciebie patrzy w takim stanie. — Odejmując aspekt wizualny Monroe, to musząc oglądać, jak ciężko przychodził mu każdy ruch i jak otępiały był, faktycznie było to martwiące. — Pasuje ci czy zamierzasz renegocjować? Tanio nie ustąpię. — Drobny błysk znajomej, miękkiej zaczepki zagrał w jej spojrzeniu, lecz zniknął równie szybko, co się pojawił.
you don’t realize it yet, but I trust you more than I’ve ever trusted anyone
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Protest narodził się w jego głowie instynktownie.
W końcu jaka była definicja słowa naćpany? Owszem, może jego procesy myślowe ulegały pewnym modyfikacjom i może nie widział ani nie słyszał tak dobrze, jak powinien, bo nie każdy element otoczenia docierał do jego świadomości, ale wciąż pozostawał w pełni świadom j e j. Wciąż procesował jej słowa i to wystarczająco dobrze, by wiedzieć, kiedy nie powinien naciskać. Ba! W obecnym stanie był wręcz niezaprzeczalnym królem samokontroli biorąc pod uwagę to wszystko, co docierało do niego ze wzmożoną siłą.
Jego natura zdawała się leżeć w sprzeczności z tym, w jaki sposób zachowywał się dla przy niej.
Gdyby to była jakakolwiek inna osoba, zażądałby odpowiedzi natychmiast. Zirytowałby go fakt tego, że coś przed nim było schowane, jak i, w jego ocenie, niepoprawna ocena jego obecnego stanu. Nie wcale nie stanowiło w jego słowniku świętości, nie w przypadku ludzi, z którym zadawał się na co dzień. Ludzi, których zwykł naciskać by dostawać dokładnie to, na czym mu zależało.
Ale jej nie chciał naciskać.
Nie chciał niczego z niej wyszarpywać. Z jakiegoś powodu pragnął, by to ona zechciała mu to przekazać. Z jakiegoś powodu jej nie było natychmiastowe, urywało całą jego argumentację nawet, jeśli nie brzmiało szczególnie głośno bądź zdecydowanie.
Z jakiegoś powodu szczytem jego własnej odpowiedzi były usta wydęte w wyrazie przerysowanego niezadowolenia.
Ból przemknął po jego boku gdy nakładał na siebie koszulę by osłonić choćby częściowo nagi tors. Materiał był sztywny w miejscu, w którym pokrywała go krew - normalnie by mu to przeszkadzało, teraz jednak skórę w analogicznym punkcie osłaniała gruba warstwa opatrunku, dzięki której nie czuł w zasadzie nic.
- To nie brzmi jak negocjacje - obruszył się, podejmując próbę zapięcia jednego z guzików i bardzo szybko poddając się, gdy okazało się to bardzo skomplikowane. - Bardziej jak rozkaz.
Pomimo jego oburzenia, ciało zareagowało instynktownie.
Zsunął się z oparcia, znów obracając by ułożyć we względnie komfortowej pozycji. Tym razem jednak nie pozwolił swoim nogom zwisać ze zbyt krótkiej powierzchni kanapy - tym razem znalazł się blisko, dużo bliżej niż wcześniej. Jego głowa spoczęła na kobiecych kolanach, na tej b a r i e r z e kurtki, którą na nich rozłożyła, w ten bezczelny sposób dokonując własnych negocjacji, choć trudno było powiedzieć, by był ich w pełni świadomy.
- Ale nie robię tego za darmo - zadecydował, jakby to nie było już jasne przez pozycję, którą zajął. Jakby nie mógł spoglądać na nią teraz z dołu, muskany długimi ciemnymi kosmykami opadającymi w stronę jego twarzy. Jakby nie czuł już ciepła jej ciała, choć oddzielała ich warstwa spodni i grubego materiału kurtki, na której leżał. - Nie chcę, żebyś wracała po nocy z kimś obcym.
Nie jeśli, kiedy. Nie wątpił, że Haze nie wytrzyma w tej niewygodnej pozycji siedzącej zbyt długo. Prawdopodobnie dotrzymywała mu towarzystwa w chwili obecnej jedynie pragnąc, by jak najszybciej zasnął i uwolnił ją od obowiązku dopełniania tego obowiązku, który wzięła na swoje barki.
- Zaczep któregoś ochroniarza na tym piętrze, im ufam najbardziej. Któryś zabierze cię do mieszkania - kontynuował, unosząc dłoń w górę. Celujący, oskarżycielski palec wskazywał oględny kierunek jej samej nim zapomniał o aktywnym podtrzymywaniu ręki w powietrzu i ta znów opadła na jego tors. - Jeśli się dowiem, że wróciłaś jakąś taksówkę na to swoje wypizdowo, zastaniesz mnie na swoim progu z samego rana.
Nieszczególnie wiedział, co miałby z tego samego rana u niej zrobić, ale na pewno coś. Tego typu układ wydawał mu się całkiem racjonalny, zresztą - wart tego, by łaskawie zasnął, gdy wcale nie chciał w tym momencie spać.

deal or no deal
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zdążyła odpowiedzieć – dokładnie obalić – zarzut rozkazu. Obserwowała, jak zsuwał się niżej, z wyraźnym trudem odnajdując na kanapie pozycję, która nie ciągnęłaby za sobą kolejnego grymasu bólu. Spodziewała się, że położy się obok – zupełnie jak wcześniej. Nie spodziewała się raczej jego głowy na własnych kolanach. Mięśnie jej ud napięły się w pierwszym impulsie pod jego ciężarem, tchnienie zachłysnęło się po cichu doprowadzając do tego, że przez krótką chwilę siedziała zupełnie nieruchomo, patrząc na jego ciemne włosy rozsypane na jej kurtce.
Stan, w którym trwała w napięciu trwał w zasadzie ułamek sekundy, choć dla niej wciąż odnotowalnie zbyt długo. Spięcie w końcu rozeszło się po jej nerwach, rozpuszczając mięśnie.
Uniosła dłoń dopiero po chwili; ostrożnie, dając sobie wystarczająco dużo czasu, aby mogła wycofać ją przy najmniejszym proteście własnego ciała, wsunęła palce w jego włosy i odgarnęła z czoła kilka kosmyków. Nie zaprotestowało – wręcz przeciwnie: powitało łaskotanie pasm ocierających się o skórę palców przyjemnym mrowieniem w opuszkach.
Nie wiedziała, czy bardziej niepokoiło ją to, że pozwalała mu na tę bliskość, czy że znów po pierwszym spięciu odnajdowała w niej coś przyjemnego. Coś miękkiego, przez co jeszcze trudniej było pamiętać, po co właściwie znalazła się przy nim na początku i dokąd miała go ostatecznie zaprowadzić.
Słuchała jego instrukcji, podążając spojrzeniem za palcem, który przez chwilę celował w jej stronę, zanim ręka bezwładnie opadła mu na tors. Powinna była oczywiście zaprotestować. Powiedzieć, że potrafi wrócić sama, że robiła to wiele razy, że ma przecież samochód zaparkowany niezbyt daleko od wejścia do klubu i ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, był obcy mężczyzna znający jej adres. Szkopuł w tym, że ochroniarz miał być pewnie kimś, komu on ufał i kimś kto miałby w jego imieniu zadbać o jej bezpieczeństwo, kiedy sam zaniemógł.
— Niech ci będzie, Monroe. Zaczepię któregoś z ochroniarzy i pozwolę się odwieźć na moje urocze wypizdowo zgodziła się, dla świętego spokoju; — Choć interesuje mnie, co zamierzałbyś zrobić w moim progu z samego rana oraz co będzie oznaczało dla ciebie z samego rana, jak również to, czy najpierw się przebierzesz czy jednak będę musiała zaakceptować dziwne spojrzenia sąsiadów. Zwłaszcza tego od szczura. — Wymyślanie wyjaśnienia tego, dlaczego do jej mieszkania próbował wtargnąć półnagi, ranny facet mogłoby być dalece poza zasięgiem jej kreatywności. — Ale niech będzie, odpuszczę sobie. W zamian zamkniesz oczy i ładnie zaśniesz. To jest część umowy, której nie poddaję dalszej renegocjacji, bo robisz się pazerny do tego stopnia, że mam ci jeszcze dopłacać do mojej własnej szczerości. — Tej, która w istocie była w ogóle powodem, dla którego miała mieć możliwość sprowadzić go do parteru. Choć bliżej – do poziomu jej własnych kolan.
Jej palce zaczęły powoli przesuwać się pomiędzy jego włosami, rozdzielając ciemne kosmyki i za każdym razem zgarniając je z powrotem z czoła; od czasu do czasu zahaczała paznokciami o skórę jego głowy, delikatnie, niemal ledwie wyczuwalnie. Mogła sobie tłumaczyć, że robiła to wyłącznie po to, by ta powtarzalność, jednostajność pogłębiły jego zmęczenie i pchnęły w senność, ale nie potrafiła przed samą sobie ukryć, że po prostu lubiła miękkość jego włosów pod palcami; że nie przeszkadzał jej wyczuwalny nacisk jego ciężaru na jej mięśnie; że nie przeszkadzał jej wyczuwalny nacisk jego ciężaru na mięśnie ani ciepły oddech, który muskał wnętrze jej nadgarstka gdy kolejny raz sunęła opuszkami po jego skórze.
goodnight, rapacious one
stop the bleeding
anthony bennet
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rapture”