Szczerość okazywała się dużo bardziej skomplikowana niż zaufanie.
Nie pamiętał dokładnie jej słów. Pamiętał tylko, że nie mogła się położyć na jego kanapie z
jakiegoś powodu. Pamiętał sposób, w jaki jej ciało się napięło, wcześniej rozluźnione dłonie zwinęły, oddech zamarł w piersi na krótką chwilę.
Pamiętał obietnicę, że otrzyma szczerość w zamian za grzeczne pójście spać.
Jego wzrok prześlizgnął się po kobiecej twarzy gdy wypowiadała słowa wyjaśnienia. Brzmiały wiarygodnie, oszczędnie - jak coś, co mówiło się współpracownikowi by wytłumaczyć swoją nieobecność bądź spóźnienie w miejscu pracy. Nie wiedział, czy była to prawda, czy kłamstwo - wiedział jednak, że była to wyłącznie powierzchnia tego, co skrywało się dużo głębiej.
Do czego go nie dopuszczała.
Napięcie wtargnęło w jego szczękę gdy wspomniała, że przez te kilka godzin zdołało ją to przytłoczyć. Czy było to po niej widać wtedy, wieczorem? Wydawało mu się, że nie. Może gdyby był t r z e ź w y i przytomny, byłby w stanie coś z tym zrobić. Byłby w stanie podnieść ten ciężar i dać odrobinę ulgi jej przyzwyczajonym do niego ramionom.
A nie powinien.
Ten ciąg myśli i emocji został ucięty w jednej chwili, która przywróciła jego twarz do neutralnego wyrazu. Bo czy nie siedziała teraz wciśnięta w koniec kanapy, rzucając mu kłamstwa bądź półprawdy na poczekaniu, wyraźnie niezadowolona z jego obecności?
Czy nie znaleźli się znów w punkcie z e r o, do którego cholernej obecności zdążył już przywyknąć?
-
Boli mnie głowa, jestem zmęczony i odrętwiały - odpowiedział krótko, prawdziwie, nie zagłębiając się w ten temat podobnie jak ona nie zagłębiła się w swój. -
Tyle.
Westchnął, unosząc kubek do ust by spróbować zmyć jej smakiem gorycz, która nagle znalazła się na jego podniebieniu. Odstawił go z powrotem na podłokietnik, pozwalając, by cisza osiadła w tej zbyt wielkiej przestrzeni między nimi - jego wzrok znów przeniósł się w bok, w stronę salonu, w którym siedzieli. Przesunął po zdjęciach rodziny, której problemy ją borykały. Ojca już nie było, o matce nie wspominała, ale musiała znajdować się poza zasięgiem skoro zajmowała się swoją siostrą.
Czyli problem musiał dotyczyć jej, o ile w ogóle istniał. Powinien zapytać. Powinien się zainteresować, ale nie był nawet pewny, czy w ogóle tego c h c i a ł a.
-
To jest taki cykl między nami - odezwał się po dłuższej chwili milczenia, siląc na obojętność w głosie, który zdradzał zmęczenie. -
Zbliżasz się, później dystansujesz - kontynuował, nieustannie wodząc wzrokiem po fotografiach, jedynym ciekawym punkcie, na którym mógłby go zawiesić. -
Uciekasz bez słowa, żeby później zadzwonić do mnie z prośbą o pomoc, tkwiąc w środku lasu. - dystans wychodził mu całkiem nieźle tak długo, jak nie patrzył w jej stronę. -
Zapraszasz mnie na obiad, a później kolejne dni nie dajesz znaku życia. - jego palce stuknęły w powierzchnię papierowego kubka, wygrywając rytm odległego treningu skrzypka za ścianą. -
Przychodzisz do mnie z obiadem i opiekujesz się mną, choć cię o to nie proszę. - drgnął, wreszcie obracając głowę w jej stronę. Wodził spojrzeniem po ciemnych kosmykach wymykających się na front jej twarzy, splątanych, we względnym nieładzie w stosunku do tego, w jaki sposób wyglądały gdy widział ją po raz ostatni. -
Po to, by teraz wyglądać, jakbyś szła na ścięcie bo siedzę obok.
Jego plecy oderwały się od oparcia kanapy, łokcie spoczęły na kolanach gdy pochylił się, odkładając w połowie wypitą kawę na stolik - obok nietkniętego jedzenia, papierowego uchwytu i jej własnej kawy,
takiej, jaką lubi.
-
Na początku myślałem, że to moja wina. Że zwyczajnie nie jesteś zainteresowania przebywaniem w mojej obecności - wyjaśnił, łopatologicznie, p r o s t o, tak, by upewnić samego siebie, że nie oszalał, -
Teraz nie jestem tego taki pewien.
Odwrócił głowę, jego skrupulatnie ułożona fryzura tym razem sprostała działającej grawitacji gdy spoglądał na siedzącą obok kobietę. Po długiej i żmudnej wędrówce, jego spojrzenie wreszcie spotkało wzrok ciemnych tęczówek, szukając w nich odpowiedzi, których nie chciała werbalizować.
-
Nie rozumiem cię, Violet - westchnął, tonem osoby, której skończył się zasób subtelności - biorąc pod uwagę jego naturę, nastąpiło to dużo później, niż zakładał. -
Może nie muszę. Ale nie lubię nie rozumieć.
Może posiadał zbyt mało empatii by dostrzec większy schemat. Może ktoś inny na jego miejscu już dawno temu dostrzegłby prawdę schowaną w jej sprzecznym zachowaniu. Monroe był człowiekiem lubującym się w upraszczaniu innych ludzi, świadomie ignorującym ich dobre bądź złe cechy do woli wyłącznie po to, by trzymać ich po odpowiedniej stronie barykady.
Może brakowało mu jej. Może nigdy jej
nie wykształcił.
-
Mogę wyjść, jeśli wolisz - skłamał, świadom tego, że była to ostatnia rzecz, na którą miał teraz ochotę. Pragnął znaleźć się obok, odsunąć ten pieprzony kosmyk włosów z jej twarzy i wetknąć go za ucho, pragnął czuć jej palce we własnych. I właśnie myśl o tym, jak p r o s t e stały się jego potrzeby przy niej, a i tak jak nieosiągalne z powodów, których nie rozumiał, wydawała mu się żałosna i zdesperowana. -
Po prostu to powiedz.
tell me to leave