— Coraz bardziej mi imponujesz — parsknął śmiechem, kiedy zaczęła mówić po chińsku. W zasadzie mogłaby go teraz obrazić, a on i tak dał jej komplement, że był naprawdę godny podziwu jej bycia poliglotką. To były małe szczegóły, które o niej wiedział, ale podobało mu się powolne odkrywanie siebie nawzajem albo nawet i częściowe. W końcu niektórych sekretów nie miał zamiaru jej zdradzać, nawet jeśli po miesiącu mieli się już nigdy nie zobaczyć — chociaż kto wie, skoro Bee również pochodziła z Kanady? Może ich los kiedyś połączy, gdy przyjedzie odwiedzić swoją rodzinę?
Zacmokał z dezaprobatą. Powinien jej wybaczyć? Była to sprawa ogromnej wagi. Strasznie męczył się z mówieniem po francusku, jednak mógł dopatrzeć się w tym dodatkowych zalet, bo przecież doprecyzowywał język i czuł się nieco bardziej komfortowo, bo dziewczyna cierpliwie go poprawiała gdy mówił głupoty i nie krzywiła się na jego niebywale niezgrabny akcent.
— W ogóle Francuzi to świętość światowa. Szczerze jestem w szoku, jak to wszystko tutaj wygląda. Ci ludzie mają pierdolca czasami na punkcie swojego języka — przymarudził, bo teraz w końcu mógł to zrobić do osoby, która raczej powinna to wszystko rozumieć! Chociaż Bee, jako poliglotka, może zaraz zacznie bronić tego języka? Oby nie! Urocza to była dziewczyna, ze swoją buńczuczną postawą i opierdzielająca każdego, który miał śmiałość z nią dyskutować. Naprawdę rozczulało go to, bo na pierwszy rzut oka kompletnie nie sprawiała takiego wrażenia.
— Prze-uprzejmi — parsknął; no drugiego tak miłego narodu raczej nie znajdzie!
I wyglądała jeszcze bardziej uroczo. I zabawnie jednocześnie; kiedy patrzyła na niego spod byka, w swoim metr pięćdziesiąt w kapeluszu i próbowała być groźna, choć bita śmietana na nosie odejmowała jej jakiejkolwiek powagi, którą chciała zachować. Miał wiele pytań do jej słów. Jak dawno wyleciała z Kanady? Dlaczego nie lubi swojego życia w ich rodzimym kraju? Co było tym impulsem, przez który postanowiła wyjechać? Tyle zagwozdek a zero odpowiedzi; ale to dlatego, że nawet nie chciał ich poznać. Nie o to w tym wszystkim chodziło.
— Biorąc pod uwagę, że nie znamy się zbyt dobrze, to mamy przed sobą wiele sekretów. — A może po prostu nieznajomych faktów? Spojrzał na nią z zaintrygowaniem.
— Nie wiem, czy to sekret, ale też chciałbym żyć tutaj przez ten miesiąc życiem, jakbym w Kanadzie nic nie miał. — Wzruszył ramionami. Jakby nie było żadnej narzeczonej, pracy, która oczekiwała skończonego projektu czy jakichkolwiek oczekiwań od innych. Choć na to ostatnie nie mógł narzekać, skoro jego rodzice dawali mu naprawdę dużą swobodę.
— Więc najchętniej Francję potraktowałbym jako sekret — dodał, patrząc jej w oczy.
— Sekret, o którym nie wiedziałby nikt. Ewentualnie jedna osoba. — Czemu patrzył się akurat na nią? Czy to na pewno tylko przez to, że akurat stała obok i była jego rozmówcą? Mógł utrzymać spojrzenie gdzieś na boku, wpatrując się w bezchmurne niebo i gdybać, a nie mówić do niej, jednocześnie coś sugerując.
Sugerując, że ona była idealnym materiałem na jego sekret.
Już od pierwszego spojrzenia miała w sobie coś innego. Coś przyciągającego, magnetycznego i zniewalającego. Chciał ją poznać bliżej, a jednocześnie mogła zostać słodkim wspomnieniem tego wyjazdu, skoro mieli inne, życiowe priorytety.
— Niech ci będzie — parsknął.
— Może powinniśmy zbawić świat i szerzyć we Francji wiedzę na temat Kanady? Uświadomić ich, że nie mamy rzeki płynącej syropem klonowym? — dodał z rozbawieniem. Średnio widział się w roli geografa, jednak warto pomarzyć, że mogliby być jakimiś superbohaterami na misji. Zaraz jednak nastąpiła wojna. Może nie trzecia i światowa, ale może chociażby bitwa pod… naleśnikiem. Nawet nie do końca wiedział, gdzie się właśnie znajdował. Spojrzał na nią z powagą, odstawiając swój papierowy talerz z naleśnikiem na murek, wzdłuż którego spacerowali i zaraz to samo zrobił z jej tacką. Yubi mogła ledwo zorientować się, że miał jakiś nikczemny plan i jeśli chciała uciec, to zdążyła zrobić to na ledwo dwa kroki, nim Xander chwycił ją za nadgarstek, przyciągając do siebie i objął ją w talii, przytrzymując przy sobie. Wszystko po to, aby wytrzeć się swoimi policzkami brudnymi od bitej śmietany — najpierw swoim jednym policzkiem z jej jedno lico, a potem drugim w drugie. Tak dla
symetrii. Zaśmiał się przy tym, nie puszczając jej od razu, a zamiast tego spojrzał na nią z tak bliska, przypominając sobie ich taniec na pierwszym spotkaniu oraz głębię czekoladowych oczu, które teraz się w niego wpatrywały.
— Wyglądasz jak mój francuski sekret — rzucił cicho, uważnie otaksowując jej twarz, czując jej perfumy i nie zdając sobie sprawy, że powoli ginął w jej onieśmielającej aurze.
french secret?