35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Widział już wiele gorszych okresów w Toronto. Czasów niepokoju bądź wzmożonej aktywności gangów, katastrof naturalnych i bardzo popularnych koncertów, które na równi potrafiły wyzwalać u ludzi zwierzęce zachowania i siać na ulicach panikę.
Zwykle takie rzeczy działy się nagle. Zwykłe sytuacje eskalowały, przestępczość rosła, jedna sytuacja prowadziła do ogromnego konfliktu i rozlewała się na całe miasto. Służby nie miały w takich sytuacji odpowiedniego wyprzedzenia, mogły wyłącznie reagować.
Tym razem było inaczej.
Powrót Morettiego zza krat rozlewał się cieniem po każdej z dzielnic, do której Ventresca usiłowała przeniknąć. Stosowane przez jej herszta metody przekształcały mafijną organizację z karaluchów, usiłujących skubnąć dla siebie coś pod niewidocznym spojrzeniem policji, w siłę dużo bardziej niebezpieczną, a zarazem bezczelną. Ich ruchy robiły się coraz bardziej ryzykowne, coraz butniejsze, a liczba przypadków wpadających do wydziału zabójstw rosła.
Służby, tym razem, mogły być na to przygotowane - ale w tym wypadku służbami byli wyłącznie oni. On i Mercer, jedyne osoby świadome tego pieprzonego procederu, przynajmniej w ich małym, wykrojonym skrawku policyjnego pierdolnika.
W którym sprzątali rozlane mleko udając, że nie wiedzą, kto mógłby je rozlać.
Powrót Morettiego miał jednak konsekwencje, których nie był w stanie przewidzieć. Carbone robił się niespokojny, wewnętrzne tarcia w organizacji wydawały się nieuniknione. Śmiałe działania Ventresci tylko podpuszczały lokalne, mniejsze gangi do próby skorzystania z tej okazji, zwiększając przestępczość wszędzie tam, gdzie pojawiali się jej członkowie.
Lawinowo, jedne przestępstwa prowadziły do następnych, nie wszystkie związane z Morettim, nie wszystkie powiązane z Ventrescą, a jednak wychodzące z tego samej siły napędowej, która pchała kryminalistów do tego, co robili na co dzień - dokładania im pracy. Niepokój panujący w mieście był wyczuwalny i trudny do zignorowania, a dni na komisariacie upływały im nie tylko w oczekiwaniu na następny ruch ich wątpliwej jakości, biznesowego partnera, ale też nieustannym sprzątaniu gnoju, który wypływał z kanalizacji co noc.
Policjanci zawsze byli pewną granicą.
Kary za wyrządzenie krzywdy komuś w błękitnym mundurze były potężne, a zadzieranie z policją nigdy nie oferowało w zamian czegoś, co mogłoby uczynić to wartym. Na swój sposób, byli nietykalni - śmierć w pracy nie przychodziła w wyniku skrupulatnie zaplanowanej operacji. Była przypadkowa, była efektem nalotu na dane miejsce bądź strzelaniny, która się wywiązywała na ulicy. Żaden policjant nie umierał dlatego, że był, kim był - umierał ponieważ usiłował kogoś zatrzymać, sprowadzając to do wyboru on albo ja.
Do czasu.
Jako pierwsza zniknęła funkcjonariuszka z dochodzeniówki. Trzy dni później znaleziono ciało detektywa z wydziału narkotykowego. Następnego dnia - para oficerów z przestępczości zorganizowanej i nagle przypadkowe morderstwa przestały nimi być.
Nagle ten cień, który przykrywał Toronto, zaczynał wpełzać przez okna komisariatu by dosięgnąć schowanych w środku policjantów.
- Kawa? - mruknął, gdy opuszczali samochód i mijali budkę, z której roznosił się zapach kofeinowych napojów pomimo późnej pory, w której zostali wezwani na miejsce. Miejsce zbrodni, na którym mieli stawić się teraz, było paręnaście metrów dalej - wewnątrz zamkniętego budynku banku, w którym tkwiły zwłoki detektywa Fostera z wydziału przestępstw finansowych. Nie znał go. Nie zmieniało to faktu, że coś ewidentnie w tym śmierdziało.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Robota w której siedzieli teraz po uszy sprawiała, że tamtych kilka wyrwanych z rzeczywistości dni wydawało się jeszcze lepszym pomysłem.
Miała wrażenie, że od kilku miesięcy kręcili się w kółko. Niezależnie od tego, co robili, jak bardzo próbowali odsunąć się od Ventresci, zamiast się od nich oddalać, byli coraz bardziej przez nich oplatani. Im mocniej próbowali wyrwać się z tego wszystkiego, tym więcej pojawiało się powodów, żeby znowu wracać do punktu wyjścia. Całość zaczynała ją zwyczajnie męczyć i odbierała przekonanie, że kiedykolwiek uda im się naprawdę z tego wyplątać.
Pierwsza śmierć mogła być przypadkiem - Toronto było ogromnym miastem, policjanci ginęli na służbie, a ona doskonale wiedziała, że nie każda tragedia musiała mieć d r u g i e dno. Przy drugiej przypadek brzmiał jak wyjątkowo wygodne słowo, którym można było przykryć coś, czego nie chciało się nazywać po imieniu. Trzecia śmierć była jasnym sygnałem, że przypadki nie istniały.
Zwłaszcza że wcześniej odezwał się do niej Carbone. Tylko do n i e j, co samo w sobie było już wystarczająco n i e p o k o j ą c e. Oferował tę samą obietnicę, którą zdążyła już poznać aż za dobrze - wolność. Tym razem miała to być naprawdę ostatnia przysługa, po której mogliby odejść i wreszcie zacząć żyć normalnie. Mafiozo mówił o tym z taką pewnością, jakby wolność była czymś, co rzeczywiście mógł im podarować.
Choć nie powiedział niczego wprost, pomiędzy jego słowami dało się wyczytać, że kolejne zbrodnie były subtelnym sygnałem wysyłanym przez nich - przypomnieniem, że potrafią sięgnąć również po tych, którzy do tej pory wydawali się nietykalni. Dzisiaj ktoś popełnił błąd, zostawiając po sobie ślad, a ona miała sprawić, żeby ten błąd n i g d y nie doprowadził nikogo do ich drzwi. Miała pomóc zamknąć śledztwo w taki sposób, by pewne rzeczy nie ujrzały światła dziennego.
Wiedziała po co tu przyjechali, co tutaj zastaną jeszcze zanim zgłoszenie zdążyło przejść przez dyżurnego. W i e d z i a ł a zanim ktokolwiek podał im nazwisko ofiary, a samochód Rhysa zatrzymał się przy budynku banku. Dlatego od momentu wyjazdu z komisariatu była wyraźnie nieobecna. Starała się tego nie pokazywać, ale problem polegał na tym, że o ile czasami jej gra aktorska wchodziła na wyżyny głupoty i potrafiła z przekonującą miną opowiadać największe bzdury, o tyle ukrywanie tego, co było prawdziwe, przychodziło jej już zaskakująco trudno.
- Mocna - odpowiedziała, wsuwając dłonie do kieszeni kurtki. Chłód panujący na zewnątrz był potęgowany przez jej wewnętrzną walkę. Nie wiedziała, co zrobić choć doskonale zdawała sobie sprawę, że słowa Carbone'a prawdopodobnie były kolejną obietnicą, której nie spełni. Za każdym razem wystarczało zrobić jeszcze j e d n ą rzecz, jeszcze j e d e n krok, jeszcze r a z przymknąć oczy, a później miało być już i n a c z e j. A jednak hipotetyczna wizja wolności nadal kusiła ją tak samo mocno. Nadal pragnęła jej najbardziej, bo o niczym innym nie marzyła tak bardzo, jak o n o r m a l n y m życiu.
Kiedyś odpowiedź była prosta - dobro było dobrem, zło było złem, strona po której stawała była oczywista. Teraz potrafiła znaleźć usprawiedliwienie niemalże dla wszystkiego co robili. Potrafiła wmówić sobie, że pewne rzeczy były koniecznością, że czasami trzeba było ubrudzić sobie ręce, żeby pozbyć się ludzi jeszcze gorszych. Problem polegał na tym, że granica pomiędzy jednym a drugim zaczęła się zacierać, a ona nie była pewna, kiedy właściwie przestała ją widzieć.
Spojrzała na wejście do banku, mocno zaciskając szczękę. - Długo jeszcze będziemy udawać, że nie wiemy kto za tym stoi? - nie mieli dowodu, który można było położyć na stole i powiedzieć: to oni, nie mieli nagrania, które zamykałoby temat. Mieli za to Morettiego - skurwiela, który wraz ze swoim wyjściem na wolność sprawił, że niemalże od razu wszystko zaczęło pieprzyć się jeszcze bardziej. Była pewna, że jeśli ktoś mógł traktować śmierć policjantów jako sposób na pokazanie własnej siły, to właśnie o n.

detektyw madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Aktorstwo było jedną sztuką, która Mercer wyraźnie umykała. Nie sprawiało to jednak, że od razu byłby w stanie domyślić się co konkretnie stało za jej kiepskim samopoczuciem. Wiedział tylko, że nie było idealnie.
Ale czy dla kogokolwiek byłoby?
Po raz pierwszy to oni byli celem. Oni znikali, jeden po drugim, zaburzając pewną świętość panującą w tym mieście od samego początku. Ryzyko związane z tym zawodem nigdy nie było całodobowe - było, na swój sposób, jak zakładany na osiem godzin uniform. Występowało w trakcie pracy w terenie, w trakcie patrolu czy przy wezwaniach, szczególnie nocnych. Nie zabierało się go jednak do domu - zwykle.
W wyjątkowych okolicznościach miało się celownik na swoich plecach przez niektóre dochodzenia, ale to też było częstsze w innych wydziałach. Oni byli wyłącznie posłańcem, to prawnicy organizowali odpowiednie dowody i to ich twarze były przyklejone do rujnowania czyjejś przyszłości wsadzeniem ich do pierdla.
Teraz, najwyraźniej, nawet nie potrzebowali ryzykownych śledztw. Z tego, co wyczytał we wstępnym raporcie, Foster przyszedł wyciągnąć coś ze swojej skrytki depozytowej i został zastrzelony przy samym okienku. Pozostali byli mordowani w restauracjach, na spacerach z psem, we własnym domu - wtedy, gdy ryzyko powinno być najmniejsze, ponieważ zostawili je w pracy.
I właśnie dlatego niepokój na twarzy Mercer wcale go nie dziwił. Zaburzenie tego balansu panującego w Toronto odbijało się na wszystkich w komisariacie, było wyczuwalne w kuchni na przerwach i na korytarzach, a nawet na zewnątrz przez wzmożoną ilość palaczy. Wszyscy rozmawiali wyłącznie o tym i wszyscy, jak jeden mąż, patrzyli na ich wydział jakby to ich osobistym obowiązkiem było doprowadzenie tej sprawy do końca jak najszybciej.
- Dobra - skwitował, upijając łyk wrzącej, czarnej kawy. Większość kaw smakowała dla niego dokładnie tak samo i nigdy nie należał do koneserów, ale wiedział za to, że na komisariacie była rozwodniona i gówniana.
W przeciwieństwie do tej.
Napięcie wylewało się z Margo, unosiło nad nimi jak gradowa chmura. Nie musieli tkwić pod tą budką i patrzyć na wejście do banku - mogli pójść z kubkami już na miejsce, ale wyczuwał jej opór.
Opór, który chwilę później został zwerbalizowany.
- Czyszczą w domu - mruknął, bo jej sugestia była również myślą, która odbijała się w jego głowie od dłuższego czasu. - Może Collins otworzył im oczy. Carbone eliminuje ludzi, którzy nie są dla niego przydatni lub którym w pełni nie ufa.
Nie znajdował bezpośrednich powiązań martwych policjantów z Ventrescą, ale nieszczególnie go to dziwiło. Gdyby ktoś spojrzał w jego akta, również by ich nie znalazł. Wszystko opierało się na dyskrecji i przysługach, które były trudne do prześledzenia.
- Jeśli robi to w tak oczywisty sposób, wpadnie jeszcze zanim Moretti zdecyduje się, co z nim zrobić - zauważył, skinieniem głowy wskazując jej, by przeszli przez ulicę i powoli rusyzli na miejsce. - Znajomości w wydziale zabójstw i lewar na mnie niewiele mu dadzą, gdy morduje policjantów w świetle dnia.
Dla wszystkich w komisariacie to wtedy robiło się osobiste, co czyniło jakiekolwiek machinacje w tej sprawie zbyt ryzykownymi. Zbyt wiele oczu spoglądających im na ręce, co on przyjmował z niejaką ulgą. Związane ręce oznaczały, że nie mógł pomóc mu nawet, gdyby chciał.

detektyw mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dopóki stała na zewnątrz oddalona od miejsca zbrodni o kilkadziesiąt metrów, póki nie widziała ludzkiego ciała tonącego we krwi łatwiej było jej oddychać. Łatwiej było udawać, że to ona miała kontrolę i wciąż mogła coś zrobić - podjąć decyzję s a m o d z i e l n i e, bez czyjegoś niechcianego oddechu na własnym karku.
Carbone doskonale wiedział jak wywierać na niej presję. Wystarczyło, że po raz kolejny podał jej dokładnie to, czego pragnęła najbardziej - ich w o l n o ś ć. Przedstawił ją jak coś, co było niemalże na wyciągnięcie ręki, jak nagrodę czekającą po drugiej stronie.
Cały czas wracała myślami do propozycji mafioza, próbując poukładać ją sobie w głowie. Ktoś z ludzi Ventresci popełnił błąd, nie pierwszy zresztą. On sam nie zamierzał brudzić sobie rąk, znalazł kogoś, kto mógł zrobić to za niego. Zazwyczaj były to dłonie Maddena, tym razem, najprawdopodobniej szukając w tym jakiejś dodatkowej korzyści, wybrał te należące do niej. Margo miała przecież wystarczająco dużo powodów, by się zgodzić. Wystarczyło przypomnieć jej, co może dostać w zamian.
To, że trzymał ją w garści, wykorzystując jej miłość do Rhysa, najwyraźniej przestało mu wystarczać. Potrzebował s t u p r o c e n t o w e j pewności, że gdy nadejdzie odpowiedni moment, Margo zrobi dokładnie to, czego będzie od niej oczekiwał. Musiał mieć na nią coś więcej niż tylko świadomość, że zrobiłaby wiele, żeby ochronić człowieka, którego kochała. Wolność była znacznie skuteczniejszą smyczą niż groźba.
Dopiero kiedy Rhys się odezwał, coś nagle przeskoczyło jej w głowie. Jedna myśl pojawiła się pomiędzy wszystkimi pozostałymi, jakby ktoś odsunął przed nią zasłonę, przez którą do tej pory widziała tylko jeden możliwy obraz. A jeśli wcale nie chodziło o posprzątanie czyjegoś błędu? Co, jeśli cała ta historia była znacznie bardziej przemyślana niż próbował jej wmówić? Może ktoś rzeczywiście popełnił błąd, ale niekoniecznie taki, o którym mówił Carbone. Może próbował sprawić, żeby wszyscy patrzyli właśnie w t ę stronę.
Ruszyła przez drogę, nie upijając nawet grama ze swojego kubka. - Nie wydaje mi się, żeby to było takie proste - rzuciła w końcu, zwalniając, gdy znaleźli się bliżej banku. Zatrzymała się przed krawężnikiem i przez chwilę patrzyła na budynek z wyraźną niechęcią. - Carbone do tej pory nie popełniał takich głupich błędów. Nagle zacząłby mordować przypadkowych gliniarzy, którzy nie mają z nim n i c wspólnego?
Nie wspomniała o ich rozmowie, nie powiedziała również o wszystkich wątpliwościach, które odbijały się w jej głowie, bo doskonale wiedziała jak skończyłaby się taka rozmowa. Rhys nie pozwoliłby jej wejść do tego budynku, wiedząc, że ktoś wcześniej próbował ją wykorzystać do zatuszowania sprawy. - Znamy kilku gorszych od samego Collinsa, z którymi Carbone jada kolacje w tych samych miejscach i mają się ś w i e t n i e - dodała, przekonana, że coś tutaj się nie zgadzało. Collins był policjantem, który przez długi czas czuł się całkowicie bezkarny, a mimo to jego zniknięcie nie wywołało takiego chaosu, który teraz zaczynał rozlewać się po Toronto. Jeżeli Ventresca naprawdę chciałby uderzyć w policję, nie musiałaby robić tego w tak n i e p o r a d n y sposób. Nie potrzebowałaby zostawiać po sobie tylu ciał, które aż prosiły się o połączenie w jedną historię.
Szukała wyjścia, nadal stojąc w miejscu, bowiem zdawała sobie sprawę, że samo przekroczenie progu oznaczało podjęcie decyzji.

detektyw madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Było bardzo dużo możliwości i osób, które mogły stać za tymi atakami.
Mogły być nawet zupełnie losowe - przypadkowe ofiary przypadkowych wydarzeń, rosnącego zaniepokojenia w mieście i ogólnego wzrostu przestępczości. Mogła to być jakakolwiek z wielu ugrupowań, które rządziły miastem poza Ventrescą, skrupulatnie dzieląc swoje wpływy na konkretne dzielnice. Mógł to być pieprzony, seryjny morderca, który po prostu bardzo nie lubił policji.
Nie tłumaczyło to jednak jego intuicji.
Tego mrowienia pod skórą, które pojawiło się gdy spoglądał na akta po raz pierwszy. Podobnie jak ona, wyczuwał, że założenie, że to nie było w żaden sposób związane z Sergio Carbone'm było może realistyczne - ale z jakiegoś powodu w ich położeniu wydawało się wręcz optymistyczne. Ten mężczyzna znajdował sposoby na wpełznięcie do ich życia przez każdą szczelinę w obronie, jaką posiadał.
Oczywiście, że mógł być w to zaangażowany.
- Może pali mu się dupa - wyrzucił pierwszą tezę, zatrzymując się na ulicy by przepuścić auto, któremu najwyraźniej bardzo się śpieszyło. - Może Moretti zaczął wprowadzać swoją restrukturyzację i Carbone zabija tych, którzy nie są mu w pełni lojalni.
Ostrzegawcza lampka rozbłysła w jego umyśle - to czyniłoby cel również z niego. A to oznaczało, że znów postawiłoby cel na plecach Mercer, która stanowiła jego przedłużenie - przez sam fakt tego, że to z jej pomocą można było go docisnąć.
- A może będziemy mieli zwykły wrzesień i to nie ma z nim nic wspólnego - westchnął z nieukrywanym sarkazmem.
Lata temu uważał, że nie miał szansy na z w y k ł e życie przez zawód, który wybrał. Później szybko okazało się, że codzienność, każda sprawa i wyrabiane w robocie godziny były zwykłe, a niezwykłość mogła pojawić się w chwili, w której poza tym, macki pieprzonej mafii sięgały jego codziennego życia.
Zerknął na rozświetlone, przeszklone wejście do banku, który został ewakuowany. Wewnątrz plątali się oficerowie, w oddali widział pomarańczowo-czarne, policyjne taśmy. Ktoś rozmawiał przez radio, nieopodal stał radiowóz z niemymi syrenami nadającymi czerwone i niebieskie barwy. Pracownicy banku tkwili blisko wyjścia, rozmawiając ze sobą z ożywieniem o tym, co wydarzyło się w środku.
Rozglądając się wokół dostrzegł, że Margo tkwiła w miejscu, wpatrując się w wejście. Jego brwi zmarszczyły się nieco na ten widok - bo czy zwykle to nie ona biegła pierwsza na miejsce, wyrywając się do przodu?
- Idziesz? - zapytał krótko i, jeśli tego wymagała, szturchając ją nieco w łokieć.
Nie było sensu w odwlekaniu roboty, która na nich czekała.
Bank był niewielki. Przy ścianie znajdował się rząd krzeseł dla klientów, naprzeciwko ustawiono kilka stanowisk kasowych. Dalej, za przeszklonymi drzwiami, znajdowało się przejście prowadzące do części przeznaczonej dla pracowników oraz pomieszczeń ze skrytkami depozytowymi.
Żółta taśma policyjna rozciągała się przez całe atrium. Za nią znajdowały się stanowiska obsługi oddzielone od klientów niskimi panelami, na blatach wciąż leżały dokumenty pozostawione przez pracowników przed ewakuacją.
Sięgnął do kieszeni i wyjął odznakę pilnującemu funkcjonariuszowi wraz z krótkim Madden przyklejonym do funkcji. Abstrakcyjna myśl przemknęła przez jego umysł - czy kiedyś nadejdzie moment, w którym oboje będą mogli się w ten sposób przedstawiać?
Zbył ją, jak każdą, która nie dotyczyła chwili obecnej, pozwalając jej przejść pod uniesioną taśmą najpierw nim do niej dołączył.
- Ofiara to detektyw Robert Foster. Był tutaj poza służbą - rzucił krótko mężczyzna, wypuszczając taśmę z dłoni gdy przeszli na drugą stronę. Skinął mu głową, odwracając się w stronę miejsca zdarzenia.
- A ty? - zagadnął, wodząc wzrokiem po rozrzuconych plakietkach z numerkami, śladach krwi, osobistych przedmiotach Fostera i jego teczce, a także po samym denacie, ułożonym tak, jak padł - twarzą w dół, w płaszczu. - Jaką masz teorię? - dodał, wybierając sobie trupa jako pierwsze miejsce oględzin.

detektyw mercer może kiedyś madden
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie ruszyła się od razu, nawet kiedy poczuła lekkie szturchnięcie w łokieć. Dopiero po chwili oderwała wzrok od wejścia do banku i spojrzała na Rhysa, uzmysławiając sobie, że rzeczywiście powinna tam wejść.
Przeszła pod taśmą nadal mając w sobie tę dziwną niechęć, której nie potrafiła zamaskować. Była przyzwyczajona, że niezależnie od tego, co działo się wokół potrafiła odciąć wszystko inne i skupić się na robocie. Miejsce zbrodni zazwyczaj wystarczało, żeby cała reszta przestawała istnieć, a jednak teraz myśl o tym, czego oczekiwał od niej Carbone, nie dawała jej wytchnienia. Im bardziej próbowała skupić się na tym, co znajdowało się przed nią, tym mocniej wracała do niej świadomość nieuchronnego podjęcia j a k i e j ś decyzji.
Nie potrafiła podzielić uwagi pomiędzy śledztwo a własny problem.
Zatrzymała się kilka kroków od miejsca, w którym leżał Foster zamiast od razu podejść bliżej. Patrzyła na wszystko wokół, a jej wzrok przesuwał się po pozostawionych przedmiotach, śladach krwi i stanowiskach zajmowanych normalnie przez pracowników, ale niczego nie dotykała.
Na dłużej zawiesiła wzrok na Maddenie, mając nieprzyjemne wrażenie, że role niepostrzeżenie się odwróciły. Zwykle to ona była tą, która pierwsza rzucała się w środek sprawy, podczas gdy on stał obok, pozwalając jej prowadzić i ograniczając się do rzucania swoich uwag w najmniej odpowiednich momentach. Teraz on był aktywny, a ona stała kilka kroków dalej, bardziej kupiona na tym, co działo się w jej własnej głowie niż tym, co znajdowało się pod jej stopami.
Dopiero po chwili uniosła kubek i napiła się kawy, która zdążyła przestygnąć. - Trochę tu brudno, jak na zwykły wrzesień - kącik jej ust drgnął lekko, ale rozbawienie nie sięgnęło oczu. Nie musiała długo zastanawiać się nad tym, kto byłby zdolny zrobić coś takiego. Moretti od początku pasował jej do tej historii aż za dobrze. Był s z a l e ń c e m, człowiekiem z ego tak przerośniętym, że momentami zdawało się zajmować więcej miejsca niż on sam, a do tego miał tę wyjątkowo niebezpieczną cechę - wierzył, że skoro raz coś mu się udało, to wszystko będzie uchodziło mu na sucho.
Robił już podobne rzeczy wcześniej zanim ostatecznie sam wpakował się za kratki, dlatego tak bardzo to niechlujstwo pasowało do niego. - Jestem pewna, że to oni - podeszła bliżej, szepcząc te słowa znacznie ciszej, tak, by dotarły wyłącznie do jego uszu. - Nie rozumiem tylko po co - przyznała szczerze, bo właśnie tutaj pojawiało się po raz kolejny to samo pytanie, co kilka minut temu. Czy faktycznie zrobił to Moretti, czy k t o ś bardzo chciał, aby wyglądało to, że zrobił to on? - Do tej pory byli ostrożni. Jeżeli zostawiali ślady, to zazwyczaj tylko wtedy, kiedy chcieli, żeby ktoś je znalazł.
Przeniosła wzrok na Fostera, później na Rhysa i znowu na ciało. - Znałeś go? - zapytała po chwili. - Coś go z nimi łączyło? - liczyła na jakiś szczegół, który pozwoliłby jej poukładać to wszystko inaczej niż wersją, którą dostała od Carbone'a.

ryszard mercer też ładnie
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nieobecność Margo, ponownie, była przez niego odnotowana, ale niekoniecznie stanowiła powód do sądzenia, by stało za tym coś niepokojącego. Mercer w jego oczach nie miała w sobie tego g e n u, którzy posiadali podstępni ludzie tacy jak on. Jej szczerość zawsze płonęła jak ogień - wystarczająco jasna, by przejrzeć jej intencje i na tyle gorąca, by sparzyć gdy dotyczyła ciebie.
Była po prostu zmęczona.
On też czuł to zmęczenie, to wieczne oczekiwanie, aż c o ś się ruszy, coś zmieni w układzie sił w mieście. Wychodząc z propozycją do Morettiego ryzykowali wszystkim, co dotychczas udało im się wypracować. To mogło się skończyć na tak wiele sposobów, że nie starczyłoby mu czasu na wyliczanie potencjalnych problemów - zaczynając od tego, że mężczyzna mógł powiedzieć prawdę Sergio i to ich głowy trafiłyby na celowniku mafijnych strzelców, a kończąc na zdemaskowaniu ich propozycji w obliczu prawa.
Sama myśl sprawiała, że coś w jego żołądku się przewracało.
Teraz to wszystko zrobiło się tak cholernie skomplikowane. Wcześniej układ był prosty - a konsekwencje akceptowalne. Wiedział, w co się pakował, wiedział, jak mogło się to skończyć. Wiedział, że któregoś dnia może opuścić komisariat w kajdankach zamkniętych wokół nadgarstków.
Ale teraz, gdy w jego towarzystwie miałaby być o n a, jego priorytety przekształcały się z każdym dniem. Coraz mniej dbał o to, by zadowolić pazerność Carbone'a, a coraz bardziej zabezpieczał się na wypadek gdy - a nie kiedy - to wreszcie się wydarzy.
Tak, by Margo nie miała z tym nic wspólnego.
- Halloween zaczyna się wcześnie - odrzucił niedbale, ignorując krzywe spojrzenie technika laboratoryjnego, który właśnie obtaczał taśmą kolejne plamy krwi. Widok trupów nie był w stanie robić w nim w tym momencie żadnego wrażenia - nie po latach spędzonych w tej robocie, która polegała niekiedy wyłącznie na ich ciągłym oglądaniu.
Wyciągnął parę rękawiczek, przyglądając się ciału, nad którym kucnął. Fraser otrzymał trzy strzały w plecy, prawdopodobnie nie widział nawet strzelca. Nie było zamieszania, nie było wielkiej strzelaniny - wyłącznie egzekucja z bliska, która kończyła się umknięciem atakującego przez drzwi banku na zewnątrz, pewnie w tłumie, który w popłochu rzucił się we wszystkich kierunkach.
- Może Foster był chybotliwy i nie zapewnił ich o swojej lojalności - mruknął pod nosem, wodząc ręką po płaszczu mężczyzny w poszukiwaniu kieszeni. - Wtedy byłoby to ostrzeżenie dla innych.
Innych - tych, którzy też pracowali dla Carbone'a, którzy wywiązywali się ze swoich obowiązków po to, by po zmroku robić coś z goła innego. Nie wiedział, że Foster również dla niego pracował. Ich teoria miała ręce i nogi, ale pozostawiała ten element niespodzianki, który wywoływał nieprzyjemne wrażenie z tyłu głowy. Mieli poszlaki, ale nie wiedzieli co chowało się w sednie sprawy.
Co oznaczało, że ich sytuacja nagle stawała się znacznie bardziej niebezpieczna niż zakładali.
- Nie - odparł przecząco, wyciągając przedmioty z kieszeni denata. Fostera widział parę razy na korytarzach, nigdy jednak nie pracowali ze sobą ani nie wymagali od siebie nawzajem żadnych przysług. Zerknął na wyciągnięty telefon, portfel, a pod tym - na mały kluczyk, należący do skrzynki depozytowej, którą przyszedł tutaj otworzyć. - Miał tu skrzynkę depozytową. Może tam chował coś interesującego - dodał, zadzierając głowę by na nią spojrzeć. Wyciągnął kluczyk w jej stronę - skoro już musieli spędzać swój wieczór na miejscu zbrodni, mogli się rozdzielić. - Sprawdzisz?

podstępna detektyw małgorzata madden
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Było za późno, żeby mógł sprawić, by ta sprawa nigdy nie została z nią powiązana.
W zasadzie w chwili, w której poznała choć ułamek świata, w którym żył Rhys - tak błędnie przez nią zakładany za ten sam, w którym sama funkcjonowała, przypieczętowała swój los. To, że wciąż próbował działać w taki sposób, by ewentualnie nie pociągnąć jej razem ze sobą na dno, było tylko wygodnym złudzeniem posiadania sprawczości we własnych dłoniach. Mógł próbować przewidzieć każdy scenariusz, ale nie mógł kontrolować człowieka, który od miesięcy trzymał ich na krótkiej smyczy.
Nie mógł zrobić n i c z e g o, co uchroniłoby ją przed końcem, kiedy Sergio Carbone uznałby, że jedno z nich albo oboje przestali być mu potrzebni. Mógł ich zniszczyć na tak wiele sposobów, w każdym pieprzonym ułamku dnia, nawet w chwili takiej jak ta, gdy zajmowali się tym, co stanowiło ich codzienność. Gdy pośród wszystkich złych wyborów próbowali podjąć dobry, kierując się dobrem kogoś innego, chcąc p o m ó c komuś innemu.
Byli s k r e ś l e n i.
Czuła oddech Ventresci na karku - nie tylko jako groźbę wysyłaną w ich stronę poprzez zwłoki kolejnych policjantów, nad którymi pochylali się w ostatnich dniach. Była w spojrzeniach ludzi mijanych na ulicy i których nie potrafiła tak po prostu uznać za przypadkowych przechodniów. Była w telefonie, który mógł zadzwonić w najmniej odpowiednim momencie i w każdym samochodzie stojącym odrobinę za długo pod komisariatem.
Kochała Rhysa. Zrobiłaby dla niego wszystko, absolutnie kurwa w s z y s t k o. Nie musiała się nad tym zastanawiać ani przez sekundę, nigdy nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, mogłaby pójść dla niego do samego piekła, gdyby tego potrzebował. Dlatego była na niego wściekła - bo kiedyś wybrał tę drogę, a w konsekwencji ona stojąc dzisiaj w tym cholernym banku i słuchając o kolejnych możliwych powodach śmierci człowieka, musiała jednocześnie myśleć o tym, czego chciał od niej Carbone. O jego obietnicy w o l n o ś c i.
Skinęła głową na jego słowa, prostując się. Odstawiła na wpół wypity kubek na stoliku nieopodal i zabrała od niego kluczyk do skrytki. - Albo był zupełnie przypadkową ofiarą, co tylko potwierdza moje zdanie, że Moretti n i g d y nie powinien wyjść na wolność - spojrzała mu prosto w oczy, wyrzucając z siebie te słowa nim zdążyła powstrzymać ten odruch. Zaciskając palce na kluczyku, ruszyła w stronę pomieszczenia ze skrytkami depozytowy, zostawiając Maddena nad zwłokami.
Metalowe drzwiczki otworzyły się z cichym kliknięciem, a ona nie spodziewała się znaleźć tam niczego wielkiego. Wyjęła wszystko i położyła na blacie obok, najpierw otwierając kopertę - w środku znajdowało się kilka wydrukowanych dokumentów. Żadne nazwisko nie było jej znajome, ale daty pochodziły z ostatnich kilku miesięcy - przelewy robione były na niewielkie kwoty, rozłożone na różne konta. Na kolejnej stronie znalazła nazwę jednej z firm, która już wcześniej przewinęła się w dokumentach związanych z kilkoma śledztwami dotyczącymi prania pieniędzy.
Dopiero wtedy sięgnęła po pendrive. Obracała go przez chwilę między palcami, mogąc od razu dołożyć go do reszty rzeczy znalezionych w skrytce. Powinien trafić do dowodów, zostać zabezpieczony i sprawdzony zgodnie z procedurą.
P o w i n i e n.
Zamiast tego zacisnęła na nim palce i wsunęła go do kieszeni kurtki i dopiero wtedy podniosła wzrok, bo w zasięgu jej spojrzenia pojawił się Rhys. Na sekundę poczuła nieprzyjemne napięcie gdzieś pod żebrami, ale zaraz je odsunęła, sięgając po leżące na blacie dokumenty. - Skończyłeś tam? - zapytała, podchodząc bliżej. - Nic szczególnego tu nie było. Gdyby chcieli sprzątnąć Fostera, bo był już nieprzydatny zabraliby też zawartość jego skrytki, żeby nie został po nim nawet ślad - przez moment stała bez ruchu, czując pod palcami ciężar pendrive'a ukrytego w kieszeni.

inspektor gadżet
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdy jego wzrok przesuwał się po sylwetce zmarłego detektywa, nie był w stanie wykrzesać z siebie odpowiedniej ilości współczucia, które okazywali mu choćby przydzieleni do tego miejsca zdarzenia funkcjonariusze. Patrzył jak wzdychali, jak zdejmowali swoje czapki by oddać mu odrobinę szacunku, podczas gdy on znajdował odpowiednie miejsce na ziemi bez kropli krwi, na którym mógłby odstawić swój kubek z kawą.
Wiedział jednak, że to wszystko mogło wydarzyć się również im.
W końcu jeśli stał za tym ktokolwiek z Ventresci, jeśli celem byli policjanci, czy nie naturalnym było, że w pewnym momencie przyjdzie kolej na nich? Wyłącznie dlatego przejęcie błysnęło w jego oczach, brwi zmarszczyły się gdy oglądał sposób, w jaki ułożone było ciało.
Musiał się tego dowiedzieć.
- Nie wierzę w przypadki - rzucił pod nosem, odruchowo sięgając po portfel należący do mężczyzny i przeszukując go w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby dać im trochę światła na tę sytuację. - Nie gdy zamieszani w to mogą być oni.
Moretti był chaotyczny, brutalny i nie respektował zasad ich niepisanej gry - ale nie robił rzeczy przypadkowo. Każdy z nich miał swoje cele, które próbował osiągnąć, różnili się wyłącznie metodami.
A ta metoda była, cóż, czysta. Może pełna buty, bezczelna wręcz w świetle dnia i w miejscu publicznym, ale wciąż była dość z g r a b n a.
Gdy Margo ruszyła do skrytek, on zajął się resztą rzeczy czekających na miejscu. Objął wzrokiem ślady krwi, porozmawiał z oficerem, który przyjechał na miejsce jako pierwszy. Sprawdził teczkę, którą miał ze sobą Foster i wyjął z niej akta, którymi się obecnie zajmował. By dostali do nich dostęp będą musieli zaczekać na udzielone im, specjalne pozwolenie, ale było to lepsze niż nic.
- Niekoniecznie - odparł, kucając nad ciałem, w dłoni trzymał już kubek z kawą gdy wróciła. Jego wzrok powiódł po płaszczu mężczyzny i śladach, które zostawiły po sobie pociski. - Trzy kule w plecy. Foster nie miał nawet szansy się odwrócić. W banku byli ludzie, pracownicy.
Podniósł się powoli, spoglądając na to wszystko z góry. Obrócił głowę w stronę wyjścia, będącego niemal w prostej linii do miejsca, w którym stali.
- Napastnik wszedł do środka, oddał trzy strzały i wyszedł nim komuś udało się go zatrzymać. Według oficerów na miejscu, nikt nawet nie zdążył mu się przyjrzeć - uniósł kubek z kawą do ust i upił łyk ciemnego, mocnego napoju. - Gdyby chcieli go przesłuchać, zrobiliby to gdzie indziej. Nie mogło też chodzić o przestraszenie go.
Westchnął, zdejmując z rąk rękawiczki, które już były dla niego nieprzydatne.
- To była egzekucja - zakończył krótko, wyrzucając je do kubła, który podstawiła mu techniczka. - Miał parę akt w teczce, nic ciekawego, ale przejrzę je na komisariacie - dodał, zerkając z powrotem w stronę skrytek. - Dość późna pora na wyciąganie czegoś ze skrytki. Co tam było? - zagadnął, wsuwając dłoń do kieszeni płaszcza. - Może coś, co wygląda na bezwartościowe, ale takie nie jest?

kłamczuszek
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez cały dzień jej myśli krążyły wokół jednego i tego samego.
Z jednej strony dostała idealną okazję, żeby powiedzieć Carbonowi by się pierdolił. Pokazać mu środkowy palec i nie pozwolić, żeby po raz kolejny wciągnął ją w swoją grę. Z drugiej - wciąż gdzieś z tyłu głowy majaczyła obietnica w o l n o ś c i. Tak kurewsko mocno kusząca, że nawet teraz, mimo całej niechęci do tego człowieka nie potrafiła udawać, że jej to nie ruszało.
Kiedy wydawało jej się, że zaczyna przechylać się w którąś ze stron, pojawiał się kolejny p r o b l e m. Powinna powiedzieć o pendrivie Rhysowi, to było oczywiste. Tak samo oczywiste jak to, że przed chwilą c e l o w o go okłamała, gdy padło pytanie o skrytkę.
Mięśnie jej szczęki minimalnie się napięły. - Nie - ruszyła przed siebie, wymijając zwłoki Fostera. - Zapiski dotyczące jakiejś sprawy, której się przyglądał, parę nazwisk i lista firm, ale poza tym nic ważnego. Włożyłam wszystko do dowodów - rozejrzała się dookoła, unikając jego wzroku. Wiedziała, że nie był głupi i potrzebował dokładnie paru chwil, by połapać się, że coś było z nią nie tak tego dnia. Niestety wiedziała również, że w takich momentach, choć zazwyczaj małomówny, rozwiązywał swój język aż za bardzo, zadając za dużo pytań.
- A co z monitoringiem? - zapytała, mając nadzieję, że skieruje jego zainteresowanie gdzieś indziej. Kamery były wszędzie, zabezpieczenie nagrań było kwestią czasu, ale zanim ktokolwiek dostanie do nich pełny dostęp, minie pewnie kilka godzin. - Sprawdzili chociaż na szybko czy coś wyłapał? - dłoń schowaną w kieszeni zacisnęła na pendrivie, na którym być może znajdowało się coś istotnego, a być może jego zawartość była bezużyteczna i prowadziła donikąd.
- Nic więcej tu nie znajdziemy - nie czekała na niego, wyszła na zewnątrz, nie zatrzymując się nawet po to, żeby z kimkolwiek porozmawiać. Oparła się plecami o samochód, a kiedy wreszcie podszedł, nie odezwała się ani słowem. Gdy otworzył drzwi, zajęła miejsce i u p a r c i e patrzyła przed siebie, ignorując jego spojrzenie, które na sobie czuła.
Sama stworzyła napięcie między nimi, a ono zaczynało być coraz bardziej wyczuwalne. Siedziała z rękami skrzyżowanymi na piersi, nie rejestrując żadnego z obrazu, który mijali. Przekonywała siebie, że powie mu później, że odpowiedni czas będzie na komisariacie albo w domu, że to może poczekać do jutra, choć wiedziała, że to bez sensu.
- Carbone się ze mną kontaktował - nim zdołała to przemyśleć, słowa po prostu wybrzmiały w ciasnej przestrzeni dodge'a. Przez chwilę patrzyła prosto przed siebie, jakby samo wypowiedzenie tego zdania nie zmieniało właściwie niczego. A zmieniało przecież w s z y s t k o. Po pierwsze oznaczało, że mafiozo próbował wciągnąć ją w to tak samo, jak wciągnął Maddena. Znalazł coś, co mógł wykorzystać przeciwko niej i dał jej obietnicę, której nie potrafiła zignorować.
Po drugie oznaczało, że po raz pierwszy od kiedy znalazła się w tym gównie, świadomie coś przed Rhysem ukrywała. Nie powiedziała mu o rozmowie od razu, nie powiedziała mu o sprzęcie leżącym głęboko w jej kieszeni. Kłamała, choć ponad wszystko ceniła szczerość.
A po trzecie, to definitywnie przekreślało jej karierę. Jeśli ktokolwiek dowiedziałby się, że współpracowała z Carbonem, że wykonywała jego polecenia, że pomagała mu zacierać ślady po morderstwie policjanta, nie byłoby czego ratować.
Przełknęła ślinę, zaciskając mocniej palce na materiale spodni. - W zamian za wolność chce, żebym załatwiła sprawę Fostera.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „West End”