To możliwe prawie tak bardzo jak to, że po tym jak kilka minut temu Anthony był wściekły o nią, przez nią i za nią pewnie też, teraz myślał już właściwie tylko o tym, gdzie i jak ją dotknąć, żeby jak najszybciej nadrobić te dwa lata przerwy. Logiki będzie się w tym doszukać trudno. Ludzie dorośli co do zasady nie robią takich rzeczy. Owszem - mają swoje słabości i przechodzą kryzysy wiary, ale ostatecznie wiedzą, kiedy trzeba powiedzieć “stop”. Z wiekiem przychodzi wszak doświadczenie i coś w rodzaju samodyscypliny, a podejmowane decyzje przestają być pokłosiem impulsu czy nagłego apetytu. Tabliczka czekolady zaczyna starczać na więcej niż jedno posiedzenie, a
ten chuj kierowca, który zajechał ci drogę, nie jest wart nawet kilku przekleństw. Tylko że… “Co do zasady” znaczy, że zawsze jest jakieś ale - gorszy dzień, niezjedzone śniadanie, spóźnienie albo wielopoziomowa intryga na gruncie wojskowo-politycznym - przez które nawet najbardziej dojrzali ludzie po prostu głupieją.
Tak jak zgłupiał Anthony Bellore.
Jej bliskość ciągle działała na niego oszałamiająco. Uznał, co prawda, że to Love zadrżała, gdy sięgnął jej twarzy, ale to przecież wcale niewykluczone, że dygotał razem z nią. Przebodźcowany, wszystkie drobnostki przeżywał podwójnie, a każda następna coraz mocniej popychała go w jej ramiona. Największe piętno odciskało na nim ciepło jej ciała. Anthony stał odwrócony plecami do otwartego okna, więc wpadający z zewnątrz chłodny, jesienny wiatr bezlitośnie go po nich smagał, a bijący od rozgrzanego ciała Love gorąc nie tylko niwelował ten drobny dyskomfort, ale jeszcze nadawał mu bardziej przystępny, rześki charakter. Powietrze też pachniało już tylko
nią; jej balsamem do ciała, szamponem, mgiełką, jakby tlący się w popielniczce papieros, kubełek z jedzeniem czy charakterystyczna woń jesiennego wieczoru w dużym mieście nie istniały.
Bo nie istniały. Był tylko on i Love - z tymi wielkimi oczami, którymi patrzyła na niego tak intensywnie, że naprawdę zaczynało kręcić mu się w głowie. I wtedy posmakował jej ust.
Nie pospieszał jej. Tak jak ona, zaczął ostrożnie i leniwie musnął jej wargi, jakby obawiał się, że w ostatniej chwili Love się uchyli, a on wyjdzie na głupka. Kiedy jednak okazało się, że nigdzie się nie wybierała - nabrał pewności i kolejne dwa czy trzy pocałunki (te, które zdążył jej skraść zanim się odezwała) były już poważne: znaczące, wyraziste i pełne. Jakby nie minęły dwa lata, tylko dwie godziny, a jej usta niezmiennie należały do niego. Przestawał się kontrolować.
–
Powinienem. – Powiedział zatem aż za bardzo bezczelnie, podrywając kącik ust w zaczepnym uśmiechu. Sunąc spojrzeniem po jej twarzy, widział, że próbowała zajrzeć mu w oczy, ale on potrafił się skupić jedynie na jej rozchylonych wargach. Zawahał się jednak. Niby trzymała go już tak mocno, że już nie mógł mieć wątpliwości, że intencje mieli podobnie nieprzyzwoite, ale chciał, żeby szeptała dalej. To zawsze działało. Obojętnie czy czytała z hotelowego menu, czy mówiła jakieś brzydkie rzeczy. Nadal był na to za słaby. –
Jeśli naprawdę chcesz, żebym wyszedł, to musisz mnie puścić – tym razem szepnął sam, wymownie przesuwając spojrzeniem na dłoń, którą silnie zaczepiła na materiale jego koszuli. To był jego pierwszy kontakt z bazą po tych kilkudziesięciu sekundach szaleństwa - nadal wolałby, żeby wbiła paznokcie jeszcze głębiej, ale przynajmniej zauważył, że była mądrzejsza. Wciąż, już, jeszcze; nieważne. Próbowała to zatrzymać. On niekoniecznie.
I wtedy zniknęła mu z oczu.
Ona, wieże z kartonów, laptop na kawowym stoliku, kanapa, ściany.
Zapanowała ciemność.
–
Naprawdę? – Zapytał z wyrzutem w głosie, jeszcze zanim blackout okazał się blackoutem z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko winą korków, jakiejś chwilowej awarii albo niezapłaconego rachunku. Oprócz przejmującej ciemności zrobiło się bowiem tak cicho, że wkrótce usłyszeli zza pleców, jak sąsiedzi otwierają okna i zagadują się po wyjściu na balkon. –
Chyba, że po prostu nie płacisz rachunków – mruknął rozbawiony żartem Love, jeszcze nie zdając sobie sprawy ze skali problemu. Jego myśli nadal skupiały się przede wszystkim wokół niej; teraz np. na rozpalonym czole, które wręcz parzyło go przez materiał koszuli i delikatnym drżeniu jej ciała, gdy palce, którymi dotychczas muskał jej policzek, wplótł instynktownie w jej włosy. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak nienormalnie oddychali. Szaleństwo.
–
Wygląda na to, że cała okolica dostała po łapach – odezwał się po dłuższej chwili, którą poświęcił na ostrożny manewr, dzięki któremu oboje stali teraz bokiem do okna. Wyglądając na zewnątrz, patrzyli w otchłań. Światło księżyca niby pozwalało poznawać kształty i odległości między pobliskimi kamienicami, ale ponieważ wymagało to większego skupienia niż w zwykłą noc, widok przyprawiał o autentyczne dreszcze. Wcale nie mniejsze niż jej dotyk. Anthony pomyślał o tamtym facecie z pieskiem. Utonął w ciemnościach. –
To nie wygląda dobrze – ocenił, jak na eksperta przystało, przyglądając się, jak na ich oczach kwitło nowe, okienno-balkonowe społeczeństwo. Gdzieś w oddali zawyła głośno syrena, w którejś szybie błysnęło odbicie pomarańczowego “koguta”, a oprócz wyświetlaczy telefonów w rękach żywo dyskutujących sąsiadów, najwięcej światła dawały ogniki zapalanych papierosów.
A Anthony Bellore wracał na ziemię.
Love Roderick