ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
165 cm
Redaktorka Naczelna/Śledcza w The Sun
Awatar użytkownika
I live for the drama <3
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

outfit

Lavender Shaw zaczęła od tego, co zawsze było jej najmocniejszą stroną: research. Zanim wysłała do Maxa pierwszego maila, spędziła długie godziny na przeglądaniu archiwów, nagrań, wywiadów i starych artykułów. Chciała zrozumieć, kim właściwie był ten człowiek, zanim jego nazwisko stało się synonimem skandalu. Wyszukiwała wszystko, od wczesnych występów scenicznych, przez recenzje jego pokazów, aż po komentarze fanów, którzy przez lata śledzili jego karierę. W notatkach zapisała krótkie hasła, które miały jej pomóc w późniejszej analizie: „charyzma”, „kontrola narracji”, „publiczny wizerunek”, „reakcja mediów”. Każde z nich prowadziło ją do kolejnych źródeł, kolejnych opinii, kolejnych sprzeczności.
Najwięcej czasu poświęciła na prześledzenie sprawy, która zniszczyła jego karierę. Przeczytała zeznania, oświadczenia, komentarze prawników, a nawet wpisy na forach, gdzie anonimowi użytkownicy prześcigali się w ocenach i oskarżeniach. Zauważyła, że wiele z nich powtarzało te same frazy, jakby powstały na bazie jednego artykułu, który ktoś przeczytał i bezrefleksyjnie powtórzył. W jej notatniku pojawiło się zdanie: „Echo chamber. Brak weryfikacji. Narracja zbudowana na emocjach, nie faktach.” To był pierwszy moment, w którym poczuła, że coś w tej historii nie do końca się klei.
Zanim skontaktowała się z Maxem, stworzyła dla siebie spójny dokument, zestawienie faktów, opinii, sprzeczności i luk. Zaznaczyła fragmenty, które wymagały rozmowy z nim, ale równie wiele takich, które chciała omówić z osobami trzecimi: dawnymi współpracownikami, technikami scenicznymi, ludźmi z branży, a nawet z kilkoma fanami, którzy wciąż bronili jego imienia. Ten dokument był jej mapą, punktem wyjścia, fundamentem, który pozwalał jej zachować obiektywność. Nie chciała być kolejną osobą, która przychodzi do bohatera skandalu z gotową tezą. Chciała zrozumieć.
Pierwszy mail do Maxa był krótki, rzeczowy, pozbawiony emocji. Przedstawiła się, wyjaśniła cel projektu i zaproponowała zasady współpracy. W odpowiedzi otrzymała wiadomość, która była… cóż, dokładnie taka, jakiej można było się spodziewać po człowieku znanym z przesadnej pewności siebie i nieco zbyt swobodnego podejścia do powagi sytuacji. Max odpisał pół żartem, pół serio, wplatając w wiadomość komentarze, które nie miały nic wspólnego z jej pytaniami. Lavender westchnęła, ale odpisała. Ustaliła do’s and don’ts, jasno określiła granice, wyjaśniła, że nie interesują ją gierki ani próby manipulacji. Max odpowiedział krótko: „Fair enough.” W kolejnych mailach ustalili logistykę, miejsce spotkania, czas, zasady nagrywania. Lavender podkreśliła, że na pierwsze spotkanie nie zabierze kamerzysty ani sprzętu filmowego. Chciała zacząć od rozmowy, od obserwacji, od zrozumienia człowieka, zanim zacznie budować narrację dokumentu. Wzięła ze sobą jedynie notatnik, długopis i mały rejestrator głosu, narzędzia, które pozwalały jej skupić się na treści, nie na formie. Ustalili, że kwestie wideo omówią później, kiedy oboje poczują, że jest na to przestrzeń.
W dniu spotkania Lavender przyjechała pod adres, który Max wysłał jej w jednym z maili. Była to niewielka, odosobniona posiadłość na obrzeżach miasteczka, otoczona drzewami i ciszą, która wydawała się niemal nienaturalna. Stanęła przed drzwiami, poprawiła włosy, wzięła głęboki oddech i zapukała. Po raz pierwszy od dawna poczuła lekkie nerwy, nie dlatego, że bała się rozmowy, ale dlatego, że wiedziała, iż to spotkanie może zaważyć na całym projekcie. Max był człowiekiem, którego media rozszarpały na strzępy, a ona miała wejść w jego przestrzeń i poprosić go o szczerość.
Czekając na otwarcie drzwi, przypomniała sobie wszystkie godziny spędzone na analizowaniu jego historii. Z jednej strony widziała w nim mężczyznę, który stracił wszystko, karierę, reputację, zaufanie publiczne. Z drugiej strony wiedziała, że nie może pozwolić, by współczucie wpłynęło na jej obiektywność. W jej notatkach pojawiło się zdanie: „Nie jestem tu, żeby go wybielić. Jestem tu, żeby zrozumieć.” To była jej mantra.
Drzwi otworzyły się powoli, a w progu stanął Max, większy niż na zdjęciach, z tym charakterystycznym uśmiechem, który kiedyś podbijał sceny, a dziś wydawał się bardziej ostrożny, jakby schowany za warstwą ironii. Lavender uniosła wzrok, wyprostowała się i podała mu rękę. W tej chwili wiedziała, że wszystko, co wydarzy się dalej, będzie wynikiem ich wspólnej pracy, ich wspólnej szczerości i ich wspólnej walki z narracją, która przez lata żyła własnym życiem.
To spotkanie było początkiem dokumentu, który miał pokazać człowieka, nie nagłówek. I początkiem czegoś jeszcze, czegoś, czego Lavender nie potrafiła jeszcze nazwać, ale co czuła gdzieś pod skórą, jak delikatne napięcie, które pojawia się między dwoma silnymi charakterami, zanim jeszcze zdadzą sobie z tego sprawę.

Max Keale
42 y/o
For good luck!
193 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiMagiczny/Pył
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Na odpowiedź czekała długo. Minęło kilka tygodni, zanim Max odpowiedział. Planował zdawkowo odmówić, ale wyuczona oschłość uległa szklaneczce whisky i w efekcie Lave dostała w odpowiedzi mieszaninę skromności — nie warto ruszać tematu starego performera — nonszalancji, humoru przypominającego ojcowski i... obaw... Nie było ich widać na pierwszy rzut oka, ale wprawne oko dziennikarki wyłapało między wierszami to, że się po prostu obawiał poruszania tego tematu.
Ostatecznie minęło tyle lat, sprawa przycichła, rana się zasklepiła i tylko odrobinę się jątrzyła. Może nie warto było jej rozdrapywać? Kolejne maile dalej zostawiały ostateczną zgodę za zasłoną tej wątpliwości i dopiero dość długa i szczera rozmowa telefoniczna, z zapewnieniem, że ona chce być obiektywna, sprawiła, że Max powiedział: Dobra... Masz ładny głos jak na dziennikarkę. Spotkajmy się, ale niczego nie obiecuję.
Późniejsze ustalenia sugerowały raczej, że się zgodził, ale mimo wszystko chciał mieć chociaż drobny wentyl bezpieczeństwa, by móc się wycofać.
Samotnia Maxa była w malowniczym zakątku, w sporym oddaleniu od samego miasta, co pasowało do człowieka, który nie chciał rzucać się w oczy. Drewniany dom przypominał miniaturowe ranczo z wielkim garażem i szopą, ale teren dookoła był zaskakująco zadbany, jakby mieszkał tutaj ktoś, kto lubił to robić i miał na to czas.
Drzwi otworzył z rozmachem i spojrzał na Lavender groźnie. Generalnie przy jego posturze i dzikim wyglądzie wyglądał groźnie.
- Ha! - powiedział na przywitanie, jakby jej pojawienie się coś mu udowodniło. - Lāwena! Przez telefon wydawałaś się niższa!
Zarechotał, otwierając szerzej drzwi, by wpuścić ją do środka.
Już w tej chwili pożałował, że jednak nie umówili się w jakimś neutralnym miejscu. Tak łatwo było opowiedzieć tę sytuację zupełnie inaczej, niż wyglądała w rzeczywistości. Normalnie pewnie porwałby ją w przyjacielskim uścisku, ale teraz nawet nie wyciągnął ręki na przywitanie, a kiedy wchodziła do jego domu, starał się trzymać dystans zdecydowanie większy, niż zwykle trzyma się, by uszanować czyjąś strefę komfortu.
- Na mą duszę! Ale wielki kubek na kawę! Nie wiem, czy mam jej aż tyle... Napijesz się czegoś, Makani? - zapytał, kolejnym żartem zakrywając swoje skrępowanie.
Wnętrze było... Takie, jakiego można się było spodziewać. Bardziej przypominało ranczo albo dom myśliwski niż eleganckie mieszkanie z centrum Toronto. Na kominku trzaskał ogień, pachniało drewnem, ale też świeżością. Najwyraźniej okna były tutaj regularnie otwierane na oścież. W powietrzu unosiło się trochę kurzu, ale to chyba norma.

outfit
Lāwena
35 y/o
For good luck!
165 cm
Redaktorka Naczelna/Śledcza w The Sun
Awatar użytkownika
I live for the drama <3
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lavender nie spodziewała się, że na odpowiedź będzie czekać aż tak długo. Minęły tygodnie, a jej skrzynka milczała, jakby wiadomość wysłana do Maxa, człowieka o reputacji większej niż jego własna sylwetka, po prostu zniknęła w cyfrowym niebycie. Przez chwilę zastanawiała się, czy może jednak przesadziła, czy powinna była zacząć od mniej bezpośredniego pytania, od delikatniejszego wprowadzenia. Ale nie, Lavender nie była osobą, która zaczynała od przeprosin za własną dociekliwość. Jej obiektywność była jej tarczą, a determinacja, mieczem.
Kiedy w końcu przyszła odpowiedź, była… dziwna. Max najwyraźniej planował odmówić, ale jego wyuczona oschłość rozpuściła się pod wpływem whisky, którą, jak Lavender wywnioskowała z tonu, popijał podczas pisania. Wiadomość była mieszaniną skromności, nonszalancji, humoru przypominającego ojcowski i czegoś jeszcze. Czegoś, co nie było widoczne na pierwszy rzut oka, ale co ona wyłapała natychmiast: obawy. Nie paniki, nie strachu, lecz tej cichej, uporczywej niechęci do rozdrapywania ran, które niby się zagoiły, ale wciąż potrafiły zapiec.
Przeczytała maila kilka razy, analizując każde zdanie, każde zawahanie, każdą próbę ukrycia emocji pod żartem. To właśnie te drobne pęknięcia w jego narracji sprawiły, że poczuła jeszcze większą potrzebę zrozumienia tej historii. Nie dlatego, że chciała go wybielić, wręcz przeciwnie. Chciała wiedzieć, dlaczego człowiek, który wygrał w sądzie, przegrał w oczach świata. Chciała zrozumieć, jak działa mechanizm publicznej narracji, jak powstaje legenda o winie, która nie ma pokrycia w faktach.
Kolejne maile były równie niejednoznaczne. Max niby zgadzał się na rozmowę, ale zawsze zostawiał sobie furtkę, drobny wentyl bezpieczeństwa, jakby chciał mieć możliwość wycofania się w ostatniej chwili. Lavender nie naciskała. Wiedziała, że jeśli ma z nim pracować, musi zbudować choć minimalne zaufanie. Dlatego w końcu zaproponowała rozmowę telefoniczną, długą, szczerą, bez kamer, bez nagrywania. Tylko głos za głosem.

Ustalenia, które nastąpiły później, były już bardziej konkretne. Max chciał mieć kontrolę nad miejscem spotkania, nad czasem, nad tym, co będzie nagrywane.
Jego samotnia znajdowała się w malowniczym zakątku, daleko od miasta, jakby wyjęta z pocztówki o życiu w kanadyjskiej głuszy. Drewniany dom przypominał miniaturowe ranczo, z wielkim garażem i szopą, a teren wokół był zadziwiająco zadbany. Drzwi otworzyły się z rozmachem. Max stanął w progu, ogromny, z dzikim wyglądem i spojrzeniem, które mogłoby przestraszyć niejednego człowieka. Spojrzał na nią groźnie, a potem rzucił: - Ha! Lāwena! Przez telefon wydawałaś się niższa!Na jego uwagę o wzroście jedynie mrugnęła oczami. Czy naprawdę wydawała się przez telefon jeszcze niższa niż była w rzeczywistości? Max był wielkości buldożera, dosłownie i w przenośni. Jego sylwetka mogłaby rzucać cień na pół pokoju, a charakter… cóż, przypominał pluszowego misia, który udaje wilka. Ten kontrast powodował w jej umyśle jeszcze większe zamieszanie. Człowiek, którego media przedstawiały jako drapieżnika, stał przed nią jak ktoś, kto nie do końca wie, jak się zachować, gdy ktoś traktuje go normalnie.
Wnętrze domu było ciepłe, pachnące drewnem i świeżością. Kominek trzaskał, jakby chciał przywitać gościa w imieniu gospodarza. Lavender rozejrzała się, zauważając drobne szczegóły: narzędzia poukładane w garażu widocznym przez uchylone drzwi, książki na stoliku, kilka fotografii z czasów, gdy Max występował na scenie. Wszystko to tworzyło obraz człowieka, który nie uciekł od życia tylko od ludzi.
Gdy Max zniknął na chwilę w kuchni, a Lavender została sama w salonie. Położyła swój notatnik na stoliku, ale nie otworzyła go od razu. Chciała najpierw poczuć atmosferę tego miejsca, zrozumieć przestrzeń, w której Max żył od lat. To była część jej metody, obserwacja przed rozmową, zanim padnie pierwsze trudne pytanie. - Jeśli masz jakieś czerwone wino, to bardzo chętnie - odpowiedziała na jego wcześniejsze pytanie o drinka.
Max wrócił z dwoma kieliszkami i butelką wina, którą najwyraźniej trzymał na „specjalne okazje”. Postawił wszystko na stole, ale nie usiadł od razu. Stał przez chwilę, jakby próbował ocenić, czy Lavender czuje się tu komfortowo. Lavender spojrzała na niego spokojnie, z tym charakterystycznym dla niej skupieniem, które potrafiło rozbroić nawet najbardziej opornych rozmówców. - Dziękuję - powiedziała przyjmując od niego kieliszek z winem. - Muszę przyznać że stworzyłeś tu bardzo przyjemną przestrzeń. - dodała ponownie się rozglądając w tym samym czasie kierując kroki do jednego ze zdjęć które przykuły jej uwagę. - Ciekawa jestem jaka historia kryje się pod tym zdjęciem? - zapytała wskazując na jedno z konkretnych zdjęć postawionych w jednej linii na jednej z niższych półek które i tak były wyżej niż sama mogła sięgnąć.

Max Keale
42 y/o
For good luck!
193 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiMagiczny/Pył
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Czuł się niepewnie na tym gruncie. A najgorsze było to, że rzeczywiście nie wiedział, co mu podpowiada intuicja. Z jednej strony odruchowo chciał jej zaufać, ale z drugiej rozum podpowiadał - no, kurwa, nie! Dobrze znał ten schemat. Śliczna dziewczyna, do tego urokliwa - ostatnie, o co by ją posądzał, to o niecne zamiary wobec niego. Mamy większe zaufanie do ludzi ładnych niż brzydkich. Podobno.
Na tym samym przejechał się lata temu. Jego asystentka była najbardziej uroczym stworzeniem na świecie. Zoe była po prostu do schrupania! Metr pięćdziesiąt w kapeluszu, szczuplutka, drobniutka, przypominała nastolatkę, chociaż po prawdzie to niewiele była starsza. Trochę traktował ją jak córkę, a trochę miał na nią crush... A ta wynosiła jego pomysły i sprzedawała je konkurencji. Kiedy to wykrył, oskarżyła go o molestowanie i złamała mu karierę. Ech... I by teraz, kurwa, nie miał ręki!
- Wino? - zły pomysł...
Bardzo zły pomysł, brachu. To bardzo złe juju! A mimo to poszedł do kuchni, żeby porozglądać się za tym alkoholem. Znaleziona butelka zaciążyła mu w rękach kolejnym alarmem. A potem będzie pisała o tym, że ją upiłem... Tylko niech Ci nie odwali! Nawet jakby sama na ciebie wskoczyła...
- Max, czy Ty siebie słyszysz? - mruknął cicho, kręcąc przy tym głową.
Wrócił do salonu z kieliszkami i butelką, którą odkorkował w kilka chwil bez żadnego problemu. Wkręcił korkociąg i wyciągnął korek tak, jakby ten nie stawiał żadnego oporu.
- Okej, czyli dzisiaj mamy sesję zapoznawczą, bez nagrywania? - zapytał, żartobliwym tonem kryjąc swoją niepewność co do sytuacji.
Świadomie nie podszedł do niej, oglądającej zdjęcia. Wiedział, o którym mówiła.
- W większości dom już tak wyglądał, jak go kupiłem. Po prostu poczułem się w nim dobrze. - wyjaśnił, po czym dodał: - Musiałabyś zobaczyć, jak wygląda tutaj zima. Nawet ja jestem w stanie ją tutaj znieść.
Samotnia na wsi, niedaleko Toronto w Kanadzie, była niczym pokuta dla człowieka, który większość dorosłego życia kursował między Hawajami a Las Vegas. Miasta, w których mieszkała zima wraz z Buką, odwiedzał tylko na pojedyncze występy, kiedy robił jedną z trzech tras. Na poziomie świadomości było to miejsce, w którym prawie nikt go nie znał albo nikogo nie interesował. Ale na poziomie serca... Chyba sam chciał siebie ukarać za to, że w ogóle dopuścił do takiej sytuacji, jaka zaistniała.
- To? Pierwsze show w Vegas. Miałem wtedy o połowę za mały zespół, jak na to, co przygotowaliśmy. To, że to show się udało, to jakiś cud boży. Ale potem zacząłem regularnie pracować w Vegas.
Pomyśleć, że wtedy właśnie Zoe mu tak bardzo pomogła. Połowa występu opierała się na jej sprawności i szybkim przeciskaniu się przez ciasne przestrzenie poukrywane między kuframi, podestami i innymi miejscami.
Lāwena
35 y/o
For good luck!
165 cm
Redaktorka Naczelna/Śledcza w The Sun
Awatar użytkownika
I live for the drama <3
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lavender obserwowała go uważnie, choć udawała, że wciąż skupia się na zdjęciach. W rzeczywistości każdy jego ruch był dla niej jak sygnał, subtelny, ale wyraźny. Widziała, jak wrócił z kuchni z winem, jakby niósł w dłoniach nie butelkę, lecz cały ciężar własnych wspomnień. Słyszała to krótkie, ciche „Max, czy Ty siebie słyszysz?”, wypowiedziane w półuśmiechu, który nie miał w sobie ani krzty rozbawienia.
Kiedy stanął w salonie, zachowując dystans, Lavender odłożyła zdjęcie i spojrzała na niego z lekkim uniesieniem brwi. Nie było w tym osądu, tylko ciekawość, miękka i uważna.
- Pomyślałam że może sesja zapoznawcza bez nagrywania będzie najlepszym rozwiązaniem. - powiedziała spokojnie, z nutą żartu, która miała rozbroić napięcie, a nie je zignorować. - Ale Max…Ty naprawdę boisz się, że jedno wino może cię wpakować w kłopoty?- Jej głos był miękki, ale nie pobłażliwy. Raczej taki, który zapraszał do szczerości. Gdy Max zaczął opowiadać o domu, o zimie, o tym, że to miejsce było dla niego czymś więcej niż azylem. Lavender słuchała w ciszy, pozwalając, by jego słowa wybrzmiały. W jego tonie wyczuła coś surowego, nieprzepracowanego, jakby samotnia była formą pokuty, a nie tylko schronieniem.
- Zima, którą da się znieść… to brzmi jak coś, co trzeba zobaczyć.- mruknęła, przesuwając palcami po krawędzi stolika. - Ale ty nie mówisz o zimie. Mówisz o tym, że tu jest inaczej. Bez ludzi, bez hałasu, bez… przeszłości?- Jej pytanie nie było nachalne. Było miękkie, ale celne.
Kiedy wspomniał o pierwszym show w Vegas, Lavender wróciła spojrzeniem do zdjęcia, które wcześniej oglądała. Zatrzymała się na nim na moment, jakby próbowała wyobrazić sobie tamten chaos, młodą asystentkę przeciskającą się przez ciasne przestrzenie, jego zespół, jego ambicję. I jego samego, jeszcze nieświadomego, że ktoś, komu ufał, wbija mu nóż w plecy.
-To musiało być… intensywne.- powiedziała cicho. - Pierwsze Vegas, za mały zespół, improwizacja. I Zoe w tym wszystkim.- Nie było w jej głosie ciekawskiej sensacji. Tylko zrozumienie.
-Max… co dokładnie się stało między wami? -zapytała łagodnie. - Nie musisz mówić wszystkiego. Ale wspominasz o niej tak, jakby to była rana, która nigdy się nie zagoiła.
Jej spojrzenie było miękkie, ale przenikliwe. Nie bała się trudnych tematów, nie uciekała od nich, nie udawała, że ich nie ma.
Max milczał przez chwilę, a Lavender obserwowała, jak jego palce zaciskają się na szyjce butelki. Widziała, że wino było dla niego symbolem potencjalnej katastrofy, a nie zwykłym napojem.
-Wiesz… - zaczęła ostrożnie. - To, że nie podszedłeś bliżej… to nie jest coś, czego nie zauważam… - Nie jestem Zoe. — dodała spokojnie. - I nie zamierzam cię skrzywdzić. Ale też nie chcę, żebyś traktował mnie jak zagrożenie tylko dlatego, że kiedyś zaufałeś komuś kto zdecydował się zdradzić to zaufanie i wybrał samolubne zachowanie.- Lavender skierowała się w stronę kanapy na której usiadła i przesunęła się nieznacznie na niej tak z by wpasować się w róg, nie po to, by skrócić dystans, lecz by pokazać, że nie boi się tej rozmowy. Że nie boi się jego ostrożności. Że nie boi się być w miejscu, które dla niego było pełne duchów.
-Wspomniałeś też, że to miejsce jest jak pokuta. - zauważyła. - Za co dokładnie się karzesz?- To pytanie nie było ostre. Było miękkie, ale trafiało w sedno. Lavender odchyliła głowę lekko w bok, jakby próbowała ocenić, czy jej słowa do niego docierają.
- I jeszcze jedno… — dodała, tym razem z odrobiną humoru, który miał rozbroić napięcie. -Jeśli naprawdę boisz się, że napiszę potem, że mnie upiłeś… to może po prostu nalej mi tyle, żebym mogła udowodnić, że mam pełną kontrolę nad własnym zachowaniem. I od razu możesz mi przekazać całą butelkę!- Uśmiechnęła się lekko, ale jej spojrzenie pozostało poważne.
- Chcę cię poznać, Max. Nie twoje legendy, nie twoje show, nie twoje traumy. Ciebie.
Lavender nie próbowała go uspokoić na siłę. Nie próbowała go przekonać, że wszystko będzie dobrze. Po prostu pokazała mu, że nie musi być sam w tej przestrzeni pełnej wspomnień. Że może pozwolić sobie na odrobinę zaufania nie dlatego, że ona była „ładna”, lecz dlatego, że była obecna. Uważna. I prawdziwa.



Max Keale
42 y/o
For good luck!
193 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiMagiczny/Pył
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Fuck... Ona naprawdę dobrze go czytała, ale paradoksalnie wcale nie sprawiło to, że poczuł się bezpieczniej. Musiał bardziej się kontrolować, skoro ktoś, kto go zupełnie nie znał, potrafił tak trafnie strzelić w jego myśli.
- Wino może nie... Ale umówmy się, rzadko który dziennikarz chciał opowiedzieć prawdziwą historię, raczej spotykałem się z ludźmi, którzy mieli już wypracowaną opinię. Trochę jak Ty...
Wyjaśnił, wzruszając ramionami, ale po chwili wahania przełamał się i, nalawszy wina do kieliszków, podszedł bliżej do małej galeryjki zdjęć. Tego wspólnego zdjęcia z Zoe i kilkoma chłopakami w czarnych strojach nie mógł się pozbyć i sam nie wiedział czemu.
Uśmiechnął się pod nosem, kiedy dobrze zinterpretowała jego zimę w tym miejscu.
- Tutaj jest aż nadto czasu na przeszłość. Ale śnieg jest przepiękny, a góry... Magiczne. Nie zrozum mnie źle, codziennie tęsknię za Hawajami, ale ta zima tutaj. Chyba dzięki niej tutaj też czuję się jak w domu.
Znów się spiął, spojrzenie wbijając na siłę w kolejne zdjęcie, na którym już Zoe nie było. Za to on, pośrodku wybuchającej pirotechniki. Wyglądało to tak, jakby miał za chwilę stanąć w płomieniach. Wspomnienie jego dawnej asystentki odbiło się chłodem na jego twarzy i dopiero po dłuższej chwili spojrzał na wcześniejsze zdjęcie, a potem na Lavender.
- Nic... Wszystko? - przejął zdjęcie z rąk dziennikarki i odłożył je na stolik, odwracając ramkę, po czym odszedł w kierunku kanapy i, sięgnąwszy po kieliszek, rozsiadł się nonszalancko na skórzanym meblu.
Upił łyk wina i skrzywił się lekko.
- Nie rozumiem, dlaczego ludzie to piją... - westchnął, podnosząc jedną nogę, by oprzeć ją na stoliku przed sobą. - Nie... Nie jesteś Zoe.
Przyznał jej rację, bawiąc się kieliszkiem tak, że rubinowy płyn podskakiwał pod same krawędzie. Cisza, jaka zapadła teraz, była naprawdę ciężka. I długa. Ale Lavender cierpliwie czekała.
- Zoe była dla mnie trochę jak siostra, trochę jak córka... Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że się w niej nie podkochiwałem. Przyszła na casting do roli asystentki jako zahukana dziewczyna. Ale miała talent do kuglarstwa, była gibka, bo była cheerleaderką i miała sporo uroku. W sumie to straciliśmy dla niej głowę wszyscy. Ale miała swoje problemy. Agresywny ojczym, matka, która z ofiary zaczęła zachowywać się jak oprawca. Chciała uciec, więc jej pozwoliliśmy, by uciekła z cyrkiem. To jest z nami.
Kieliszek znów powędrował do ust, gdzie na chwilę się zatrzymał, aż w końcu Kahuna przełamał się i upił kolejnego łyka.
- Była fantastyczna na scenie. W naturalny sposób odwracała uwagę widowni do takiego poziomu, nad jakim ja musiałem pracować latami. Dzięki niej cały zespół był z tyłu niewidzialny. No i mieściła się w takie miejsca, że daj spokój! Największe wrażenie robiła zamiana miejsc. Wiesz, ona była ze dwa i pół raza mniejsza ode mnie...
Tutaj znów urwał opowieść na dłużej, ale tym razem Lavender zapytała o pokutę...
Za co się karzesz?
Spojrzał na nią, marszcząc brwi i przez moment wyglądał niczym rozjuszony niedźwiedź.
- Nie mówiłem o pokucie... - musiała trafić na ten nieszczęsny wywiad sprzed dwóch lat. - Nie karzę się... Tutaj po prostu jestem z dala od... - Zoe... - Ludzi, którzy ocenili mnie, zanim poznali prawdę.
Makani
35 y/o
For good luck!
165 cm
Redaktorka Naczelna/Śledcza w The Sun
Awatar użytkownika
I live for the drama <3
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lavender przez chwilę milczała, obracając kieliszek między palcami i pozwalając, by cisza wypełniła przestrzeń między nimi. Przez lata pracy nauczyła się, że ludzie najwięcej zdradzają właśnie wtedy, gdy przestają mówić. Nie wtedy, gdy odpowiadają na pytania, nie wtedy, gdy starannie dobierają słowa i pilnują własnej narracji, ale w tych krótkich momentach pomiędzy. W zawahaniach. W spojrzeniach. W oddechach. A Max właśnie zdradzał więcej, niż prawdopodobnie chciał.
Nie wyglądał jak człowiek, który budował mur. Wyglądał raczej jak ktoś, kto od lat mieszkał pośród ruin i nie potrafił zdecydować, czy powinien je odbudować, czy zostawić dokładnie takimi, jakie były. Tym bardziej nie potrafiła oderwać od niego uwagi. Niepokoiło ją to.
Powinno ją interesować to, co mówił. Fakty. Daty. Wydarzenia. Tymczasem coraz częściej łapała się na obserwowaniu człowieka. -Wiesz... może właśnie dlatego tutaj jestem.- Jej głos był spokojny, niemal łagodny. - Bo większość ludzi, których spotkałam podczas pracy nad tą historią, miała już gotową odpowiedź. Jedni byli przekonani, że jesteś potworem. Drudzy, że jesteś męczennikiem. Obie grupy irytowały mnie dokładnie tak samo.- dodała po czym podniosła swój wzrok by spotkać jego.
- Nikt nie rodzi się jednowymiarowy, Max.- rzuciła na koniec po czym upiłą łyk wina. Była to myśl, która wracała do niej od miesięcy. Im więcej czytała, oglądała i słuchała, tym bardziej rosło w niej poczucie, że cała ta historia została sprowadzona do czegoś absurdalnie prostego. Jakby tysiące ludzi spojrzało na skomplikowanego człowieka i postanowiło zamknąć go w jednym nagłówku.
Świat uwielbiał takie historie. Winny albo niewinny. Bohater albo potwór.
Problem polegał na tym, że prawdziwi ludzie niemal nigdy nie dawali się zamknąć w dwóch słowach.
- I nie, nie myśl, że tego nie zauważyłam. Kiedy pierwszy raz rozmawialiśmy przez telefon, byłam przekonana, że od miesięcy wymyślasz coraz bardziej kreatywne sposoby, żeby odmówić mi wywiadu -powiedziała z rozbawieniem a w kąciku jej ust pojawił się cień uśmiechu. - Mail numer trzy był chyba moim ulubionym. W jednym akapicie napisałeś, że nie warto robić o tobie materiału, a dwa zdania później przez pół strony tłumaczyłeś, dlaczego nie warto. - Pokręciła głową z rozbawieniem. Pamiętała tamten wieczór wyjątkowo dobrze. Siedziała wtedy nad własnymi notatkami, przekonana, że zaraz otrzyma ostateczną odmowę. Zamiast tego dostała wiadomość człowieka, który najwyraźniej bardzo chciał zamknąć temat i jednocześnie nie potrafił przestać o nim mówić.
Już wtedy wydało jej się to dziwnie ludzkie. Jakby część niego desperacko chciała zostawić wszystko za sobą, podczas gdy druga wciąż miała nadzieję, że ktoś wreszcie wysłucha całej historii.
Kiedy wspomniał o śniegu i górach, jej spojrzenie na chwilę uciekło ku oknu. - Rozumiem cię doskonale. - Odpowiedziała ciszej, nie śnieg., nie góry...ale to uczucie. Powoli przesunęła palcami po nóżce kieliszka.
- Są miejsca, które wybieramy dlatego, że pozwalają nam oddychać trochę lżej. Gdzie nie musimy codziennie odpowiadać na pytania. Gdzie nie musimy tłumaczyć się z własnego istnienia...- urwała w połowie myśli, może powiedziała za dużo. W końcu przyjechała tutaj słuchać jego odpowiedzi, jego historii, z jego punktu widzenia.
A jednak coś w tej rozmowie sprawiało, że coraz trudniej było jej zachować profesjonalny dystans. Nie dlatego, że Max próbował ją do siebie przekonać. Wręcz przeciwnie. On robił wszystko, żeby trzymać ją na odległość. To właśnie było najgorsze, im bardziej próbował chować się za żartami, tym bardziej dostrzegała człowieka stojącego za nimi.
Jej wzrok powędrował wzdłuż pomieszczenia, po kominku, oraz drobiazgach świadczących o codzienności...Nie wygląda to jak miejsce człowieka, który się poddał. I naprawdę tak uważała.
Była w domach ludzi po rozwodach, tragediach, bankructwach i publicznych upadkach. Widziała miejsca zaniedbane przez rozpacz i miejsca utrzymywane przy życiu wyłącznie siłą nawyku.
Dom Maxa nie przypominał żadnego z nich. Było tu życie, ciche, samotne ale wciąż żyie. Jednak KIedy padło imię Zoe, coś się zmieniło i Lavender poczuła to niemal fizycznie.
W pewnym momencie zorientowała się, że przestała analizować jego odpowiedzi jak materiał do dokumentu.
I właśnie wtedy poczuła nieprzyjemny skurcz niepokoju, bo zaczynała być nieprofesjonalna. Powinna zbierać informacje, szukać niespójności i zdecydowanie notować. Tymczasem patrzyła na niego.
Na sposób, w jaki miękł mu głos. Na momenty, gdy wzrok tracił ostrość. Na ten ledwie zauważalny uśmiech pojawiający się przy wspomnieniach o jej talencie.
To nie wyglądało jak wspomnienie skandalu czy jak wspomnienie dawnego romansu...
Wyglądało jak wspomnienie straty, I właśnie to wytrącało ją z równowagi najbardziej.
- To nie brzmi jak historia człowieka, który wykorzystał dziewczynę.-Jej słowa zawisły między nimi.
Pozbawione oskarżeń i pozbawione obrony. Po prostu szczere. - Brzmi to bardziej jak historia człowieka, który był z niej cholernie dumny.- Przyglądała mu się przez chwilę zanim zdecydowała się ponownie coś powiedzieć. - Wiesz, co mnie uderza?- westchnęła lekko. - Ani razu nie opisałeś jej tak, jak opisywały ją artykuły.- skierowała swój wzrok na odwróconą ramkę stojącą na stoliku.
Po miesiącach researchu nauczyła się rozpoznawać ludzi próbujących przepisać historię na własną korzyść. Max nie brzmiał jak człowiek tworzący nową wersję wydarzeń. Brzmiał jak ktoś, kto od lat opowiada tę samą historię i jest śmiertelnie zmęczony tym, że nikt nie chce jej wysłuchać.
A to sprawiało, że coraz trudniej było jej zachować chłodny obiektywizm. Kiedy zareagował na słowo „pokuta", poczuła nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej.
Trafiła. Nie wiedziała jeszcze dokładnie gdzie, nie potrafiła nazwać tego miejsca ani określić, którą z ran właśnie musnęła końcem pytania, ale była pewna jednego: trafiła, a świadomość tego zamiast przynieść jej satysfakcję, jakiej powinien doświadczać każdy reporter odnajdujący wreszcie właściwy trop, wywołała w niej wyłącznie smutek, co z kolei przestraszyło ją bardziej niż sama reakcja Maxa, ponieważ nie znała tego człowieka, nie była jego przyjaciółką, nie wiedziała jeszcze wszystkiego o wydarzeniach, które zniszczyły mu życie, a jednak coraz częściej łapała się na tym, że jej myśli krążą już nie wokół sprawy, materiałów źródłowych, świadków i dokumentów, ale wokół niego samego.
Wokół człowieka siedzącego naprzeciwko niej, który sprawiał wrażenie, jakby największą walkę od dawna toczył nie z mediami, nie z opinią publiczną, która dawno wydała własny wyrok, i nawet nie z przeszłością, lecz z samym sobą, z własnymi wspomnieniami, poczuciem odpowiedzialności i pytaniami, na które najwyraźniej od lat nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
Przez dłuższą chwilę milczała, przyglądając mu się uważnie, niemal zachłannie rejestrując drobne szczegóły, których nie dało się znaleźć w żadnym artykule ani żadnym nagraniu. Widziała zmęczenie ukryte za nieustannymi żartami, ostrożność pojawiającą się za każdym razem, gdy rozmowa choćby przypadkiem zbliżała się do Zoe, oraz nieufność człowieka, który został zraniony tak skutecznie, że nauczył się zakrywać każdą słabszą stronę kolejną anegdotą, kolejnym dowcipem albo demonstracyjną nonszalancją. Im dłużej na niego patrzyła, tym wyraźniej dostrzegała, że cały ten wystudiowany luz jest jedynie kolejnym elementem przedstawienia, tyle że tym razem nie wykonywanego dla publiczności, lecz dla własnego przetrwania.
- Bo widzisz, Max..- odezwała się w końcu cicho, a jej głos stracił część zawodowej ostrości, którą zwykle tak starannie pielęgnowała podczas rozmów. Jej spojrzenie na moment uciekło w stronę odwróconej fotografii stojącej na stoliku, zanim ponownie wróciło do jego twarzy. - Kiedy mówiłeś o ludziach, którzy osądzili cię przed poznaniem prawdy, nie spojrzałeś na mnie. - urwała na chwilę, nie dlatego, że szukała odpowiednich słów, lecz dlatego, że dawała mu szansę, by sam zauważył to, co zauważyła ona. - Nie spojrzałeś nawet gdzieś obok mnie. Spojrzałeś tam.- Delikatnym ruchem głowy wskazała odwróconą ramkę.
W pokoju ponownie zapadła cisza, cięższa od poprzednich, wypełniona ciepłem kominka i wszystkim tym, czego żadne z nich nie wypowiadało na głos. Lavender pozwoliła jej trwać, czując jak coraz mocniej utwierdza się w przekonaniu, że przez cały ten czas szukała odpowiedzi na niewłaściwe pytania. Bo może nigdy nie chodziło o media, może nie chodziło nawet o oskarżenia, ani o opinię publiczną.
Być może prawdziwe centrum tej historii od początku znajdowało się gdzieś indziej.
- I zaczynam się zastanawiać...- zawiesiła głos, nie odrywając od niego wzroku. - Czy przypadkiem nie ma jednej osoby, której wyroku nigdy tak naprawdę nie przestałeś się bać. - Nie zabrzmiało to jak oskarżenie ani jak próba zastawienia pułapki. Bardziej jak obserwacja wypowiedziana przez kogoś, kto od miesięcy składał rozsypane fragmenty cudzej historii i dopiero teraz zaczynał dostrzegać ukryty między nimi obraz. A może właśnie dlatego to pytanie było tak niebezpieczne.
Bo po raz pierwszy nie zadawała go dziennikarka szukająca materiału. Zadawała je kobieta, która zaczynała rozumieć, że najbardziej interesującą częścią tej historii nie był upadek Maxa Kahuny.
Był nim człowiek, który po nim został.


Max Keale
42 y/o
For good luck!
193 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiMagiczny/Pył
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, fałszywe oskarżenia, głodny facet
Bo rzeczywiście nie wiedział, czy powinien odbudować swoje życie, czy raczej na zgliszczach wznieść nowe. Na pewno wiedział, że nadszedł czas zmian. Wiatr przyniósł nowe fale. Pewnie dlatego ostatecznie zgodził się na to spotkanie.
- Jestem prostym człowiekiem... - wyjaśnił, jakby to była ostateczna odpowiedź na wielowymiarowość każdego człowieka. - Lubię ładne dziewczyny, które są dwa razy mniejsze ode mnie. Lubię motocykle i whisky. Ale nie to z górnej półki, bo za dużo się w nim dzieje... Wychowywałem się na plażach Hawajów. W mojej pierwszej pracy byłem ratownikiem, po godzinach uczyłem surfingu. Nie skończyłem żadnej szkoły...
Czyżby mały kompleks? Nie, raczej nie... Wiedział, kim jest i jak wiele osiągnął. Tym bardziej bolesne było to, że ktoś, broniąc siebie, odciął mu dalszy rozwój w dziedzinie, którą pokochał. Nawet nie to, że sprzedawała jego pomysły na iluzje innym magikom za jego plecami. Tylko to, że przyłapana, nie potrafiła wziąć na klatę tego, że zjebała, tylko zaczęła kręcić i pogrążyła go w tak brutalny sposób.
Skrzywił się na jej słowa niczym dziecko przyłapane na kłamstewku.
- Fałszywa skromność, co? Taak... Musiało to wyglądać komicznie. Ale dość impulsywnie odpisywałem na Twoje maile. Miałem podjętą decyzję o tym, żeby nie rozgrzebywać tego tematu, a mimo to ciągle ci odpisywałem, uchylając tę furtkę. Czary!
Zarechotał, podnosząc kieliszek wina do ust, ale zatrzymał się tuż przed nimi i jęknął z rezygnacją.
- Makani, nie obraź się na mnie, ale nie będę pił tego gówna... - odstawił kieliszek na stolik kawowy, po czym podszedł do baru i zaczął przygotowywać sobie drinka.
Old Fashioned. Pasował do niego.
Pokiwał głową, uśmiechając się pod nosem na sentencję, którą wypowiedziała odnośnie miejsc. Tak. Są takie miejsca, w których czujesz się bezpieczny, nawet jeśli niczym nie różnią się od innych. Są też takie, które zawsze będą twoim domem, nawet jeśli już dawno przestały być twoje. Spojrzał na nią kątem oka, zapisując w głowie jej ostatnią myśl. A szczególnie to, że sama ją przecięła, jakby w połowie.
- Bo jej nie wykorzystałem... Nie bardziej niż ona mnie... - odpowiedział na temat Zoe i urwał, bo zdał sobie sprawę z tego, jak to zabrzmiało. - Żeby była jasność... Nigdy nie wylądowaliśmy w łóżku. Zdarzało nam się flirtować i wygłupiać, ta granica była rzeczywiście płynna i obojgu nam zdarzało się ją przekraczać. Ale... Nie wykorzystałem jej.
Musiał to jakoś wyjaśnić, chociaż podobno tłumaczy się tylko winny. Miał do niej ogromną słabość i bywały momenty, w których naprawdę chciał z nią być. Dlatego to było takie dziwne i może to powodowało jego wyrzuty sumienia. Zaopiekował się nią, był niczym starszy brat, trochę jak zastępczy ojciec, a jednocześnie ta rola tak płynnie przechodziła w niespełnione pragnienie. Powinien był tę granicę trzymać jaśniej.
Ani razu nie opisałeś jej tak, jak opisywały ją artykuły.
- Ja ją znałem, Lāwena... Nie była ofiarą. Doskonale wiedziała, jak działa na mężczyzn, i to wykorzystywała, na mnie i reszcie zespołu też. Owinęła nas sobie wokół palca, ale uwielbialiśmy to. Naprawdę. Wszyscy mieliśmy do niej słabość. Jednocześnie miała swoje demony, których nie potrafiła pokonać. Obsesyjnie, żeby nie powiedzieć chorobliwie, chciała być niezależna. Kiedy doradzało się jej, to dostawała piany na pysku... - uśmiechnął się szerzej i zachichotał. - No i wykorzystywała naszą słabość. Nie z wyrachowania, po prostu miała taki mechanizm dostawania tego, co chciała. Trochę jak dzieciak, który dostał władzę absolutną... Albo pistolet do ręki.
Drink był prawie gotowy, więc Keale podniósł go wyżej, by ocenić wykonanie.
- Olywki, tomato... I gotowe... - mruknął pod nosem z rozbawieniem, po czym upił łyk Old Fashioned z zadowoleniem. - No... I to jest drink.
Odwrócił się do Lavender ze znacznie lepszym humorem i cieplejszym uśmiechem. Ale spoważniał, kiedy zadała te ostatnie pytania, i podążył wzrokiem za jej spojrzeniem na to odwrócone zdjęcie, leżące teraz na stoliku, fotografią do dołu. Wstrząsnęło nim pojedyncze parsknięcie. Nie... Zoe nie była osobą, której oceny się obawiał.
- Kiedy zacząłem obserwować swoje pomysły u konkurencji, zaczęło mi coś śmierdzieć. Ale prędzej straciłbym zaufanie do techników i mojego agenta niż do niej. Przykre jest to, że gdyby przyszła i powiedziała, że potrzebuje kasy, to bym jej ją dał. Ale... Ona tak bardzo musiała wszystko załatwiać sama... Kiedy ją złapałem za rękę, myślałem, że mi pęknie serce. Rozstaliśmy się polubownie, żeby nie robić jej problemów. I wiesz co... Myślę, że to nawet nie był jej pomysł z tym - hashtag metoo. Myślę, że jej matka to doradzała...
Urwał na chwilę i wbił spojrzenie w swojego drinka, czując, że za chwilę stanie się coś z jego oczami, czego nie chciałby, żeby ona oglądała.
- Zgłodniałem! Mała, jesz mięso? - zapytał, nagle ruszając dość gwałtownie w kierunku kuchni.
Lavender Shaw
35 y/o
For good luck!
165 cm
Redaktorka Naczelna/Śledcza w The Sun
Awatar użytkownika
I live for the drama <3
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lavender przez dłuższą chwilę nie odpowiadała, siedząc nieruchomo w fotelu z kieliszkiem opartym o kolano, choć od dobrych kilku minut nawet go nie podnosiła. Ciepło kominka rozlewało się po salonie miękkimi falami, drewno trzaskało od czasu do czasu, a za oknami rozciągała się kanadyjska cisza tak głęboka i niezmącona, że wydawała się niemal nierealna, jakby cały świat kończył się kilka metrów za ścianami domu. A jednak mimo tego pozornego spokoju czuła napięcie, które unosiło się między nimi niczym niewidzialna nić, coraz bardziej naprężona z każdą kolejną odpowiedzią i każdym wspomnieniem, którego Max nie potrafił zostawić w przeszłości.
Im dłużej z nim rozmawiała, tym bardziej dochodziło do niej, że człowiek siedzący naprzeciwko nie miał wiele wspólnego z tym, którego przez lata opisywały media, komentatorzy i ludzie przekonani, że wiedzą o nim wszystko. Tamten Max istniał wyłącznie w nagłówkach. Istniał w krótkich, chwytliwych zdaniach tworzonych po to, żeby sprzedawać historię. Nie było go tutaj. Nie było go w sposobie, w jaki mówił o Zoe. Nie było go w tym ledwie zauważalnym smutku przemykającym przez jego twarz, kiedy myślał, że nikt nie patrzy. Nie było go w tych drobnych pęknięciach pojawiających się pomiędzy żartami, w zawahaniach głosu i spojrzeniach uciekających ku odwróconemu zdjęciu.
Tymczasem ona coraz częściej łapała się na tym, że interesuje ją już nie tylko historia, którą miała opowiedzieć. Interesował ją Max. Chciała zrozumieć, jakim człowiekiem był przed wszystkim. Jak wyglądały jego dni, zanim musiał nauczyć się żyć z własnym nazwiskiem obciążonym cudzą narracją. Chciała wiedzieć, skąd brał się ten dziwny kontrast pomiędzy ogromnym, budzącym respekt mężczyzną a człowiekiem, który za każdym razem, gdy rozmowa zbliżała się do czegoś naprawdę bolesnego, uciekał za zasłonę humoru.
Nie podobało jej się, jak łatwo profesjonalny dystans zaczynał kruszyć się pod wpływem zwykłej ludzkiej ciekawości.
Kiedy nazwał siebie prostym człowiekiem, niemal parsknęła śmiechem. Powstrzymała się wyłącznie dlatego, że widziała w jego oczach szczerość. On naprawdę w to wierzył. To było wręcz absurdalne.
Przez ostatnie miesiące przeczytała więcej o Maxie Kahunie, niż prawdopodobnie przeczytałby o sobie sam Max Kahuna. Analizowała wywiady, oglądała nagrania występów, rozmawiała z ludźmi, którzy pracowali z nim przez lata, wertowała archiwa i komentarze. Poznała jego sukcesy, porażki, zawodowe obsesje i opowieści o występach, które przeszły do branżowych legend. Absolutnie nic w tym człowieku nie było proste.
Siedzący naprzeciwko niej mężczyzna był iluzjonistą, showmanem, przedsiębiorcą, liderem zespołu i twórcą spektakli, które pochłaniały lata planowania. Potrafił wejść na scenę i sprawić, że kilka tysięcy ludzi patrzyło dokładnie tam, gdzie chciał. Potrafił kontrolować uwagę tłumu z precyzją godną dyrygenta. A mimo to mówił o sobie, jakby był ratownikiem z hawajskiej plaży, który przypadkiem zabłądził i niepostrzeżenie znalazł się na wielkiej scenie. To było jednocześnie irytujące i dziwnie rozczulające.
- Wiesz... mam coraz większe podejrzenia, że masz bardzo osobliwą definicję słowa „prosty”- Uśmiechnęła się ciepło. - Bo z tego, co widzę, człowiek prosty nie buduje wielkich iluzji, nie prowadzi zespołu ludzi i nie zostawia po sobie rzeczy, o których inni pamiętają jeszcze po latach.- dodała po czym spojrzała na niego uważniej.
- Człowiek prosty nie zostawia też po sobie takiego bałaganu w emocjach innych ludzi.- Powiedziała to żartobliwie, ale kryło się za tym znacznie więcej prawdy, niż chciała przyznać. Jeszcze kilka tygodni wcześniej był wyłącznie nazwiskiem.Tematem. Teraz coraz bardziej stawał się człowiekiem.
A to komplikowało wszystko.
- W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie bawisz się moją cierpliwością.- Spojrzała na niego ponad krawędzią kieliszka. Potem obserwowała, jak przygotowuje drinka. Jak wraca do znajomych ruchów z łatwością człowieka, który wykonywał je setki razy. Jak skupia się na lodzie, alkoholu, szklance i kolejnych etapach przygotowania. I nagle zrozumiała. To nie był drink. To był jego azyl. Bezpieczne miejsce ukryte w kilku prostych gestach. Kilka minut spędzonych przy czymś, czego nie trzeba analizować.
Takie, które pojawia się wtedy, gdy człowiek przez lata nosi w sobie ciężar, którego nie potrafi odłożyć, choć próbował już na wszystkie możliwe sposoby. A kiedy wrócił do wspomnień o Zoe, ścisk pod jej mostkiem pojawił się ponownie. Silniejszy niż wcześniej. Bo coraz wyraźniej rozumiała, że nie słucha opowieści o skandalu. Słucha opowieści o stracie i były to dwie zupełnie różne historie.
Najbardziej porażało ją jednak to, że nawet teraz nie słyszała w jego głosie nienawiści. Powinien jej nienawidzić. Każdy na jego miejscu prawdopodobnie by nienawidził.
A mimo to słyszała wyłącznie rozczarowanie i coś niebezpiecznie przypominającego czułość.
Jakby nadal pamiętał dziewczynę sprzed tego wszystkiego. Jakby część niego nadal nie potrafiła pogodzić tamtej osoby z tym, co wydarzyło się później. I wtedy zrobiło jej się zwyczajnie przykro.
Za historię, która coraz mniej przypominała starcie dobra ze złem, a coraz bardziej katastrofę zrodzoną z ludzkich słabości, strachu, dumy i nieumiejętności powiedzenia właściwych rzeczy we właściwym momencie.
Gdy powiedział, że myślał, iż pęknie mu serce, poczuła nieprzyjemne ukłucie głęboko w środku. Bo nie wyglądał wtedy jak były szef. Nie wyglądał nawet jak człowiek wspominający dawną współpracownicę, a bardziej jak ktoś, kto nigdy tak naprawdę nie przepracował utraty. Coraz mniej interesowało ją, co dokładnie się wydarzyło a bardziej interesowało ją to, co zostało po wszystkim. A odpowiedź siedziała kilka metrów od niej, żywa, zmęczona i posklejana zartami.
Kiedy nagle wstał i zapytał, czy je mięso, nie dała się oszukać. Widziała zbyt wielu ludzi uciekających od własnych emocji, by nie rozpoznać tego mechanizmu. Na jej twarzy pojawił się miękki, ciepły uśmiech.
- Jem tylko well done, nie przepadam za widokiem krwi ani smaku w moich posiłkach. - Odpowiedziała spokojnie, obserwując, jak odwraca się do niej plecami i kieruje ku kuchni pod pretekstem zajęcia czymś rąk. Kilka sekund, których najwyraźniej potrzebował bardziej niż kolejnego pytania. - Ale mam wrażenie...- w końcu nie wytrzymała, musiała się odezwać -...że nie zgłodniałeś pięć sekund temu, Max. - dodała już łagodnym tonem. Nie było w tym oskarżenia, ani próby przyłapania go na ucieczce. Tylko czuła obserwacja kobiety, która zaczynała rozumieć, że największą sztuczką iluzjonisty nigdy nie było sprawianie, by znikały przedmioty.
Największą sztuczką było udawanie przez wszystkie te lata, że sam nie znikał kawałek po kawałku. Lavender miała tylko nadzieję że będzie w stanie pomóc mu zamknąć ten rodział raz a porządnie i zacząć od nowa. Jakkolwiek ten nowy początek miałby wyglądać.

Max Keale
42 y/o
For good luck!
193 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiMagiczny/Pył
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Max Keale, pseudonim artystyczny Big Kahuna... Kahuna, hawajski kapłan, mistrz w swojej dziedzinie. Big Kahuna, w amerykańskim slangu po prostu ważniak. Durna nazwa wyimaginowanej sieci fastfoodów, którą Tarantino wprowadził do swojego uniwersum, żeby nie musieć płacić za użycie nazwy istniejącej firmy. Max dobrze pamiętał, jak po występie w jednym z barów widz po prostu mu powiedział, że wygląda jak Big Kahuna. I tak jakoś przylgnęło...
Prosty człowiek, który ledwie skończył szkołę średnią...
- Nie poszedłem na studia... Mogłem dostać stypendium sportowe, ale wolałem zacząć zarabiać. Miałem smykałkę do mechanizmów, więc wykorzystywałem ją przy pracy w warsztatach, a potem... Jak już zacząłem interesować się iluzją, to właśnie marzyłem o tym, żeby tworzyć własne, a nie kupować od innych.
Zaskoczony uniósł wysoko brwi.
- Bałaganu? Mam wrażenie, że to mnie z tym bałaganem zamieciono pod dywan. Naaah! Ja starałem się być cały czas uczciwy.
Zniknął w kuchni, z której doleciał wesoły, nieskrępowany śmiech, kiedy wspomniała o tym, że nie wie, czy Max nie bawi się jej cierpliwością. Zza progu wychynęła kudłata głowa, szczerząc wilcze zęby.
- Zawsze! Jestem ciekaw, jak wyglądasz, gdy się złościsz. Stawiam sto dolarów, że jest to zarówno urocze, jak i seksi! - i znów zniknął w kuchni, z której doleciały odgłosy krzątania się.
Otwierane i zamykane szafki, lodówka. Otwierane plastikowe pojemniki. Dźwięk krojenia warzyw. Brzmiało to tak, jakby wiedział, co robi.
- Ej, Makani, Ty naprawdę chcesz zamordować steaka? - zapytał, pojawiając się w progu.
Oparł się o framugę ramieniem, splatając ręce na piersi. Jego mina wyraźnie mówiła, co myśli o robieniu podeszwy z dobrego steaka. Westchnął ciężko, kiedy potwierdziła, i wrócił do swoich zajęć. Kolejne dźwięki sugerowały nastawienie frytek, krojenie warzyw i... Wraz z zapachem masła pojawił się dźwięk roztapiającego się na patelni tłuszczu.
- Nie jadłem dzisiaj śniadania! - odpowiedział na jej przytyk odnośnie ucieczki.
Akurat to było jasne, że temat Zoe stał się dla niego zbyt głęboki, za bardzo niewygodny, żeby mógł go teraz kontynuować. Bo rzeczywiście miał pełne prawo ją znienawidzić, zapomnieć, wykreślić ze swojego życia, a nawet pewnie wytoczyć procesy cywilne o zniesławienie i straty majątkowe i tak dalej. Miał do tych wszystkich rzeczy prawo, a mimo to dalej pojawiała się w jego modlitwach. Coraz rzadziej i tylko o to, żeby odnalazła drogę i poukładała swoje życie, ale mimo wszystko. Tak... Kiedy wybuchł skandal i ta cała afera, stracił nie tylko asystentkę. Stracił część siebie, tę, którą jej oddał, którą w nią zainwestował, której pozwolił kochać, na swój pokręcony sposób, pasujący do pokręconej relacji.
Najgorsze jednak było to, że dalej nie potrafił być na nią zły. Był zraniony, skrzywdzony, ale nie zły. Jakby to była jego wina, że dał się wykiwać, że zaufał.
Steaki wylądowały na dużej patelni z głośnym skwierczeniem. W powietrzu rozniósł się zapach, który sprawił, że żołądki obojga się odezwały. Wino było w kieliszkach. Chyba udało jej się zdobyć cień jego zaufania. Opowiadał dużo...
Lavender Shaw
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”