To musiało się tak skończyć. Wiedział o tym w głębi duszy, a jednak dał się ponieść. I teraz słono za to płacił.
Wstał, zanim jeszcze Laurent się odezwał. Nie chciał widzieć jego zawodu, bo i bez patrzenia mu w twarz słyszał jak pęka mu serce. To idiotyczne, szczeniackie serce, które nie powinno lokować uczuć w kimś takim, jak on.
Zgarnął z ziemi swoje ciuchy, po drodze wyciągając z dyspensera chusteczek kilka, żeby się wytrzeć. Nie mógł zostać tu dłużej, nawet nie dlatego, że Laurent tego nie chciał. Bał się, że jeśli pozwoli sobie na zawahanie, sprawy skomplikują się jeszcze bardziej. Bo jakaś część niego chciała przeprosić. Powiedzieć o strachu, nadziejach, o tym że było mu dobrze i pierwszy raz od tak wielu, kurwa, lat, znów czuł się żywy. Że to było coś więcej niż żenujący akt pozbawiony znaczeń. Chciał powiedzieć o wszystkim, co dla Ashcrofta było oczywiste, a co jego wciąż przerażało. Bo samo przespanie się z facetem było wierzchołkiem góry lodowej. To, co kryło się pod ciemną tonią przyzwyczajeń, obaw i uporu, było dużo większe i dużo bardziej tragiczne. Ale nie był gotów, by to wyznać. A kolejne słowa zdusiły nawet i tę maleńką chęć.
logan zatrzymał się w progu sypialni. Ścisnął w dłoni wilgotne chusteczki, tężejącą jakby nagle odlano go z metalu. No tak. Tego też mógł się spodziewać, chociaż bardzo chciał wierzyć, że Laurent nie był aż tak małostkowym gnojkiem, by w furii zniszczyć życie jemu i wielu innym ludziom.
Najwyraźniej i w tym się pomylił.
-
Połowa nadal jest moja - stwierdził chłodno. Obrócił się przez ramię. Złość mieszała się w nim z bólem. Brzydził się sobą za te słowa, ale ostatnią rzeczą na jaką zamierzał sobie pozwolić, było pozwolenie Laurentowi wykorzystać tę sytuację przeciwko niemu. Dostał, czego chciał. Przespali się ze sobą. Logan nigdy niczego mu nie obiecywał. Od początku mówił, że nie powinni i nie jest dla niego odpowiedni. Jeśli Laurent chciał mieć do kogoś pretensje, mógł je mieć jedynie do siebie.
Odruchowo uchylił się przed lecącą lampą, ale nie uciekł w popłochu. Zacisnął tylko szczęki i pokręcił głową, ignorując oszalały łomot własnego serca. Gorycz wykrzywiła mu usta.
Nic więcej nie powiedział. Przy drzwiach wciągnął na siebie ciuchy i wyszedł, głośno trzaskając drzwiami. To był jedyny sposób w jaki dał ujście emocjom.
Przez kolejne dni robił wszystko, żeby zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. Jakby Laurent nie kazał mu wypierdalać, grożąc na odchodne, że pozbawi go domu. Jakby nie wyszedł od niego z sercem tłukącym się o żebra i jakby nie zostawił za sobą czegoś, czego nie potrafił już odzyskać. Wrócił do swojego rytmu, do pracy, koni, kurzu i obowiązków, które przynajmniej miały tę zaletę, że niczego od niego nie oczekiwały. Rano wstawał przed świtem, robił kawę i jeszcze zanim na dobre się rozjaśniło, był już przy stajniach. Potem sprawdzał ogrodzenia, zajmował się końmi, doglądał wszystkiego, co wymagało jego uwagi. Brał na siebie nawet rzeczy, którymi wcześniej pozwalał zajmować się innym, jakby zmęczenie mięśni mogło zagłuszyć to, co działo się w jego głowie. Wieczorami zamykał się w biurze i siedział nad papierami do późna, a kiedy cyfry zaczynały mu się rozmazywać przed oczami, robił sobie kolejną kawę zamiast iść spać.
Praca zawsze była jego najlepszą wymówką. Każdego dnia znajdował coś, co należało zrobić natychmiast, coś, czego nie można było odłożyć na jutro. Musiał sprawić, żeby wszystko zaczęło działać sprawniej, nawet jeśli z tyłu głowy miał świadomość, że Laurent po złości wszystko mu utrudni i tym razem naprawdę sprzeda ranczo. Miał do tego prawo. Logan wiedział o tym doskonale. Mógł ze swoją połową zrobić co chciał, a jednak bolała go myśl, że chciał pozbyć się swojej części w gniewie, jakby w ten sposób mógł na dobre się od niego odciąć. Logan próbował wmówić sobie, że to dobrze. Może właśnie tego potrzebowali. Laurent znajdzie kogoś innego, kto odkupi jego udział, a oni obaj będą mogli wrócić do własnego życia i udawać, że nic nigdy się między nimi nie wydarzyło. Problem polegał na tym, że Logan nie potrafił pogodzić się z myślą o obcym człowieku na tej ziemi. Ranczo było dla niego domem, zanim Laurent pojawił się tu ponownie. Było czymś stałym, czymś, czego trzymał się przez lata, nawet kiedy wszystko inne zawiodło. Nie chciał, żeby ktoś kupił kawałek tej ziemi wyłącznie jako inwestycję i któregoś dnia zaczął decydować o miejscu, które dla niego było dosłownie całym życiem.
Zaczął więc kombinować. Liczył, sprawdzał możliwości i szukał pieniędzy, których właściwie jeszcze nie miał. Każdy wariant kończył się w podobnym miejscu, ale nie zamierzał z tego powodu rezygnować. Gdyby udało mu się odpowiednio zwiększyć przychody w najbliższych miesiącach, może byłaby szansa, żeby odkupić udział Laurenta. Może dałoby się znaleźć wspólnika, kredyt albo inne rozwiązanie, którego jeszcze nie brał pod uwagę. Nie wiedział. Na razie miał tylko kilka pomysłów i zdecydowanie za mało czasu.
Najgorsze było, że im bardziej próbował uporządkować życie wokół siebie, tym wyraźniej widział, jak bardzo nieuporządkowany pozostawał on sam. W ciągu dnia potrafił niemal całkowicie wyrzucić Laurenta z głowy. Wystarczało kilka godzin pracy, żeby przestać myśleć o tym, co wydarzyło się między nimi. Wieczorem wracało wszystko. Jego zapach, dotyk, bezczelny uśmiech. Jego naiwne, tak cholernie słodkie wyznanie.
“Chyba się w tobie zakochuję”
Najbardziej wkurwiało go, że najzwyczajniej w świecie za nim tęsknił. Nie powinien. Nie po tym wszystkim. Nie po własnych słowach i tym, co powiedział Laurent. Powinien być zły. Powinien czuć ulgę, że sprawa została postawiona jasno i że nie będzie musiał już dłużej udawać, że potrafi kontrolować coś, co od początku wymykało mu się z rąk. Zamiast tego coraz częściej łapał się na tym, że zastanawia się, co Laurent teraz robi, gdzie jest, czy również nie śpi po nocach i czy jego złość choć trochę przygasła. I czy o nim myśli.
Za każdym razem odpychał te rozważania tak samo jak wcześniej. Zajmował się czymś. Wychodził do stajni. Siadał nad papierami. Brał konia i jechał sprawdzić ogrodzenia, choć doskonale wiedział, że nic się tam nie wydarzyło. Wmawiał sobie, że potrzebuje tylko czasu. Że kilka tygodni wystarczy, żeby wszystko wróciło na swoje miejsce. Tylko że im więcej czasu mijało, tym trudniej było mu uwierzyć, że kiedykolwiek wróci do tego, co było wcześniej. Bo wcześniej nie wiedział, jak to jest obudzić się obok Laurenta i przez kilka krótkich chwil nie czuć ciężaru wszystkich swoich przyzwyczajeń i lęków. Nie wiedział, że tak bardzo można przyzwyczaić się do czyjejś obecności w tak krótkim czasie. I przede wszystkim nie wiedział, że kiedy już raz pozwolił sobie tego doświadczyć, utrata będzie bolała znacznie bardziej, niż samo przyznanie się do tego, czego chciał.
Pojawienie się Ashcrofta na ranczu przyjął z mieszanką złości i ulgi. Złość na szczęście przeważyła gdy okazało się, że nie jest sam. Pracownicy nie musieli przychodzić do niego na skargę, że pojawił się nowy rzeczoznawca, sam był tego boleśnie świadom. Nie zrobił jednak nic, by przerwać Laurentowi obchód. Nie przyszedł się przywitać, nie wchodził mu w drogę. Czekał. Nie zamierzał przecież kłócić się z nim przy świadkach, bo cholerny adwokacik skłonny był jeszcze zrobić mu awanturę, wywlekając wszystko, co było między nimi pod cudzy osąd, tylko po to, by bardziej go skrzywdzić. Wykorzystał jednak okazję, gdy Laurent wszedł do biura. Logan poszedł wtedy za nim i bez wahania zatrzasnął za sobą drzwi. Pachnące drewnem, kurzem i papierami miejsce rozświetlały promienie popołudniowego słońca. Złociły się na boazerii i we włosach Ashcrofta. Iście sielankowa sceneria dla bardzo nie sielankowych uczuć. Po raz pierwszy od wielu dni, znów znaleźli się tak blisko siebie. Logan zacisnął szczęki, gdy wspomnienia wspólnej nocy uderzyły w niego jak rozpędzony pociąg.
-
Co ty odpieprzasz? - warknął, bez żadnych wstępów. Zagradzał sobą drzwi i nie zamierzał pozwolić mu wyjść bez tej rozmowy. Kłótni. Jak zwał, tak zwał. Miał dość. Siebie. Jego. Całej tej pieprzonej sytuacji. Stał napięty w przepoconej, białej bokserce, ubłoconych butach i przetartych dżinsach i był zły. A zły Logan był jak gorący, pustynny wiatr.
-
Naprawdę zamierzasz zniszczyć mi życie tylko dlatego, że nie dostałeś tego, co chcesz? - wycedził, czując jak upchana frustracja podchodzi mu teraz do gardła. -
A, kurwa, przecież dostałeś. - Rozłożył ręce. W końcu Laurent uwodził go niemal od początku, ale oczywiście nawet to, że ostatecznie zniszczył w nim wszystko, co pielęgnował przez całe życie, wcale mu nie wystarczyło. Chciał więcej. Chciał jakiegoś pieprzonego szaleństwa.
-
Niczego ci nie obiecywałem, a ty i tak zamierzasz się mścić, jak cholerny rozkapryszony szczeniak. Mam dosyć bycia twoim kozłem ofiarnym. Odkupię od ciebie ranczo. Wezmę kredyt. Wezmę to, czego ty nigdy nie potrafiłeś pokochać i będziesz mógł wrócić do swojego pierdolonego Toronto! - Gwałtownie machnął ręką w stronę okna. Bardzo rzadko unosił głos. Jeszcze rzadziej pozwalał sobie na całą tę złość, którą teraz czuł. Złość, rozczarowanie i podsycaną tym wszystkim tęsknotę.
Laurent Ashcroft