perfect crime, sweet and deadly
i'll never be your compromise and you will not be mine
Zniknęła.
To robiła zawsze, do pewnego stopnia. Pojawiała się w jego życiu,
prosiła wymagała, by do niej przyjechał, by jej pomógł, by skierował w jej stronę swoją uwagę po to, by następnie odwrócić się, ruszyć w innym kierunku - bez niego. Zdążył do tego przywyknąć, nawet jeśli każdy z tych przypadków wywoływał w nim napływ frustracji, której źródła nie potrafił w pełni zidentyfikować.
Z jednej strony, irytowała go Violet Haze.
Z drugiej równie mocno irytował go fakt tego, że nie potrafił wyrzucić jej ze swojej głowy.
Wracała do niego we własnym odbiciu, w przyklejonym do jego skroni, idiotycznym plastrze z dinozaurami. W kawie, którą przynoszono mu z kawiarni, a którą zaczął pić dokładnie taką, jak ona, choć sam nie wiedział dlaczego. W scenie Rapture, na której dziesięciokrotnie śpiewali inni zarówno przed, jak i po niej, a on wciąż kątem oka, tkwiąc w loży, mógłby przysiąc, że widział właśnie nią - w tej sukience, w której pojawiła się w klubie po raz pierwszy.
Jak na tak zdystansowaną, nieobecną osobę Haze była cholernie obecna w jego codzienności. Otaczała go z każdej strony, w ciemnych włosach obcej kobiety migającej w neonowym świetle klubu, w krzyżówkach rozwiązywanych na poczekaniu przez jego ochroniarza, w gwiździe Avisa przywołującego do siebie swojego psa.
Ten raz był jednak inny niż wszystkie.
Chciałby powiedzieć, że jego intuicja ostrzegła go o tym zawczasu - prawda była jednak taka, że dopiero gdy przeczytał jej wiadomość, pomarańczowe lampki po raz pierwszy zapaliły się w jego głowie. Jeszcze nie czerwone, ale już ostrzegawczo informujące go o nadciągającym, zimnym froncie.
Potrafił to sobie zracjonalizować - dystans, którego potrzebowała, tym razem bardziej desperacko niż kiedykolwiek wcześniej.
Szczerość, na którą się zdecydowała, miała swoją cenę. Wszystko zdawało się mieć w jej przypadku - każdy gest, każdy dotyk, każde słowo zbyt bliższe prawdy niż powinno, wszystko to sumowało się na końcu by Haze skrupulatne tę wartość odejmowała w ciągu następnych dni. Tym razem suma była duża, nie tylko przez zdradzony przez nią fragment przeszłości, ale też taniec, bliskość, jego dłoń na kobiecej talii, której dotyk wciąż potrafił wyczuć pod swoimi palcami.
Dlatego c z e k a ł, choć odrobinę bardziej zaniepokojony niż wcześniej - tym bardziej gdy odkrył, że nie było jej w swoim mieszkaniu.
Nie był na tyle desperatem, by przy nim wyczekiwać jak wierny, porzucony pies, zresztą podejrzewał, że było to ostatnie, czego by sobie życzyła. Miał za to wystarczająco desperacji w sobie by oddelegować za to osobę, która dyskretnie zrobi to za niego. Poza natrętnym posiadaczem
szczura, który również jemu ochroniarzowi sprawiał problemy, ten nie przyniósł jednak żadnej, wartościowej informacji - Haze zniknęła.
Może pojechała po swoją siostrę, pomyślał.
Może przeniosła się do koleżanki bo wiedział, pod jakim adresem mieszkała.
W tym czasie dowiadywał się bardzo wielu rzeczy na jej temat, które prawdopodobnie wolałaby zdradzić mu własnoręcznie - bądź nie zdradzać w ogóle. Dowiedział się na przykład, w jakiej firmie pracowała w Stanach. Z niej wyciągnął listę wszystkich pracowników, którzy znajdowali się w niej nad nią. Proces zdobywania
jego nazwiska nie był szczególnie trudny, ale powolny, rozdzielony na wszystko to, co musiał robić w tym czasie a także jego poszukiwanie Haze w mieście, do którego nigdy by się nie przyznał.
Gdy jego telefon rozbrzmiał wiadomością, zjawił się natychmiast.
Zbyt szybko, by resztki godności ochroniły go przed łatką
desperata, zbyt gorliwie by nie przypominać tego wiernego psa, który mimo wszystkiego, co przeżył, cieszył się na każdy, rzucony w jego stronę ochłap.
Piętnaście minut później tkwił przed drzwiami do jej mieszkania. Szesnaście minut później spoglądał na jej przerażoną twarz, na pusty wzrok, usta układające się w ciche słowa, których nie potrafił zrozumieć, na które natychmiast wyrzucił
co się stało?, szukając problemu do rozwiązania.
Szesnaście i pół minuty później gwałtowne nacisk na jego głowę zderzył czaszkę z framugą drzwi i gdy szok zmył eksplozję bólu, która wykwitnęła w miejscu uderzenia, ostatnim, co pozostało w narastającej ciemności był jego huk.
Przytomność wracała do niego powoli.
Najpierw była pulsującym bólem rozlewającym się po jego ciele. Później wrażeniem, że coś było
nie tak z jego pozycją, choć nie potrafił do końca ocenić co. Smrodem, który wdarł się do jego nozdrzy nieproszony. Oślepiającym światłem, które w miarę uporczywego mrugania, stawało się ciemne, niewystarczające.
Obcym głosem wypowiadającym włoskie słowa, który natychmiast przekształcił gorącą krew w jego żyłach w lód.
Jego wzrok prześlizgnął się po trójce mężczyzn, szukając w nich znajomej twarzy. Dłonie zacisnęły się, nadgarstki szarpnęły, usiłując znaleźć lukę w więzach, którymi były oplecione. Gdy świadomość własnego unieruchomienia i zdecydowanie nieprzyjemnych zamiarów tkwiących przy nim ludzi wreszcie opadła na jego przytomniejącym umyśle, adrenalina natychmiast wystrzeliła w jego ciele, niosąc ze sobą nieprzyjemną nowinę.
A wtedy ją dostrzegł.
Tkwiącą na ziemi, ściskającą przy sobie kogoś, kto przypominał jej młodszą wersję. Dostrzegł jej przerażenie, sposób, w którym tkwiła skulona, wciśnięta w kąt, jakby znalazła dla siebie miejsce, w którym najmniej mogła przyciągać czyjąś uwagę.
Przez jeden, krótki moment jego serce oblał strach.
Jedno uderzenie serca w którym pomyślał, że zaciągnęli ją tutaj po to, by ją skrzywdzić, a za jej pomocą skrzywdzić jego. Że faktycznie wyjechała z Toronto po swoją siostrę, na obóz piłkarski i gdy wróciła, została przechwycona przez kogoś, kto próbował do niego dotrzeć.
Drugie uderzenie, w którym uświadomił sobie, że
faktycznie mogło to wyrządzić mu krzywdę.
Spoglądanie na nią w tym pomieszczeniu generowało zupełnie inny poziom strachu niż ten oscylujący wokół jego własnego losu. Jego nadgarstki znów szarpnęły, wzrok utkwił w niej, wściekłość podsycana paniką na moment napędziła go do dalszego działania.
A później zaczął słuchać.
Nie lubił włoskiego. Uważał, że to przereklamowany język dla przereklamowanych ludzi. Pierwsze zdania wypowiadane do niego gdy dopiero odzyskiwał przytomność zlewały się w potok nieznanego bełkotu i dopiero gdy skupił się na tym, by z tego bełkotu wydobyć konkretne słowa i przytoczyć do nich odpowiednie znaczenie, zaczął s ł u c h a ć.
I wciąż docierało to do niego z opóźnieniem. Jego brwi zmarszczyły się, nie rozumiejąc, co usiłowali mu przekazać, a może nie chcąc zrozumieć.
To nie miało na razie znaczenia. Nie zamierzał pokazywać po sobie, że ziarenko zwątpienia zasiane w jego trzewiach oscylowało wokół tkwiącej w pomieszczeniu kobiety. Jeśli miał wydostać się z tego
cało i jeśli miał ją z tego wyciągnąć, nie zamierzał pokazywać, że w żaden sposób te słowa do niego trafiały.
Przynajmniej w założeniu.
-
Parlami in inglese, porco italiano - wycedził z pogardą, zadzierając głowę do góry by spojrzeć na tego, który ośmielał się do niego przemawiać z pozycji
siły. Wiódł wzrokiem po jego rysach, próbując przypisać go do dziesiątki innych pieprzonych Włochów plątających się po j e g o mieście. -
Czego chcesz?
what did you do