29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Okłamywała go od początku.
Nie tylko wtedy, kiedy opowiadała o siostrze i obozie, na który nigdy nie wyjechała. Również wtedy, kiedy mówiła mu prawdę, wystarczająco paskudną, żeby później móc już tylko milczeć; pozwolić, by cała reszta została gdzieś pod nią, niewypowiedziana. Tamta historia była prawdziwa. Łzy również. Wszystkie odruchowe wzdrygnięcia, od których nie potrafiła się odzwyczaić, nawet kiedy jego dłonie zaczęły kojarzyć jej się z czymś zupełnie innym.
To akurat nie było kłamstwem.
I nie bardzo wiedziała, co miałoby ją teraz usprawiedliwiać, skoro nawet tych kilku chwil, w których po prostu chciała, żeby został, nie mogła już nazwać udawaniem.
Próbowała trzymać go na dystans. Odmawiała, odsuwała się, uparcie patrzyła gdzieś obok jego twarzy, bo na twarz nie umiała patrzeć i jednocześnie mówić, że powinien przestać. A później musiała pilnować się, żeby nie cofnąć własnych słów, nie znaleźć jeszcze jednej rzeczy, dla której mógłby zostać trochę dłużej; choćby tak idiotycznej, jak niedopita kawa.
Kiedy wyszedł, nie poszła za nim.
Ale wieczorem wysłała wiadomość.
Poprosiła, żeby usunął jej numer. Żeby więcej nie dzwonił, nie pisał; zostawił ją w spokoju, którego sama przecież wcale nie chciała. Przez jakiś czas układała jeszcze przeprosiny, kasowała je, zaczynała od nowa, ale każda kolejna wersja zostawiała mu coś, czego mógłby się uchwycić, na co odpowiedzieć. Ostatecznie wysłała samą prośbę. Przytrzymała telefon przy sobie jeszcze chwilę, z kciukiem zawieszonym nad ekranem, zanim odłożyła go na drugi koniec stołu.
Wiedziała, że zwykła wiadomość mogłaby nie wystarczyć; zbyt mocno przeczyła temu, co jeszcze kilka godzin wcześniej zdradzało ją za każdym razem, kiedy znalazł się za blisko. I jemu też przecież nie umknęła ta zmiana. Dość wyraźnie dawał jej do zrozumienia, że nauczył się interpretować ją, niekoniecznie jej słowa.
Dlatego przeniosła się z mieszkania na parę dni do skromnego motelu obok Toronto. Na parę dni, podczas których zamierzała uporządkować wszystko to, co zamierzała zrobić.
Nie mogła już odwlekać decyzji – każdy kolejny dzień był niepodważalną katorgą dla nastoletniej dziewczyny; każdy kolejny dzień coraz głębiej zakorzeniał w jej sercu strach. Minęło już zdecydowanie zbyt dużo czasu.
Zbyt wiele z tych dni wynikło z jej egoizmu i chciwości.
Była jeszcze gorszym człowiekiem, niż myślała.
Nie miała monety, którą miała wymienić na siostrę.
A przynajmniej tak próbowała sobie to przedstawiać.
Bo monetę miała, oczywiście że tak, po dziś dzień czuła jak elektryczny impuls wspina się wzdłuż linii jej kręgosłupa, gdy tylko o niej myślała. Wreszcie miał monetę dokładnie taką, jakiej od początku od niej oczekiwano. Problem polegał na tym, że nie chciała już jej wydać.
Głupia była.
Choć do ostatniego momentu wierzyła, że może nie aż tak.
Wiadomość z jej numeru przyszła do Vincenta Monroe późnym wieczorem. Krótka, oszczędna; bez przeprosin, bez wyjaśnień, a z ich późniejszą intencją, i bez żadnej próby odniesienia się do tego, co napisała mu wcześniej. Zawierała właściwie tylko prośbę o spotkanie i miejsce, w którym miała na niego czekać.
Dokładnie taka, jaką mogłaby wysłać Haze, gdyby po kolejnej ucieczce z n ó w zmieniła zdanie. Gdyby kilka dni ciszy wystarczyło jej, żeby zatęsknić, znaleźć kolejny pretekst albo po prostu dojść do wniosku, że jednak nie chciała, żeby naprawdę zostawił ją w spokoju.
Nie byłoby w tym nawet niczego szczególnie nowego, w końcu odsuwała go już wcześniej; uciekała także. Wracała również.
Jak to Violet Haze.
I to ona otworzyła mu drzwi do mieszkania.
To na jej twarzy odmalowało się coś, czego chyba nawet nie próbowała już przed nim ukrywać; nie do końca skrucha, jeszcze nie rozpacz, raczej coś pomiędzy jednym a drugim, podszyte tym paskudnym rodzajem strachu, który sprawiał, że patrzyła na niego, jakby chciała przeprosić jeszcze zanim zdążył zapytać za co.
To jej usta złożyły się do czegoś, co mogło być krótkim ‘uciekaj’, ale to również jej głos wypowiedział, łamiące się, przepraszam.
I właściwie tylko tyle zdążyła mu dać.
Za Vincentem Monroe wyrósł ciemniejszy kształt odcinający się od korytarza dopiero wtedy, kiedy było już za późno, żeby cokolwiek z nim zrobić. Jeden na nagły ruch, zaraz po nim twardy, głuchy trzask głowy o futrynę, a później świat Monroe zaczął składać się z rzeczy, których nie dało się już utrzymać na miejscu. Światła wpadającego z mieszkania. Jego własnego ciężaru przelewającego się bezwładnie przez ręce Haze, kiedy próbowała go złapać, chociaż przecież nie mogła utrzymać go sama.
A później wszystko zalała ciemność.
Świadomość wróciła do niego kawałkami. Najpierw bólem; tępym, ciężkim, pulsującym dokładnie tam, gdzie głowa spotkała się wcześniej z futryną. Później zapachem, który nie pasował do mieszkania Haze ani do żadnego miejsca, w którym ktokolwiek chciałby się znaleźć dobrowolnie. Śmierdziało. Okropnie Jak coś przypominającego stare, zepsute mięso.
Ruch był niemożliwy – każdy jeden uświadamiał, że był skrępowany.
Przez kilka następnych sekund wszystko pozostawało jeszcze ciemną, niewyraźną plamą, która dopiero z czasem zaczęła układać się w konkretne kształty. Obskurne ściany. Jedna słaba, samotna żarówka zawieszona gdzieś wysoko. I trzech mężczyzn stojących nieco dalej, pochylonych ku sobie w rozmowie prowadzonej po włosku, na tyle spokojnej, jakby obecność związanego człowieka na środku pomieszczenia nie była niczym interesującym
Haze siedziała pod ścianą, blada, spięta, a tuż obok niej znacznie mniejsza, młodsza osoba, którą można było nazwać kopią tej pierwszej.
Jeden z mężczyzn zwrócił uwagę na Monroe, orientując się, że jego świadomość najwyraźniej wróciła.
— Finalmente sveglio, Monroe. Cominciavo a pensare che avessimo esagerato — odezwał się, błyskając zębami w rozbawieniu. Podszedł nieco bliżej, przyjrzał mu się uważnie, przechylając głowę. — Devo ammetterlo, ti immaginavo un po’ più impressionante. — Posłał mu złośliwy uśmiech. — Tutta quella reputazione.— Kącik jego ust uniósł się odrobinę wyżej. — E invece basta una porta, un colpo ben dato e guarda un po’. — Zaczął powoli obchodzić stary, stalowy słup, do którego przykuto więźnia. — Sai, è davvero difficile arrivare a te — westchnął z udawanym przejęciem, by pociągnąć dalej: — Uomini, porte, occhi ovunque. Una fatica terribile — wyliczył, zatrzymując się poza polem widzenia mężczyzny. — Per un po’ abbiamo pensato di dover trovare un modo per entrare. — Zawiesił głos na moment, uśmiechając się pod nosem, przechodząc powoli dalej, znów pojawiając się w zasięgu wzroku Monroe. — Poi abbiamo capito che non era necessario. — Dopiero wtedy jego spojrzenie powoli przesunęło się w stronę drugiego końca pomieszczenia. — A volte basta trovare qualcuno che è già dentro. — Uśmiechnął się czarująco w stronę Violet. — Vero, bella? — Haze nie zareagowała. Patrzyła jedynie na niego z czymś pomiędzy odrazą i strachem. — Właśnie opowiadam mojemu przyjacielowi — podjął, płynnie przechodząc do angielskiego, choć nie bez słyszalnego akcentu — o tym jak bardzo byłaś dla nas skuteczna.
like a lamb to the slaughter
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

perfect crime, sweet and deadly
i'll never be your compromise and you will not be mine
Zniknęła.
To robiła zawsze, do pewnego stopnia. Pojawiała się w jego życiu, prosiła wymagała, by do niej przyjechał, by jej pomógł, by skierował w jej stronę swoją uwagę po to, by następnie odwrócić się, ruszyć w innym kierunku - bez niego. Zdążył do tego przywyknąć, nawet jeśli każdy z tych przypadków wywoływał w nim napływ frustracji, której źródła nie potrafił w pełni zidentyfikować.
Z jednej strony, irytowała go Violet Haze.
Z drugiej równie mocno irytował go fakt tego, że nie potrafił wyrzucić jej ze swojej głowy.
Wracała do niego we własnym odbiciu, w przyklejonym do jego skroni, idiotycznym plastrze z dinozaurami. W kawie, którą przynoszono mu z kawiarni, a którą zaczął pić dokładnie taką, jak ona, choć sam nie wiedział dlaczego. W scenie Rapture, na której dziesięciokrotnie śpiewali inni zarówno przed, jak i po niej, a on wciąż kątem oka, tkwiąc w loży, mógłby przysiąc, że widział właśnie nią - w tej sukience, w której pojawiła się w klubie po raz pierwszy.
Jak na tak zdystansowaną, nieobecną osobę Haze była cholernie obecna w jego codzienności. Otaczała go z każdej strony, w ciemnych włosach obcej kobiety migającej w neonowym świetle klubu, w krzyżówkach rozwiązywanych na poczekaniu przez jego ochroniarza, w gwiździe Avisa przywołującego do siebie swojego psa.
Ten raz był jednak inny niż wszystkie.
Chciałby powiedzieć, że jego intuicja ostrzegła go o tym zawczasu - prawda była jednak taka, że dopiero gdy przeczytał jej wiadomość, pomarańczowe lampki po raz pierwszy zapaliły się w jego głowie. Jeszcze nie czerwone, ale już ostrzegawczo informujące go o nadciągającym, zimnym froncie.
Potrafił to sobie zracjonalizować - dystans, którego potrzebowała, tym razem bardziej desperacko niż kiedykolwiek wcześniej.
Szczerość, na którą się zdecydowała, miała swoją cenę. Wszystko zdawało się mieć w jej przypadku - każdy gest, każdy dotyk, każde słowo zbyt bliższe prawdy niż powinno, wszystko to sumowało się na końcu by Haze skrupulatne tę wartość odejmowała w ciągu następnych dni. Tym razem suma była duża, nie tylko przez zdradzony przez nią fragment przeszłości, ale też taniec, bliskość, jego dłoń na kobiecej talii, której dotyk wciąż potrafił wyczuć pod swoimi palcami.
Dlatego c z e k a ł, choć odrobinę bardziej zaniepokojony niż wcześniej - tym bardziej gdy odkrył, że nie było jej w swoim mieszkaniu.
Nie był na tyle desperatem, by przy nim wyczekiwać jak wierny, porzucony pies, zresztą podejrzewał, że było to ostatnie, czego by sobie życzyła. Miał za to wystarczająco desperacji w sobie by oddelegować za to osobę, która dyskretnie zrobi to za niego. Poza natrętnym posiadaczem szczura, który również jemu ochroniarzowi sprawiał problemy, ten nie przyniósł jednak żadnej, wartościowej informacji - Haze zniknęła.
Może pojechała po swoją siostrę, pomyślał.
Może przeniosła się do koleżanki bo wiedział, pod jakim adresem mieszkała.
W tym czasie dowiadywał się bardzo wielu rzeczy na jej temat, które prawdopodobnie wolałaby zdradzić mu własnoręcznie - bądź nie zdradzać w ogóle. Dowiedział się na przykład, w jakiej firmie pracowała w Stanach. Z niej wyciągnął listę wszystkich pracowników, którzy znajdowali się w niej nad nią. Proces zdobywania jego nazwiska nie był szczególnie trudny, ale powolny, rozdzielony na wszystko to, co musiał robić w tym czasie a także jego poszukiwanie Haze w mieście, do którego nigdy by się nie przyznał.
Gdy jego telefon rozbrzmiał wiadomością, zjawił się natychmiast.
Zbyt szybko, by resztki godności ochroniły go przed łatką desperata, zbyt gorliwie by nie przypominać tego wiernego psa, który mimo wszystkiego, co przeżył, cieszył się na każdy, rzucony w jego stronę ochłap.
Piętnaście minut później tkwił przed drzwiami do jej mieszkania. Szesnaście minut później spoglądał na jej przerażoną twarz, na pusty wzrok, usta układające się w ciche słowa, których nie potrafił zrozumieć, na które natychmiast wyrzucił co się stało?, szukając problemu do rozwiązania.
Szesnaście i pół minuty później gwałtowne nacisk na jego głowę zderzył czaszkę z framugą drzwi i gdy szok zmył eksplozję bólu, która wykwitnęła w miejscu uderzenia, ostatnim, co pozostało w narastającej ciemności był jego huk.
Przytomność wracała do niego powoli.
Najpierw była pulsującym bólem rozlewającym się po jego ciele. Później wrażeniem, że coś było nie tak z jego pozycją, choć nie potrafił do końca ocenić co. Smrodem, który wdarł się do jego nozdrzy nieproszony. Oślepiającym światłem, które w miarę uporczywego mrugania, stawało się ciemne, niewystarczające.
Obcym głosem wypowiadającym włoskie słowa, który natychmiast przekształcił gorącą krew w jego żyłach w lód.
Jego wzrok prześlizgnął się po trójce mężczyzn, szukając w nich znajomej twarzy. Dłonie zacisnęły się, nadgarstki szarpnęły, usiłując znaleźć lukę w więzach, którymi były oplecione. Gdy świadomość własnego unieruchomienia i zdecydowanie nieprzyjemnych zamiarów tkwiących przy nim ludzi wreszcie opadła na jego przytomniejącym umyśle, adrenalina natychmiast wystrzeliła w jego ciele, niosąc ze sobą nieprzyjemną nowinę.
A wtedy ją dostrzegł.
Tkwiącą na ziemi, ściskającą przy sobie kogoś, kto przypominał jej młodszą wersję. Dostrzegł jej przerażenie, sposób, w którym tkwiła skulona, wciśnięta w kąt, jakby znalazła dla siebie miejsce, w którym najmniej mogła przyciągać czyjąś uwagę.
Przez jeden, krótki moment jego serce oblał strach.
Jedno uderzenie serca w którym pomyślał, że zaciągnęli ją tutaj po to, by ją skrzywdzić, a za jej pomocą skrzywdzić jego. Że faktycznie wyjechała z Toronto po swoją siostrę, na obóz piłkarski i gdy wróciła, została przechwycona przez kogoś, kto próbował do niego dotrzeć.
Drugie uderzenie, w którym uświadomił sobie, że faktycznie mogło to wyrządzić mu krzywdę.
Spoglądanie na nią w tym pomieszczeniu generowało zupełnie inny poziom strachu niż ten oscylujący wokół jego własnego losu. Jego nadgarstki znów szarpnęły, wzrok utkwił w niej, wściekłość podsycana paniką na moment napędziła go do dalszego działania.
A później zaczął słuchać.
Nie lubił włoskiego. Uważał, że to przereklamowany język dla przereklamowanych ludzi. Pierwsze zdania wypowiadane do niego gdy dopiero odzyskiwał przytomność zlewały się w potok nieznanego bełkotu i dopiero gdy skupił się na tym, by z tego bełkotu wydobyć konkretne słowa i przytoczyć do nich odpowiednie znaczenie, zaczął s ł u c h a ć.
I wciąż docierało to do niego z opóźnieniem. Jego brwi zmarszczyły się, nie rozumiejąc, co usiłowali mu przekazać, a może nie chcąc zrozumieć.
To nie miało na razie znaczenia. Nie zamierzał pokazywać po sobie, że ziarenko zwątpienia zasiane w jego trzewiach oscylowało wokół tkwiącej w pomieszczeniu kobiety. Jeśli miał wydostać się z tego cało i jeśli miał ją z tego wyciągnąć, nie zamierzał pokazywać, że w żaden sposób te słowa do niego trafiały.
Przynajmniej w założeniu.
- Parlami in inglese, porco italiano - wycedził z pogardą, zadzierając głowę do góry by spojrzeć na tego, który ośmielał się do niego przemawiać z pozycji siły. Wiódł wzrokiem po jego rysach, próbując przypisać go do dziesiątki innych pieprzonych Włochów plątających się po j e g o mieście. - Czego chcesz?

what did you do
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mężczyzna roześmiał się cicho; ledwie krótkim parsknięciem, które nie zdążyło jeszcze zgasnąć, kiedy przeniósł ciężar na jedną stronę ciała. Ułamek sekundy później podeszwa jego buta precyzyjnie trafiła Vincenta w szczękę z suchym trzaskiem, odrzucając mu głowę na bok, a uśmiech na twarzy Włocha nawet nie drgnął.
— Eppure mi capisci benissimo — rzucił spokojnie, cofając nogę. — Porco italiano było odrobinę nieuprzejme — dodał, pozwalając eleganckiemu grymasowi trwać. — Pensavo che avremmo potuto parlare tra noi in italiano. Non volevo riempire quella bella testolina della nostra padrona di casa con faccende che non la riguardano affatto.
Dopiero wtedy zerknął przez ramię na kobietę i nastolatkę z rozbawieniem, które nie miało w sobie ani grama ciepła.
— Ma se ci tieni tanto a non avere segreti con lei… — wrócił spojrzeniem do Vincenta i lekko wzruszył ramieniem. — E sia. Inglese. — Skrzyżował ramiona na torsie. — Słyszałaś, dolcezza? Twój przyjaciel najwyraźniej nie chce mieć przed tobą tajemnic.
Haze skurczyła się pod jego spojrzeniem, odruchowo przyciągając do siebie bliżej siostrę. Jej wzrok, pomimo tego, że wiedziała, iż nie powinien, uciekł w stronę Monroe, zatrzymując się na jego twarzy, na szczęce, którą Włoch przed chwilą potraktował brutalnie. Wciąż pod czaszką słyszała echo zderzenia buta mężczyzny z Vincentem; coś paskudnie suchego, stanowczo zbyt wyraźnego, żeby mogła po prostu zacisnąć zęby i udawać, że nie dotarło do niej tak naprawdę.
Dotarło.
Tak mocno, że przez chwilę nie mogła nabrać powietrza do końca, chociaż usta rozchyliły się odruchowo, jeszcze zanim zdołała nad tym zapanować. Chciała coś powiedzieć. Przerwać mu, zanim znów przeniesie ciężar ciała, zanim ten sam but oderwie się od podłogi po raz kolejny; ale siostrę miała przyciśniętą do własnego boku, pod dłonią czuła jej ramię i nie potrafiła zmusić się nawet do zrobienia kroku.
Jeszcze niedawno dotykała jego twarzy.
Ta myśl przyszła zupełnie niepotrzebnie; pamiętała szorstkość pod opuszkami, ciepło skóry, własny nadgarstek przy jego ustach. I nie umiała przestać patrzeć na miejsce, w które przed chwilą trafił but. Jak gdyby od samego patrzenia cokolwiek mogło się zmienić, jak gdyby mogła cofnąć chociaż ten jeden ruch, skoro cała reszta była już przecież wystarczająco…
Przełknęła ślinę, urywając myśl.
Włoch zaczekał chwilę na odpowiedź. Nie otrzymawszy jej, odwrócił się do kobiet bardziej, z ramionami wciąż skrzyżowanymi na torsie.
— A ty? — zapytał. — Też jesteś z nim taka szczera?
Spojrzenie Violet przeskoczyło na jego twarz. Przez tę jedną, idiotyczną chwilę miała ochotę zaprzeczyć, chociaż nawet nie wiedziała czemu właściwie; pytaniu, temu rozbawieniu, wszystkiemu, co zamierzał powiedzieć później. W gardle nie znalazła jednak niczego poza ciasnym, bolesnym skurczem.
On nadal się uśmiechał.
— Możesz odpowiedzieć, dolcezza. — Przysiadł na stosie starych palet. — Mamy czas, poczekamy
Nie patrzyła już na Monroe. Nie mogła, nie teraz, kiedy wystarczyło podnieść oczy, żeby musieć zobaczyć go razem z całą tą resztą; z siostrą przy swoim boku i człowiekiem, który przed chwilą go kopnął, a teraz zupełnie swobodnie czekał, aż ona znajdzie coś do powiedzenia.
Kilka dni milczenia. Wiadomość, która miała zakończyć wszystko, zanim stanie się coś, czego nie zdoła już naprawić. Głupie przekonanie, że sama to naprawi. Że nikt nie będzie musiał płacić.
I on tutaj.
Wsunęła drugą dłoń pomiędzy siebie a siostrę, szukając jej palców, niepewnie, po omacku. Przytrzymała je, choć własne miała tak zimne, że ten dotyk nie mógł przynieść żadnego ukojenia.
— Nie… — wydostało się z niej w końcu.
Włoch uniósł lekko brwi.
— Nie byłaś szczera? — podsunął, wciąż z tym swoim niewielkim, irytującym uśmiechem. — Czy nie chcesz, żebym o tym mówił?
Violet zacisnęła usta. Podniesienie wzroku kosztowało ją więcej, niż powinno; zatrzymała go na twarzy mężczyzny, uparcie, byle tylko nie uciekł znów w stronę Vincenta.
— Nie przy niej — dopowiedziała ciszej, przyciągając siostrę jeszcze odrobinę bliżej.
Mężczyzna przyglądał jej się jeszcze przez moment, po czym pokiwał głową, niemal pobłażliwie. Zwrócił się jednak ciałem w stronę Vincenta, tracąc na chwilę zainteresowanie dwójką.
— Che ne pensi della mia amica, Monroe? — zagaił znów po włosku, rzucając krótkie spojrzenie przez ramię w stronę Violet. — È bella, non trovi? Anche più di quanto mi aspettassi. — Kącik ust drgnął mu odrobinę wyżej. — E anche piuttosto sveglia. — Przechylił nieco głowę, pochylając się. Oparł łokcie o nogi, zniżając głos. — Senza di lei sarebbe stato molto più difficile riuscire a incontrarti da solo e parlare d’affari come si deve. Per fortuna mi ha dato una mano. Da brava amica. — Raz jeszcze spojrzał w kierunku Haze, powoli jednak przenosząc uwagę z powrotem na Monroe. Kącik jego ust drgnął, wyciągając uśmiech do triumfalnego. — Sai come si dice? Il tradimento non viene mai dai tuoi nemici.
all the time i tried
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uderzenie pchnęło w jego szczękę falę rozchodzącego się po kości bólu. Jego głowa odskoczyła w bok, ślad metalicznego posmaku krwi zatańczył na języku gdy jego usta wygięły się w grymasie - a jednocześnie, w sposób zupełnie nieracjonalny, coś w jego wnętrzu uradowało się w reakcji na ten gest.
To, co drzemało w nim od samego początku, co bardzo powoli wychodziło z letargu, ogarniając go rosnącą wściekłością.
Jego wzrok zatrzymał się na twarzy mężczyzny, wreszcie przypisując ją do nazwiska. Nie był w pełni zorientowany w układach ich małej mafii, wiedział jednak, że nie była tak jednorodna jak może chciałaby być. Nigdy nie współpracował ze Scalvini, nie wiedział, czym mężczyzna zajmował się w swoim małym bagnie - wiedział za to, że po zapoznaniu się z podeszwą jego buta, prędzej czy później pomoże mu w przyśpieszonym zakończeniu jego kariery.
- Non parlerò ai maiali nella loro lingua - odrzucił, z błyskiem prowokacji pojawiającym się w jego oku samoistnie. - Non mi interessa cosa pensa lei.
Włoskie słowa odbijały się echem w jego głowie i wciąż, to samo miejsce, które wygospodarował dla niej w swoim sercu, to, które potrafiło być łagodne i miękkie, kurczowo puszczało co drugie słowo bokiem, chwytało się niewiedzy i usiłowało trzymać ją przed jego oczami możliwie jak najdłużej.
Dopiero któreś ze zdań wypowiedzianych przez Włocha sprawiło, że jego wzrok znów, powoli, przeniósł się w stronę kobiety. Niewiedza zaczynała się rozsypywać, kawałek po kawałku, oferując coraz mniejszą zasłonę tkwiącą pomiędzy nim, a układanką, jaką była Violet Haze.
Układanką, którą myślał, że już złożył.
Układanką, na którą teraz rzucano zupełnie inne, ostre światło i w jego promieniach dostrzegał miejsca, w których zestawione ze sobą elementy schodziły się brzydko, nierówno. Wszystko, co udało mu się poskładać w oparciu o posiadane przez siebie informacje nagle okazywało się niekompletne, pozbawione wartościowego sedna.
Wiadomość, w której prosiła go o przybycie do jej mieszkania po to, by stanąć w jego progu ze zbolałą, przerażoną miną. Usta formujące się w słowa, których nie rozumiał, a teraz nagle boleśnie przypominały przepraszam. Huk jego własnej czaszki uderzającej o framugę.
È bella, non trovi?
Poczucie zdrady puszczało korzenie w jego klatce piersiowej, oplatało płuca, sięgało do płuc, jak plaga zmierzająca wprost do tego miejsca, które trzymał wyłącznie dla niej - i to właśnie miejsce tkwiło teraz jak ostatni bastion, zasiewając w nim niepewność. Błogą nieufność wobec słów, które przecież Scalvini wypowiadał głośno i dosadnie, które powinny do niego t r a f i ć, lecz zamiast tego nie trafiały wcale, jak sygnały wysyłane mu przez kobietę, jak jej odmowy i próby odsunięcia się, jak wszystko to, co mówiła o nich, o sobie.
Życie jednego degenerata za twoje szczęście.
Jego wzrok przemknął po skulonej sylwetce kobiety, zatrzymał się na jej młodszej kopii. Irracjonalna złość spłynęła na niego wraz z jej odmową, ze sposobem, w jaki przytuliła siostrę do siebie. Nie było powodu, dla którego ona powinna tutaj być - czy nie była na pieprzonym obozie piłkarskim? Kłamstwo, jedno, namacalne, do którego dochodził z opóźnieniem, wciąż nie pozwalając, by jego serce całkiem poddało się nadciągającej pladze.
- Dlaczego nie, Violet? - syknął, nie słuchając Luci, nie słuchając niczego z tych rzeczy, które usiłował mu przekazać. Jego nadgarstki napierały na sztywne więzy, lecz głowa pozostawała zwrócona w jej kierunku, kompletnie ignorując przy tym obecność pozostałych.
Szczerość, tego jednego nie chciała mu zaoferować.
Ponieważ obok tkwiła jej siostra. Ponieważ z jakiegoś powodu nie była w stanie dać mu nawet tego, tego pierdolonego minimum po tym, gdy kazała mu stawić się w swoim mieszkaniu ze świadomością tego, co się z nim stanie. Nie potrafiła zdobyć się nawet na jedno słowo, ponieważ to byłoby usłyszane przez młodą dziewczynę, która w tej chwili całkowicie go nie interesowała.
- Nie chcesz, żeby twoja siostra dowiedziała się, co zrobiłaś? - wycedził, z uporem wpatrując się w n i ą, ignorując wszystkich innych. Innych, których słowa nie miały odpowiedniego przebicia, musiał usłyszeć to od n i e j, musiał widzieć jej twarz, czuć jej wzrok na sobie gdy mówiła mu prawdę. - Ale ja chcę, Haze.
Jego klatka piersiowa uniosła się w górę, gdy wypełniająca go furia wreszcie zaczynała się rozlewać na resztę ciała, gdy jego oddech przyśpieszył, dłonie szarpnęły, więzy boleśnie wpiły się w jego ciało i skórę.
Musiał to u s ł y s z e ć, choćby za każde wypowiedziane przez siebie słowo miał otrzymać kolejny kopniak od tkwiącej obok, włoskiej świni.
- Co zrobiłaś? - warknął, głośniej, dosadniej, z głosem, nad którym nie było w stanie zapanować to wydzielone dla niej miejsce, głosem tak pozbawionym zarezerwowanej przeznaczonej dla niej łagodności, że trudno byłoby uwierzyć, że kiedykolwiek był do niej zdolny.

what did you do, haze
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Skuliła się odruchowo, zanim zdążyła naprawdę usłyszeć pytanie. Wystarczył jego głos; ta zmiana, przy której ramiona same podeszły wyżej, a palce zacisnęły się mocniej na dłoni trzymanej pomiędzy nią a siostrą. Dopiero po chwili zorientowała się, jak mocno ją ściskała. Poluzowała uścisk, ostrożnie, przesuwając kciukiem po jej skórze.
Nie powinna była się przed nim kulić. Nie teraz, nie w tej sytuacji, kiedy to on siedział skrępowany, a ona nadal próbowała wybierać, które rzeczy mogły zostać wypowiedziane, a które należało zachować dla siebie.
— Ona wystarczająco już przeszła — powiedziała cicho, podnosząc na niego wzrok. Głos zadrżał przy ostatnim słowie; zacisnęła usta na moment, zanim spróbowała ponownie. — Nie musi jeszcze tego słuchać, proszę.
Przyciągnęła siostrę bliżej, nieznacznie obracając się ku niej ramieniem. Głupi, zupełnie bezradny ruch; nie mogła przecież zasłonić jej przed słowami własnym ciałem, nie mogła oddzielić jej od całej reszty pomieszczenia.
— Powiem ci — dodała pospiesznie. — Tylko pozwól…
Urwała. To przecież nie on decydował, czy dziewczyna mogła wyjść. Spojrzenie uciekło jej w stronę Włocha, siedzącego na paletach.
— Zabierzcie ją stąd. Nie musi przy tym być.
Luca uniósł brwi, po czym rozsiadł się odrobinę wygodniej. Powoli przesunął spojrzenie z niej na Monroe, z tym samym niewielkim uśmiechem, który teraz poszerzył się, odsłaniając zęby.
— Proszę, nie przerywajcie sobie —rzucił niemal uprzejmie. — Zaczyna się robić ciekawie.
Przez chwilę patrzyła na niego, z ustami wciąż rozchylonymi do czegoś, czego ostatecznie nie wypowiedziała. Żadna kolejna prośba nie brzmiała w jej głowie choć odrobinę lepiej od poprzedniej. Zostało jej tylko to samo proszę, coraz bardziej żałosne przy człowieku, który najwyraźniej znalazł sobie wygodne miejsce do oglądania ich obojga, jak gdyby dopadł bilety w pierwszym rzędzie do obejrzenia dramatu na żywo.
Ale nikt nie pozwolił dziewczynie odejść.
Przy następnym wdechu smród pomieszczenia podszedł jej wysoko pod gardło. Przełknęła gwałtownie ślinę, opuszczając głowę.
— Nie była na obozie — powiedziała w końcu.
To akurat wiedział już przecież sam. Nie potrzebował jej, żeby połączyć obecność nastolatki z kłamstwem, którym zasłoniła jej nieobecność, kiedy zapytał o fotografię. Pamiętała nawet, jak szybko wróciła wtedy do czegoś innego; jak łatwo pozwolił jej zostawić ten temat, bo podsunęła mu kolejny.
— Porwali ją, grozili że ją sprzedadzą… jak zabawkę, bo takie młode, niewinne dziewczyny są tak wiele warte. Błagałam ich, żeby ją zostawili. Ma przecież tylko czternaście lat. Prosiłam, żeby mnie. Obiecywałam, że zrobię wszystko. — Wolną dłonią zaczepiła o materiał luźnych spodni przy kolanie. Przesunęła po nim opuszkami , zanim zwinęła palce, gniotąc go w garści. — Wtedy zaproponowano mi układ, który wtedy był niemal idealny. Miałam się zbliżyć do innego zbrodniarza, innego potwora, innej kanalii – tak to opisywali. Zdobyć zaufanie, znaleźć sposób, żeby mogli dotrzeć do konkretnej osoby. — Czuła jak jej ciało zadrżało w pierwszej, silnej odpowiedzi na sytuację. — To był dobry układ. Życie jednego, kolejnego degenerata za bezpieczeństwo mojej siostry. Za to, żeby nie zmienili jej życia w piekło. — Spojrzenie zatrzymało się na jego szczęce. Powinna była podnieść je wyżej, wiedziała o tym, ale wciąż widziała tam miejsce, w które trafił but; za każdym razem, kiedy próbowała przejść ponad nim, wracała dokładnie do tego samego punktu. — To był dobry układ — powtórzyła, czując jak jej gardło zaciska się niemal boleśnie.
Był.
W pewnym momencie przestał tak brzmieć.
W pewnym momencie przestał nim być.
Nienawidziła siebie za to, że to się tak zmieniło, ale jednocześnie nie potrafiła sobie powiedzieć, że całkowicie tego żałowała.
Zachłanny, pazerny.
Egoistyczny, bezduszny.
Najpodlejszy rodzaj człowieka.
To o n a.
Wiedziała przecież, że przyjedzie.
Już wtedy, podczas burzy, kiedy światła jego samochodu pojawiły się za Fordem, a ona poczuła ulgę. Wystarczyło zadzwonić. Po wszystkim, po jej wyjściu bez słowa z apartamentu, po ciszy, którą sama zostawiła między nimi, nadal wystarczyło zadzwonić.
A potem były jeszcze kolejne dni. Jej palce znieruchomiały na materiale.
Siostra przez cały ten czas nie wracała do domu, a ona znajdowała powody, żeby jeszcze nie kończyć. Jeszcze się odsunąć. Jeszcze poczekać, aż wymyśli coś innego, chociaż nie wymyślała przecież niczego; tylko coraz trudniej było tylko oddać człowieka, którego przestała widzieć tak, jak kazano jej widzieć na początku.
Wilgoć zebrała się pod powiekami. Mrugnęła mocniej, niepotrzebnie, bo jedna łza i tak przesunęła się po policzku.
— Chciałam… Musiałam ją chronić — powiedziała słabo, cicho, niemal ledwie słyszalnie.
from the very beginning, there was only ever one monster among us
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ta miękka część zaszyta w jego klatce piersiowej nadal reagowała na Violet Haze.
Na sposób, w jaki układało się jej ciało, w jaki sztywniała pod wpływem jego głosu. Na to jak mocno ściskała dłoń swojej siostry, a później szarpała długą nogawkę spodni. Na to jak blada była jej twarz, głos drżący, chaotycznie odpowiadający na pytanie, na które żądał odpowiedzi.
Ustawiony na widowni Scalvini w żaden sposób go nie obchodził, choć to przecież przez niego znaleźli się w tym miejscu i to jego but groził kolejnym zderzeniem z jego szczęką.
Na krótką chwilę znów liczyła się tylko o n a.
I wszystko to, co wreszcie musiała wyrzucić na światło dzienne, drżącym głosem, wewnątrz ciasnego pokoju przesiąkniętego smrodem krwi i śmierci.
Życie jednego degenerata za twoje szczęście.
Jakże ś l e p y był wypowiadając te słowa myśląc, że mówili w tamtej chwili o czymś zupełnie innym - o mężczyźnie, który ją skrzywdził, mężczyźnie, którego zaczął nawet szukać, a który równie dobrze mógł nie istnieć, nie w formie, którą mu przekazała. Tak, jak nie istniał żaden z dni tego ostatniego miesiąca, żaden spędzony wspólnie dzień bądź noc.
Wszystko nagle nabrało zupełnie innego znaczenia.
To, jak losowo pojawiła się w Rapture polecona przez kogoś, kogo nie potrafił do końca zidentyfikować. To, jak przypadkiem wpadła do jego loży, uciekając przed nagabującym ją politykiem. Jak nie zważała na krew, pistolet w jej dłoni, jak była w stanie przełknąć wszystko, byle tylko wciąż trzymać się w jego towarzystwie.
Jak znikała, gdy jego towarzystwo stawało się zbyt trudne do zniesienia.
Jak pojawiała się znów, gdy wypychali ją przez próg, zmuszając do tego, by osiągnęła wyznaczony jej cel.
Relacja, która wcale nie była chaotyczna - była wykalkulowana, zaplanowana pod każdym, pierdolonym kątem, łącznie z wybraniem j e j do tego zadania. J e j, o ślicznej twarzy i interesującym charakterze, o naturalnej skłonności do grania niedostępnej i owijania go sobie na sznurek - bo czy nie było bardziej niedostępnej kobiety od tej, która była do każdej interakcji z m u s z a n a?
- Spisałaś się idealnie, Haze - wycedził, pogarda wkradała się do jego głosu wraz z gniewem. - Nie mogli wybrać lepiej.
Chciałby, żeby przestawianie się tej układanki było bezbolesne. By po prostu brało elementy, które wcześniej umieścił w niewłaściwych miejscach i wsadzał je tam, gdzie miały być od początku. Zamiast tego, obraz Violet stworzony w jego głowie rozrywał się na części w gwałtownych szarpnięciach, zostawiających po sobie rozgoryczenie i ból - a wraz z każdym oderwanym kawałkiem, rozpadał się fragment tego miejsca, które zbudował w swoim sercu dla niej.
Słowo za słowem, myśl za myślą, resztki łagodności i resztki jego zrozumienia znikały, jak cegła po cegle niszczejąc do fundamentów, ulegając nadciągającej zgniliźnie. Rozpadały się na pierwiastki pierwsze esencji jego człowieczeństwa, z których wcześniej pieczołowicie wybrał wszystkie dobre składniki i teraz całe to dobro, które zgromadził w jednym miejscu, rozpierzchało się po czterech ścianach naznaczonego śmiercią pomieszczenia.
A pośród tego wszystkiego, pośród jego poczucia bycia zdradzonym i dziwnego bólu w jego piersi, na wzór wbitego w nią ostrza, pojawiło się zupełnie inne, irracjonalne uczucie. To z nim przeniósł swój wzrok na dziewczynę, którą trzymała blisko, zaledwie dziecko, drobne, skulone, w żaden sposób niezainteresowane uczestnictwem w tej farsie, do której zostało wciągnięte.
To oczywiste, że poświęciła jednego degenerata za nią. Była jej siostrą.
Powinien to pojąć, powinien nawet w tej sytuacji wykrzesać z siebie odrobinę współczucia, sympatyzować z kobietą, dla której wybór był tylko jeden. Ich relacja oparta była na fałszu, lecz nawet bez niego brakowało jej głębi, która mogłaby choćby zbliżyć Violet do podejmowania niełatwej decyzji. Nigdy nie mógł wygrać z rodziną.
I właśnie to wzbudzało w nim tę irracjonalną, narcystyczną z ł o ś ć.
Ponieważ nigdy nie był po drugiej stronie takiego równania. Nie miał rodziny, dla której niezależnie od okoliczności byłby bezwarunkowym wyborem. Każdy wybór, którego był częścią, stanowił pewien element transakcji - nikt nie wybierał go bezapelacyjnie. Musiał sobie na to zasłużyć - waluta była zmienna. Pieniądze, wartość biznesowa, uwaga, troska, seks. Nikt nigdy nie podarował mu niczego przez sam fakt tej samej krwi płynącej w jego żyłach.
I w tej egoistycznej świadomości tego, że dla Haze to nawet nie był wybór, jego wściekłość przeniosła się nawet na drobną istotę tkwiącą w jej ramionach.
Przez sam fakt tego, jak o c z y w i s t y m wyborem była.
- I jak wyszłaś na tym dobrym układzie? - zaszydził, pochylając się do przodu zaledwie tyle, ile udało mu się to zrobić z więzami wpijającymi się w ręce. - Ochroniłaś ją? - zadrwił, wskazując podbródkiem jej miniaturkę, tkwiącą w tym samym, gównianym pomieszczeniu w którym tkwił on. Resztki racjonalności podpowiadały mu, że być może na jej miejscu podjąłby dokładnie taką samą decyzję - złość zaś odpowiadała, że nigdy nie stanął, ani nie stanie przed takim dylematem. - Myślisz, że którakolwiek z was wyjdzie stąd żywa?

family first, always
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Właśnie w tym rzecz, że nie spisałam się idealnie, nie widzisz? — odparowała niemal od razu, niekontrolowanie, gdy wybrzmiał zarzut w zdradliwej formie komplementu, którym nigdy miał nie być.
Powiedziała to jednak tak cicho, że słowa mogły w ogóle do niego nie dotrzeć, zatrzymać się gdzieś pomiędzy jej ściśniętym gardłem a przestrzenią, którą wypełniał jego głos. Nie powtórzyła ich jednak; nie kiedy dopiero z opóźnieniem dotarła do niej świadomośc znajdującej się przecież tuż obok siostry.
Gdyby spisała się idealnie, nie potrzebowałaby tylu kolejnych dni. Nie pozwoliłaby, żeby plan, z początku tak prosty, zaczął obrastać rzeczami, których później nie potrafiła od niego oddzielić; żeby człowiek, którego miała im wydać, przestał być wyłącznie człowiekiem, którego miała im wydać. I nie siedziałaby teraz tutaj, próbując powiedzieć mu coś, co nie zmieniłoby przecież ani jego położenia, ani tego, co zrobiła.
Chciała tylko, żeby wiedział.
To też było zachłanne.
Patrzyła na Monroe; wreszcie naprawdę, bez wybierania bezpiecznego punktu przy jego twarzy, i coraz trudniej było znaleźć w tym widoku coś, czego mogłaby się przytrzymać. Znała go przecież wściekłego. Widziała, jak niewiele dzieliło słowa od przemocy, wiedziała do czego był zdolny. Nawet jego głos zdążył już wcześniej sprawić, że cofała się odruchowo.
Tyle że później łagodniał.
Przy niej.
Teraz jednak słuchała tej pogardy i nie potrafiła nawet spróbować wmówić sobie, że źle ją usłyszała. Że przesadziła, uchwyciła niewłaściwy ton albo znów dopisała do niego coś, czego wcale nie miał na myśli. Nie było tu czego źle odczytać. Przy własnym nazwisku poczuła krótkie szarpnięcie pod mostkiem; głupie, bo przecież nazywał ją tak od początku, a jednak jeszcze niedawno brzmiało ono zupełnie inaczej.
Tak samo wyglądała jego twarz.
To było chyba najtrudniejsze. Że nadal rozpoznawała wszystkie jej drobne szczegóły, mogłaby odtworzyć z pamięci miejsca, których dotykała, a jednocześnie coraz mniej potrafiła rozpoznać w tym, jak zwracał się do niej.
I sama do tego doprowadziła.
Jeszcze niedawno upierała się, że nie był taki zły, jak sam o sobie mówił. Miała na to przecież niezbite dowody – nie wymyśliła ich przecież. Były te wszystkie rzeczy, których nie musiał robić, była ta jego ostrożność, której musiał się przy niej zachowywać, wszystkie te momenty, kiedy mogła się odsunąć, a on pozwalał jej na to, nawet jeżeli nie rozumiał dlaczego. Nie wymyśliła ich sobie. Nie były mniej prawdziwe tylko dlatego, że teraz mówił do niej w ten sposób, ale mogła sprawić, żeby nigdy więcej nie chciał.
I właśnie to zrobiła.
Zacisnęła zęby na kolejnych słowach, zanim spróbowały wydostać się na zewnątrz. Nienawidziła tej przemiany, którą przechodził na jej własnych oczach. Nienawidziła tego chłodu, tej pogardy, którą ją traktował, choć miał do nich niezaprzeczalne prawo. Bolały; bolały tak samo jak porażka, którą kolejne jego słowa jej uświadomiły.
Spojrzenie odruchowo uciekło w stronę siostry, dokładnie tam, gdzie wskazał podbródkiem. Sugestia, że miałaby nie wyjść z tego żywa uderzyła w nią jak płyta betonowa spuszczona z góry. Wierzyła w układ, bo niemal każdego dnia Luca coraz dosadniej o nim przypominał. Każdego dnia coraz bardziej bezlitośnie, listując wszystkie rzeczy, do jakich można sprowadzić czternastolatkę. Młodą kobietę.
Przecież taki był układ.
Przez moment nadal chciała znaleźć odpowiedź na twarzy Vincenta, niemal z przyzwyczajenia, jakby mógł jeszcze powiedzieć jej, co należało zrobić. A przecież siedział związany właśnie dlatego, że skorzystała z tego, iż przyjeżdżał, kiedy go potrzebowała.
— Dałem słowo, dulcezza. Ragazza wróci do domu, tak jak się umówiliśmy — odpowiedział, na moment przygaszając swój kpiący uśmiech, jednak nie sprawiając, że zniknął całkowicie. Haze przez ułamek sekundy poczuła ulgę; mięśnie na twarzy Włocha drgnęły jednak, a jej ramiona momentalnie się spięły. — Ale ty, skoro tak chętnie próbowałaś mi się sprzedać dzisiaj, jeszcze mi się przydasz. — Odwrócił głowę w stronę jednego ze swoich ludzi i zakomenderował po włosku, aby jeden z nich zabrał dziewczynkę do samochodu.
Haze walczyła o siostrę, gdy ją zabierano. Pomimo deklaracji, że nic jej nie zrobią. Słowa Monroe skutecznie zasiały w jej umyśle niepewność co do całego tego chorego układu. W tym czasie Luca wstał i podszedł bliżej Monroe, przesłaniając większość zdarzeń swoją sylwetką.
— Wybacz, że nie mam czasu na więcej przedstawienia, Monroe. — Zatrzymał się przy nim, zadeptując insekta, który przemieszczał się chwilę temu po posadzce. — Non perdona il tradimento. Non dimentica la lealtà. Znasz? — spytał, posyłając mu znów, ten pełen wyższości uśmiech. — ‘Ndragheta przesyła pozdrowienia. — Przykucnął, opierając łokcie o uda.— Il Serpente di Fuoco — rzucił charakterystyczną nazwą, przechylając głowę. — Wiem, że z nim współpracujesz. Poproszę cię raz, bardzo uprzejmie – wszystkie jego kontakty, wszystko co o nim wiesz, wszystkie dokumenty, wszystkie układy.
you have to pace yourself with pleasures
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej słowa utonęły w potoku myśli zalewających jego czaszkę, w huku uderzeń własnego serca, bijącego teraz w nienawistnym tempie.
Nie wiedział, jak mógł być tak ś l e p y by tego nie dostrzec.
W jego głowie Haze nie stała nawet blisko potencjalnego zagrożenia. Była zbyt ostrożna, zbyt nieufna, zbyt odmawiająca wszystkim rzeczom, które jej oferował. Od razu rozpoznał, że nie chciała od niego pieniędzy, nie wiedziała nawet na początku kim był - a przynajmniej takie odnosił wrażenie. Nie szukała wpływów, nawet nie szukała bezpieczeństwa. Zdawała się wracać do niego wyłącznie dla niego, w sposób, którego nie potrafił do końca zrozumieć.
Teraz już wiedział dlaczego.
Teraz wiedział, że był pierdolonym idiotą, który pozwolił jej zakraść się do swojego życia, do serca, w którym zagrzał jej drobny kawałek - wystarczający, by być spragnionym jej uwagi i dotyku, by zawsze sprawdzać telefon gdy na jego ekranie pojawiało się jej nazwisko. Wystarczający, by mogła to wykorzystać, sprzedając go dla kogoś, kto miał gwarantowane miejsce na liście priorytetów w jej życiu, do którego on nigdy nie mógłby sięgnąć nawet, gdyby coś między nimi było prawdziwe.
Koniec końców Avis miał rację.
Jego wierny, lojalny menadżer, któremu wielokrotnie kazał się zamknąć gdy sugerował, że Haze miała na niego zły wpływ. Gdy zarzucał mu, że myślał nie tymi częściami ciała, którymi powinien, że był rozdrażniony gdy trzymała go na dystans i rzucał się we wskazaną przez nią stronę jak pies, któremu wydano polecenie gdy postanawiała go dopuścić do siebie bliżej.
I teraz jak ten pies tkwił uwiązany, porzucony przez nią, wymieniony na kogoś innego. Degenerat, przestępca, kolejny kryminalista. Dobry układ, prosty, zrozumiały.
W zasadzie wyświadczała światu przysługę.
Patrzył, jak ten o c z y w i s t y wybór był wyszarpywany z jej rąk, nie będąc w stanie zmusić się do ani grama współczucia.
Furia znów opanowała jego spojrzenie, wykrzywiła jego mimikę, uwypukliła żyłę na jego napiętej szyi. Cała troską, którą ją otaczał, cała potrzeba zadbania o to, by była bezpieczna i nie spotkała ją żadna przykrość, wszystko to miało źródło w tym skrawku, który dla niej zagospodarował gdzieś za mostkiem i gdy ten skrawek roztrzaskał się pod szczerością, którą go uraczyła, nie było już miejsca, z którego mógłby czerpać.
Została tylko wściekłość, gorycz, ta absurdalna i nieracjonalna zawiść schowana gdzieś pod spodem.
I włoskie świnie tkwiące z nim w jednym pomieszczeniu.
Odwrócił swój wzrok, przenosząc go na tkwiącego obok mężczyznę. Skłamałby mówiąc, że jego ciało uodporniło się kiedykolwiek na potencjał zbliżającej się zagłady - zaadaptowało się do niej w inny sposób. Napięło w gotowości, zalało jego umysł adrenaliną, wykrzywiając usta w nieprzyjemnym uśmiechu.
Nie był pierwszym, który mu groził, któremu nawet udało się znaleźć wystarczająco blisko, by ta groźba mogła przekształcić się w coś fizycznego. Monroe wierzył również, że nie był ostatnim - w ten zakrzywiający logikę sposób przekonany o własnej nieśmiertelności.
Nawet, gdyby w tej pokrętnej rzeczywistości dopuścił się zdrady, nawet jeśli według niego zasługiwałby na absolutnie każdą rzecz, którą ten zamierzał mu zrobić, gdy tylko mafiozo wypowiedział swoje żądanie, uśmiech na twarzy gangstera nabrał przebiegłego charakteru.
Nie zamierzał zdradzać mu ani jednego zdania.
- Jeśli chciałeś mnie zaprosić na randkę, Scalvini, wystarczyło zadzwonić. Może nie do mnie, ale do mojego menadżera - odrzucił beztrosko, pod tą beztroską jednak chowało się szyderstwo. Było inne niż to skierowane do Haze, ostrzejsze, ociekające jadem. - Nie sądziłem, że jestem w twoim typie.
Jego podbródek zadarł się wyżej, jakby szczęka sama wystawiła na potencjał kolejnego uderzenia w tym wyrazie destrukcji, która towarzyszyła mu od samego początku życia, które pamiętał.
- Zawsze myślałem, że wolisz młodszych - dodał, drocząc się pomimo nieznajdowania się w pozycji, która powinna mu to umożliwiać. - Ze trzydzieści lat młodszych.

you made a deal with the devil, but that devil isn't me
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Włoch wydawał się nieurażony sposobem, w jaki Monroe zdecydował się odpowiedzieć na jego pytania. Ba – można było pomyśleć, że nawet ucieszyła go ta buta, którą pokazał mu Monroe. Wyprostował się powoli, podchodząc o krok bliżej niego.
— Cieszę się, że humor cię nie opuszcza nawet po tym, jak dałeś się wydymać niczym romantyczny amator — powiedział, odpowiadając własnym uśmiechem.
Chwilę później jego ciężkie obuwie na nowo zapoznało się z kością policzkową Monroe.
— Bałem się, że będzie nudno — dodał, wyprowadzając kolejne kopnięcie, a po nim jeszcze jedno. Przy ostatnim ruchu docisnął głowę oponenta do stalowego słupa, wciskając mu podeszwę w twarz. Przytrzymał ją tam, pochylając się i przenosząc na niego więcej własnego ciężaru.
Przechylił głowę, przesuwając spojrzeniem po gębie Monroe, oglądając pierwsze widoczne ślady. Dość szybko uznał, że było ich za mało. Najwyraźniej wcześniejsze spotkania z jego butem nie zdołały jeszcze oduczyć go gadania.
Poprawił mu więc jeszcze parę razy, tym razem już bez tej wcześniejszej, niemal pokazowej precyzji. Pierwsze kopnięcie poszło w bok, następne niżej, zaraz po nim kolejne; jedno wbijało Monroe z powrotem w słup, drugie nie pozwalało mu nawet porządnie złapać oddechu. Luca szybko przestał wybierać miejsce. Uderzał tam, gdzie akurat miał dostęp, zmuszając jego ciało do przyjmowania kolejnych ciosów bez możliwości osunięcia się poza zasięg ciężkiego buciora.
Nie zostawiał mu między nimi wiele czasu. Podeszwa raz po raz spotykała się z bokiem, brzuchem, udem, wracała wyżej, kiedy Monroe próbował poderwać głowę. Przy jednym z kopnięć metal za jego plecami odezwał się głuchym hukiem; przy następnym Luca niemal od razu poprawił z drugiej strony, jakby sama próba złapania równowagi była wystarczającym powodem, żeby mu ją odebrać.
Po chwili trudno było już mówić o serii pojedynczych uderzeń. Zlały się w jeden brutalny rytm; ciężar ciała przenoszony na nogę, krótki zamach, tępy odgłos trafienia i kolejny krok do przodu. Luca butował go bez większego opamiętania, zawzięcie, prawie metodycznie, jakby każdy następny cios miał nie tyle wydobyć odpowiedź, co zwyczajnie sprawdzić, ile jeszcze Monroe potrafi przyjąć, zanim zniknie mu z twarzy ten jego uśmiech.
Ostatecznie cofnął nogę i poprawił się na obu stopach, oddychając ciężko przez rozchylone usta. Przesunął językiem po zębach, nadal przyglądając się efektom własnego wysiłku.
Wyraz gęby miał usatysfakcjonowany.
Wsunął palce pomiędzy ciemne włosy Monroe, chwytając je u nasady, i szarpnięciem uniósł mu głowę, wymuszając na nim bezpośrednie spojrzenie. Przesunął wzrokiem po zakrwawionej twarzy więźnia, pozwalając, by satysfakcja jeszcze mocniej rozciągnęła jego usta w uśmiechu.
— Jak się czujesz, Monroe? — spytał, miarkując własny oddech. — Żartujemy sobie dalej czy chcesz mi coś opowiedzieć w temacie, o który pytałem? — Ścisnął mocniej chwyt na jego włosach. — Dopiero się rozgrzewam — dodał, nieco niżej. Mniej cierpliwie, ale nie bez tego pewnego siebie, butnego grymasu. — Z kim jeszcze pracuje Zdrajca? Kogo mu podsunąłeś? — syknął, wchodząc w przestrzeń pojmanego mężczyzny.
these boots are made for walkin
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Romantyczny amator.
Słowa zabolały go mocniej niż but, uderzający prosto w jego skroń. Słowa uderzyły do miejsca, do którego nie dało się dostać tym rodzajem przemocy, który preferował Scalvini. Do jątrzącej się rany tkwiącej tam, gdzie wcześniej była o n a, nim wściekle wyszarpnął ją z własnej klatki piersiowej - ale także do jego męskiej dumy, która natychmiast sprzeciwiła się na takie określenie.
Nie był romantyczny. Nie we własnym wyobrażeniu tego słowa - jego relacja z Haze była daleka do romantycznej, bardziej przypominała nieustanny cykl odsuwania się i zbliżania, dyktowany czymś, co wcześniej uważał za jej naturę.
Teraz jednak znał prawdę.
I teraz wiedział, że był i d i o t ą, który dał się zwabić osobie, którą podejrzewał o to jako ostatnią. Osobie, która sprzedała go za własną krew w układzie, który nazwała prostym. Osobie, która nawet teraz, gdy już zadbała o bezpieczeństwo swojej siostry i wierzyła w to, że opuści to miejsce bezpiecznie, odmawiała mu szczerości dbając o samopoczucie swojego obiektu wymiany.
Nie był wart nawet konkretnej odpowiedzi w chwili, gdy posłała go na rzeź.
Więcej wartym było, by jej siostra nie niosła na sobie ciężaru poznanej prawdy w życiu, które dla niej zdobyła kosztem jego własnego.
Było to w zasadzie całkiem pragmatyczne. Docelowo to on był w tej sytuacji trupem, do którego jeszcze nie trafiła powaga sytuacji. Mogło być jej wszystko jedno, z jakimi myślami trup odejdzie z tego świata, lepiej było zadbać, by straumatyzowane dziecko nie było jeszcze bardziej straumatyzowane.
Zimne, wykalkulowane. Odwrotność tego, czego się po niej spodziewał, ale czy naprawdę?
Wezwała go do środka lasu by sprawdzić, czy odpowie na to wezwanie. Ustanowiła proceder uchylenia przed nim drzwi do własnego mieszkania po to, by wzbudzić w nim pozory ofiarowanego mu zaufania - zaufania, które on przyjmował z pocałowaniem ręki przeświadczony o tym, że było to rzadkie i wartościowe. Przyniosła mu obiad, z pewnością pchnięta do znalezienia pretekstu na spotkanie przez Scalviniego lub jego ludzi, po tym, gdy kolejny tydzień musiała odchorować spędzenie z nim czasu.
W jego pełnym wściekłości umyśle miało to sens. Każda z tych myśli przemykała przez jego głowę gdy ból rozdzierał jego bok lub ramię, gdy podróżował po jego kościach, zatrzymując się w każdym przystanku, który na jego ciele uczynił obcy but. Kontemplował je, częściowo oderwany od własnych zakończeń nerwowych nawet wtedy, gdy krew zaczęła zalewać jego twarz, spływać po szyi, w dół do koszuli, której materiał przesiąkał szkarłatem.
Nie przywykł do bólu. Wściekłość jednak była jak kula, dzięki której mógł poruszać się naprzód. Otumaniała jego zmysły, oddzielała od rzeczywistości, skupiała na tej fiksacji, na gorejącej w nim furii, która wciąż, uparcie, wracała do n i e j.
To było w tym wszystkim najzabawniejsze.
Że nawet, gdy Włoch usiłował wymusić na nim posłuszeństwo, on wciąż był świadom jej obecności, gdzieś tam, w kącie. Wciąż myślami analizował ostatni miesiąc, dzień po dniu, próbując znaleźć momenty, w których powinien się zorientować, że jest dymany, tylko może nie w taki sposób, do którego, według wszystkich zgromadzonych, tak romantycznie dążył.
Nie potrafił się od tego odsunąć.
Nawet gdy jego ciało szarpnęło, jakby w całkowitym oderwaniu od umysłu, usiłując ułożyć się inaczej, przyjąć kolejne uderzenie na ramię, a nie na żebra obite do potencjału pęknięcia, jakaś cząstka jego umysłu wciąż obsesyjnie krążyła wokół pieprzonej Violet Haze.
I tego, co mu z r o b i ł a, choć tkwiła bezpieczna na ziemi, pozostawiona w ramach jakiegoś chorego przedstawienia dla satysfakcji katującego go, przyszłego trupa.
Ponieważ, naturalnie, nawet gdy krew zalewała mu oczy i twarz, utrudniając widzenie, wierzył w to, że nie dołoży się do smrodu śmierci panującego w tym pomieszczeniu. Wierzył w to w ten sam, szaleńczy sposób, w jaki w życie pozagrobowe mógł wierzyć straceniec wchodzący na szubienicę.
- To jest dopiero rozgrzewka? - mruknął, przeciągając sylaby nie przez próbę wywołania na nim większego wrażenia, lecz przez trud, z jakim przychodziły słowa wypowiadane szczęką, która zbyt wiele razy spotkała się z butem. - Czy w prawdziwej rozgrywce zawalczysz jak mężczyzna? - rzucił butnie, zadzierając głowę gdy poczuł męskie dłonie zaciskające się na swoich włosach, ciągnące w sposób, który z pewnością rujnował mu fryzurę. Z pewnością robił to też bardziej niż krew spływająca po jego policzku i szaleństwo błyszczące w oczach. Ciało posiadało pewien próg, po którym nadmiar bólu przekształcał się w jednostajne, trudne do zniesienia wrażenie, ale w nim jeden cios zlewał się z drugim. - Czy dalej będziesz okładał związanego prezentując kolegom, jaka z ciebie włoska pizda?

uh oh
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”