Tak wiele lat minęło od kiedy mieszkał na dłużej gdziekolwiek poza Toronto, że przestał dostrzegać te miastowe anomalie jako anomalie. Spostrzeżenie Wheeler wyrwało więc z niego lekkie parsknięcie rozbawienia. -
Nie da się zaprzeczyć. – Byli otoczeni wielkimi budynkami, i sami w jednym mieszkali, zjazdy i wyjazdy na wyższe piętra zajmowały wystarczająco czasu, aby wykonać solidną wymianę smsów. Ile czasu spędzał na używaniu windy, gdy przyjeżdżał do klientów zawsze starając się zabrać jak najwięcej sprzętu za jednym razem, żeby tylko ominąć dodatkowych wycieczek. Takie były uroki Toronto, które dla niego niezaprzeczalnie było domem. Więc jak każdy miał swoją krytykę, że ruch był za duży, że czasami było zbyt głośno, że znowu wjechał w tą samą dziurę w drodze co tydzień temu. Ale jak rodzinie wybaczało się ich przewinienia tak Bryce traktował swoją relację z tym miastem. Mimo krytyki nie chciałby mieszkać nigdzie indziej. Tutaj była jego rodzina, tutaj miał tak wiele swoich kluczowych wspomnień i wiele możliwości na to by ugasić swoją ciekawość w praktyczny sposób. Mógł wybrać się na otwarte wykłady na uniwersytecie, mógł chodzić do tylu muzeów ile jego dusza zapragnęła czy znaleźć kurs o włoskich drinkach. To było wygodne.
-
Jestem wzrokowcem, także musiałbym go najpierw zobaczyć, ale pewnie. – Odparł pewnie, z uśmiechem majaczącym się w kącikach ust. Teraz nie mógł się wycofać, zwłaszcza, że dosłyszał się tego przekąsu w jej tonie, co on zinterpretował jako wyzwanie, więc jak mógłby się go nie podjąć? Możliwe, że przeceniał swoją umiejętność skupienia się na jednej rzeczy przez dłuższy czas. Doskonale wiedział, że była to relacja bardzo kapryśna i niekoniecznie grająca pod jego dyktando, ale tego nie musiał zdradzać w tej ich sąsiedzkiej pogawędce. -
Mam nadzieję, że jest chociaż trochę pasiasty. – Dodał, po chwili zastanowienia.
Jego ciało wydawało się nie rejestrować powagi sytuacji. Był zaniepokojony, w taki sposób w jaki człowiek próbujący wcisnąć kluczyk do drzwi i żaden z kolekcji do niego nie pasuje, więc powoli zdaje sobie sprawę, że chwycił nieodpowiedni zestaw. To jednak, że znajdowali się w tak małym pomieszczeniu przeszkadzało mu w koncentracji. Podobnie jak Jennifer doświadczał zwężania się ścian mimo iż logiczny umysł wiedział, że to niemożliwe. Chociażby z tego powodu miał ochotę pozostawić swoją latarkę nadal włączoną, ale nie byłoby to rozsądne.
-
Jest dzwonek. – Potwierdził i przycisnął guzik na swoim zegarku, aby podświetlić tarczę. -
Dajmy… może z minutę. – Już skrócił ten czas z wcześniejszych pięciu minut, wszystko mogło wrócić do normy lada moment. Był o tym przekonany. Tylko w filmach sceny w windach rozciągały się przez całe dnie, i dla dramaturgi ludzie musieli sami wydzierać się ze szpon metalowych potworów, kiedy pomoc nie nadchodziła. Było to tak nieprawdopodobne, że nie mógł uznać tego za opcję.
Słyszał jej miarowy oddech, szelest jej kurtki gdy przesuwała się z nogi na nogę. Sam był nagle nader świadomy ile dźwięku generowały jego najmniejsze gesty. Dłoń wsuwająca się do kieszeni, czy ciężkie westchnięcie na beznadziejną sytuację. Na razie tylko beznadziejną, dopóki nie stało się oczywistym, że to nie był tylko problem z ich windą. Z jego palców odpłynęła krew pozostawiając po sobie chłód, który Bryce starał się zakryć drugą dłonią ściskając je razem. Widział wkradającą się desperację z jaką kobieta wpatrywała się w telefon.
Nie dobrze.
Przełknął ślinę. -
Pewnie tak. – Skrzywił się, przekręcając głowę w bok.-
Nie wiem tylko… – Urwał, bo nie chciał jej jeszcze dodatkowo martwić. -
Najlepiej zadzwońmy. Połączenie alarmowe z windy powinno być niezależne od innych systemów i powinno działać mimo braku prądu. – Mówił rzeczowo, nie pozwalając własnym myślom dojść zbytnio do głosu.
Mimowolnie zerkną na górny panel gdzie jeszcze niedawno wyświetlała się ich ostatnia znana pozycja. -
Dziewiąte. Jesteśmy gdzieś w okolicach dziewiątego piętra. – Nie sposób było jednak powiedzieć, czy byli na samym początku tego piętra, w połowie czy już prawie na dziesiątym.
Z tą informacją wcisnął guzik, a kabina wypełniła się surowym sygnałem telefonicznym. Zajęło im kilka długich połączeń nim w końcu ktoś odezwał się po drugiej stronie. -
Serwis Eletsafe, w czym mogę pomóc? – Kobiecy głos był profesjonalnie uprzejmy, ale słychać było w nim nutę napięcia.
Bryce mimowolnie odetchnął z ulgą, słysząc czyiś głos. -
Cześć… – Zaczął spokojnie i podał ich konkretny adres. -
Jesteśmy w północnej klatce schodowej, we dwójkę, gdzieś koło dziewiątego piętra i stoimy w miejscu.
-
Rozumiem… – Przeciągnęła słowo. -
Przepraszam, że muszę to państwu powiedzieć, ale dostajemy wiele zgłoszeń dookoła miasta. Spisałam państwa lokalizację i powiadomię straż pożarną, ale niestety nie mogę powiedzieć kiedy się do państwa dostaną.
Mimowolne. -
Co? – Wyrwało mu się z ust.
-
Bardzo przepraszam, ale z tego co rozumiemy to całe Toronto straciło elektryczność. Czy ktoś z was ma problemy z sercem? Lub jest w ciąży? Czy potrzebuje nagłego dostępu do leków?
-
Uh, ja nie… – Zerknął w kierunku sąsiadki. Oczy coraz lepiej przyzwyczajały się do ciemności i mógł lepiej dostrzec jej sylwetkę, a nawet na jakiej wysokości znajdowała się jej twarz. W pewnym sensie to może i lepiej, że nie mógł odczytać jej dokładnego wyrazu twarzy, ani ona jego. Tak wyraźnie widać było, że mężczyzna powoli zdawał sobie sprawę jak bardzo mają przechlapane. A co gorsza docierało do niego, że naprawdę niewiele mogli w tej sytuacji zrobić. Szanse na to, że udałoby się im otworzyć drzwi były minimalne, a w dodatku musieliby znaleźć się wystarczająco blisko faktycznego piętra, aby wydostać się na korytarz. W dodatku nie mogli nawet porozumieć się z nikim na zewnątrz, sprawdzić jak mają się ich bliscy, czy byli bezpieczni. W ogóle nie mogli sprawdzić co działo się w całym mieście. Ich jednym oknem na świat był alarmowy guzik i połączenie z firmą Eletsafe.
Ginny Wheeler