Misty przyglądała się Hanie w lustrze, próbując uchwycić coś więcej niż tylko to, że suknia była ładna. A przecież była. Nie potrzebowała wyszukanych ozdób ani całej tej ślubnej oprawy, która zdawała się mnożyć wokół Hany niczym kolejne warstwy cudzych oczekiwań. Jedwab miękko układał się na jej sylwetce, rękawy opadały na dłonie, a drapowanie dekoltu przyciągało wzrok właśnie dlatego, że nie próbowało robić tego na siłę. Wszystko miało swoje miejsce. Niczego nie było za dużo.
—
Wiesz, co jest w tym wszystkim zabawne? — odezwała się w końcu, zerkając na odbicie Hany, a potem na samą zainteresowaną. —
Przez cały poranek słyszałam mnóstwo opinii na temat tego, co powinnaś zrobić na własnym ślubie. A teraz po raz pierwszy rozmawiamy o tym, co ty właściwie lubisz.
Nie powiedziała tego z wyrzutem. Nie chciała dokładać kolejnego oskarżenia do dnia, który już na samym starcie i bez tego dostarczył Hanie wystarczająco dużo powodów do złości. W jej głosie pobrzmiewała raczej spokojna konsternacja. Trudno było jej pojąć, jak z wydarzenia, które powinno należeć przede wszystkim do panny młodej, można było zrobić konkurs na to, kto skuteczniej przekona ją do własnej wizji.
Misty przeniosła spojrzenie na Hazel. Dziewczyna wciąż wyglądała na odrobinę speszoną własną szczerością, jakby nie była pewna, czy właśnie nie przekroczyła granicy, której nie powinna była nawet dotykać. A jednak to, co powiedziała, miało więcej sensu niż cała wcześniejsza przemowa o tradycji i nowoczesnych interpretacjach.
—
To już brzmiało jak opinia człowieka, a nie broszury — zauważyła Misty, uśmiechając się do niej lekko. —
Zdecydowanie lepiej się tego słucha.
Hazel parsknęła cicho, choć zaraz przygryzła wargę, jakby dopiero po chwili dotarło do niej, że śmiech wcale nie musiał być w tej sytuacji niestosowny.
—
Czyli powinnam wyrzucić wszystkie materiały szkoleniowe? — zapytała, odrobinę śmielej niż wcześniej. —
To byłaby dla mnie spora ulga, ale obawiam się, że kierowniczka nie podzieli mojego entuzjazmu.
—
Nie powiedziałam, że ma je pani wyrzucić. — Misty uniosła dłonie w geście niewinnej obrony. —
Tylko że nie powinny odpowiadać za panią, kiedy ktoś pyta o pani własne zdanie.
—
To chyba trudniejsze, niż brzmi — przyznała Hazel, przenosząc wzrok na Hanę. —
Zwłaszcza kiedy klientka przychodzi już z tyloma opiniami na temat tego, co powinna wybrać.
Misty powstrzymała się od komentarza.
Nie zamierzała zawstydzać dziewczyny ani przypominać jej, że przed chwilą sama schowała się za katalogową formułką. Hazel potrzebowała chwili, by zebrać się na szczerość, i Misty nie widziała powodu, by odbierać jej tę drobną zasługę. Zresztą, jeśli już ktoś miał prawo czuć się niepewnie w tym pomieszczeniu, to chyba nie pracownica, która próbowała wykonywać swoją pracę, ani tym bardziej Hana, która po prostu chciała znaleźć suknię dla siebie.
—
W takim razie proszę kontynuować — zachęciła ją z lekkim rozbawieniem. —
Bez broszurki. Skoro już zaczęła pani mówić od siebie, szkoda byłoby na tym poprzestać.
Hazel spojrzała na Hanę, jakby chciała się upewnić, że nie zostanie za to upomniana, po czym odważyła się podejść nieco bliżej.
—
Naprawdę uważam, że ten krój do pani pasuje — powiedziała, tym razem bez wyuczonej pewności siebie. —
Nie dlatego, że jest modny. Właściwie nawet nie wiem, czy potrafiłabym wskazać konkretny powód. Po prostu kiedy pani w niej stanęła, wszystko zaczęło wyglądać tak, jak powinno. I myślę, że to ważniejsze niż to, czy ktoś uzna ją za wystarczająco ozdobną.
—
Otóż to — podchwyciła Misty, zerkając na Hanę. —
To nie jest suknia, która próbuje za wszelką cenę przekonać wszystkich w pomieszczeniu, że jest suknią ślubną. Po prostu jest piękna. I nie potrzebuje niczego udowadniać. Hana również.
Hazel przyjrzała się Misty z odrobinę większym zainteresowaniem, jakby dopiero teraz zauważyła, że jej uwagi nie wynikają wyłącznie z chęci pocieszenia Hany.
—
Pracuje pani również z panią Nilsinger? Dużo pani wie na temat sukni ślubnych. O, może jest pani krawcową?
Pytanie zaskoczyło Misty na tyle, że przez ułamek sekundy nie odpowiedziała.
—
Nie… — zaczęła, po czym odchrząknęła cicho. —
Po prostu też byłam mężatką. Znam proces. — Słowa zabrzmiały zwyczajnie, niemal bezbarwnie. Dopiero po chwili dotarło do niej, jak ostatecznie brzmiał ten czas przeszły. Byłam mężatką. Znała ten film, wiedziała, jak kończy się jej wersja tej historii, i nie potrzebowała kolejnego seansu, by pamiętać, co poszło nie tak. Nie oznaczało to jednak, że chciała podobnego zakończenia dla Hany. Wręcz przeciwnie. Choć nie znała wszystkich rozdziałów jej związku z Nate’em, życzyła jej, by ten okazał się szczęśliwszy od własnego. Nie zamierzała tylko dlatego, że sama się rozczarowała, z góry skazywać cudzej historii na porażkę. —
W każdym razie — dodała, wracając spojrzeniem do sukni —
nie trzeba być krawcową, żeby zauważyć, że coś dobrze leży.
Hazel uśmiechnęła się, jakby doceniła próbę powrotu do bezpieczniejszego tematu.
—
Mogę na chwilę rozpiąć klipsy i podtrzymać materiał, żeby mogła pani zobaczyć, jak plecy wyglądają bez tych tymczasowych upięć — zaproponowała Hanie. —
Oczywiście nie zmieni to jeszcze ostatecznego dopasowania, ale będzie można lepiej ocenić linię sukni. I jeśli coś będzie pani przeszkadzać, możemy to od razu omówić.
Misty skinęła głową, po czym znów skupiła się na Hanie.
—
Pokaż mi jeszcze ten tył, jeśli możesz. Jestem ciekawa, jak układa się materiał, kiedy się odwrócisz. — W kąciku jej ust pojawił się cień rozbawienia. —
A potem możemy ustalić, czy rzeczywiście trzeba ją ratować przed czymś poza klipsami.
Nie był to jeden z tych uśmiechów, które człowiek przywołuje z grzeczności, żeby ułatwić komuś przejście przez niezręczną chwilę. Misty naprawdę chciała zobaczyć, jak Hana prezentuje się w sukni z każdej strony. Naprawdę uważała, że wygląda pięknie. I naprawdę miała nadzieję, że tym razem historia, której zakończenie tak dobrze znała, pozwoli komuś innemu napisać własne.
Hana Nilsinger