ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
179 cm
chłopiec na posyłki dla gangów to tu, to tam
Awatar użytkownika
taki chłopiec śmieszny i uroczy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Jego mieszkanie, w przeciwieństwie do niego, było jasne i przestronne i wypełnione życiem. Wchodząc do środka dało się wyczuć najróżniejsze, przyjemne zapachy począwszy od jaśminu i eukaliptusa w łazience, a skończywszy na mocnych nutach lawendy w sypialni. Lubił otaczać się przyjemnymi zapachami, bo gdy zamykał oczy i skupiał się tylko na tym, potrafił się przenosić w najbardziej odległe miejsca. Dodatkowo lubił też rośliny, których w swoim mieszkaniu miał pełno. Najbardziej podobało mu się w nich to, że były proste do zrozumienia i dość łatwe do dogadania się. Wiedział, jak się nimi zajmować i opiekować, by rosły i wypuszczały kolejne listki. Jednak informacją, która zupełnie nim zawładnęła i przekonała do zielonych braci było to, że skrywały swoją mroczną cechę. I nie, nie chodziło o substancje chemiczne, które potrafiły wydzielać i które potrafiły zaszkodzić, jeśli wiedziało się, jak ich użyć. Nie, chodziło o coś tak subtelnego, że ludzie nie zdawali sobie z tego sprawy. O zwykły proces oddychania.
   Ludzie kojarzyli rośliny z procesu fotosyntezy, którego produktem ubocznym był tlen. Niewielu miało świadomość, że rośliny również oddychały. Było to jednak logiczne, bo każda żywa istota musi to robić. Była to najbardziej podstawowa czynność, jaką robiło wszystko co było elementem materii ożywionej, bez względu na to, czy było się organizmem o prostej czy też o skomplikowanej budowie. Rośliny również oddychały, jednak w ciągu dnia ich zużycie tlenu było rekompensowane przez fotosyntezę. W ciągu dnia, gdy światło słoneczne było ograniczone, oddychanie brało jednak górę. Kiedyś prowadzący na zajęciach wspomniał, że teoretycznie człowiek mógłby się udusić, jeśli w swojej sypialni miałby wystarczająco dużo roślin. Eugene był zafascynowany tą informacją w takim stopniu, że postanowił przetestować tę hipotezę. Zbierał więc rośliny i zapełniał nimi wolne przestrzenie swojej sypialni, która szybko zmieniła się z pokoju w ogród botaniczny. No i mógłby przysiąc, że z każdą kolejną rośliną staje się wieczorami coraz bardziej senny, coraz bardziej zmęczony… coś, jakaś siła coraz silniej przyciskała go do miękkiego łóżka i wciskała w materac.
   Biorąc jednak pod uwagę jego inne upodobania, to w sumie odczuwane efekty wcale nie musiały być wynikiem działania roślin.
   Noc zapadała wyjątkowo wolno. Nie miał większych planów na ten wieczór, więc poza podlewaniem swoich roślinek mógł oddawać się swoim własnym przyjemnościom. Pił więc wino i palił papierosa. Ostatnio jego receptura się poprawiła. Nie wiedział, czy było to wynikiem tego, że udało mu się lepiej skoncentrować nikotynę, usprawniając metodę suszenia tytoniu czy poprzez wyhodowanie rośliny zawierającej większą ilość tego związku chemicznego. Na ten moment nie miało to jednak większego znaczenia. Tym będzie się zajmować kiedy indziej.
   Wiedział jednak, że coś było nie tak. Coś się zbliżało, ale nie potrafił jeszcze stwierdzić, czym to coś było, czuł jednak na swoim karku zaciskające się, chłodne macki kłopotów. Nie potrafił przewidywać przyszłości, niemniej jednak umiał odczytywać znaki i znał się na ludziach zbyt dobrze, by wiedzieć, jak się oni zachowują. Ostatnimi czasy jego praca nie przebiegała tak płynnie, jakby sobie życzył tego on i osoby, z którymi współpracował. Był zaskakująco dobry w tym, co robił, ale nie miał wpływu na pozostałe osoby w swoim łańcuchu przepływu informacji i nie tylko. Na każdym etapie mogło coś pójść nie tak i on nie mógł nic na to poradzić. Niestety wiele osób nie było w stanie tego zrozumieć. Stąd właśnie rodził się w nim ten niepokój.

Elijah Nightingale
33 y/o
For good luck!
185 cm
💰 właściciel w Nightingale Investments
Awatar użytkownika
But there’s no such thing as free. There are only different and more horrible ways to be enslaved.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#7
Elijah zatrzymał samochód przed kamienicą w Greektown i przez dłuższą chwilę nie wysiadał. Taycan zgasł niemal bezgłośnie, a w środku zrobiło się tak cicho, że słyszał własny oddech. Nie bywał w tej dzielnicy często. Co prawda miała swój urok: ceglane fasady, kolorowe szyldy, zapach smażonego mięsa i ziół, który przenikał nawet przez zamknięte szyby. Pod tym wszystkim czaiła się jednak niestabilność, jaką rodziło wyłącznie ubóstwo splecione z przestępczością. Zmierzch zapadał szybko, a na ulicy zapalały się pierwsze latarnie. Cztery godziny snu były jego normą. Ostatnio nie mógł sobie pozwolić nawet na tak niewiele.
Od kilku dni nosił w sobie niepokój, którego nie lubił i którego nie potrafił zignorować. Sprawa przemytu broni rozlała się jak plama oleju na wodzie, w kierunkach, których nie planował. Sama akcja udała się, przynajmniej na papierze: towar przekroczył granicę, skrzynie dotarły na miejsce, nikt nie wpadł. A jednak klient spodziewał się więcej. Ktoś poinformował go z wyprzedzeniem o większej liczbie sztuk, niż faktycznie wysłano, a to oznaczało jedno: informacja wyciekła, została przekręcona albo sprzedana. Żadna z tych możliwości nie sprzyjała biznesowi. Taki fuckup był nie do zaakceptowania.
Wysiadł. Poprawił poły ciemnego płaszcza i zamknął samochód, nie oglądając się na niego. Pistolet w kaburze nie ważył wiele, ale czuł go przy każdym kroku. Nie przyjechał z obstawą. Człowiek, który wszędzie zjawiał się z ochroniarzami, pokazywał, że się boi, a Elijah się nie bał. Był ostrożny, co było czymś zupełnie innym. Dla wielu bardziej niepokojącym.
Wszedł do kamienicy i mijał kolejne drzwi, czytając numery na tabliczkach. Eugene Hernandez mieszkał pod dwudziestym siódmym. Dla Elijaha był jednym z wielu posłańców, z których usług korzystał: młodych, szybkich, na tyle bystrych, by nie zadawać niewygodnych pytań, i na tyle zuchwałych, by wierzyć, że nic im nie grozi. Chłopców na posyłki, którzy nie zdawali sobie sprawy, że grają w grę znacznie poważniejszych graczy. Dotąd to wystarczało. Kiedy jednak towar przestawał zgadzać się z zamówieniem, każdy posłaniec przestawał być anonimowy.
Czy drugi mężczyzna rozumiał, w co się wplątał? A może – i ta myśl była o wiele mniej wygodna – wiedział więcej, niż powinien? Człowiek, który krążył między zwaśnionymi gangami, znał twarze, nazwiska i godziny. Mógłby sprzedać każdą z tych rzeczy za cenę, której wagi nie rozumiał. Mógł też być zwykłym ogniwem, które ktoś inny wykorzystał po drodze. Nightingale nie znał prawdy. I właśnie dlatego się tu zjawił.
Jeśli to młodszy mężczyzna sfałszował komunikację, nie czekało go nic przyjemnego. Elijah nie wybaczał i nie zapominał, a tym bardziej nie pozwalał wodzić się za nos. Nikomu.
Na korytarzu pachniało wilgotnym drewnem i zimnym kamieniem, ale im bliżej było drzwi, tym wyraźniej przebijała się inna woń: słodka, ziołowa, jakby ktoś zawiesił w powietrzu jaśmin i eukaliptus. Nie pasowała do reszty budynku. Czy Hernandez próbował coś zamaskować? Zatrzymał się na krótko. Nie poświęcił jednak tej myśli więcej uwagi, niż było potrzebne.
Przed drzwiami z właściwym numerem wyciągnął telefon. Sprawdził godzinę i upewnił się, że nikt nie próbuje się z nim skontaktować. Cisza. Po takiej akcji spokój zawsze coś oznaczał. Schował urządzenie i wyprostował się, stając tak, by światło z korytarza nie padło mu na twarz. Nie wyglądał zbyt dobrze z przymrużonymi oczami.
Zapukał trzy razy – spokojnie, bez pośpiechu, ale wystarczająco głośno, by ktoś po drugiej stronie zrozumiał, że nie ma sensu udawać, że nikogo nie ma w mieszkaniu.

Eugene Hernandez
26 y/o
For good luck!
179 cm
chłopiec na posyłki dla gangów to tu, to tam
Awatar użytkownika
taki chłopiec śmieszny i uroczy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Wziął głęboki wdech, pozwalając by na jego karku, tuż pod linią włosów przebiegł przyjemny, ciepły dreszcz. W swoim mieszkaniu czuł się wyjątkowo swobodnie, bo zadbał o to, by właśnie taka atmosfera w nim panowała. Eugene mieszkał w miejscu, do którego nie pasował, ale w którym czuł się jak ryba w wodzie. Kto go znał, ten wiedział, że pochodzi z wpływowej i bogatej rodziny, wiec mógł sobie śmiało pozwolić na mieszkanie w lepszych okolicach. W takim brudzie i ubóstwie czuł się jedna dobrze. Jakby to wszystko miało zamaskować jego obecność i egzystencję.
   Pojawił się tutaj, bo tak było dla niego lepiej. Nikt nie zwracał uwagi na ludzi, którzy się tutaj kręcili, bo większość z mieszkańców wiedziała, że lepiej się było nie interesować. On sam również nie sprawiał wrażenia osoby, która stanowiłaby zagrożenie i było to jedną z rzeczy, która w sumie mu pomagała. Był niepozorny i smukły, co mówiło ludziom, że nie stanowi zagrożenia, dlatego też ludzie raczej nie szykowali się do bójki, jeśli chcieli wejść w nim w sprzeczkę. Rękoczyny nie wchodziły w grę i on zdawał sobie sprawę z tego ograniczenia. Ale głupotą było nie branie go na poważnie. Fakt, że ludzie to robili nie był czymś, co chciał zmieniać, bo to tylko działało na jego korzyść.
   Nie był głupi. Nie znalazł się na pozycji, którą miał przez szczęście. Był dobry w tym co robił i jednocześnie nie interesował się tym, co się działo w półświatku. Przekazywał i posiadał tylko i wyłącznie te informacje, które zleceniodawca zgodził się mu powiedzieć. Przekazywanie rzeczy i informacji między niebezpiecznymi ludźmi było… niebezpieczne ale i z tym radził sobie całkiem sprawnie. Był jednym z kluczowych elementów tego transferu i gdyby coś mu się stało, to… wiele rzeczy mogłoby się zawalić, bo ciężko jest szybko zbudować sobie odpowiednią opinię i zaufanie.
   I to, co było o nim wiadomo to fakt, że nigdy nie nawalał, bo nie chciał mieć problemów.
   Niestety problemy czasami zdawały się odnajdywać jego samego i nie inaczej było w tej chwili. Drgnął lekko, gdy usłyszał pukanie do drzwi, które cicho przebiło się przez dźwięk smażonego mięsa. Normalnie pozwoliłby na to, by nieproszony gość czekał, jednak tym razem podszedł do drzwi i spojrzał przez wizjer, a jego oczom ukazała się znajoma twarz. Widok mężczyzny był dziwny, bo Eugene wiedział, że Elijah nie ma w zwyczaju pokazywać się w takich miejscach i załatwiać spraw samemu. Niemniej jednak jego widok dodał mu nieco pewności.
   – Nie masz czegoś, co jeszcze wyraźniej mówi, że jesteś jakimś bandziorem? – zapytał cicho, otwierając drzwi i wpuszczając mężczyznę do środka. Odsunął się, robiąc kilka kroków w głąb korytarza. Wiedział, że nikt ich nie podgląda i nie podsłuchuje, bo ludzie tutaj pilnują swoich własnych nosów, o co zadbali lokalne zbiry.
   Wiedział, dlaczego mężczyzna się tutaj pojawił. Problemy w przepływie informacji się zdarzały i chociaż nie były one jego winą, o czym był pewny, bo inaczej nie znalazłby się w tej pozycji nieprzygotowany. To nie była do końca prawda, bo był przygotowany na każdą sytuację, ale okazując dobrą wiarę w to, że obaj chcą rozwiązać problem bez żadnych zgrzytów, uznał, że odstawi swoje zabezpieczenia.
   – Zdejmij buty, bo tu zamiatałem – powiedział, zamykając za mężczyzną drzwi. Nie czekał na jego odpowiedź, tylko od razu wyminął go i skierował się do kuchni, mieszkając smażone mięso. Był głodny.
   – Nie wiem, co wiesz o tym, co się stało, ale na stole leży cos dla ciebie – wyjaśnił, wskazując wolną dłonią okrągły stół, na którym leżała duża i gruba, biała koperta. Nie miał pojęcia, co się w niej znajdowało, bo gdy tylko znalazła się w jego posiadaniu, nie otwierał jej. Domyślał się jednak, że mogły tam być wyjaśnienia dotyczące tego, w jaki sposób doszło do tego całego zamieszania. On sam nie wiedział dokładnie o co chodziło poza tym, że wszystko zaczęło się od przemytu broni i że coś poszło nie tak i obu stronom transakcji się to nie podobało. Zapadła cisza. Jedyne co słyszał to skwierczenie tłuszczu, który boleśnie pryskał mu na dłoń. Na szczęście mięso było już niemal gotowe, więc Eugene wlał do niego wcześniej przygotowany sos i starannie wszystko wymieszał, a następnie oblizał łyżkę i odłożył ją na bok. Dopiero wtedy się odwrócił i przyjrzał mężczyźnie.
   – Co? Chyba nie myślisz, że to całe spierdolenie, to moja wina? – zapytał, mając nadzieję, że usłyszy satysfakcjonującą go odpowiedź.

Elijah Nightingale
33 y/o
For good luck!
185 cm
💰 właściciel w Nightingale Investments
Awatar użytkownika
But there’s no such thing as free. There are only different and more horrible ways to be enslaved.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Elijah generalnie nikomu nie ufał. Nie miało znaczenia, czy znał kogoś krótko czy długo, ani czy mieli za sobą jeden czy kilkadziesiąt udanych interesów. Nawet gdy znał kogoś od kilku lat, zawsze zostawiał sobie przestrzeń na niepewność. Doskonale wiedział, że w tym świecie honor i lojalność miały swoją cenę, a każdy, kto twierdził inaczej, albo jej jeszcze nie usłyszał, albo właśnie ją negocjował.
Z drugiej strony mało kto podejrzewał go o przynależność do półświatka. W końcu był znanym i cenionym biznesmenem, który często pojawiał się publicznie, a do tego należał do czołówki bogaczy w tym kraju, oddających pieniądze na rozmaite cele charytatywne. Przykładny obywatel. Krzywdzące byłoby oskarżać go o działanie na szkodę społeczeństwa. Była to idealna przykrywka.
Na szczęście nie czekał długo, aż Eugene mu otworzy, choć należał raczej do cierpliwych. Postałby kilka minut, od czasu do czasu stukając w drzwi. Wiedział, że mężczyzna jest w środku, a gdyby jednak głupio udawał, że go nie zastał, wróciłby później. Z obstawą. Nie skończyłoby się wtedy tylko na pukaniu.
Rozejrzał się po skromnym mieszkaniu. W powietrzu wciąż wisiał zapach jaśminu i eukaliptusa, który dziwnie nie pasował do reszty. Nie rozumiał, jak ktoś, kto raczej nie mógł narzekać na pieniądze, sam zdecydował się mieszkać w tak przeciętnym otoczeniu. Pal licho tanie meble i kiczowaty wystrój. Okrągły stół, na którym leżała koperta, wyglądał, jakby widział już lepsze czasy. Ale najbardziej uwierała go okolica – szemrana. Obawiałby się, że wracając któregoś dnia w nocy, zarobi nożem pod żebro. Butów, mimo polecenia Hernandeza, nie zdjął. Nie zamierzał zostawać w samych skarpetkach, zwłaszcza u kogoś, kto mieszkał w takich warunkach. Nawet u siebie robił to rzadko. A jego służba była na tyle skrupulatna, że z każdej powierzchni, choćby z podłogi w garażu, można było jeść. Zignorował więc słowa gospodarza i od razu podszedł do wskazanej przesyłki.
Najpierw przyjrzał się jej uważnie. Czy nie nosi śladów, że ktoś ją przed nim otwierał? Czy nie ma dziwnego, nieregularnego kształtu? W końcu ktoś mógł umieścić w niej bombę albo zamontować mechanizm rozpylający coś, co skończyłoby się dla niego śmiercią. Był ostrożny. I nie było w tym nic dziwnego. Miał wrogów. Niektórych dużo bardziej przerażających niż on sam. Nic podobnego nie dostrzegł. Mruknął tylko coś pod nosem, wyciągnął z kieszeni płaszcza scyzoryk i jednym pociągnięciem rozciął białą kopertę tuż pod zaklejoną klapką. Cięcie było bardzo równe. Ostrze zdecydowanie należało do tych, które przecinały skórę jak masło.
Zaczął niespiesznie przeglądać zawartość. Pierwsza strona, zdjęcie. Przesuwał wzrokiem po kolejnych kartkach z uwagą kogoś, kto wie, że najwięcej mówią szczegóły, które ludzie tak często próbują ukryć. Sytuacja zaczęła się klarować. Pozostało jednak kilka pytań bez odpowiedzi.
– Całe? Nie. Ale czy nierozważnie nie zgodziłeś się na coś, co teraz wróci do ciebie z odsetkami? Co do tego nie mam jeszcze pewności – spojrzał na niego krótko, wzrokiem niepewnym, badającym, nieco nieufnym. Nie miał pomysłu, co zrobi, jeśli Eugene okaże się wplątany w to bagno. – To wcale nie takie niecodzienne, żeby ktoś wyczuł interes, który wydaje się w miarę niegroźny: można go zamieść pod dywan, a przy okazji sporo zarobić.
Przejechał językiem po górnych zębach, może z nawyku, może z narastającej irytacji. Wciąż czuł na nich posmak wcześniejszej kawy. W międzyczasie, gdy przeglądał kolejne zdjęcia, wyciągnął wolną ręką z kieszeni opakowanie paseczków Listerine, kciukiem otworzył wieczko, wysunął jeden pasek i zębami chwycił miętowy listek. Zaczął go powoli żuć, a paczuszka wróciła do kieszeni. Nie znosił, gdy ten smak ciągnął się za nim godzinami, a przy takiej rozmowie potrzebował czystej głowy i świeżego oddechu.
W rzeczywistości nie lubił problemów. A już na pewno nie wśród ludzi, z którymi współpracował. Wolał, gdy kłopoty przychodziły z zewnątrz. Nie musiał się wtedy nikomu tłumaczyć ani martwić się, że traci kogoś, kto do tej pory był całkiem przydatny. Taka osoba znikała szybko, słuch po niej ginął i wszystko wracało na właściwe tory.
Przez chwilę słychać było tylko skwierczenie mięsa na patelni i szelest papieru. Nie spieszył się z kolejnym pytaniem. Cisza potrafiła powiedzieć o człowieku więcej niż odpowiedzi, a on od lat wiedział, jak długo można ją przeciągać, zanim ktoś zacznie się tłumaczyć bez pytania.
– Jak ta koperta znalazła się u ciebie? – zapytał z nutką podejrzliwości w głosie, tym razem zerkając na aneks kuchenny, przy którym działo się więcej niż w całej reszcie mieszkania.

Eugene Hernandez
ODPOWIEDZ

Wróć do „#27”