Charlie spojrzał na Ivy, czując, jak kolejne warstwy jego starannie wypracowanej powagi kruszeją pod jej wpływem. Ona była jak… powiew świeżego powietrza w pomieszczeniu pełnym dymu. Nie patrzyła na niego jak na wiceprezesa jednej z największych firm w Toronto tylko jak na człowieka, który najwyraźniej potrzebował lekcji jedzenia frytek. Gdyby Cherry go teraz zobaczyła, pewnie turlałaby się ze śmiechu na podłodze. -
Zazwyczaj po prostu podpisuję rachunki lub przekazuję je mojemu asystentowi - wzruszył ramionami, ponownie wypowiadając te słowa tak, jakby to była największa oczywistość we wszechświecie. Ivy nie mogła tego wiedzieć, jednak kiedy nosiło się nazwisko Marshall, zaufanie w kwestii pieniężnej stawało się zbędne. Ludzie nie musieli ufać jego intencjom albo urokowi osobistemu - wystarczało im to, że za jego nazwiskiem stał kapitał, który mógłby kupić połowę tej ulicy. W jego świecie pieniądze były ostatecznym argumentem, który uciszał wszelkie wątpliwości. Nie potrzebował „budować zaufania” w banku czy restauracji, bo jego obecność i nazwisko były gwarancją samą w sobie. Tak po prostu działał świat, w którym portfel mówił głośniej niż sumienie.
Na pana miejscu bym uważała z kładzeniem łokci na blat. Przez ułamek sekundy w jego spojrzeniu mignęło rozbawienie, którego nie potrafił stłumić. Nikt, absolutnie nikt od czasów jego surowej nauczycielki w podstawówce, nie odważył się zwrócić mu uwagi na etykietę przy stole - a już na pewno nie w miejscu, gdzie podłoga kleiła się od rozlanego szejka, a powietrze pachniało spalonym olejem. Oczywiście, jeśli Ivy w ogóle chodziło o etykietę. Może chodziło jej o to, że mógłby pobrudzić marynarkę jedzeniem? Nie miał zamiaru w to wnikać, był to nieistotny szczegół, po prostu posłusznie zabrał łokcie z blatu i wyprostował się na niewygodnej kanapie.
Nie sprawia to Panu przyjemności? Spojrzał na Ivy, która z taką pewnością siebie wbijała w niego wzrok, że aż poczuł się odrobinę niezręcznie. -
Sprawia - wyznał nagle, a to jedno słowo brzmiało w jego uszach niemal jak zdrada stanu. Uśmiechnął się do niej, ale w głębi duszy poczuł nagłe, niespodziewane ukłucie. Pytanie Ivy - to proste, banalne wręcz pytanie o przyjemność - skłoniło go do zajrzenia w tę część umysłu, w którą dawno nikt nie zaglądał. Charles zdał sobie sprawę, że nie pamiętał, kiedy ostatnio ktokolwiek zapytał go o to, czego on chciał albo co by mu odpowiadało. Nikt nie pytał go o chęci czy satysfakcję - pytano o wyniki, o terminy, o strategię i o to, co
należy zrobić, a nie o to, co zrobiłby dla swojej przyjemności. Jedynym wyjątkiem była Blair, ale nawet jej pytania miały teraz ciężar ołowiu.
Czy chcesz tego ślubu? To pytanie wracało do niego w każdej wolnej chwili, a on wciąż nie znał odpowiedzi. Czy go chciał? Wiedział, że chciał Blair. Chciał kobiety, która go rozumiała, która była jego jedynym sojusznikiem w tej złotej klatce. Ale czy chciał tej całej szopki, którą narzucały im matki? No nie. A czy istniało inne rozwiązanie z tej sytuacji? Chyba też nie. Na szczęście, Ivy powiedziała coś, co go zainteresowało. A więc też miała brata bliźniaka. -
Wiesz, to w sumie całkiem fajne. Miło wiedzieć, że coś nas łączy - uśmiechnął się. A potem nie mógł nie unieść brwi i się nie roześmiać na jej kolejne słowa, no słowo daję.
Nie żeby to było moje zdanie! Znaczy jesteś przystojny Charlie, ale to nie jest to, co myślę, kiedy Cię widzę. A koleżanki mają chyba kisiel w gaciach... Zmrużył oczy i wlepił w nią wzrok. -
A co myślisz, gdy mnie widzisz? - złapał ją za słówka i napił się kolejnego łyka coli, która na pewno miała pełno cukru. Nie interesowało go zdanie jej koleżanek. Ich nie chciał poznać tak, jak chciał poznać Ivy, mimo że sama myśl o tym wydawała się
zakazana. Przechylił głowę na bok i zignorował wibrowanie telefonu w kieszeni.
A ty Charlie... poważny pan wiceprezes. Cóż, gdyby był poważnym panem wiceprezesem, pewnie odebrałby telefon, a tego nie zrobił. Jednak ta myśl nie przeszkodziła mu w tym, żeby się znów się roześmiać. Śmiech w towarzystwie Ivy przychodził mu bardzo łatwo.
No, ale Tobie chyba nie dają tego przywileju wkładania do garnka, a znacznie większe. Odstawił colę i oparł się o niewygodne oparcie, patrząc na nią z autentyczną fascynacją. Ivy była zmęczona, wyglądała jak cień człowieka po tym dyżurze, a mimo to biła od niej pewność, której on nigdy w pełni nie posiadał. -
Zazdroszczę ci tego, że wiesz, po co rano wstajesz - powiedział nagle, lustrując ją wzrokiem. Nawet nieco spoważniał. Miała w sobie tyle pasji. Sama otwarcie mówiła, że była szczęśliwa. Była... no...
wow. Po prostu wow. Charlesowi Marshallowi zabrakło słów. Kiedy Ivy zaczęła wymieniać, co zrobiłaby z fortuną, Charles poczuł dziwne ukłucie gdzieś w środeczku. Jej marzenia były tak...
czyste. Żadnych jachtów, żadnych udziałów w konkurencyjnych spółkach czy licytowania nieruchomości w Monako. Remont domu ojca i wakacje w ciepłym kraju. Słuchał tego z niemym podziwem, czując się niemal zawstydzony tym, jak bardzo egoistyczne i przyziemne były jego własne cele. -
Też lubię ciepło - odparł krótko. Ivy nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo skłaniała go do rozmyślań nad jego własnym życiem. Była takim szczęśliwym, jasnym promyczkiem. Zaczynał szczerze wątpić w swoje życiowe priorytety. Na pytanie o to, czy sam by coś zmienił, zawahał się. To było najprostsze i jednocześnie najtrudniejsze pytanie świata. -
Czy bym coś zmienił...? Wszystko i nic jednocześnie - przyznał cicho, patrząc w przestrzeń. -
Chciałbym mieć ten twój luksus wyboru.
Po chwili przyglądał się w ciszy, jak blondynka zanurza frytkę w McFlurry. Wyglądało to co najmniej dziwnie (tak samo jak połączenie smakowe w jego wyobraźni), ale sposób, w jaki o tym mówiła - o tych iskierkach i promyczkach szczęścia - był zaraźliwy. Kiedy machnęła mu frytką przed nosem, przez sekundę walczył ze swoim wewnętrznym głosem rozsądku, który krzyczał o kaloriach, savoir-vivre i godności wiceprezesa, ale ostateczne... poczęstował się frytką i powoli zanurzył ją w lodowym sosie. -
Iskry, tak? - zaśmiał się, unosząc frytkę z lodową mazią w stronę ust. -
Dobra, Ivy. Skoro twierdzisz, że to jest klucz do szczęścia, to nie mogę odmówić, ale jeśli dostanę od tego skrętu kiszek, będziesz musiała mnie ratować.
W końcu włożył frytkę do ust. Przez chwilę analizował mix słonego tłuszczu i lodowatego cukru i...
-
O cholera... - mruknął, uśmiechając się szeroko. Połączenie nie należało do topki jego jedzeniowego rankingu, ale... -
To jest... zadziwiająco dobre. Myślę, że właśnie poczułem promyczek.
Przez moment, patrząc na roześmianą Ivy nad kubkiem topniejących lodów, Charles Marshall, wiceprezes potężnego imperium, poczuł się po prostu jak Charlie - facet, który w środku nocy siedział w fast foodzie i po raz pierwszy od lat nie zastanawiał się, co wypadało, a co nie. Ciepło bijące od dziewczyny i absurdalna słodycz na języku sprawiły, że świat zewnętrzny wydał mu się nagle odległy i dziwnie...
nieistotny.
Ivy Harrison