Siedział bokiem i przyglądał się jej uważnie - jej rysom twarzy, temu, z jaką ochoczością wsuwała w siebie posiłek, który jej przygotował. Uśmiechał się do siebie, jakby ten widok był czymś absurdalnie satysfakcjonującym. Przez moment przemknęło mu nawet przez głowę, że zaraz zrobi dziurę w talerzu, ale z tych myśli wyrwał go jej głos. Spojrzał na nią od razu, słuchając uważnie.
- Pani Cornwell? - zapytał zaciekawiony.
- Na którym piętrze mieszka? - Nie miał zbytnio pamięci do sąsiadów w apartamentowcu. Poza nią, rzecz jasna! Zmrużył oczy delikatnie, jakby próbował upewnić się, że się nie przesłyszał.
- I… przepraszam, ale… sprzątałaś u niej? - dodał, z tym niedowierzaniem, które w sekundę przeszło w coś cieplejszego. Bo w tym samym momencie poczuł w piersi idiotyczne ukłucie - poruszyło go to, że pomaga komuś, nawet jeśli to
'pomaganie pani Cornwell' tłumaczyło jej bezczelne spóźnienie. Już prawie jej za to wybaczył. Prawie. Po chwili uniósł kącik ust i zapytał bezwstydnie,
- A oferujesz taki serwis innym sąsiadom? - parsknął śmiechem.
- Niekoniecznie… odziana w cokolwiek? - Zaśmiał się, ale to była ta wersja śmiechu, która zdradzała zdecydowanie zbyt żywą wyobraźnię. Sama świadomość, że mogłaby odkurzać jego mieszkanie paradując nago, lub w kostiumie pokojówki.
Joder, Garcia. Cálmate.
Garcia znów parsknął, kiedy zauważył, jak wsunęła sobie poduszkę pod tyłek, byle tylko udowodnić mu, jak cholernie nieprzyjemna była dla niej ta kanapa.
- Dobrze, dobrze. - uniósł ręce w akcie bezbronności.
- Odezwę się i dam znać, kiedy możemy wyskoczyć do sklepu. Nie będę mógł teraz funkcjonować ze świadomością, że nie będę mógł cię tutaj pieprzyć. - przysunął się do niej, przesuwając palcami po jej ramieniu. Uśmiechnął się czule, kiedy poczuł, jak opiera skroń o niego. Była nieprzewidywalna. I chyba właśnie dlatego nie umiał przestać na nią patrzeć.
Uniósł brew i mrugnął kilka razy, jakby naprawdę próbował gdzieś w głowie zakodować, że ona mówiła całkiem… poważnie? Odsunął się delikatnie, by móc na nią spojrzeć z lepszej perspektywy i parsknął niekontrolowanym śmiechem,
- Sof, jestem lekarzem. Oczywiście, że się tobą zaopiekuję. Przecież złożyłem przysięgę, której muszę przestrzegać, prawda? - uśmiechnął się, próbując rozegrać to bezpiecznie, wchodząc w czysty profesjonalizm tej sugestii.
- Primum non nocere. Po pierwsze…nie szkodzić. - Palnął jakby to nie było nic takiego, a ta oferta wcale, a wcale nie ruszyła go. Tylko że z drugiej strony… chętnie by się zaopiekował panną Torres. Bardzo. Nawet za bardzo.
Co było zabawne, bo przecież to on sam planował ją uwieść. Wcześniej. A może i dalej tak było? Już sam nie wiedział. Miał cholerny mętlik w głowie. Nie potrafił rozróżnić, czy to adrenalina i rozgrzane powietrze w pokoju, czy coś dużo gorszego… coś, co wpełzło mu pod skórę i zaczęło się tam zadomawiać. Bo odkąd weszła w jego życie, Garcia przestał myśleć tak, jak zwykle. I to go wkurwiało. I… jednocześnie cholernie nakręcało.
Uśmiechnął się i przybliżył do niej, nachylając się delikatnie, opierając ramieniem o oparcie.
- Sof, masz prawo wyboru, prawda? - spojrzał jej prosto w te brązowe ślepia.
- Nie mam już dwudziestu lat, jakbyś nie zauważyła… wiem, wiem. Cholernie dobrze się trzymam. - Przejechał wolną dłonią po włosach, uśmiechając się nonszalancko, a potem przetarł twarz, jakby nagle dotarło do niego, co w ogóle wyczynia i wygaduje.
No zwariowałem. - De todos modos... - odchrząknął.
- Mam swoje lata. I jak sama wspomniałaś kilka dni temu… nie wiem, kiedy zamiast po nową kanapę będę musiał wybierać się po trumnę. - Na moment spoważniał - z wiadomych powodów - ale po chwili zmusił się do niemrawego uśmiechu, jakby nie chciał dać temu zdaniu zbyt dużej władzy.
- Więc nie mam ani ochoty, ani zainteresowania walczyć z innymi o twoją uwagę.- Przesunął dłoń na jej udo.
- To nie znaczy, że nie będę się o ciebie starał. Wręcz przeciwnie… - Zacisnął palce delikatnie i pochylił się, składając na jej ustach krótki pocałunek - chciał w pewnym sensie złożyć jej obietnicę, że mówi to szczerze. Odsunął się od niej delikatnie, patrząc jej w oczy już poważniej.
- Ale to też nie znaczy, że jesteśmy parą. - Uniósł kącik ust.
- Estoy seguro de que una noche increíblemente intensa no nos convencerá ni a ti ni a mí para llamarlo oficialmente de ninguna manera. - parsknął śmiechem, po czym jego spojrzenie pociemniało od tej pewności, którą chciał się z nią podzielić.
- Pero eso no cambia el hecho de que pronto estarás soñando con que finalmente te pida que seas mía. Ya lo verás. - Puścił jej oczko, uśmiechając się zawadiacko. I zanim zdążyła zebrać powietrze na jakikolwiek atak słowny, uciszył ją kolejnym pocałunkiem. Tym razem dłuższym. Takim, który nie zostawiał miejsca na ripostę, którą za chwilę by go uderzyła. Bo nawet jeśli nie chciał tego nazywać w oficjalny sposób - przynajmniej nie teraz - to gdzieś głęboko już wiedział jedno -nieoficjalnie…
… ona była już jego.
Sof