-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Absolutnie fatalnym 一 przypieczętował opinię z rękami złożonymi na przed sobą na piersi i migotliwymi ognikami w oczach. 一 Nigdy nie widziałem, żeby ktoś wyprowadzał psa trzykrotnie w ciągu jednej godziny.
Kolejną porcję tłumaczeń, wersję z ciekawością i nowym sąsiadem oraz całkowitą niewinnością tego cyklicznego zdarzenia, Lian przyjął jednym tylko skinieniem głową, jednak jego spojrzenie jasno przekazywało jak wielkie miał ku tym argumentom wątpliwości. To, że Daniel zamieniał się przy nim w kameleona zdolnego przybierać wyłącznie odcienie czerwieni również świadczyło przeciwko tej teorii, nie mniej Mei miał dość przyzwoitości i miłosierdzia, by przynajmniej tej jednej rzeczy mu nie wypominać.
一 Kiedykolwiek. Miałeś na to miesiąc, pomyślałem, że dam ci szansę na jakieś rozwinięcie. Jestem naprawdę bardzo cierpliwym człowiekiem, więc...
Resztę zdania zagłuszyło nadjeżdżające metro i Lian odruchowo zasłonił jedno ucho wiedząc czego się spodziewać. Podobnie jak drażniąca, bierna zdolność rejestrowania dźwięków tak uporczywych jak brzęczenie jarzeniówek dobijała go w przestrzeni publicznej tak samo było w przypadku wszystkich głośnych odgłosów miasta, stąd najczęściej chował się za bezpiecznym filtrem słuchawek z dobrą redukcją otoczenia. Dzisiaj wyjątkowo otoczenie wymagało jego uwagi, więc słuchawki spoczywały w torbie, którą niósł pod byle jak narzuconym na ramiona płaszczem, niedopiętym i falującym przy każdym kroku.
Drzwi otworzyły się, a Lian świadom, że szpara pomiędzy peronem a przedziałem może być potencjalnie niebezpieczna dla kogoś, kto myli światło latarni z gwiazdami, chwycił go od tyłu oburącz za ramiona i sam wprowadził go do środka od razu kierując na wolne miejsca z tyłu.
一 Alonso, dobrze usłyszałem? 一 zagadnął, gdy upakował Daniela na miejscu pod oknem i sam rozsiadł się z brzegu, prostując przed sobą obie nogi i zakładając krzyżowo jednego glana na drugiego. 一 Twój pies.
Lubił większość zwierząt, szczęśliwie wliczały się w to wszelkiego rodzaju przybłędy, mieszańce, a więc siłą rzeczy również poczciwe, kudłate kundelki wykopujące z determinacją dziury w trawniku. Lian zastanawiał się nawet kiedy sympatyczna kluska sąsiada wykaże się większą inicjatywą od właściciela i przełamie lody dokonując podkopu pod płotem.
Od tygodnia z zaangażowaniem sam obserwował kolorowe karpie pływające w oczku wodnym, całe siedem sztuk, które wybierał przez bite dwie godziny wypytując przy tym z nietypową blendą znużenia i dociekliwości o każdy szczegół. Dzięki temu częściej pojawiał się na tarasie, paradoksalnie zapominając o małym tchórzliwym stalkerze zza płotu. Poświęcił kilka chłodnych popołudni na przyglądanie się rybom, na refleksy słońca odbijające się od czystej, przefiltrowanej wody i parokrotnie doczekał się nawet ptasich wizyt na gałązkach kaliny koralowej przycupniętej w kącie ogrodu.
一 O ile wiem, to nie mam z roślin w ogrodzie nic, co mogłoby zaszkodzić psu. Co najwyżej mógłby zgubić się w trawie pampasowej, ale raczej nic poza tym.
Sam nie posiadał (poza rybią ferajną, rzecz jasna) żadnego zwierzęcia pod opieką, głównie z uwagi na częste rozjazdy i brak regularności we własnym cyklu dobowym, więc może dlatego wszystko co ciągnęło przygodnie do jego ogrodu z wizytą zwykle spotykało się z przyjazną reakcją.
Metrem szarpnęło, kilka świateł mrugnęło, a Lian poczuł potrzebę uciśnięcia powiek palcami obu dłoni. Przez krótki moment sam zobaczył gwiazdy i siłą skojarzenia przypomniał mu się Daniel przeżywający swój krótki zachwyt sprzed kilkunastu minut. Parsknął cicho i bezbarwnie prosto w dwoje ręce i odetchnął głęboko przez nos.
Tabliczka na oparciu fotela przed nim zaatakowała go personalnie pytaniem: Are you happy? a zaraz pod ogromnym QR kodem przycupnęło nieco więcej treści: Join a MeetJoy group and share your experiences with other local people interested in happiness!
Na pierwsze nie znalazł odpowiedzi, drugie skutecznie zniechęciło go samym pojawieniem się słów takich jak group oraz other people.
Ledwie odwrócił wzrok, przekręcił głowę, a na banerze tuż nad oknami przyuważył kolejną reklamę czegoś, co z założenia wiązało się z samorozwojem przy udziale więcej niż jednej osoby więc uznał, że trafił mu się jeden z tych dni, w które świat próbował wcisnąć mu agresywnie sugestie, na które on wolał pozostać oporny.
Po raz kolejny niechętnie obrócił głowę z rozdrażnieniem, spodziewając się, że znów sięgnie wzrokiem do czegoś nachalnie pozytywnego, ale spojrzenie przyciążyło mu trochę i ostatecznie przypatrzył się Danielowi z bezpiecznej pozycji z góry. Założył, że dzieciak nie gapi się zbyt uważnie w ich odbicie w ciemnej szybie, więc dał sobie chwilę na własne małe odkrycia.
Zauważył na przykład, gdy policzki Daniela oddały na moment cały dotychczasowy róż na rzecz bladości, że jego skóra do złudzenia przypominała yuánxiāo. Cienka jak papier ryżowy, z widocznymi śladami po piegach z lata, osobliwie gładka jak na osiemnastolatka.
Dopiero gdy metro zatrzymało się na jednym z przystanków i znów nimi szarpnęło, Lian mrugnął i odwrócił wzrok czując, że i tak zagapił się zanadto.
一 Zdecydowałeś już gdzie mam cię odstawić?
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ale... - wtrącił się wielce elokwentnie, jeszcze zanim mężczyzna skończył mówić o jakichś szansach i rozwinięciach. Mei wspominał o tym jak o realnej możliwości, jakby Daniel miał być do tego w jakikolwiek sposób zdolny, kiedy rzeczywistość potykała się obok niego o własne nogi, rumieniąc się i dukając co drugie słowo na trzy próby. Rozmowę ucięło nadjeżdżające metro, zatrzymujące się z piskiem na stacji i, oczywiście, zanim Moore zdążył zrobić krok do przodu, bez słowa otrzymał eskortę prosto na miejsce. Fakt, że zaczął się do tego traktowania przyzwyczajać, wydawał mu się równie dziwny co to, że Lian z jakiegoś powodu wziął na siebie rolę wyjątkowo cierpliwego opiekuna, dbając o niego na każdym kroku zupełnie jakby nie poznali się dosłownie tej nocy.
- Zagadywanie tak jakby... nie było w planie - wyłożył mu to najłatwiej jak potrafił. Absolutnie nie należał do osób uznających ciekawych nieznajomych w swoim otoczeniu za potencjalne znajomości, wręcz przeciwnie, jedyną realną opcją jaką widział było ewentualne podziwianie z daleka i dalsze życie swoim życiem bez narażania się na oceniające spojrzenia osób, na których zdaniu być może nawet mogłoby mu zależeć. Dla własnego świętego spokoju. Nie bez powodu potrafił wyliczyć na palcach jednej ręki osoby, które uznawał za bliższych znajomych, a temat romansu znał jedynie z filmów.
- Allons-y - rzucił, podnosząc głowę na wspomnienie imienia swojego psa i uśmiechając się szeroko przez te kilka sekund, zanim doprowadził się do porządku. Odchrząknął, poprawił się na miejscu i spojrzał przed siebie. - Tak, Alonso. Dobrze... słyszałeś. Uhm... Tak czysto... Czysto z ciekawości, jak dużo słyszysz z naszej strony? - podpytał, dopiero zdając sobie sprawę z faktu, że jego
- O, to dobrze. Znaczy dobrze wiedzieć, dzięki. Jakby coś wystawało przez płot to nie będę... Zresztą on i tak raczej nie je roślin. W sensie dzikich. Baryła woli swoje miski i wszystko co ucieknie komuś z talerza i nie zostanie w porę złapane - przyznał, poprawiając nachodzącą mu odrobinę za blisko brwi czapkę z łagodnym, ciepłym uśmiechem na myśl o czworonogu zapewne aktualnie korzystającym z wolnego łóżka. - Jakby przez te siedem lat się nauczył, że im bardziej staramy się powstrzymać go przed zjedzeniem czegoś, tym bardziej opłacalne jest to ryzyko. Mały terrorysta - podsumował z nieopanowaną sympatią, pozwalając by zmiana tematu na jego zwierzęcego najlepszego przyjaciela trochę go ugłaskała. Zupełnie jakby nie przeszedł w ostatnim czasie przez kilka stanów przedzawałowych i nie groziło mu omdlenie przez niedobór krwi w mózgu. - Czy... mam rozumieć, że mogę ci go raz na jakiś czas przerzucać przez płot? - dopytał jeszcze, zerkając na niego kątem oka jakby planował wyczarować z powietrza cyrograf na pierwszą oznakę potwierdzenia tego zaproszenia.
Droga mijała spokojnie, chociaż Daniel złapał się na potrzebie częstego zmieniania obiektu zainteresowania, jako że ledwie widoczny ruch za oknami starczał, by wróciły mu wcześniejsze mdłości. Tym razem jednak zdawało się być to problemem bardziej fizycznym, niż wyłącznie stresowym, chociaż oba te stany wymieszały się gładko, tworząc jeszcze groźniejszego potworka, kiedy główne sporne zagadnienie wieczora zostało ponownie wyciągnięte na tapet.
- Nie - przyznał bez bicia, ciszej i z miną, jakby dostał polecenie by wybrać, którego członka rodziny woli postawić przed sztabem egzekucyjnym, a nie w jakim miejscu planuje spędzić noc. - Czy to... Na pewno nie byłby to problem ja-jakbym jednak został... u ciebie? Oni... Ja nie chcę, żeby... Jakbym ci przeszkadzał to od razu mów, ale jak coś to dam radę, tylko...I zawsze mogę się włamać do piwnicy - skończył, nagle marszcząc czoło w pełni skupienia nad nowym potencjalnym planem poradzenia sobie z problemem. Jednocześnie mówił to tak, jakby wcale piwnica nie robiła za przedłużenie jego pokoju już od lat. Nigdy nie próbował, ale nie wątpił, że dałoby się tam dostać bez budzenia rodziców drzwiami wejściowymi. Mimo wszystko z nietoperzym słuchem własnej matki wolał nie ryzykować. Metro szarpnęło, zwolniło, zbliżając się nieubłaganie do stacji, na której musieli wysiąść niezależnie od podjętej decyzji. Podniósł się odrobinę za szybko i podczas hamowania wagonu poleciał z powrotem na siedzenie, za drugim razem jednak udało mu się pozostać w pionie i razem wyszli na stację o rzut beretem od ich osiedla. Nagle wszystko to, co dał radę ignorować większość drogi, ponownie stało się realne, namacalne i przerażające.
- Musiałbym dać im znać, już i tak jest... późno. Czekaj - mruknął, zdając sobie sprawę, że nie nie miał zielonego która tak właściwie była godzina, i wysunął z kieszeni jeansów telefon. Przez chwilę męczył się z odblokowywaniem ekranu, jednak ostatecznie dał radę otworzyć czat z matką i zaczął intensywnie wpatrywać się w klawiaturę. - Możesz... wiesz, no, napiszesz za mnie? Powiem ci co - poprosił, czując się przedszkolak niezdolny do zawiązania własnych butów, ale Lian już tak dobrze poradził sobie z smsem do Milo... No, przynajmniej tak zakładał. Tego także nie był w stanie przeczytać.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Nie jąkasz się kiedy o nim opowiadasz 一 podzielił się spostrzeżeniem, nie by wytknąć mu złośliwie wadę wymowy, raczej, żeby zaakcentować różnicę. To, że Daniel werbalnie potykał się przy co drugim słowie wcale mu nie przeszkadzało, Mei wchłonął to jako jedną ze składowych ogólnie przyjemnej całości. 一 Od was? Niewiele. Szczerze mówiąc nie wsłuchiwałem się, słyszałem tylko jak nawołujesz go przez ogród.
Poza tym nie był na tyle ciekaw by strzyc uszami pod płotem, a zorkiestrowanie przewozu oraz wniesienia pianina zajęło mu co najmniej kilka dni, w trakcie których nie myślał o niczym innym, więc równie dobrze Moore mógł w tym czasie robić co mu się żywnie podobało po swojej stronie płotu.
Znów kątem oka wyłapał detal - uśmiech, tym razem nie wymuszony, nie przełamany wciąż obecnym podskórnie strachem, ale nie było mu dane obserwować zbyt długo, bo usta Daniela zniknęły mu zaraz poza obrąbkiem szalika.
Słysząc o zwyczajach żywieniowych Allonso, Lian zgryzł dolną wagę, to jednak nie powstrzymało bardzo krótkiego śmiechu brzmiącego bardziej jak głębszy wydech przez usta. Opuszką kciuka rozmasował sobie wewnętrzny kącik oka, po czym zerknął przez palce w stronę Daniela, który być może odebrał to jako kpinę z własnej opowieści.
一 Chodzi o to 一 wtrącił, zanim Moore stworzyłby sobie na poczekaniu tuzin mocno przedramatyzowanych wyobrażeń i wszystkie wziął sobie do serca. 一 Że kiedy byłem młodszy często słyszałem pytanie czy jem psy. Wiesz, ten idiotyczny żart, że wszyscy Chińczycy jedzą psy, głupi stereotyp. Parę lat później dowcip zmienił nieco kształt i zaczęli pytać o koty. Kotów też nie jem, na wypadek, gdybyś się zastanawiał.
Pomimo, że w tamtym czasie uwagi o psach wraz z dziecięcą kreatywnością w wymyślaniu potencjalnych pozycji w menu sprawiały mu przykrość, w okresie nastoletnim wyrobił sobie znacznie grubszą skórę i doczekał się o wiele poważniejszych problemów niż grupka dzieciaków z zaściankowym wyobrażeniem świata poza Kanadą. Albo Chicago? Nie pamiętał już.
一 Tego nie powiedziałem, ale wcale bym się nie obraził. Może spodobałoby mu się oczko wodne, nie wiem czy zwierzęta rozpoznają się nawzajem.
Ryby na pewno rozpoznawały ruch, bo ilekroć zbliżał się do tafli cała pstrokata ławica zbierała się pod powierzchnią, czekając na garść kolorowego granulatu. Czy psy zdawały sobie sprawę z istnienia innych gatunków, czy rozróżniały je po prostu jako pokarm i nie-pokarm?
Metro ślizgające się po torach generowało ten przyjemny rodzaj różowego szumu, który sprawiał, że zwykle się rozleniwiał, niestety rzadko kiedy dość aby zasnąć, więc po paru nieudanych próbach Lian zaczął eksperymentować z innymi dźwiękami, co również dało niezbyt wymierny efekt. Mimo to lubił tę konkretną charakterystykę jednolitej głośności, dlatego tak chętnie słuchał deszczu, którego w Toronto nie brakowało.
Pozwolił Danielowi samodzielnie przebrnąć przez arcytrudne decyzje i dylematy, wtrącając się tylko wówczas gdy musiał zapewnić, że jego obecność nie będzie dla niego problemem oraz przejmując z powrotem rolę dyrygenta kiedy metro zatrzymało się na ich przystanku. Jedną ręką przytkał ucho gdy skład odjeżdżał, drugą znów chwycił Moore'a za ramię i wyprowadził go bezkolizyjnie na zewnątrz, gdzie po raz kolejny różnica temperatur szczypnęła ich obu w policzki.
一 Jednak? 一 mruknął dość retorycznie i zatrzymał ich na środku chodnika by odebrać od niego telefon. Torba prawie ześlizgnęła mu się z ramienia pod płaszczem, ale w porę złapał ją zanim grzmotnęła o twardą, mokrą płytę. 一 Podyktuj, tylko pozwól, że zasugeruję: unikaj stwierdzeń takich jak zaprosił mnie na noc czy zabrał mnie ze sobą do domu. To zwykle nie wygląda najlepiej 一 doradził pomocnie, szczególnie, że stroną w całym tym zamieszaniu był on sam i nie chciał, by sąsiadka zza płotu patrzyła na niego krzywo przez kolejne parę tygodni podejrzewając o bóg wie co.
Z listy kontaktów wybrał dość jasno opisany - mama - i nie przyglądając się historii uprzednich konwersacji, wpisał treść podyktowaną przez Daniela odczytując mu ją pod koniec na głos dla pewności, że jest to wersja ostateczna i nadaje się do wysłania.
Jego kciuk krążył przez parę sekund nad powierzchnią ekranu przy strzałce w oczekiwaniu na decyzję, a gdy dostał aprobatę, znajomy dźwięk smsa zasygnalizował im obu, że w związku z tym pewne postanowienia również stały się wiążące. Jak to, że zamiast odbić w skręt prowadzący do domu państwa Moore, Lian poprowadził Daniela prosto, na spotkanie z wysoką, żeliwną furtką otwieraną na kartę (lub kod, którego nigdy nie pamiętał i wygrywał go na zapamiętaną melodię wygrywaną przez każdy przycisk z osobna).
Dom pogrążony był w ciemności i ciszy, z czego zarówno jedno jak i drugie zamiast bezkształtnego, typowego lęku związanego z niepewnością co do mieszkańców obcych pokoi, kładło się w jakiś sposób kojąco na nerwach, na zmęczeniu przeprawą przez zimne, wilgotne miasto i zdawało się zapraszać do środka. Może dlatego, że surowo drewniane podłogi pachniały mieszanką domowego konserwantu z oliwy i cytryn, którymi Lian regularnie wcierał w każdy panel.
Zapalone światło, podobnie jak wszystkie pozostałe, posiadało ciepłą barwę i na raz wyodrębniły z cieni obszerną dwuskrzydłową szafę rodem wyrwaną ze sklepu z antykami, na rzeźbionych nogach i wysoką pod sam sufit. Gdy Lian otworzył ją aby powiesić w niej płaszcz i kurtkę Daniela okazało się, że zamiast trupów mieściła w sobie cały zestaw niemal identycznych, czarnych okryć schludnie odpoczywających i czekających na swoją kolej.
Po przyjściu z zimnej ulicy drewno na jakim stanęli po pozbyciu się butów zdawało się być ciepłe, a choć był to wyłącznie efekt złudzenia, dopasowywał się do domu witającego ich w progu, zachęcającego do wejścia w głąb.
Zamek w drzwiach szczęknął przecinkiem w ciszy, jak ćwierćnutowa pauza na pięciolinii.
一 Chodź ze mną 一 zaczepił go po odstawieniu torby koło stojaka na parasole i wyswobodzeniu się z telefonu, kluczy i portfela. Wszystkie wylądowały w ceramicznej miseczce malowanej w błękitne smoki, stojącej na ciemnej komodzie. 一 Kaca pewnie nie unikniesz, ale możemy z nim trochę ponegocjować. Weźmiesz prysznic, przebierzesz się i wypijesz trochę zupy przed spaniem. Rano powinno być lepiej.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Podniósł na mężczyznę ostrożne spojrzenie, gdy usłyszał z jego strony coś, co brzmiało jak faktyczne rozbawienie, jednak nie wyłapując z jego strony złośliwości kąciki ust ponownie podskoczyły mu w górę. Tylko, by za chwilę opaść w niezadowolonym grymasie i z lekkim "och" uciekającym spomiędzy warg na przywołanie stereotypowego prześladowania, które sam zrozumiał dopiero, kiedy mężczyzna wyjaśnił je ze szczegółami. Znał to uczucie, co prawda nie w tym samym sensie i temacie, ale powierzchowne ocenianie przez dzieciaki, z którymi nie chciało się mieć nic do czynienia, chodziło za nim latami i trwało aż do teraz. Rozumiał jak krzywdzące potrafiło być, nawet jeśli po czasie potrafiło się brać je z przymrużeniem oka.
- To... Ja też nie, ja-jak już to ustalamy. Słowo - podrzucił od siebie, połapując humor z jakim Lian podzielił się z nim tą historią. Myśli podążyły mu w kierunku logistycznym i przez chwilę zastanawiał się nad tym, czy w ogóle byłby w stanie złapać jakiekolwiek kota ze swoimi zdolnościami motorycznymi. Zapewne szybciej dorobiłby się ataku astmy niż obiadu.
- Masz oczko wodne? - podłapał, wybity z rozważań na temat wątpliwie udanego gonienia czworonogów po osiedlu. Pomimo zerkania na mężczyznę przez płot, nie zwracał zbyt dużej uwagi na to jak zaaranżował sobie ogródek, zwłaszcza z przeszkodą w postaci krzaków pielęgnowanych przez ojca wkoło podwórka właśnie w celu zapewnienia odrobiny prywatności zarówno sobie, jak i sąsiadom. - I... I czekaj, jak... nawzajem? Co trzymasz w wodzie? - palnął, spoglądając na mężczyznę z czystym zagubieniem na twarzy, nie do końca pewny jak od psa i oczka wodnego przeszli do innych zwierząt, całkowicie zapominając w tym momencie o istnieniu stworzeń wodnych. Albo o tym, że one także należały do królestwa zwierząt.
- Głowa cię boli? - dopytał, gdy kątem oka zauważył jak ten zakrywa się przed głośniejszym dźwiękiem odjeżdżającego metra. Sam za tym nie przepadał, jednak głównie przez to, że potrafiło to nasilić, lub całkowicie wywołać, proces rozsadzania mu czaszki od środka. - Mam tabletki jakbyś... Tylko ni-nie wiem jak one... A wła-właściwie ty coś... um, piłeś? - upewnił się, pierwszy raz od początku ich spotkania zastanawiając się na ile Mei był faktycznie całkowicie trzeźwy, a na ile po prostu radził sobie z alkoholem dużo lepiej od niego samego. Był w stanie zaoferować coś ze swojej mini apteczki w zapiętej kieszeni kurtki, gdzie poza inhalatorem i wesołą tubką w konie, zawierającą leki na receptę, posiadał jeszcze dwa czy trzy blistry najzwyklejszych leków przeciwbólowych i zestaw plastrów w kolorowe lamy, jako że przezorny był zawsze ubezpieczony.
- Och, um. N-nie, lepiej żebym w ogóle... o... o tobie nie wspominał - przyznał cicho, niepewnie, a nowy rumieniec wykwitający mu na twarzy był wywołany bardziej przez to, że poczuł się głupio, aniżeli przez onieśmielenie osobą Liana czy chłód. Instynktownie podniósł dłoń do zamka pod szyją, w celu nerwowego uczepienia się drobnego kawałka metalu, jedynak trafił po drodze na szalik i zamiast tego lekko poprawił jego węzeł. - Mam dość konkretne... Lepiej ich nie martwić - podsumował i wziął głębszy oddech, zaciągając się przy okazji przyjemnym zapachem materiału, którym był owinięty. - Możesz napisać, że... um... "Odprowadzam Lottie i zostanę na noc, żeby nie była sama. Macie pozdrowienia, do jutra" - wyrecytował, po czym łagodnie wydął wargi. - I do-dodaj może... wykrzyknik na koniec - podrzucił jeszcze, próbując imitować swój naturalny sposób pisania do rodziców, kiedy przykładowo nie kłamał jak z nut. Nie robił tego pierwszy raz, ostatnio zapewniał matkę, że uczy się o Lottie, żeby pójść na planszówki do Milo, czasem działało to też w drugą stronę i robił jej za żelazne alibi, kiedy sama potrzebowała krycia. Fakt, że jej rodzice znajdowali się w tym momencie poza miastem, jedynie ułatwiał sprawę. Wychodząc z domu nawet słowem nie pisnął o tym, że idzie na imprezę studencką, wiedząc doskonale, że nie puściliby go za próg. Po potwierdzeniu treści podążył za mężczyzną dużo mniej znaną częścią osiedla i wkroczył do domu skrajnie odmiennego od wszystkiego, co znał na co dzień. Z głową latającą jak na sprężynie oglądał ciepłe brązy, stare drewno i eleganckie ozdoby, prawie wpadając przy okazji w kant wielkiej szafy, o którą w ostatniej chwili podparł się dłonią i skorzystał z jej stabilności by schylić się do podniesionego trampka i poluźnić sznurówki. To samo zrobił z drugim, przez cały proces łagodnie się kołysząc i momentami wyglądając jakby z następnym bujnięciem miał polecieć do przodu, jednak ostatecznie utrzymał swoją równowagę pod względną kontrolą i dał radę zostawić w przedpokoju zarówno buty, jak i kurtkę. W ciemnozielonych skarpetkach w lisy i jesienne liście, wedle polecenia pomaszerował za gospodarzem, naciągając na dłonie przydługie rękawy swetra, oglądając nowe otoczenie i zauważając, że podczas drogi przynajmniej przestało mu się kręcić w głowie. Aż tak.
- Ale ja nie mam... Mogę spać tak - zapewnił od razu, zerkając w dół jakby musiał jeszcze raz sprawdzić stan swoich aktualnych ubrań. O ile doceniał to traktowanie, nie chciał za bardzo wykorzystywać jego uprzejmości. - Jak źle... może być? Nie wiem czego się spodziewać - przyznał, zawijając rękaw swetra wkoło palców i pocierając nim łagodnie mrowiący policzek przyzwyczajający się do ciepła zamkniętego pomieszczenia. Od nowa zaczynał żałować wszystkich swoich decyzji podjętych tego dnia. Temat kaca był dla niego wyłącznie kwestią teoretyczną, aż do teraz. Słyszał narzekania znajomych, widział przerysowane reprezentacje w filmach, a przynajmniej miał nadzieję, że były przerysowane, jednak nie planował sprawdzać tego na własnej skórze.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Ale nie musisz 一 odbił rozbrajająco prosto, stojąc bezczynnie pośrodku przedpokoju i czekając, aż Daniel poogląda sobie boazerię i ruszy z miejsca. Sugestywnie nawet wspiął się wreszcie po kilku stopniach w górę, podtrzymując się poręczy na której pod palcami czuł znajome wgłębienia w drewnie. Front każdego schodka, poza bazą z ciemnego drewna zdobiły kafelki z jasnej porcelany w malowane ręcznie zdobienia, niektóre w błękicie, inne w czerwieni, kilka w chłodnym odcieniu zieleni. 一 Im wygodniej się wyśpisz tym łatwiej będzie rano. Zaufaj mi, wiem o czym mówię.
Bo wyjątkowo czasami zdarzało mu się zaliczyć przyzwoite parę godzin normalnego snu i doceniał to miłosierdzie ze strony własnego organizmu każdorazowo.
一 No chodź, pozwiedzasz sobie później.
Na piętrze przeprowadził go przez przedpokój tonący w wydłużonych cieniach, umykających przed światłem ze strony kinkietów o mleczno-bursztynowych kloszach. Pokierował go do sypialni, w której poza wzorowym wręcz porządkiem i oszczędnością rozpraszaczy powitał ich drobny, personalny szczegół świadczący o tym, że ktoś jednak faktycznie tu rezydował; zapomniany żeliwny imbryk o głęboko purpurowym kolorze oraz jedna, pasująca do niego czarka z niedopitą białą herbatą.
一 Wydaje mi się, że z tego okna widać też twoje 一 wspomniał w połowie drogi do garderoby, mimochodem, zupełnie jakby naprawdę tylko mu się wydawało, a nie wiedział na pewno. 一 Czasami to jedyne światło jakie widać w okolicy. Zasypiasz przy nim?
Rozsunął lekką drewnianą płytę poruszających się po szynie drzwi i zapalił światło, prezentując kolekcję wszystkich możliwych odmian jednego tylko koloru. Czerń klasyczna. Czerń pogrzebowa. Czerń Na Każdą Okazję. Czerń codzienna. Czerń domowa.
Poza polarami, flanelą i zwykłymi koszulami można było również znaleźć te półprzezroczyste, z haftem - a jakże, czarnym na czerni - oraz zestaw marynarek, spodni nadających się na koncert i tych, w których można było pielęgnować ogród bez wyrzutów sumienia, pomimo metki opiewającej na dwukrotność miesięcznego przychodu dwuosobowej rodziny.
Miał również dresy, więc w dość krótkim czasie Daniel skończył z prostym kompletem miękkich spodni z troczkami i bluzą z kapturem. Lian wręczył mu je prosto do rąk, by ledwie chwilę po wyswobodzeniu własnych wziąć w palce skraj miętowego swetra i badawczo naciągnąć ciasny splot.
一 Wełna merynosowa?
Miękkość i gładkość kojarzyła mu się z kaszmirem, ale gdy w ramach testu wsunął mu pod rękaw dwa palce i skontrolował temperaturę ciała na nadgarstku stwierdził, że to jednak merino.
I, chociaż prędzej wybrałby się do Disneylandu niż przyznał to na głos, szukał pretekstu by móc go dotknąć, nawet jeśli tylko przez chwilę.
一 Odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie, mam oczko wodne. Teraz i tak nic nie zobaczysz, ale rano możemy wyjść nakarmić karpie. Kojarzysz, te biało-pomarańczowe? Mam ich siedem.
I wszystkie posiadały imiona, wolał jednak zachować tę ciekawostkę dla siebie tak długo jak tylko mógł. Z jakiegoś powodu wydało mu się to niezbyt interesujące.
一 Porozmawiamy za moment, pokażę ci łazienkę. 一 Nie pytał, prysznic nie podlegał dyskusji i wierzył, że dorzucony do dresowego zestawu świeży ręcznik definitywnie sprawę tłumaczył i domykał. Jeżeli nie, był gotów perswadować mu to tak długo, aż Daniel zrozumiałby, że w skrupulatnie przemyślanym planie na resztę wieczora nie ma miejsca na rebelię.
Kawałek dalej, po przejściu przez środek sypialni stanęli przed drugimi drzwiami prowadzącymi do prywatnej łazienki, gdzie drewno parkietu ustąpiło miejsca chłodniejszym kafelkom. Lian sięgnął na lewo i zapalił światło, drugą ręką zachęcająco naparł Danielowi między łopatkami samymi koniuszkami palców, by ten zechciał wejść do środka.
一 Jestem w trakcie remontu, łazienka na dole jest jeszcze niewykończona 一 wyjaśnił krótko, tłumacząc ten drobny luksus i spontaniczne dopuszczenie do sfery prywatnej podejściem praktycznym. 一 Ale zakładam, że nie potrzebujesz wanny, a prysznic wystarczy, tak? Proszę. Na później.
Wręczył mu nieodpakowany kartonik ze szczoteczką do zębów, wyciągnięty z podłużnej szafki z delikatnych bambusowych listewek, kamuflującej się pomiędzy pustym na ten moment słupkiem na ręczniki i umywalką.
一 Jak skończysz to zejdź na dół, zakładam, że się nie zgubisz.
Wychodząc wybrał tylko z szafki za lustrem nad umywalką czarną gumkę do włosów (czysty jedwab, jak na rasowego snoba przystało) i zostawił go w towarzystwie tego na czym sam żył od ostatnich kilku tygodni.
Lian musiał mieć jakieś skrzywienie na punkcie niektórych zapachów. Żel pod prysznic, łącznie z szamponem i odżywką ewidentnie bazował na nutach sosnowych, pasta do zębów nie mogła być tylko pastą z przeciętnej sklepowej półki. Himalajska sól i cedr, jakby mięta była passé. Krem do twarzy i tonik? Nie do dostania w zwyczajnej drogerii. Kilka flakoników perfum schowane za lustrem obok wymyślnych gumek? Niszowa perfumeria, czysty ekstrakt. Mei wiedział co lubi i mógł wydać na to fortunę, jeżeli tylko miał taki kaprys.
W kuchni pod przyciemnionym dla komfortu światłem urzędował Lian. Akurat siekał rytmicznie szczypiorek i kończył podsypywać nim miskę z parującym, lekkim bulionem z zatopionymi w nim kawałkami marchewki i pierożkami warzywnymi, ale wychylił się gdy woda w czajniku zawrzała, a on chcąc za wszelką cenę uniknąć głośnego gwizdu wychylił się ostro w bok i przestawił naczynie na zgaszony palnik.
一 Lepiej? 一 wymamrotał znad nowego imbryka. Odmierzał odpowiednią ilość czarnej wiśniowej herbaty do sitka i z aptekarską precyzją obserwował wagę, gdy zsypywał z łyżeczki kolejne liście i fragmenty kory. Kilka wątłych pasm włosów wyślizgnęło mu się z niechlujnego kucyka, również dołem parę kosmyków zasłaniało mu kark. 一 Nie będę trzymał cię tu długo, byłoby dobrze gdybyś się wyspał. Inaczej będziesz nieznośny z rana.
Wyglądał, jakby pomimo dodatkowego obowiązku i ciążących powiek w jakiś sposób cieszyło go towarzystwo; rzadko kiedy odzywał się tak często, a już na pewno nie dla każdego krzątał się nad herbatą o pierwszej czterdzieści w nocy.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Hm? Och. Nie, nie, czytam. Głównie - przyznał, potrzebując chwili by zrozumieć do końca sens jego pytania i zaglądając z zaciekawieniem przez wskazane okno, by sprawdzić jaka część jego domu była widoczna z tej strony. - Mhmm, to... to na rogu to mój pokój, to dalej to gabinet taty, oba na dole to kuchnia - wyliczył, z jakiegoś powodu czując potrzebę poinformowania go o układzie pokoi, kiedy mężczyzna grzebał w swojej czarnej szafie. Było to znacznie łatwiejsze niż zastanawianie się nad dziwnym ciężarem w żołądku pojawiającym się wraz z myślą o tym, że Lian miał dość bezpośredni wgląd do jego pokoju. Nie był to do końca dyskomfort i na wpół był w stanie uwierzyć, że to jego układ trawienny walczący z alkoholem, więc wolał zostawić to w spokoju.
- Czarny ci pasuje - rzucił bezmyślnie na widok ściany pojedynczego koloru, o czym świadczył fakt, że nie zdążył nawet się zająknąć. Komplement wyfrunął samoistnie do tego stopnia, że Daniel nie do końca zarejestrował wypowiedzenie tego na głos. Bynajmniej nie był to pierwszy raz, kiedy przeszło mu to przez myśl, jako że nigdy nie widział go w niczym innym. Nie spodziewał się tylko, że dało się utrzymać szafę w aż tak jednolitym stanie - w porównaniu jego własna przypominała namiot cyrkowy. Odebrał od mężczyzny zestaw ubrań, reagując na wpół rozbawionym, bo oczywiście, że były czarne, na wpół zawstydzonym uśmiechem.
- N-nie, zwykła - wymamrotał zmieszany, nie mając zielonego pojęcia o czym Lian właśnie do niego mówił, zwłaszcza że przy okazji rozpraszały go zimne palce zapędzające się pod rękaw jego swetra. Nie potrafił oderwać od ich napiętego spojrzenia, a nieprzefiltrowana chęć ogrzania jego dłoni została powstrzymana głównie przez przyciskane do piersi naręcze ubrań, skutkując łagodnym drgnięciem dotykanej ręki. Zamrugał szybko i odwrócił wzrok na nagle wielce fascynujące wzory na drewnianej podłodze, ruszając się z miejsca dopiero, kiedy ten zarządził zwiedzanie łazienki.
- Chcę na-na-... nakarmić karpie - potwierdził ich plan na następny dzień, wybijając się z zawieszenia niespodziewaną uwagą, by spojrzeć na tył jego głowy z entuzjazmem w szeroko otwartych oczach. - Ale dopiero rano..? - dodał z zawodem w głosie, niewiele robiąc sobie z faktu, że był środek nocy, na zewnątrz było całkowicie ciemno i jak ostatnio tam byli przemarzł praktycznie do kości. W jego oczach wszystkie problemy dało się bardzo łatwo obejść - miał latarkę w telefonie i najwyżej mógł ponownie pożyczyć od niego szalik. Jednak odpuścił sobie dalsze protesty, przechodząc na kafelki za fizyczną zachętą, przyswajając wszystkie informacje, zbierając fanty i ostatecznie zostając w pomieszczeniu sam na sam ze swoim odbiciem.
Pomimo oczywistych utrudnień, w formie śliskich kafelek czyhających na jego życie i uporczywych zawrotów głowy podczas nawet łagodnego schylania się, przebrnął przez wszystkie etapy prysznica, na koniec po drugiej próbie w końcu wkładając pożyczoną bluzę na dobrą stronę i podwijając na trzy razy nogawki zdecydowanie za długich spodni. Chociaż usilnie starał się nie moczyć włosów, jako że mył je zaledwie wczoraj i nie zamierzał bawić się z nimi w tym stanie, wilgotne końcówki przyklejały mu się do twarzy podczas zbierania rozrzuconych ubrań w schludny stosik w kącie. Zadowolony z efektu wymaszerował na bosaka z łazienki do sypialni - w połowie drogi do schodów musiał wrócić się po okulary - i z powrotem na dół, gdzie owszem, zgubił się, ale tylko raz w poszukiwaniu gospodarza, jako że nie ustalili do końca gdzie miałby go szukać. W międzyczasie zdążył zapomnieć o obiecanej zupie, aktualnie pamiętając już tylko o karmieniu karpiów.
Znalazł go przy blacie i przez chwilę stał w progu pomieszczenia, bezmyślnie naciągając na dłonie przydługie rękawy miękkiej bluzy, z nadmiarem materiału upchniętym przy łokciach. Ich nie zamierzał podwijać, doskonale wiedział, że jeszcze mu się przydadzą.
- Mi? A ta-tak, dzięki. Trochę mi... mniej... niekomfortowo - przyznał, podchodząc bliżej, ciągnięty na wpół zaciekawieniem aktualnym zajęciem Liana, na wpół zapachem roznoszącym się zapewne od parującej miski. Stanął kawałek za mężczyzną i zajrzał mu zza ramienia kolejno na fantastycznie wyglądający posiłek i na smukłe dłonie ostrożnie odmierzające herbatę. Widok go fascynował, jednak nie dał rady wygrać z jedzeniem.
- Co to? Ładnie pachnie - dopytał, opierając się policzkiem o jego rękaw, kiedy stanie w łagodnym pochyle okazało się rzucać wyzwanie jego równowadze. Tej nocy nauczył się na pewno jednej rzeczy i był nią fakt, że Lian stanowił stabilną podporę, gdy sam nie był w stanie utrzymać się w pionie. I być może, że nie powinien pozwalać nieznajomym dolewać sobie do picia substancji o niejasnej zawartości, nawet jeśli twierdzą, że to tylko sok. Jednak to, czy ta konkretna lekcja faktycznie zostanie z nim na dłużej, stało pod znakiem zapytania do kolejnej potencjalnej imprezy, a wątpił, by miał szybko na jakąkolwiek wrócić, nawet jeśli nie mógł do końca narzekać na swoją aktualną sytuację. Pomijając cały ten stres, który przeżywał po drodze, a którego powrotu spodziewał się następnego dnia, gdy przyjdzie mu wrócić do domu. Tymczasem jednak było mu ciepło, prysznic dał radę ukoić chaotyczne, negatywne myśli, a Lian był... jego podpórką. Gdy w pełni dotarło do niego, że wciąż się o niego opierał, wyprostował się o odwrócił na pięcie, stając tyłem do blatu i rozglądając się wkoło, nagle bardzo zainteresowany wystrojem pomieszczenia.
- Sa-sam dekorowałeś? - dopytał, zakładając przedramiona do piersi i przyciskając je bliżej ciała jakby usilnie próbował przytulić samego siebie.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Cesarska Wiśnia 一 odparł niezbyt precyzyjnie, chcąc zwyczajnie najpierw rozbudzić w nim ciekawość przed udzieleniem zrozumiałej odpowiedzi. 一 Czarna herbata z korą wiśniową. Zwykle sprzedają aromatyzowane, a ta rzeczywiście ma ten dodatek i to robi różnicę. Przy drugim parzeniu traci prawie całą goryczkę i staje się lżejsza, traci tylko na kolorze.
Ostatnia miarka i Lian zerknął na termometr wetknięty w czajnik; wymagał dokładnych dziewięćdziesięciu stopni, nie był człowiekiem kompromisu gdy w grę wchodziła dobra jakościowo herbata.
一 To jest... 一 zawiesił głos nagle zdając sobie sprawę, że nie jest w stanie do końca wytłumaczyć mu z czego dokładnie składał się bulion. Oparł się przedramionami o blat, spojrzał z ukosa na opierającego się o niego Daniela i na chwilę uniósł dłoń by docisnąć palcami swoje piekące powieki. Kiedy uprzednio Moore pytał czy nie boli go czasem głowa zrobił dokładnie to samo. 一 Rosół. W dużym uproszczeniu, ale z żeńszeniem, imbirem, czosnkiem, prażonym chili, z... po prostu rosół, okay? Zjedz póki ciepły i szoruj do spania, herbatę weźmiesz sobie na górę.
Lian nie wyjaśnił mu jeszcze, że zamierzał oddać mu jedyne dostępne w tym domu łóżko, nie tylko z uprzejmości, ale również dlatego, że zwyczajnie go nie potrzebował. Szczerze wątpił, by miał tej nocy zasnąć choćby na pięć minut, więc po wpakowaniu Moore'a pod kołdrę zamierzał zamknąć się w gabinecie i przynajmniej zająć się czymś produktywnym. O ile dobrze kalkulował, zostały mu niecałe dwa tygodnie na przebrnięcie przez kilkadziesiąt stron apelacji złożonej przez The Right Note i z tego co już usłyszał od swojego prawnika wiedział, że powinien się z nią zapoznać na siedząco. Na samą myśl robiło mu się słabo.
Nie wiedząc z początku do czego Moore próbował nawiązać i dlaczego znów podskakiwał panicznie - ach nie, wiedział, prawda - lekko zmarszczył brwi i postukał palcem w zastanowieniu o blat.
一 A co, masz jakieś uwagi? 一 wymamrotał nad parującym imbrykiem z błękitnej porcelany, szybko nakrywając go wieczkiem. Zaraz po tym jak gdyby nigdy nic kostką zahaczoną o nogę taboretu przyciągnął go bliżej stołu i wskazał palcem na stołek jednoznacznie pokazując gdzie w tym momencie chciał mieć Daniela i sygnalizując, że w tym przypadku również nie zamierzał wchodzić w dyskusje. Zupa była w sam raz, herbata dochodziła w czajniczku, a Lian mrużąc oczy usiadł po drugiej stronie stołu, łokcie wsparł o drewniany, celowo postarzany blat i na dłoniach złożonych jak do modlitwy oparł brodę. Nawet nie próbował udawać, że go nie obserwował.
Przez chwilę przyglądał się mu otwarcie, po równo trzech minutach mierzonych timerem w końcu wstał i wyjął sitko z imbryczka, by na koniec wyjąć telefon i od niechcenia przejrzeć ostatnie maile. Być może chciał tym samym okazać litość neurotycznej naturze Daniela, bo dzięki temu obaj mogli w miarę wygodnie poudawać, że Moore nie zauważa, a Mei, że wcale nie spoglądał na niego znad wyświetlacza co parę minut.
Nie przeszkadzała mu cisza, przeciwnie, w pewnym momencie poczuł się na tyle swobodnie, że wyciągnął pod stołem nogi, jedną ręką sięgnął trochę na wyczucie w stronę czajnika i polał sobie herbaty do jednej z czarek czekających dotąd na uwagę. Nadal scrollował, obecnie z bardzo umiarkowanym zainteresowaniem przewijał prywatne wiadomości na jednej z platform społecznościowych, ale żadnej nie otworzył. Ominął prośby o kolaboracje, parę zachęt do zareklamowania produktów, o których nigdy nie słyszał i nie był zainteresowany oraz multum desperackich maili, z których znaczna część autorów powinna mieć dożywotni zakaz korzystania z internetu.
Jego profil na Instagramie miał przemyślaną kompozycję i motyw, wiedział co algorytm chętnie podłapywał, pamiętał jak sztab specjalistów zarządzał kontem z którego nigdy nawet nie korzystał. Wiedział, że je posiada, ale nie miał do niego dostępu. To było umiarkowanie nowe, prowadził je od pięciu lat, początkowo jako próbę, później już z przyzwyczajenia, aż wreszcie z przyzwoitości, bo skoro zaczął, wstyd było porzucić projekt. Na większości zdjęć można było znaleźć to, co z jakiegoś powodu w danym momencie wydało mu się ważne albo ciekawe - niecodziennie duże skupisko wron na pobliskiej górce, ślady po przeciekającym kubku kawy na czystej pięciolinii, guma do żucia w kształcie złamanego serca na chodniku. Sporadycznie gotycka architektura upolowana tam, gdzie akurat zdarzyło mu się podróżować, ale na niewielu był sam, a praktycznie ani razu w historii całego profilu Lian nie pojawił się z kimś. Były natomiast czarne ptaki, wklęsłości chińskich, uszczerbionych filiżanek oraz kaligrafia.
Innymi słowy, Lian lubił niedoskonałości i chętnie je fotografował, nawet jeżeli sam nie do końca był tego świadom.
Ostatnie zdjęcie opublikował ponad trzy miesiące temu, wyjątkowo nawet na nim był.
Wciśnięty w kanapę na jednej z dziesiątek bezpłciowych kafejek na lotnisku, z tekturowym kubkiem, na którym widać było efekt porażki baristy z wpisaniem jego imienia poprawnie - Lee Ann. Mei wisiał nad stolikiem z kapturem na głowie, czarny jak jego kawa i najwidoczniej poczucie humoru, bo tytuł pod spodem brzmiał:
livingdeadpianist 3 tyg.
Straight outta coffin.
Z większym zaangażowaniem niż swoje media społecznościowe Lian kontrolował zawartość miski Daniela, w pewnym momencie oderwał się nawet całkiem od telefonu i przeszedł się, by dołożyć mu dwa ostatnie pierożki. Sam nie był chętny do jedzenia, brakowało mu apetytu, ale być może zblazowani, markotni pianiści karmili się satysfakcją i herbatą.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Mmm... A ty..? N-nie idziesz spać? Wy-wyglądasz na zmęczonego... Na pewno nie chcesz czegoś na głowę? - zaoferował ponownie, zerkając na muzyka ze zmartwieniem. Cały ten czas otrzymywał od niego opiekę i niezasłużoną troskę, podczas gdy ten wyglądał jakby sam potrzebował odciążenia i porządnego odespania męczącego dnia. Polecenie brzmiało jakby wysyłał go do łóżka samopas, co... okay, kwestię kto gdzie śpi mieli jeszcze do ustalenia, jednak wolał by ten plan uwzględniał także samego Liana, który przypominał mu teraz zmęczoną matkę trójki dzieci. Nawet tak brzmiał.
- Brzmi... skomplikowanie. I nie miałem jeszcze w zupie... pierożków..? Ani imbiru. Gotujesz? Zwykle rosół u mnie jest dużo bardziej... hmm... prosty. I nie pachnie tak dobrze. Po-poprosiłbym o przepis, ale pewnie bym coś spaprał. Słyszałem, że gotowanie jest w sumie jak chemia, ale jakoś tego nie widzę, dużo bardziej przypomina jakąś... nie wiem, czarną magię - trajkotał, kiedy przemierzał kuchnię w stronę zaoferowanego siedziska. Zajął miejsce, krzyżując kostki i wsuwając je pod stołek, po czym przez chwilę skupił całą swoją ograniczoną uwagę na ostrożnym podwijaniu i zakładaniu rękawów ponad nadgarstki by nie pobrudzić przypadkowo jego bluzy. Ostatecznie efekt był krzywy, materiał trzymał się na słowo honoru i już odkręcał z jednej strony, jednak Daniel uznał to za dostatecznie akceptowalne by zanurzyć w misce łyżkę. Początkowo ostrożnie, odczuwając jeszcze pozostałości przychodzących falami mdłości, jednak po pierwszym łyku ciepłego wywaru, łagodnie gryzącego go w język i kojąco przepływającego przez gardło, jego oczy praktycznie się zaświeciły i porzucił wszelkie blokady.
- Nie-niezbyt. Wygląda... ciepło. Przytulnie - skomentował jego wybory dekoratorskie, te wszystkie stonowane brązy i ułożenie mebli składające się w jedną spójną całość, podczas prób wyłowienia pieroga z zupy. Tknięty podświadomym wrażeniem bycia pod obserwacją podniósł wzrok i złapał z Lianem niespodziewany kontakt przez stół, przez co zamarł w miejscu wraz z łyżką zawieszoną w połowie drogi do ust. Nie mając pojęcia co ze sobą zrobić pod tak intensywnym spojrzeniem, wbitym w niego zdaje się bez konkretnego powodu, siedział w bezruchu aż do momentu, w którym pierożek zsunął mu się z łyżki i chlapnął z powrotem w parujący bulion. Drobne kropelki wyskakujące wesoło z naczynia gwałtownie przywróciły go do świata żywych, przez co prawie podskoczył w miejscu, spojrzał zaalarmowany w dół i wytarł tyłem dłoni odrobinę zupy z prawego policzka. Tym razem rzucane automatycznie przeprosiny przeplatały się z krótkim śmiechem, po czym wrócił do jedzenia z odzyskaną lekkością, usilnie próbując nie zerkać na mężczyznę zbyt często. Szybko dał radę praktycznie zapomnieć o bożym świecie, wciągając zawartość miski jakby w życiu nie zasmakował niczego tak wybornego, nawet jeśli wrażenie to było zapewne spotęgowane przez skryty pod stresem głód, jak i buzujący mu w żyłach alkohol. Po kilku minutach zwrócił uwagę na przedłużone milczenie wypełniające pomieszczenie, jednak nie było ono drażniące, ani duszące, a zamiast wrzucać Daniela w desperackie próby wymyślenia tematu do rozmowy, by zapchać ciszę, pozwoliło mu na spokojne kończenie posiłku. Poza zerkaniem na niego kontrolnie raz na jakiś czas, praktycznie czuł na skórze obecność wyciągniętego na krześle naprzeciwko gospodarza, sprawiającego wrażenie jakby był w pełni pochłonięty własnymi zajęciami. A przynajmniej do momentu, w którym z zaskoczenia wstał by podrzucić Danielowi więcej jedzenia, za co ten nieśmiało podziękował i wrócił do pałaszowania. Nawet jakby był już pełny, zwyczajnie nie byłby w stanie odmówić dokładki.
- Odwdzięczę ci się - wyrzucił z siebie myśl, która pojawiła się w jego głowie bez dalszych instrukcji i zostawiła go z potrzebą rozwinięcia jej na własną rękę. Poprawił okulary, przy okazji przesuwając brzegiem zgiętego palca po boku łagodnie swędzącego od nagłego wzruszenia nosa. - Ja-jakoś. Za wszystko. Jesteś... Nie znamy się tak właściwie, a ty... N-nie wiem jeszcze jak, ale ci się odwdzięczę - obiecał, podnosząc na mężczyznę krótkie spojrzenie, by dać mu znać, że mówi szczerze, ale nie dając sobie dość czasu, by bardziej się speszyć. Zostawił łyżkę w pustej misce i poprawił się na taborecie. - To ja... pójdę. Mo-mogę się położyć na kanapie. Często śpię na kanapie - zaoferował, wskazując kciukiem przez ramię, w kierunku, w którym założył, że znajduje się salon. Oczywiście, pomimo nie tak dawnego przejścia się po parterze w poszukiwaniu kuchni, nie był nawet blisko.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Czegoś na głowę? 一 powtórzył dość retorycznie, kąciki ust drgnęły mu zauważalnie, więc postanowił utopić je w herbacie. 一 Nie jestem śpiący.
I wcale nie skłamał; nie był, na tym właśnie polegał problem. Zmęczony - owszem, dlatego nie zaprzeczył.
Wolał posłuchać o rosole u Moore'ów, bez pierożków i imbiru. U nich nazywało się to cienką zupą, biedniejszą wersją bulionu, chociaż jego osobiste doświadczenie pokazało nie raz, że był to całkowicie niesprawiedliwy i często fałszywy osąd. Czas zresztą pokazał (zwłaszcza, odkąd nabierał ów doświadczeń na własną rękę, bez kurateli agencji i uprzedzonej na punkcie wszystkiego co nie chińskie matki), że inne warianty czegoś, w co on zwykł wtykać cały zagonek warzyw, jajka, pierożki albo domowe kluski, potrafiły być równie smaczne i wartościowe.
一 Lubisz mój rosół? 一 zagadnął po zaczerpnięciu kilku małych łyków z czarki trzymanej od góry samymi palcami. 一 Wątpię, żeby było tu co spaprać. Jeżeli trzymasz się przepisu, to co mogłoby pójść nie tak?
Patrząc na Daniela wyławiającego najpierw pierożka na łyżkę (zlitował się oferując mu typowy zestaw sztućców) i dającego mu się z niej zaraz ześlizgnąć, Lian zaczynał jednak nabierać wątpliwości. Być może nawet rosół dało się zepsuć, jeżeli posiadało się krótkie, niezdarne dłonie, oczy krótkowidza i pewność siebie wątłą jak młoda pampasówka na wietrze.
Nagle stracił ochotę na bezproduktywne scrollowanie; po prostu wyłączył telefon, obrócił go ekranem w dół, obie dłonie splótł przed sobą na czarce z herbatą po czym spojrzał na Moore'a tak, jak większość domowych kotów patrzyła na mysz, gdy nie była głodna. Można było przecież w każdej chwili machnąć łapą, kłapnąć szczękami, a wszystko to dla zabawy lub - jeżeli instynkt wybiłby się na prowadzenie, albo jeden nieprzemyślany ruch ze strony myszy rozbudziłby uśpioną naturę - całkiem serio. W tym momencie była to ta niezdecydowana faza pomiędzy jednym a drugim, stagnacją i decyzją.
Bo ktoś o tak kruchej konstrukcji psychicznej i płochości przeciętnej sarny przyszpilonej światłem reflektorów na środku leśnej drogi nie zniósłby nawet i werbalnej chłosty, na jaką owszem, Liana z pewnością było stać i jaką od czasu do czasu stosował w ostateczności, czy w chwilach wyczerpania tak skrajnego, że zatracał zdolność panowania nad językiem. Mógł, a jednak przez cały ten czas, pomimo pomniejszych przytyków i niegroźnych, pozorowanych ataków decydował się na tę wersję kota, który wprawdzie uderzał łapą - ale ze schowanymi pazurami. I wiedział dlaczego.
Wiedział też dlaczego widok Moore'a w jego własnym, przydużym dresie kosztującym grubo ponad wartość materiał z jakiego został wykonany (magiczna aura metki) sprawiał mu taką przyjemność, skąd to gniazdujące w piersi, ciepłe i oddychające odczucie wewnętrznego komfortu ilekroć słyszał łyżkę szorującą po dnie miski, a także skąd brała się w nim ta głęboka potrzeba upewnienia się, że zanim rano Daniel zmierzy się z kacem dostanie wszystko, co mogłoby mu tę walkę ułatwić. Z tych samych powodów nawet teraz, siedząc po drugiej stronie stołu i utrzymując dystans Lian wciąż procesował się z przemożnym pragnieniem dotykania go, ściskania niczym antystresową zabawkę i wniknięcia mu pod skórę całym sobą.
Na każdy możliwy sposób jaki przyszedłby mu do głowy, z każdej perspektywy z jakiej by nie spojrzał, Daniel wydawał mu się po prostu tak czysty, że opieranie się tej orbicie przypominało męczącą walkę z silnym prądem, przez co Lian miał ochotę wstać, przeprosić na chwilę, przejść się na taras i utopić się we własnym oczku wodnym.
一 Zapamiętam 一 obwieścił złowieszczo, tak, jakby wyjątkowo poważnie wziął sobie do serca to zapewnienie. Ramiona opadły mu trochę po tym jak odetchnął głęboko raz, drugi, a na widok pustej miski chwycił za jej brzeg i wraz z nią oddalił się pod zlew. Nie miał zmywarki, wolał zajmować się swoją cenną porcelaną własnoręcznie. 一 Czekaj. 一 Naczynie brzdąknęło o ceramiczny zlew, Mei przykręcił nawet dopiero co puszczoną wartkim strumieniem wodę, sam zaś przekręcił głowę i spojrzał pytająco na zabunkrowanego za stołem dzieciaka. 一 Jaka znowu kanapa? Śpisz w łóżku, jak normalny człowiek 一 oświadczył z mocą, tak, jakby kompletnie nie przyjmował do wiadomości żadnych alternatyw. Kategorycznym, zamaszystym gestem podciągnął sobie rękawy koszuli ponad łokcie, tym samym odsłaniając gęsto zasiedloną przez tatuaże skórę (w większości postaci dobrze kojarzone ze studiem Ghibli) i zajął się dokładnym myciem miski po rosole.
Dopiero po chwili zauważył, że choć na ogół bardzo nie lubił gdy ktokolwiek trzymał się mu za plecami, tym razem udało mu się wchłonąć obecność jak kolejny element cichego domu. To spostrzeżenie jedynie ścisnęło go od środka jak gumowa otulina.
一 Chcesz pomóc?
Domyślał się, że przesiadywanie samotnie za stołem w zupełnie obcym miejscu musiało być stresujące dla kogoś pokroju Moore'a, więc w ramach małej aktywizacji na chwilę zostawił garnek, który bez pośpiechu szorował od paru minut i wykręcił się do zlewu bokiem. Strząsnął pianę z prawej dłoni i wskazał palcem na miejsce obok siebie, tym samym dając mu znać gdzie życzył go sobie zobaczyć.
一 Możesz powycierać naczynia skoro tak bardzo ci śpieszno do rekompensaty.
Puchaty, obszerny biały ręcznik, który Lian dotąd trzymał na swoim ramieniu przeleciał przez kuchnię lądując na blacie przed Danielem.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- No wiesz, przeciwbólowego - rozjaśnił, nie do końca wyłapując ton w jakim pytanie zostało zadane, jako że wciąż nie otrzymał od niego przeczącej odpowiedzi. Od opuszczenia wagonu metra był święcie przekonany, że ten borykał się z bólem głowy i brał tę kwestię bardzo personalnie. Co jak co, akurat w tej konkretnej walce miał się za eksperta.
- Mhmm - potwierdził entuzjastycznym pomrukiem, nauczony manier dość by nie mówić z pełnymi ustami. Natomiast uprzejmy brak wiary w jego własną bezużyteczność w kuchni przyjął łagodnym zmarszczeniem czoła i pokręceniem głową w ramach stanowczego zaprzeczenia. Przez lata sporadycznych prób odnalezienia się wśród garnków i wypunktowanych instrukcji zaczął dochodzić do wniosku, że osoby piszące przepisy zwyczajnie nie podawały wszystkich niezbędnych informacji i coś przed nim ukrywali. Innego wyjaśnienia nie było, podziemie kucharskie miało swoje sekrety i niewtajemniczeni jego pokroju musieli radzić sobie z daniami, które wychodziły odrobinę, albo i bardzo, nie tak jak powinny.
- Okay... mogę w łóżku - zgodził się bez walki, jako że ta konkretna kwestia nie robiła mu większej różnicy, chociaż założył przy okazji, że Mei posiadał na górze jakiś dodatkowy pokój gościnny, tak jak ten w jego własnym domu przeznaczony zwykle dla członków rodziny odwiedzających z innych miast.
Im więcej czasu spędzał pod żółtawym światłem lamp, rzucającym klimatyczne cienie na drewnianą podłogę, w cieple zdającym się otaczać go z każdej strony, emanując od mebli, podłogi, imbryka i, ironicznie, od samego Liana, tym bardziej zaczynało dosięgać go znużenie. Ten przyjemny rodzaj, stopniowo otulający całe ciało jak kocyk zmęczenia długim dniem, chociaż w tym wypadku zaczęło się od narastającej pustki w głowie połykającej sensowne myśli, która zwykłe łapała go tuż przed snem. Niewątpliwie był to efekt alkoholu w połączeniu z resztą czynników, prysznicem i miękkim materiałem przydużych dresów, zmieniających go w na wpół kontaktującą kulkę senności już na siedząco. Podparty na łokciu o blat stołu, z brodą podtrzymywaną na dłoni, nie zorientował się nawet kiedy jego powieki zaczęły opadać przy akompaniamencie jednostajnego szumu puszczonej z kranu wody.
Ocknął się gwałtownie w reakcji na ledwo zarejestrowane pytanie Liana, otwierając szeroko oczy, prostując się na taborecie w ramach próby udawania, że wcale nie przysypiał, i w procesie prawie przewracając się wraz z meblem na zadbaną podłogę, co powstrzymał złapaniem się oburącz za stół w ostatnim możliwym momencie. Dało mu to dostateczny zastrzyk adrenaliny by zebrał się na równe nogi, kiwając głową, poprawiając okulary i tłumiąc ziewnięcie w ponownie zawinięty wkoło pięści rękaw.
- Ja-jasne, chętnie - wymamrotał zapewnienie, zgarniając z blatu podrzucony ręcznik, po czym ruszył do zlewu, po drodze zahaczając stopą o nogę stołka, który przeskoczył o kilka centymetrów w bok z dostatecznym stukotem by Daniel skrzywił się niekomfortowo, obniżając głowę jak żółw szykujący się do powrotu do swojej skorupy. W kilka kroków znalazł się obok muzyka, zamrugał parokrotnie w próbie odgonienia skradającej się nieubłaganie senności i podniósł miskę oczekującą na osuszenie. Był w stanie skupiać się na zadaniu zaledwie przez pierwsze minuty, ze wzrokiem błądzącym w stronę odkrytych przedramion Liana dostatecznie, by w pewnym momencie na wpół świadomie zaczął polerować trzymaną łyżkę jakby próbował zetrzeć odciski palców z narzędzia zbrodni.
- Och! - mruknął nagle w chwili olśnienia, wskazując trzymanym sztućcem na znajomo wyglądający kształt wyłapany w dziele sztuki zdobiącym jego ciało. - Kojarzę te... Oglądałem to kiedyś... To z bajki, co nie? - upewnił się, mrużąc oczy w głębokim zastanowieniu, niezdolny do przypomnienia sobie tytułu filmu, który miał na końcu języka, co wyraźnie grało mu na nerwach. - Są urocze. Ładna... kreska? To się nazywa kreska? Uszanowania dla artysty - podsumował, zmieszany i otwarcie zagubiony w terminologii związanej ze sztuką tatuażu. Zagryzł dolną wargę, przerywając na chwilę maltretowanie już zdecydowanie suchej łyżki, by podnieść ciekawskie spojrzenie na mężczyznę. - Masz... Masz ich więcej? W sensie tatuaży? Pe-personalnie nigdy nawet nie rozważałem, bo... To chyba boli, nie? Ale... wyglądają fajnie - przyznał, ponownie zerkając na ciemne zdobienia na jego skórze i walcząc z chęcią wyciągnięcia ręki by przesunąć palcami po tuszu.
Lian Mei