-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nawet nie mrugnął, słysząc w głosie kumpla irytację; zrozumiałe, oczywiste, ludzka reakcja w danej sytuacji. Wysłuchiwał go cierpliwie, marszcząc lekko brwi w cichym skupieniu, obracając swoją filiżankę w palcach. Cierpiał też na muzykalne nogi, trzęsąc nimi szybko, miarowo, podrzucając kolana w górę i dół. Beznadziejny nawyk, okropny dla piszczeli i mięśni przy nich, ale nawet sobie nie zdawał sprawy z tego, że to robił w tamtym momencie.
Wyłapał kilka rzeczy w jego słowach, które mu się ze sobą gryzły. Wydawał się uważać, że cały ten bałagan podział się przez jego brak lojalności, z czym się zupełnie nie zgadzał. A potem sam sobie zaprzeczył swoim słowom sprzed momentu, przyznając, że chciał powtórzyć wyskok. To właściwie tym bardziej utwierdziło Theo w przekonaniu, że lojalność wcale nie była tu niczemu winna.
- Nie, nie miałem. Ale z drugiej strony znałem wiele kobiet, które byłyby super, tyle że nic poza sympatią do nich nie czułem. - wzruszył lekko ramionami, przez moment przyglądając się swojej kawie, którą z resztą ledwo tknął. Powody powodów, które na tamten moment ani trochę nie miały znaczenia. Parsknął krótko pod nosem, nawet nie próbując się powstrzymać, bo jego koleżanka brzmiała, jakby mógł ją polubić. Brzmiało jakby chciała pomóc mu zachować twarz? Gadką o chłopaku, który był albo którego nie było, a potem propozycją przyjaźni.. Tak, brzmiała w porządku, mógł to szanować.
- Yep, brzmi jak nie-ktoś, kto ma się ożenić w tym roku. - wbił spojrzenie w Marshalla, stukając palcami w filiżankę, dokładnie w tym samym raptownym rytmie, w którym potrząsał nogami. Anxiety is a bitch. Opaska wokół jego klatki wydawała się zacisnąć trochę bardziej, zmuszając do nabrania głębszego oddechu. - Dla mnie to wszystko brzmi jakbyś był z Blair z przyzwyczajenia. Bo ją lubisz. I bo wypada. I to nie kwestia lojalności, bo gdybyś nie był z nią z przyzwyczajenia i rzeczywiście tamto stare uczucie gdzieś tam dalej w tobie było, to byś w życiu nie pomyślał o innej. - nie wierzył w to ani przez moment. Nie byli by przyjaciółmi, gdyby było inaczej. Potarł dłonią swoją klatkę, po raz kolejny biorąc głębszy oddech, na twarz wkradł się bolesny grymas, nawet jeśli nie był go świadomy. Fantastycznie, chyba jednak będzie musiał iść do jakiegoś lekarza.. Wcale nie chciał. Wolałby znacznie bardziej spędzić więcej czasu z kobietą która żyła bez czynszu w jego głowie.
Charlie Marshall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Matheo Bachmann
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Mogę się nie znać, ale to brzmi jakbyś był bliżej do zakochania się w Ivy, niż Blair. - rozłożył ramiona, unosząc lekko brwi. Tak jak przypuszczał, Marshall potwierdzał jego domniemania, że cała ta sytuacja z Blair jest tylko i wyłącznie czymś co wypadało. Myślał o całym tym pomyśle małżeństwa jak o biznesie i wcale się to Theo nie podobało. Tak nie powinno być. Zmarszczył brwi, przez moment też nie bardzo rozumiejąc o co Charlie pytał, dopiero wtedy zauważając, że jego nerwowe podrzucanie nogą, zaczęło też poruszać stołem. - Jest git. - rzucił, machnął przy tym dłonią, podkreślając, że nic mu nie będzie. Nerwowość była przelotna. Jasne, czasami odbierała mu oddech i wywoływała ból głowy, co było względnie nowym zjawiskiem, ale generalnie nie sądził, żeby jemu zdrowiu coś naprawdę zagrażało z tego powodu.. Chyba? Chyba. Wyciągnął nogi przed siebie, wchodząc w jego osobistą przestrzeń, ale umówmy się, wiedział, że nie będzie miał nic przeciwko, jeśli w ogóle zauważy. Znali się od zawsze, był jego przyszywaną rodziną, kopyta przy jego stołku nie powinny być ujmą.
- Charles. - zaczął, przybierając ton starszego brata, znacznie poważniejszy, marszcząc przy tym brwi i prostując się na swoim krześle. Po tym wszystkim co powiedział, dalej brał w ogóle pod uwagę żenienie się z Blair? Bo ją lubił i bo znała zasady ich relacji? Serio? - Pytasz mnie właśnie, czy na twoim miejscu zostałbym przy udawaniu szczęśliwej parki z Blair, bo wypada, czy wskoczyłbym w coś, co rzeczywiście może być prawdziwe. Naprawdę? To nie jest biznes, tylko twoje życie. - na dodatek Theo, jakkolwiek racjonalny mógłby się wydawać, preferował jednak szczerość do bólu, także z dwóch opcji, odpowiedź była naprawdę prosta. - Za dwadzieścia lat, chcesz być jak mój ojciec? Wiesz. Nigdy w domu, wiecznie gdzieś, tkwiący w legalnym związku z kobietą, z którą nic go nie łączy, bo tak wypada? Brzmi jak.. nie wiem, stary, nie chciałbym tego dla nikogo, a zwłaszcza dla ciebie. - w dodatku to, jak opisał przebywanie z Ivy.. To rozumiał. Zapominał jak się nazywał, przestawało się liczyć wszystko dookoła, wszystko poza bańką z tą fantastyczną osobą, z jego osobą. To akurat znał. Cynthia wywoływała w nim podobne uczucia, nawet jeśli było to względnie nowe. - Nie rób sobie tego. I Blair tego też nie rób, pozwól jej znaleźć kogoś dla siebie. - pokręcił głową, opierając plecy o oparcie krzesła. Łypnął na swoją kawę, którą ledwo tknął właściwie, ale miał wrażenie, że jest wystarczająco pobudzony. Nerwowa energia brzęczała w głowie, kilka dni emocjonalnego zapierdolu odbijało się na Theo fizycznie. Nie pamiętał ostatniego razu, gdy tak wyraźnie czuł neurologiczne podłoże swojej przypadłości. Brakowało mu tylko zaliczyć atak paniki, ha!
- Tak, gamoniu, wszystko świetnie. Uh. Chcesz drugą kawę? - przesunął swoją, praktycznie nietkniętą, w jego stronę, decydując, że kawa wyrządziłaby teraz więcej szkody, niż pożytku. - Po kolei. Jebło cię jak grom z jasnego nieba i wpadłeś po uszy z Ivy. W sumie dobrze, cieszę się, że ktoś z buta włamał się do twojego serca, SWAT-style. Gdybyś ożenił się z Blair, byłaby to najgorsza decyzja twojego życia i w dodatku wciągnąłbyś mnie w to za sobą, bo jako twój świadek musiałbym się kopnąć w dupę, gdybyś spotykał się z Ivy na boku. Chujowa opcja. Jestem beznadziejnym kłamcą, Blair by wiedziała. Pewnie już i tak wie, na swój sposób, kobiety są świetne w takie rzeczy, to z nas są debile. Daj sobie spokój. Na szczęście nie jesteś przywódcą żadnego trzeciego kraju i nie musisz wchodzić w ustawione małżeństwo. - mówiąc, stukał miarowo palcami w stół, za każdym razem, kiedy akcentował słowo. Marszczył przy tym brwi, próbując się skupić na tym, co mówił, nie na mrowieniu w dłoniach i skroniach, głuchym łomocie własnego serca w uszach, zagłuszającym skutecznie dźwięki gastro baru wokół. Koniec końców, nie ważne co mógłby powiedzieć Charlesowi, to do niego należała decyzja. Wydawało mu się, że powiedział wszystko, co leżało mu na wątrobie; nie chciał przyklepywać związku na pokaz. Chciał dla niego szczęścia, chciał być tym denerwującym "najlepszym kumplem męża" który wpraszał się na weekendowe grillowanie w lecie i był najlepszym na świecie wujkiem dla jego przyszłych dzieciaków. Blair w tym obrazku widocznie miało nie być. I okay, lojalność Theo leżała z Marshallem.
- Ja sobie pooddycham, a tobie coś pokażę, ok? - wyciągnął telefon, sprawnie otworzył wiadomości, jedną konkretną konwersację z niezapisanym numerem. Konwersację, mimo że była jednostronna i Theo ani razu nie odpowiedział. Położył swój telefon na stole, przesuwając go w stronę Charliego, jak wcześniej zrobił z filiżanką kawy. Wdech na raz - dwa - trzy - cztery, stop na cztery, wydech na sześć, stop na cztery.. Zmusić swoje ciało do wyjścia z trybu wysokiego alertu. Nie był w niebezpieczeństwie. Nie uciekał przed drapieżnikiem.. A może uciekał?
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
Charlie Marshall